Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igrzyska Olimpijskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igrzyska Olimpijskie. Pokaż wszystkie posty

Takk, Ole Einar!

Marzec. Na pulpicie mojego komputera znajduje się ta sama tapeta, jak każdego roku o tej porze. To stare jak mój biathlonowy świat zdjęcie przedstawiające trzech wielkich konkurentów dawnych czasów. W środku stoi Sven Fischer, po jego lewej Ole Einar Bjørndalen, a po prawej Raphael Poiree. Zachodzące słońce oświetla ich uśmiechnięte twarze, dając wrażenie jakby to wiosna towarzyszyła zakończeniu sezonu na wzgórzu Holmenkollen. Od zawsze ten obrazek kojarzył mi się właśnie w ten sposób, tymczasem okazało się, że były to grudniowe zawody Pucharu Świata rozpoczynające dopiero zimę na dobre. W każdym razie bohaterowie zdjęcia wyglądają dość młodo. Za kilka lat od tego momentu karierę zakończy Francuz. Kto by nie pamiętał jego ostatniego biegu? Sezon 2006/2007, Oslo i bieg ze startu wspólnego. Trójka ze wspomnianego zdjęcia dobiega razem do ostatnich metrów starego stadionu Holmenkollen. Ostatecznie wygrywa Bjørndalen o kilka milimetrów przed swoim wielkim rywalem- Raphaelem Poiree. Norweg zapisuje tym samym kolejne zwycięstwo w swojej bogatej już kolekcji, a Francuz kończy karierę czując gorzki smak przegranej o włos w swoim ostatnim biegu, w co jeszcze długo nie może uwierzyć. Nie pojedzie już do Khanty- Mansiyska by zamknąć sezon. Tak zrobi Sven Fischer, zostawiając po tym już tylko OEB na polu walki. Przyjdą nowi, aby mierzyć się z Królem, który wypełni jeszcze złotymi literami kilka pięknych kart historii biathlonu. Aż w końcu nastąpi ten dzień- 13 marca 2016 roku. Znów bieg ze startu wspólnego, znów Oslo, z tym że 9 lat od ostatniego starcia trzech mistrzów.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Wielcy mistrzowie 2004: Raphael Poiree, Sven Fischer, Ole Einar Bjoerndalen
12 grudnia 2004 roku. Sven Fischer jako zwycięzca biegu pościgowego. Raphael Poiree zajął wówczas drugie miejsce, zaś Ole Einar Bjørndalen stanął na najniższym stopniu podium. Fot.: Thea Liberg
Tego dnia dwaj pozostali mistrzowie są zupełnie inni. Jeden to zdobywca czterech złotych medali w Oslo- Martin Fourcade, zaś drugi to Johannes Thingnes Bø, który po trzech czwartych miejscach ma ogromną motywację do wejścia na podium. Znów wszystko rozstrzyga się na ostatniej rundzie biegowej, która w wykonaniu 22- letniego Norwega jest wprost niesamowita. Gdy odrobił stratę 7 sekund do Francuza, stało się jasne, że będzie atakował po złoto na najważniejszym, ostatnim podbiegu na stadionie, zwanym górką Northuga. Tuż za nimi biegnie Bjørndalen i wydawać by się mogło, że Ole Einar będzie tylko przyglądał się walce o Mistrzostwo Świata, zupełnie jak Emil Hegle Svendsen, który aż zatrzymał się na trasie, by obejrzeć końcówkę. Tymczasem dzięki świetnie przygotowanym nartom niemal złapał głównych zainteresowanych na ostatniej prostej. To jest jednak wszystko i na mecie oglądam już nowego mistrza świata- młodego Bø, pokonującego dominatora Fourcade ku uciesze kibiców. Brązowy medal, który zdobył OEB jest tak cenny jak jeden ze złotych wywalczonych za dawnych lat.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Trzej mistrzowie 2016: Martin Fourcade, Johannes Thingnes Boe, Ole Einar Bjoerndalen
Oslo, marzec 12 lat później. Ole Einar Bjørndalen znów staje na najniższym stopniu podium, które jednocześnie oznacza zdobycie 44. medalu Mistrzostw Świata przez Króla Biathlonu. Nowym mistrzem zostaje Johannes Thingnes Bø, który w momencie wykonania poprzedniego zdjęcia miał zaledwie 10 lat. Srebro przypada Martinowi Fourcade- dominatorowi wszelkich zawodów biathlonowych ostatniego czasu.
Tym biegiem Król w pięknym stylu żegna wzgórze Holmenkollen i swoje ostatnie Mistrzostwa Świata zgodnie z tym, co założył wcześniej. Nie przewidział jednak, jak wiele wydarzy się na przestrzeni tych dni, po których dziś cały biathlonowy świat zapytał, czy Bjørndalen rzeczywiście ma zamiar kończyć karierę. A jest to pytanie jak najbardziej na miejscu, bo wyniki, jakie osiągnął w Oslo, wcale na to nie wskazują. Gdy po dwóch konkurencjach indywidualnych i dwóch srebrach jego całkowity dorobek wyniósł 42 medale w wieku 42 lat, chyba każdy zaniemówił z wrażenia. Później przyszło jeszcze upragnione złoto na norweskiej ziemi wywalczone w sztafecie. Wraz z Emilem Hegle Svendsenem i braćmi Bø osiągnął to, co dzień wcześniej udało się Norweżkom. Oba te biegi przyniosły chyba najwięcej emocji w całych Mistrzostwach, głównie ze względu na dwa wspaniałe sukcesy gospodarzy. Wszystko to miałem okazję oglądać "od wewnątrz" i była to ogromna przyjemność. Norwegowie naprawdę kochają biathlon i swoją reprezentację, o czym świadczyły tłumy, które każdego dnia wypełniały Plac Uniwersytecki w stolicy, by oglądać ceremonię wręczania medali. Nic dziwnego, że celem całej norweskiej kadry było pokazanie się z jak najlepszej strony przed tymi wszystkimi ludźmi. W dodatku pod względem medialnym wszystko było zorganizowane tak, jak na najważniejszą imprezę przystało. Rozmowy z medalistami w studio, koncerty, transmisje nawet z przestrzeliwania broni przed startem i specjalny program Helt Ramm, który późnym wieczorem kończył każdy dzień Mistrzostw w nieco humorystyczny sposób. (Był tam między innymi łoś, który wybierając odpowiednią przekąskę "wskazywał" zwycięzcę nadchodzących zawodów. Jego typ ani razu się nie sprawdził.) Być tak blisko tej atmosfery choćby w sposób korespondencyjny, za pośrednictwem telewizji NRK, to niesamowite uczucie. W takich chwilach miałem wrażenie, że rzeczywiście coś łączy mnie ze świętującymi gdzieś w Oslo Norwegami. Biathlon, z osobą Bjørndalena na czele sprawił, że podczas oglądania zawodów krzyczałem: "Kom igjen, Ole!", a po wszystkim prawie przyłączałem się do śpiewania "Ja, vi elsker dette landet". Pod kątem ogólnie pojętej atmosfery były to najlepsze Mistrzostwa Świata, jakie przeżyłem. Szkoda, że najprawdopodobniej ostatnie tak dobre.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Złota sztafeta norweska: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Boe, Tarjei Boe, Ole Einar Bjoerndalen.
Złota drużyna: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Bø, Tarjei Bø, Ole Einar Bjørndalen. Na tym obrazku wszyscy są jednakowo młodzi.
Niewątpliwie bez Bjørndalena biathlon straci pewną bardzo ważną część. Przynajmniej dla mnie i dla innych fanów, którzy wręcz wychowali się na legendzie Norwega. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale o nim opowiadałem w swoim liście motywacyjnym o przyjęcie na uczelnię. On znalazł się również w kilku moich pisemnych pracach na zaliczenie zajęć z języka norweskiego. I wreszcie to on stanowił symbol całego mojego dzieciństwa, które teraz najwyraźniej dobiega końca. Skoro nawet Król Biathlonu znajdzie sobie "normalną pracę", to i na mnie przyjdzie czas, by zmienić swój system wartości. Odejdą bezpowrotnie czasy, kiedy warto było urwać się z zajęć na oglądanie biathlonu. Czasem uświadamiałem sobie, że niektóre zawody Pucharu Świata śledziłem tylko po to, by mu kibicować. Bo jego występy oznaczają coś więcej niż tylko kolejną liczbę w imponującej karierze. Każdy bieg i sezon jest potwierdzeniem, że sport jest nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy, ale też piękną ideą z wartościami ważniejszymi niż sława. Jego motywacja do startów jest wciąż tak samo wysoka mimo upływu lat. Nic więc dziwnego, że Ole Einar stanowi dobrego ducha drużyny Norwegii, służąc za wzór dla swoich kolegów, co szczególnie było widać podczas minionych Mistrzostw Świata. To prawdziwy przywódca, który wielokrotnie wskazuje drogę do właściwego treningu. Idealnym tego potwierdzeniem jest cały ten sezon, w którym wielokrotnie Bjørndalen widniał w wynikach jako najwyżej sklasyfikowany Norweg.

A najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że gdyby nie istniał Martin Fourcade, to odchodzący na emeryturę Król Biathlonu byłby niekwestionowaną gwiazdą tych Mistrzostw. Aż trudno to sobie wyobrazić, że po tylu latach wciąż stać go na takie przygotowanie do docelowych zawodów. Widząc 42- letniego Bjørndalena na ceremonii wręczania medali dla norweskiej sztafety mam wrażenie, że nie ma żadnej różnicy wieku pomiędzy członkami tej złotej drużyny. To samo przyznał zresztą Ole Einar mówiąc, że teraz wcale nie czuje tych wszystkich lat i znów jest młody nie tylko duchem, o czym świadczy jego wysoka forma. Aż chciałoby się powiedzieć, że on nigdy nie zostawi biathlonu. Kiedy jednak może przyjść lepszy czas na postawienie kropki w tej pięknej legendzie wielkiego Norwega, jeśli nie teraz? Sam się dziwię, że to piszę, ale odchodząc po tak udanych Mistrzostwach Świata, które każdy zapamięta jeszcze na długo, OEB zakończy karierę na własnych zasadach. Nie zmuszą go do tego słabe wyniki i fakt, że już nie mieści się w kadrze. Z drugiej strony gdyby to samo powiedzieć po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, nie przeżyłbym tak wielu emocji w minionym tygodniu. Nikt nie chce jednak widzieć Bjørndalena w roli tła. On chyba też nie widzi dla siebie takiego miejsca, choć też i nie wyobraża sobie innego życia niż to, które wiódł prze te wszystkie sezony, poświęcając dla biathlonu całe swoje życie. A dziś Król wyjeżdża na swój ostatni zaplanowany etap Pucharu Świata w Khanty- Mansiysku i, jak sam twierdzi, stara się żyć teraźniejszością, nie myśląc o czymś, co będzie później. Dobiega tym samym do mety swojej kariery, zamykając jednocześnie wspaniały rozdział w życiu swoich wielkich fanów. Z Holmenkollen odchodzi wielki, tak samo jak wtedy w 2007 roku i na tym prehistorycznym dla mnie zdjęciu, które już zawsze będzie się pojawiać na pulpicie mojego komputera w marcu, choć od teraz prawdopodobnie wszyscy jego bohaterowie będą na emeryturze. Ja, vi elsker denne idretten...

Boskie narty

"Trwa szalony bieg
By coraz więcej mieć
By każdą starą rzecz 
Na nową zmienić (...)"

Luty od zawsze był miesiącem szczególnych wspomnień ze sportowego świata. Z kilku powodów lubię wracać w tym czasie do dawnych wielkich imprez, zdobytych na nich medali i wylanych łez po spektakularnych porażkach. To właśnie w tej części zimy działo się coś specjalnego, do czego warto wracać. Wydarzenia te odświeżają się w zaskakujący sposób, zupełnie jakby w głowie wyświetlał się ten dziwny komunikat z facebooka o tym, co opublikowałem na swojej tablicy lata temu. Ostatnio jednak coś w tej kwestii zawiodło, gubiąc się w północnej codzienności, która znacznie się zmieniła. Wraz z przyjściem słońca i przeprowadzką tempo życia znów wzrosło, przez co trudniej się czasem zatrzymać, usiąść wygodnie w fotelu i obejrzeć choćby jedną retransmisję z Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Zamiast tego sąsiedzi z góry czasem zaproszą na moment, a innym razem pojawia się okazja spróbowania nepalskiej kuchni. Dni zaś zmieniają się w kalendarzu nie mając większego znaczenia, poza zbliżaniem się do marca i przerwy świątecznej. Trwa szalony bieg, nad którego tempem powoli tracę kontrolę, oddając ją w ręce jakiegoś niesamowicie silnego pacemakera. Nic więc dziwnego, że mogę niemal zapomnieć o tak ważnych wydarzeniach, jak przykładowo złoty medal Ole Einara Bjørndalena na IO w Sochi 8 lutego dwa lata temu. Na szczęście są gdzieś po drugiej stronie internetów ludzie, którzy potrafią przypomnieć o tym fantastycznym dniu.

Podobnie jest z codziennym życiem w Alcie, które potrafi zaskoczyć czymś nowym nawet mnie. Zdążyłem przyzwyczaić się już do wyścigów ze słońcem podczas popołudniowych wypadów na narty. Podobnie przyjąłem do wiadomości, że trasa w okolicach mojego nowego akademika jest szczególnie lubiana i niestety niszczona przez spacerowiczów. Nie dziwi mnie nawet, że ratrak przejeżdża tamtędy najwyżej raz na tydzień, a rozmaite przeszkody na śniegu przysparzają kolejnych rys na ślizgach moich nart. Przywykłem do tego, zupełnie jak do całkiem miłego faktu, że prawie zawsze warunki są niemal idealne. Temperatury poniżej zera, czasem niewielkie opady śniegu i ogólnie suche powietrze to coś, co można określić mianem nudy. "Tu niczym nie da się zaskoczyć", myślałem jeszcze do niedawna. Nagle jednak los dał mi w prezencie wspólny wypad na narty z nowym pastorem z Katedry Zorzy Polarnej (Nordlyskatedralen). Z pochodzenia jest Niemcem, a pracę w Alcie dostał całkiem niedawno, więc chciał potrenować trochę na trasach znanego mi z opowieści kompleksu Kaiskuru. Taka okazja była dla mnie dosłownie darem z niebios, więc z radością do niego dołączyłem. Dzień, który wybraliśmy na trening, był zaskakująco ciepły. Porywisty wiatr i temperatura niewiele powyżej zera zapowiadały dość trudną przeprawę. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się być jednak zupełnie inaczej.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta
Oto główny budynek centrum Kaiskuru. Prawdopodobnie znajdują się tam szatnie i garaż dla prawdziwego ratraka (a nie takiego małego, który przygotowuje trasy w mojej okolicy).
Na szeroki, oświetlony stadion wchodzimy od strony niewielkiego parkingu. Obok stoi jedynie kilka samochodów, co zapewne wynika z tego, że mamy poniedziałek. Po chwili znajdujemy się już w centrum biegowym z prawdziwego zdarzenia, którego uzupełnienie stanowi strzelnica biathlonowa z 31 stanowiskami. Aż chciałoby się rzucić tekstem z Kilera, bo faktycznie widać, że "mają rozmach...". Na całej szerokości stadionu widać świeży "sztruks" powstały po fryzie ratraka. Pastor proponuje sprawdzenie najdłuższej dostępnej pętli, czyli 5,5 km. Po opuszczeniu stadionu trasa widzie nieco pod górę, ale wciąż dotrzymuję kroku towarzyszowi odpychając się jedynie rękoma. Narty niosą idealnie. 3 stopnie ciepła nieco roztopiły śnieg, ale zmrożone wcześniej podłoże nie daje za wygraną, w efekcie czego biegnę pierwszy raz w tym sezonie na prawdziwie twardej i niosącej narty trasie. Na płaskich odcinkach, których nie brakuje, łatwo utrzymać prędkość, a szerokość pętli robi wrażenie. Biegniemy jednokierunkową trasą, której szerokość jest porównywalna przykładowo do dwukierunkowej drogi z Jakuszyc do schroniska Orle. Na stromych zjazdach prędkość momentami przeraża wraz z ciemnością i faktem kompletnej nieznajomości tego, co czeka mnie za kolejnym zakrętem. Czasem zdaję się więc na prowadzenie duchownego. A trzeba przyznać, że gość jest mocny. Na krótkich, stromych podbiegach zyskuje nawet przewagę używając klasycznego, naprzemianstronnego kroku, podczas gdy ja ciągle zdaję się na siłę ramion. Wszystko przez oglądany w weekend kolejny maraton narciarski, tym razem trudny Kaiser Maximilian Lauf, na którym znów kilku najlepszych zawodników przepchało całe pofałdowane 65 km. Podobna jest pętla, po której się poruszamy. Po zjazdach i podbiegach następuje chwila płaskiego terenu lub stopniowego podjazdu. Za każdą trudność zostajemy wynagradzani natychmiast, co szczególnie ceni w tej pętli mój dzisiejszy towarzysz. I tak mijają kolejne kilometry, które podczas pokonywania wydają się prowadzić w zupełnie nieznanym kierunku. Za zjazdem jest kolejny podbieg, później płaskie i tak dalej. Gdzieś obok widać część powrotnej pętli, a my ciągle biegniemy przed siebie. Po naszej lewej widać małe rozświetlone domy i ciemne góry, które rysują linię horyzontu. Na próżno szukać tu morza, które stanowiłoby kontrast do tego nieco górskiego krajobrazu. Są to tereny dotychczas kompletnie nieznajome, a dziś w tej ciemności odbieram je tak naprawdę najlepiej. Wszystko, czego nie widać, dopisuje wyobraźnia. Ciemność wzniesień uzupełniana jest przez gwiazdy i świecący gdzieś na niebie księżyc. Cała nasza trasa jest bardzo dobrze oświetlona, znacznie lepiej niż Komsa i Sandfallet razem wzięte. Po chwili wybiegamy z leśnego terenu na ogromną i ciemną polanę. Z prawej strony wyłania się coś, co wygląda jak elektrownia. Wszędzie jest spokojnie, choć nieopodal słychać znajome strzały. Nieco zaskoczony biegnę przez ostatni krótki podbieg i chwilę płaskiego, po czym trafiam znów na stadion. Początkowo nie mogę uwierzyć, że rzeczywiście pokonaliśmy pętlę. Nic nie wskazywało na to, że w jakiś sposób okrążyliśmy stadion. Po sprawdzeniu GPSa przez nas obu mam jednak tego potwierdzenie. Strzały słyszane z oddali okazały się być treningiem bardzo młodych biathlonistów. Stanowiska strzeleckie rozświetliły się niczym na zawodach Pucharu Świata i zaczęły się ćwiczenia.
Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta, trening biathlonistów
Trening młodych biathlonistów. Zastanawia mnie, kiedy w Polsce młodzi adepci tego sportu operują bronią w podobnych ćwiczeniach.
Przeznaczamy krótką chwilę na oglądanie treningu. Każdy z czwórki małych biathlonistów celuje przy pomocy podstawki i trenerów, po czym udaje się na krótką rundę wokół stadionu. I tak cały czas przez kilka minut. Zaciekawiony całym procesem staję bliżej, co budzi uwagę trenerów. "No tak"- myślę sobie- "zaraz mi ktoś powie, żebym się wyniósł". Jest jednak inaczej. Pani trener rzeczywiście do nas podchodzi, pytając, czy jeden z nas nie jest czasem dumnym ojcem jednego ze strzelających dzieciaków. Oboje stanowczo zaprzeczamy, po czym pastor dodaje o mnie, że jako przybysz z daleka piszę coś w internetach o Północy i chcę zaobserwować, jak wygląda szkolenie młodzieży. Na to zaciekawiona pani pyta, czy kiedykolwiek widziałem biathlon. To zmiotło mnie z nóg, ale odpowiadam dość zdezorientowany, że oczywiście, rzucając kilkoma nazwiskami, których jestem fanem. Dumnie dodaję coś o Jamrozowej Polanie w Dusznikach- Zdroju, żeby nie pomyśleli, że w Polsce biathlon nie istnieje.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta

Po chwili ruszamy na kolejną pętlę po tej samej trasie. Świetne warunki powodują, że nie muszę się nawet zastanawiać nad kontynuowaniem biegu. Wręcz przeciwnie. Znając trasę biegnę już pewniej, odważniej zjeżdżając i pokonując podbiegi. Pastor nie pozostaje jednak dłużny. Widać, że oboje wzięliśmy się do mocniejszej pracy. Już nawet rozmowa nieco przycicha, ustępując miejsca miarowym uderzeniom kijów o śnieg. Miejscami warunki stają się odrobinę wolniejsze, choć nie stanowi to jakiegokolwiek utrudnienia. Znów mijamy te same domki i te same góry, a na końcu elektrownię. Wszystko zmienia się szybciej, a ja staram się czerpać jak najwięcej z tej wycieczki. Dostrzegam wcześniej niezauważone inne warianty trasy z ogromnymi podbiegami i zjazdami. Są one oznaczone mianem "konkurranse", choć na naszej pętli też nie można narzekać na brak trudności. Wszystkie są jednak pokonywane z dosłownym uśmiechem na twarzy. Zawsze powtarzam, że bieganie na nartach to nie tylko siła i technika, ale też głowa. Jeżeli narty niosą idealnie, a towarzystwo jest równie dobre, można z łatwością pokonywać kolejne kilometry. Dzięki temu od razu rodzi się sugestia, że "dziś mogę wszystko, dajcie mi numer startowy i pobiegnę pięćdziesiątkę". Nie ma bowiem nic lepszego niż sytuacja, w której śnieg jest sprzymierzeńcem, a nie przeszkodą. Właśnie tak jest tego razu, którego przychodzi mi biec po trasach Kaiskuru. To mogłoby trwać jeszcze dłużej, ale kończy się nam czas tego dnia i trzeba wracać do domu. Kiedy wyjeżdżamy z parkingu rzucam jeszcze okiem na trenującą młodzież. Tym razem przyszedł czas na sprinty wokół stadionu. Każdy z dzieciaków ma narty i buty lepsze i droższe niż moje. Każdy z dzieciaków prawdopodobnie pobawi się tak jeszcze kilka ładnych lat. Część z nich może zastąpi lokalnego bohatera- Finna Hågen Krogha, i zrobi karierę. Tego nie wie nikt, ale nie sposób się nie zastanawiać, co by było, gdybym to na przykład ja był jednym z nich i gdyby narty zawsze tak dobrze jechały. Wśród tych rozważań nawinęło się pytanie pastora, czy nie chciałbym czasem wstąpić do domu, w którym jego żona przygotowałaby dla nas coś do jedzenia.

Oboje wprowadzili się do niewielkiego, białego domu całkiem niedawno. Jak sam przyznaje, nie wszystko jest jeszcze poukładane, co zresztą po części widać. Urządzenie mieszkania budzi jednak od razu skojarzenia ze wcześniejszymi szklanymi domami. W zasadzie nie ma lepszego słowa, niż norweskie "koselig", na opisanie wnętrza. Wszystko jest właśnie takie "przytulne", o czym wspominam w rozmowie. Nie kryję jednocześnie odkrycia odpowiedzi na pytanie, dlaczego Norwegowie tak często używają tego określenia, co wręcz doprowadza mnie do szału. Co ciekawe, gospodarz przyznaje mi rację i tłumaczy, że z początku jego również denerwowało nazywanie wszystkiego w ten sposób przez ludzi z Północy. Widocznie jest to bardzo typowe. I tak w sumie wszystko idzie perfekcyjnie, prawie wychodzę obronną ręką z całej sytuacji nie kierując rozmowy na tematy religijne. W końcu jednak nie wytrzymuję i muszę zapytać, jak to jest, że "ksiądz jest taki normalny", nie żyje na uboczu i przypomina raczej fikcyjnego Ojca Mateusza (w sumie rower też już ma), a nie prawdziwego Rydzyka. Może to kwestia innego wyznania? W końcu protestantyzm dopuszcza małżeństwo i właśnie normalne życie, które wiedzie duchowny. To samo przyznaje pastor. Tłumaczy w dodatku, że jego funkcja jest ściśle związana z parafią, w której pracuje. Dopiero przed rozpoczęciem regularnej pracy zostaje "zaprzysiężony" na pastora, nie otrzymuje więc stałych święceń w takim sensie, jaki my przez to rozumiemy. Poza tym, jak dodaje, ta funkcja nie czyni go innym (lepszym od reszty), dlaczego więc miałby rezygnować z codziennego życia i jego przyjemności, takich jak narty? Od razu przypomina mi się też inny pastor, który zwykle pokonywał z nami jesienią całą pętlę porannego, sobotniego biegu. I tak rozmawiając, nie poruszając wcale kwestii wiary, dowiaduję się sporo innych ciekawych rzeczy. A przede wszystkim jednak znów odkopuję tę autentyczną, dobrą stronę Północy. Tego jednego wieczora sacrum naprawdę wygrywa w Alcie nad profanum, dzięki czemu choć na moment zapominam o tym szalonym biegu, który czeka mnie już następnego dnia.

Legenda żyje, duch umiera

"Gdy się nie wysypiam mam szczurzą twarz.
Niebo jest czarne, nie ma na nim gwiazd. (...)
I chodzę przez sen, pracuję przez sen,
Setki kilometrów robię kiedy śpię"

3 grudnia 2009 roku. Rozpoczyna się kolejny, długo oczekiwany sezon Pucharu Świata w biathlonie. Na starcie do biegu indywidualnego staje Ole Einar Bjørndalen- zwycięzca klasyfikacji generalnej za poprzedni sezon i zarazem dumny posiadacz żółtej koszulki lidera. Niestety, 20 km i cztery naprzemienne strzelania nie przynoszą mu szczęścia, przez co traci zaszczytny trykot, chciałoby się napisać "na zawsze". Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że za 6 lat znów będę oglądał wygrywającego i liderującego Króla Biathlonu, będąc jednocześnie gdzieś na północy Norwegii, kazałbym mu zmienić dilera, bo tak się też mówiło w czasach gimnazjalnych. Obie rzeczy stały się jednak faktem i 2 grudnia 2015 roku 41- letnia już legenda wygrywa wspomniany bieg indywidualny na otwarciu sezonu, dzięki czemu znów zakłada żółtą koszulkę. Przez wieczne niewyspanie spowodowane nocą polarną wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że 96. zwycięstwo pucharowe Ole Einara Bjørndalena to sen.


Doskonale wiem, że internety podają różne liczby na temat Króla Biathlonu, często nie licząc ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Sochi. Dla mnie jednak nie ma to aż takiego znaczenia. Biathlonowe fakty, historie i wspomnienia zapisane w mojej głowie od zawsze kojarzą się z osobą Bjørndalena. To właśnie ta postać przesądziła o moim "wyborze" biathlonu. Nie będzie przesadą powiedzenie, że on jest jedną z przyczyn zdecydowania się na wyjazd do Norwegii, a jego obecność w moim liście motywacyjnym o dostanie się na obecne studia mogła mi nawet pomóc w zdobyciu miejsca na UiT. Wszystko to zbudowane jest na prawdziwej legendzie, wzorze do naśladowania i autorytecie, którego nigdy nie znałem, a który jednocześnie jest mi bardzo bliski. Wciąż nie potrafię sobie wyobrazić biathlonu bez niego. Był w nim od zawsze, od moich najmłodszych lat. Teraz, jak na ironię, kiedy muszę dorosnąć w Norwegii, wcale nie chcę tego robić. Pamięć cofa się do "dobrych czasów", w których Król zaznaczał swoją pozycję nieco częściej niż teraz, a jedynym zmartwieniem było złe wytypowanie wyników na biathlon.pl. Niby świat się zmienia i wszystko wokół nas się starzeje będąc zastępowanym przez coś nowego, lecz jednocześnie nie dotyczy to OEB. Wystarczy spojrzeć, ile tekstów z tą etykietą znajduje się na tym blogu. I tak długo, jak będzie ich przybywało, tak długo będzie to miało sens. Pozostanę taki sam, bo niektórzy ludzie mówią, że jak przestajesz się interesować tym, co dotychczas było dla ciebie najważniejsze, to dorastasz. W takim razie ja nie chcę dorosnąć.


A najlepsze jest to, że nie będzie drugiego Bjørndalena. Nawet Norwegia nie będzie w stanie wydać na świat tak zmotywowanego człowieka w dzisiejszych czasach. Kojarzycie może takie powiedzenie, że Norwegowie rodzą się z nartami na nogach? Każdy tak myśli o tej nacji, będąc przekonanym o jej wielkiej miłości do biegówek (jak ja nie lubię tego słowa...). Tak było może kilka, kilkanaście lat temu. W piątek, gdy pani D. od norweskiego pytała nas, czym jest dla nas "typisk norsk", opowiedziałem właśnie o zasłyszanym powiedzeniu. Ku mojemu zaskoczeniu zaprzeczyła, tłumacząc obecną sytuację z punktu widzenia nauczyciela młodzieży na poziomie gimnazjalnym. Choć sport zajmuje w Norwegii ważną pozycję, patrząc na codzienną liczbę tematycznych artykułów w gazetach, to nie koniecznie jest to zawsze sport zimowy. Znana ze swojego wysokiego poziomu szkoła średnia w Alcie o profilu sportowym zrzesza coraz więcej piłkarzy w ostatnim czasie niż przedstawicieli innych dyscyplin. Ponadto młodzież nie jest już tak chętna do uprawiania narciarstwa biegowego. Choć pozostaje tradycja dalekich wypraw i zakładania nart na Wielkanoc, to brakuje prawdziwych, wytrwałych talentów. Sam system szkolenia też nie współpracuje z dzisiejszymi "trendami". Młodzież często traktowana jest na jednym poziomie, bez względu na stopień umiejętności i zaangażowania. Trener nie ma prawa powiedzieć do jednego z uczniów: "ty jesteś jednym z najlepszych, przyłóż się bardziej, trenuj więcej, to będą z ciebie ludzie". Przez to nie ma odpowiedniej stymulacji do działania młodego człowieka, skoro i tak wszyscy dostaną to samo. Jednocześnie porównywanie się z innymi tkwi w ludzkiej naturze, więc nie da się tego zatrzymać zasadami. Owszem istnieje granica pomiędzy zdrową a niezdrową rywalizacją i to na ten aspekt powinno zwracać się uwagę, ucząc właściwych zachowań. Dopiero w przypadku dostawania ewentualnego miejsca w kadrze zaczyna się pewna selekcja, ale z powodu sporego finansowania wciąż nie trzeba być tym "naj", aby znaleźć się w zespole. To z jednej strony dobrze, że nie brakuje Norwegom pieniędzy, tak jak choćby my mamy z tym problemy, ale z drugiej strony brakuje elementu jakim jest odpowiednia konkurencyjność.  "Po co mam być najlepszy, skoro bycie dobrym wystarcza?". A powodem, dla którego rywalizacja jest szczególnie ważna w dzisiejszych czasach, jest ogromna popularność gier komputerowych i niestety używek, zwłaszcza nikotynowego wyrobu zwanego snus. Wszystko to, w połączeniu z faktem, że młodzieży zwykle nie brakuje funduszy na takie przyjemności, wpływa na spadek zainteresowania sportem. Wystarczy przypomnieć, że Bjørndalen pochodził z biednej rodziny, więc biathlon był dla niego sposobem na zrealizowanie się w lepszym życiu. Ponadto starty i treningi są dla niego wszystkim, przysłaniając czasem nawet życie osobiste i rodzinę. Jego małżeństwo z Nathalie Santer nie było udane, najprawdopodobniej z wielu powodów, a skłonność do samotniczego trybu życia jest cechą ludzi szczególnie silnych i zmotywowanych do osiągnięcia prawdziwego sukcesu. Siedząc w swoim pokoju na Północy wiem, że raczej nie jest to moją mocną stroną.


Obym nie miał racji, ale po odejściu braci Bø, co na szczęście jeszcze długo nie nastąpi, Norwegia może mieć spory problem z wynikami nawiązującymi do starych, dobrych czasów. I nie pomoże nawet przypomnienie sobie starego i nieznanego już wtedy powiedzenia, że Norwegowie rodzą się z nartami na nogach. Będzie zwyczajnie za późno, by naprawić błędy z przeszłości. Nowoczesne, rozwinięte społeczeństwa, do których z pewnością należy Norwegia, mogą kiedyś przeżywać regres kultury sportowej. W tym całym "dobrym życiu", gdzie niczego nie brakuje, spada w ludziach chęć sięgania po więcej, przez co długodystansowa motywacja jest raczej czymś nieosiągalnym. Jednocześnie tym samym społeczeństwom nie brakuje pracowitości. Część twierdzi, że pracuje, bo chce, a nie musi. Pieniądze nie są jedynym wyznacznikiem poszukiwań pracy, a pierwszym pytaniem zadawanym przez twoich znajomych po znalezieniu nowej posady jest "trives du?", czyli zwyczajnie: "podoba ci się tu?". Paradoksalnie więc taka sytuacja nie zawsze musi współpracować z ważną rolą sportu, przez co kolejne bogate pokolenia nie będą aż tak chętne do poświęcenia CAŁEGO życia dla czegoś, co wcale nie musi się udać, a dobre rezultaty często nie przychodzą od razu. Bo przecież zawodowstwo to nieustanna walka o swoje i nikt nie wręcza medali każdemu, kto przyjechał na zawody Pucharu Świata. To nie norweskie przedszkole, żeby tak robić.


I tym samym dochodzimy do konkluzji rozważań na temat wielkiego biathlonisty, która szokuje samego mnie, wybudzając z ciągłej senności. Za kilka lat, gdy już "dorosnę", a po Bjørndalenie pozostaną statystyki i wspomnienia, wraz z nim może odejść dobry duch sportu i nawet Norwegia wale nie musi pozostać rajem, w którym na pewno zrealizuję swoje plany ściśle związane z tą dziedziną. Świat zawsze był chory na niesprawiedliwość, a jest to szczególnie widoczne w czasach niewyobrażalnego rozwoju, kiedy praktycznie co sezon zmieniają się konstrukcje nart i waga butów. Wystarczy znów przywołać Króla Biathlonu, którego kariera trwała przez dwie rewolucyjne dla tej dyscypliny dekady. Pytanie tylko brzmi: jak daleko jesteśmy w stanie zajść, nie tracąc tego, co najważniejsze? Spróbujmy więc dotować polskie sporty zimowe, zaangażujmy się i wyłówmy następców Tomasza Sikory i Justyny Kowalczyk. Jesteśmy o tyle w dobrej sytuacji, że potrzebujemy tylko finansów, bo nie musimy naprawiać naszej młodzieży (jeszcze...), choć kto wie, co przyniesie czas. A jak będzie trzeba, to i ja pomogę, przyjadę i wejdę cały w to bagno, by zrobić z niego rafinerię. I nawet Norwegów czasem uda się pokonać, bo drugiego Bjørndalena już nie będzie, co właśnie udowodniłem. Choć nie jestem pewien, czy nie pisałem tego przez sen.

O czubek buta, czyli ostatnia pięćdziesiątka sezonu 2014/2015

Oslo, wzgórze Holmenkollen, słoneczne, nieco ciepłe sobotnie popołudnie. Trudno wyobrazić sobie lepszą scenerię do zakończenia sezonu 2014/2015 Pucharu Świata w biegach narciarskich. Na zawodników czekają ostatnie, trudne i owiane legendą kilometry tej zimy. A jest ich aż 50. Za nimi czai się natomiast prestiż, odpoczynek, dla niektórych wieczna chwała i kryształowa kula, a dla innych sportowa emerytura. Wszyscy mają jednak jeden cel, przetrwać test męskości, jakim jest nazywana pięćdziesiątka w stolicy Norwegii.

O historii tego wspaniałego biegu mógłbym rozpisywać się godzinami za każdym razem, kiedy przychodzi czas jego rozgrywania. Nie jestem w tym odosobniony. Każdego roku rozpoczynają się dyskusje, poruszające przeróżne kwestie. Czasem mówi się o przemianach trasy, które następowały na przestrzeni lat. Porównuje się obecnych zawodników z legendami przeszłości wyliczając, ile razy kto stał na podium w Oslo i ile razy wygrywał. W tym roku coś szczególnie przykuło moją uwagę. Coraz więcej bowiem mówiło się o formule startu tego biegu. Jako część kalendarza PŚ organizowanego przez FIS, musi być on rozgrywany zgodnie z odgórnymi zasadami. Tak więc według nich, wszyscy zawodnicy startują razem w jednym momencie. Wcześniej, do 2008 roku włącznie (o czym wspominałem już 100 razy), każdy startował osobno, w danym odstępie czasu. Ta metoda została jednak uznana za nieatrakcyjną, więc ją zmieniono. Są jednak tacy ludzie, którzy chcieliby przywrócenia tej starej formuły. Za takim rozwiązaniem otwarcie opowiedziały się gwiazdy norweskiej reprezentacji: Petter Northug i Martin Johnsrud Sundby. Na konferencji prasowej poprzedzającej sobotni finał sezonu, obaj zawodnicy stwierdzili, że starty interwałowe czyniły bieg trudniejszym. Ponadto od samego początku, czyli od 1902 roku, startowano właśnie w ten sposób. Dopiero kilka lat temu zerwano z tą tradycją, co jak widać budzi zastrzeżenia. Lider komitetu FIS w biegach narciarskich- Vegard Ulvang zapowiedział, że powrót do dawnej formuły startu w Holmenkollen zostanie rozważony. Co ciekawe, już organizatorzy niedawnych MŚ w Falun wnioskowali o start interwałowy biegu na 50 km kończącego mistrzostwa, lecz prośba została odrzucona z uwagi na brak miejsca w programie transmisji. Faktycznie jeżeli popatrzeć z tej strony, obecny kalendarz dyscyplin zimowych jest tak gęsto upakowany, że czasem ledwo udaje się uniknąć kolizji dwóch dyscyplin sportu nadawanych w tym samym czasie. Biegi ze startu wspólnego łatwiej jest kontrolować i przewidzieć czas ich zakończenia. Ponadto ich transmisja trwa krócej i jest bardziej widowiskowa. Pamiętam, że dawniej nie było nawet szansy na zobaczenie całej trasy. Kamery były ustawione tylko na punktach pomiaru czasu. Dziś możemy podążać za czołówką wyścigu, więc i odbiór wydarzenia jest jaśniejszy.

Inną sprawą jest taktyka. W takim biegu jak 50 km stylem dowolnym ze startu wspólnego, jest ona bardzo prosta, co stwierdził Noah Hoffman. Dla niego najważniejszym celem było utrzymanie się w grupie prowadzącej tak długo, jak tylko było to możliwe. Podobnie myśli większość, z Petterem Northugiem na czele, który jest mistrzem rozgrywania takich biegów. Wolne tempo na początku nie sprzyja selekcji, stąd przez większą część dystansu z przodu biegnie bardzo liczna grupa zawodników. Wszystko rozstrzyga się na ostatnich dziesięciu kilometrach, kiedy tempo rośnie, a o wynkiach decyduje ostatnia prosta przed metą. To też jest jakaś metoda, ale zestawiając ją z pojęciem "próby męskości", następuje mały zgrzyt. Norweskie pismo Aftenposten opublikowało tekst, w którym porównuje pięćdziesiątkę w Oslo do wyścigów kolarskich. Dawniej wyglądało to trochę jak jazda indywidualna na czas. Dodatkowo w kolarstwie mamy przepis, który zabrania jazdy jednego zawodnika bezpośrednio za drugim (drafting). Gdyby wprowadzić to w biegach, kto wie, jak różne mogłyby być wyniki. Stworzenie czegoś takiego w przypadku pięćdziesiątki uczyniłoby z niej prawdziwą próbę wyższego rzędu. Dziennikarz idzie jednak dalej. Skoro tak bardzo liczy się finisz i sam dystans nie jest już większym wyzwaniem, to może powinno się wydłużyć bieg do 100 km i stworzyć z tego łączony (50 km klasyk + 50 km łyżwa). Pomysł karkołomny i może nieco z innej planety, ale na zawody poza Pucharem Świata może się nadać.

Zostawmy jednak dywagację na bok, bo przyszedł czas na wyścig. Tysiące kibiców zgromadziło się przy trasie w okolicach malowniczego wzgórza Holmenkollen, czekając na spektakl. I trzeba przyznać, że rzeczywiście takim był tegoroczny bieg na 50 km stylem dowolnym. Żeby wyobrazić sobie jego znaczenie dla Norwegów wystarczy sprawdzić, że na jego starcie stanął zdobywca małej kryształowej kuli w sprincie- Finn Hågen Krogh, dla którego najdłuższym dystansem w PŚ w tym sezonie było 15 km. Ponadto mogliśmy zobaczyć również Tord Asle Gjerdalena, który przed rokiem zakończył reprezentacyjną karierę i ściga się obecnie w maratonach. Pięćdziesiątkę w Oslo na swój ostatni bieg w PŚ wybrał na przykład Anders Soedergren. To samo planował Johan Olsson, ale znów się rozchorował i musiał zmienić plany. Obu Szwedów będziemy mogli w przyszłości obserwować w biegach Worldloppet/Swix Ski Classics. Obsada w sobotę była więc silna, zwłaszcza wśród zawodników z Północy. Oni też zajęli się dyktowaniem wysokiego tempa już od startu. Zaledwie po 15 minutach na czele znalazła się wyselekcjonowana grupa. W miarę trwania biegu, tempo było rwane przez kolejnych atakujących. Tu liczyło się wszystko, nawet moment zmiany nart. Zupełnie inaczej to wyglądało na Mistrzostwach Świata, czy nawet Igrzyskach Olimpijskich. Szczególnie gospodarze byli napędzani chwałą zwycięstwa na własnej ziemi, zaś reszta chęcią pokonania tych pierwszych na oczach zgromadzonych kibiców. To wystarczyło, żeby zapewnić trwającą niemal dwie godziny ucztę biegową, zakończoną wspaniałym finałem. W decydującej rozgrywce liczyło się pięciu zawodników: 41- letni Sergei Dolidovich (!), Marcus Hellner, Martin Johnsrud Sundby, Dario Cologna i Sjur Røthe. Ten ostatni ewidentnie przeżywał swój najlepszy wyścig sezonu, a może nawet kariery. Wielokrotnie prowadził stawkę nawet we wcześniejszej fazie zmagań, zaś na ostatnich metrach był bardzo aktywny. To właśnie on potrafił najszybciej zareagować na atak Dario Cologni na 3 km do mety. Szwajcar był również mocny tego dnia, walcząc o zdobycie małej kryształowej kuli za dystanse. I to właśnie pomiędzy nim a Røthe rozegrała się wspaniała walka na ostatnich metrach. Norweg był szybszy na zjeździe, dzięki czemu zyskał niewielką przewagę, jednak to Cologna zaczął niebywale szybki finisz. Gdyby meta była choćby 5 metrów dalej, Szwajcar odniósłby swoje pierwsze zwycięstwo na norweskiej ziemi. Tak się jednak nie stało. Røthe wygrał z przewagą... kawałka buta, dokładniej mówiąc o długość dużego palca u nogi. Czas obu zawodników był taki sam po 50 km biegu! Dopiero photo- finish rozstrzygnął, że to gospodarze mają najwięcej powodów do radości.

Dario mógł jednak pocieszyć się świeżo zdobytą małą kryształową kulą. Trzeci na metę wbiegł zdobywca Pucharu Świata za klasyfikację generalną- Martin Johnsrud Sundby. Znakomite czwarte miejsce zajął doświadczony Sergei Dolidovich. Hellnerowi przypadło 5. miejsce, co i tak przy jego tegorocznych wynikach jest dobrym osiągnięciem. Być może interesuje Was, gdzie podział się mistrz takich końcówek, czyli Petter Northug. Otóż, nie wytrzymał trudów biegu na więcej niż 10 km przed metą, przez co swoim zwyczajem resztę dystansu pobiegł treningowo. Do mety przybiegł na 39. miejscu ze stratą prawie ośmiu minut. Kończący karierę Anders Soedergren był 17. Lokatę tuż przed Szwedem zajął nie kto inny, jak Finn Hågen Krogh. Jako sprinter bardzo mi zaimponował. Przed startem wcale bym nie przypuszczał, że w ogóle uda mu się ukończyć ten bieg. Nie dali rady przecież tacy zawodnicy, jak Calle Halfvarsson, czy Eldar Rønning. Zawodnika z Alty będzie wkrótce stać na naprawdę wielkie sukcesy.

Tegoroczna pięćdziesiątka w Oslo pokazała wszystko, co jest najważniejsze w biegach narciarskich i co tak bardzo uwielbiam. Nie zabrakło taktyki, wymagającego tempa, pięknej końcówki i nuty nieprzewidywalności. Chciałbym, żeby właśnie tak kończył się każdy sezon Pucharu Świata. Dosyć mam tych mikro- i minicyklów, w których biegi są krótkie, a rozdawana jest masa punktów. Niech zawsze będzie ta jedna, ale piękna pięćdziesiątka, z bonusami punktowymi w trakcie. I tak naprawdę jej forma nie ma większego znaczenia. Czy to start interwałowy, czy masowy, Holmenkollen ma to coś, co nigdy nie pozwoli na nudę i powoduje, że bieg zapada w naszą pamięć na długi czas.

Stres niejedno ma imię

Było już o motywacji, depresji i modelu katastrofy. Teraz czas na coś, co niejako łączy się ze wszystkimi tymi aspektami. Chodzi o stres. Wiemy, że jest on wszędzie, więc także i w sporcie. Potrafi zmobilizować człowieka, ale również go zniszczyć. Jakie oblicze przyjmuje wobec sportowców i jak na nich wpływa? Postaram się to Tobie wyjaśnić, Drogi Czytelniku, w tym poście.

Na pomysł takiego tekstu wpadłem po usłyszeniu wiadomości o braku motywacji Emila Hegle Svendsena. Co prawda ten temat poruszyłem już wcześniej. W ogóle, jak się przyjrzeć, to w tekstach z psychologią sportu w tle często pojawia się EHS. Widocznie tak sobie go upodobałem, jak dobry przykład sportowca trapionego różnego rodzaju problemami. Poprzednio zabrakło jednak tego czynnika sprawczego, którym zazwyczaj jest stres. Można go wiązać z rolą pobudzenia, które opisywałem w modelu katastrofy. Lecz również można odnieść do reszty tematów, a nawet do depresji. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia sportowca i reakcji jego organizmu. Czasem może z tym być naprawdę ciężko.


Logiczne jest, że im większa popularność, tym większy stres. Przykładowo z występami Emila Hegle Svendsena związane są ogromne oczekiwania. Tak było na przykład na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi. Nie twierdzę, że tylko to doprowadziło do pamiętnego zawalenia sztafety męskiej na ostatniej zmianie. Tak samo również nie mam zamiaru wmawiać nikomu, że w obecnej sytuacji EHS zwyczajnie boi się kontaktu z wizją zawodu na następnych IO. Myślę, że tak ceniony sportowiec nie ma z tym problemu. A gdybym jednak się mylił? Wtedy cała historia nabiera innego obrotu dobrze znanego dla każdego, kto zna stres jak swojego brata...

Stres zablokował Svendsena w Sochi podczas ostatniego strzelania sztafety. Pewny medal dla Norwegii został zamieniony na najgorsze możliwe czwarte miejsce. Takie coś jeszcze nie wydarzyło się w jego karierze. Zwykle panował nad sobą, utrzymując optymalny poziom pobudzenia, a tym razem wszystko poszło nie tak. Nie wiedział, dlaczego sprawy tak się potoczyły i za nic w świecie nie chce, żeby sytuacja się powtórzyła. Wciąż powtarza sobie w myślach: "Jeg er SuperSvendsen...", lecz umysł podpowiada raczej: "Det var min feil". Koledzy jakoś stawiają EHS na nogi, kończy się sezon, więc wszyscy udają się na imprezę, gdzie rzeczywiście odreagowuje. Przychodzą letnie treningi z kadrą. Patrząc na króla Bjoerndalena podziwia jego niesłabnącą motywację, mimo tylu lat startów. Już wie, że nie będzie taki, jak Ole Einar. Co więcej, boi się jego odejścia. Wtedy przewodnictwo kadry spadnie na niego, tak jak wzrok całej Norwegii. Jako najbardziej doświadczony nie będzie już "rozgrzeszany" ze słabszych występów, a tym bardziej nie zatuszuje ich zainteresowanie postacią OEB. Ma obok siebie kolegów, ale ciągłe współzawodnictwo o miejsce w kadrze nawet dla Emila Hegle nie jest wesołą perspektywą. I tak oto w lecie, kiedy dużo mówi się o planach na przyszłość, on nie chce wcale tego czynić. Jest ambitny, dlatego nie odpuści, ale stres związany z zainteresowaniem jego osobą odbiera mu motywację. Biathlon, który uwielbiał od najmłodszych lat stał się uosobieniem presji udowadniania samemu sobie, że jest najlepszy. Każdy następny start widzi więc jak rutynę tych samych czynności z lękiem przed porażką w tle. Aż wreszcie psychika powiedziała nie...

Poniosło mnie, prawda? Drastyczny przykład niszczenia sportowca przez stres i tak nie został dokończony. W ekstremalnym wydaniu pojawiłyby się reakcje obronne przeciążonego organizmu, prowadzące do kompletnej blokady w chwilach zwiększonego lęku. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo są one nieprzyjemne. Ta w większości dopisana w myślach historia z życia Svendsena miała tylko jeden cel. Ukazać, że takie problemy mogą dotknąć każdego. Równie dobrze może je mieć jakiś młody sportowiec, którego potencjał miał zaprowadzić do światowej czołówki. A przez "jedynie" stres to wszystko zostaje przekreślone. Z tego stanu wraca się zwykle po terapii, pracy nad sobą, zmianie stylu życia i przede wszystkim myślenia. Tak więc nie jest to niemożliwe. Mimo wszystko, nie życzę nikomu podobnych problemów, bez względu na to, czy jest zawodowcem, czy nie. Nie wierzysz? To polecam obejrzeć sobie film "Całkiem zabawna historia" ("It's kind of a funny story"). Pamiętaj o tym, Drogi Czytelniku. A wracając do samego Svendsena mam nadzieję, że wszystko będzie z nim w porządku. Odzyskanie motywacji będzie łatwiejsze, niż pokonanie własnej presji. A przede wszystkim liczę, że problemy EHS i Martina Fourcade nie przysłonią nam ich pięknych pojedynków w nadchodzącym sezonie.

Mononukleoza Martina Fourcade

Biathlonowy świat obiegła ostatnio wiadomość o chorobie Martina Fourcade. Zdobywca Pucharu Świata za poprzedni sezon boryka się z mononukleozą, przez co będzie musiał zrezygnować z treningów przez najbliższe tygodnie. Biorąc pod uwagę jego plany na przyszłą zimę, może być trudno osiągnąć wszystkie cele.

Martin Fourcade na starcie biegu masowego na Skifestivalen Blink 2013. W tym roku się tam nie pojawił.

Przypomnijmy, że Fourcade ma zamiar wystartować nie tylko w Mistrzostwach Świata w biathlonie w Kontiolahti, lecz również udać się do Falun, aby walczyć z biegaczami narciarskimi o medale. Tymczasem mononukleoza nie pozwoli mu na treningi przez kilka tygodni. Ta choroba objawia się między innymi ciągłym zmęczeniem (więcej nie wiem, bo SadurSky słabnie czytając o chorobach, zainteresowanych zapraszam tu: http://drogadosiebie.pl/mononukleoza/) i jest prawdziwym utrapieniem dla sportowców. Zwykle powrót do formy zajmuje po tym długi czas. A przecież do zimy coraz bliżej. Możliwe, że Martin nie będzie najlepiej przygotowany na początku sezonu. Pytanie tylko brzmi, czy zmiana planu treningowego, wymuszona przez tę okoliczność, pozwoli na osiągnięcie optymalnej dyspozycji w momencie startu na obu Mistrzostwach Świata.

Jeszcze przed zdiagnozowaniem choroby, Fourcade czuł się wyczerpany. Nie wystartował na Skifestivalen Blink, skupiając się na własnym treningu. Postanowił jednak wprowadzić choć trochę współzawodnictwa, zapraszając Norwegów do strzeleckiego starcia. Na swoim profilu na portalu instagram zamieścił film, w którym wykonuje bezbłędne strzelanie w pozycji stojącej w niesamowitym czasie 10.26 sekundy. Dodał do tego opis: "can you be faster?" i oznaczył w nim Emila Hegle Svendsena oraz braci Boe. Możecie to zobaczyć pod tym linkiem. Na nieszczęście Francuza, wszyscy wyzwani byli od niego szybsi. Najpierw odpowiedział Johannes Thingnes Boe z czasem 9:21 (film), później Tarjei ustanowił wynik 9:10 (film) i na końcu Emil Hegle Svendsen pochwalił się swoim czasem 9:67 (film). Panowie wpadli na dobry pomysł. Ciekawe, czy przyjdzie nam kiedyś obejrzeć tak spektakularne strzelanie na zawodach Pucharu Świata. Poniekąd próby podejmowali już wcześniej bracia Boe, czasem wiele na tym zyskując, a niekiedy tracąc przez pudła. Może by tak nominować do tego sprawdzianu Ole Einara Bjoerndalena? Zdarzało mu się przecież eksperymentować z szybkim strzelaniem i często decydowało to o sukcesie, jak choćby podczas złotego biegu sprinterskiego na IO w Sochi.

Wracając do sprawy Martina Fourcade, ma on jeden pozytyw w całej sytuacji. Już po zakończeniu poprzedniego sezonu zapowiadał, że w przyszłym nie będzie zbyt zainteresowany gromadzeniem wielu punktów w klasyfikacji Pucharu Świata, skupiając się na dwóch najważniejszych dla siebie imprezach. Tym samym będzie mógł odpuścić kilka startów w początkowej fazie zimy, aby rzeczywiście jego dyspozycja była najlepsza w czasie, kiedy będzie to dla niego najpotrzebniejsze. Mam nadzieję, że wróci do zdrowia, aby dostarczać nam emocji podczas zmagań na trasach.

Depresja i sport

Wiadomość o depresji Justyny Kowalczyk poruszyła zapewne każdego kibica. Nikt przecież nie przypuszczał, że przy tylu sukcesach, coś złego mogło się dziać z jej psychiką. Jak się niestety okazało, takie myślenie jest błędem. Depresja zwykle nie zależy od tego, co widzimy "na zewnątrz". To choroba, która niszczy ludzkie poczucie własnej wartości i odbiera sens życiu. A jakie jest jej powiązanie ze sportem? Czy można ją przezwyciężyć dzięki niemu, a może wręcz przeciwnie? Postaram się odpowiedzieć na te pytania w poniższym poście.


Photo credit: DrabikPany / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)
Najważniejsze to rozróżniać depresję od załamania. Załamanym można być krócej lub dłużej w wyniku jakiegoś wydarzenia. Przykładowo, jakiś czas temu opisywałem model katastrofy na podstawie Emila Hegle Svendsena. Po tej pamiętnej dla niego sztafecie przeżył załamanie, z którego wyciągnęli go koledzy z reprezentacji. Załamany swoim występem na IO (niesłusznie) był również Noah Hoffman, który rozważał nawet zakończenie kariery. W tym przypadku osobiście pomogłem wyciągnąć z dołka tego obiecującego sportowca, wysyłając skromnego e- maila. Tymczasem depresja rodzi się w głębi i wcale nie musi zależeć od porażki, dlatego trudniej ją zrozumieć i opanować. Nie będę zaglądał do psychologii (tej niesportowej), bo zwyczajnie się na tym nie znam, lecz mogę z pewnością powiedzieć, że są różne podłoża tego stanu. Czasami ludzie są podatni na wpadanie w melancholię oraz utratę sensu życia i może być to uwarunkowane w dany sposób, niekoniecznie związany z wykonywanym zawodem. Tak jest również w przypadku Justyny Kowalczyk. O perypetiach jej choroby możecie przeczytać w wywiadzie przeprowadzonym na łamach Gazety Wyborczej tu. Trudno uwierzyć, że spełniony sportowiec boryka się z tak trudnymi do przezwyciężenia problemami życia prywatnego. No właśnie. Większość z nas przyjmuje sportowców jako superbohaterów, którzy są niezniszczalnymi machinami do wygrywania i zapewniania emocji na zawodach. Te czasy skończyły się jakieś dwa tysiące lat temu. Kto nadal uważa przeciwnie, musi wreszcie zrozumieć, że sportowiec to też człowiek, więc ma swoje słabości, wady i uczucia. Łatwo powiedzieć, a trudniej zrozumieć. Sam boję się sytuacji, w której przykładowo dowiedziałbym się, że Ole Einar Bjoerndalen przedłużył karierę nie dlatego, że uwielbia walczyć, lecz dlatego, że przytłoczyła go pewna fatalna myśl, według której jego życie miałoby stracić sens bez biathlonu. Dla mnie jest to właśnie ten superbohater, król biathlonu, który znajdzie motywację nawet przy problemach prywatnych, takich jak rozwód czy śmierć ojca.

Skoro już mowa o motywacji do uprawiania sportu, to jaki ma ona związek z kondycją psychiczną zawodnika? Poniekąd pisałem o tym we wcześniejszym poście poświęconym całkowicie motywacji. W przypadku depresji ma to jednak nieco inną postać. Ta choroba może zupełnie zniszczyć sportowca, odebrać mu wiarę we własne możliwości. Psychologia sportu zna bowiem taki termin, jak poczucie własnej skuteczności, które ma wymierny wpływ na wyniki zawodnika. Jeżeli więc depresja zaatakuje ten punkt, bardzo ciężko jest powrócić do formy. W przypadku Kowalczyk sprawa wygląda inaczej, o ile można rzec lepiej. Jeżeli przeczytasz wywiad, który zalinkowałem powyżej, Drogi Czytelniku, dowiesz się, że w obecnej sytuacji nic oprócz sportu nie jest w stanie uszczęśliwić naszej reprezentantki. Motywacja jakby znalazła się sama, napędzana beznadzieją codzienności (sytuacja odwrotna do Magdaleny Neuner). Stąd są natomiast dwie drogi. Albo spełnienie sportowe poskutkuje stabilizacją życia, albo potrzebna będzie długotrwała praca z terapeutą niezależnie od kariery. Ciężko się o tym wszystkim pisze. Nawet w dzisiejszych czasach, gdy depresję można spotkać na każdym kroku. Pozostaje wierzyć, że sport będzie tym rzeczonym "światełkiem w tunelu" i pozwoli na wyjście z kryzysu. Postawiony, a później zrealizowany cel pozwala przezwyciężyć wszystko. Tak było z Torą Berger, która po zachorowaniu na raka skóry postawiła sobie jako cel zwyciężyć z chorobą, a później na IO w Vancouver. Kilka miesięcy później zdobyła złoty medal olimpijski w biegu indywidualnym.

Skąd u sportowca depresja? Pytanie o przyczynę zostawiłem na koniec, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć. Posłużę się więc słowami bohaterki dzisiejszego posta: " Sport jest najczęściej sprawiedliwy. Jeśli mu wiele poświęcisz, mniej więcej tyle samo dostaniesz w zamian. W życiu możesz poświęcić wszystko i nie otrzymać nic. To jest dla sportowca rzecz po prostu niezrozumiała."

Model katastrofy

Być może wielu z Was ciągle zastanawia się nad tym, dlaczego Emil Hegle Svendsen zawalił ostatnią zmianę olimpijskiej sztafety. Doskonale pamiętamy, że na swój odcinek wyruszał pierwszy i wydawało się, że z pewnością dobiegnie z medalem dla Norwegów. Tak się jednak nie stało. Przyczyny takiego rozwoju wypadków może znaleźć psychologia sportu.

Psychologia sportu to prawdziwa dziedzina nauki. Od ponad wieku, badacze starają się wyjaśnić wszelkie zachowania człowieka związane z uprawianiem sportu, a konkretnie ich umysłową stronę. Już kilkakrotnie na blogu poruszałem tematy z zakresu tej nauki, na przykład w poście o motywacji. Tym razem jednak świadomie będę czerpał z dorobku psychologów sportu, a chodzi o tytułowy model katastrofy. Opracowany został przez Frazeya i Hardy'ego w 1988 roku. Aby jednak dokładnie to zrozumieć, trzeba poznać pewne pojęcia. Bez zbędnych definicji wyjaśnię, że chodzi o takie coś, jak pobudzenie. Może być ono związane ze stresem, lękiem, czy też zwyczajnym podekscytowaniem zbliżającym się startem w zawodach. I skoro już mamy to pobudzenie, to w zależności od sytuacji (rangi zawodów, pozycji startowej itp.) może być ono duże lub małe. Od niego zaś zależy wynik, co kształtuje wykres odwróconej litery U (rysunek a). Każdy zawodnik ma jakiś optymalny poziom pobudzenia, dla którego osiąga najlepszy rezultat. Według omawianego modelu katastrofy nawet niewielkie zwiększenie tego poziomu poza optymalny może powodować znaczącą porażkę. Widać to na poniższym wykresie (rysunek b).

Odnosząc to do sytuacji Svendsena, w sztafetowym biegu olimpijskim mogło być podobnie jak w modelu katastrofy. Wyobraźmy sobie, co działo się wtedy w jego głowie. Po świetnych zmianach braci Boe, Norwegia znacznie prowadziła i na swój odcinek wyruszył Ole Einar Bjoerndalen. Trzeba powiedzieć wprost, że to nie był jego dzień. Sam król, wypowiadając się dla norweskiej prasy, przyznał, że był za bardzo spięty przed biegiem. Trochę więc stracił z tej przewagi, oddając zmianę Svendsenowi tuż przed Niemcami. EHS widział to wszystko i początkowo mógł być nieco zbyt rozluźniony. W końcu tuż przed jego zmianą, Norwegia biegła po pewne złoto. Dopiero, gdy okazało się, że będzie musiał bronić nie tylko złota, ale też jakiegokolwiek medalu, poziom lęku znacznie i niespodziewanie wzrósł. W walce znalazły się jeszcze Austria i Rosja. Wszystko miało rozstrzygnąć ostatnie strzelanie. Svendsen doskonale o tym wiedział i nie chciał zawieść kolegów z drużyny. Objawił się dodatkowy stres związany z odpowiedzialnością za wynik nie tylko własny, ale także całej reprezentacji. Pod tym względem sztafeta jest najbardziej brutalną konkurencją, o randze Igrzysk Olimpijskich nie wspominając. To wszystko zaczęło krążyć w myślach Norwega, do czego nie miało nawet dojść. Nagle pojawiła się możliwość całkowitej porażki i gdy tylko zaczął o tym myśleć, znajdował się już na skraju drastycznego spadku naszego wykresu. Stąd więc wzięły się pudła i karna runda. Tym samym Norwegia nie mogła się liczyć w walce o medale. Jednym słowem katastrofa.

Można oczywiście powiedzieć inaczej. Przecież na innych zawodnikach podczas ostatniego strzelania spoczywała również duża presja. Poniekąd tak, choć z pewnością mieli oni inną pozycję startową i byli inaczej nastawieni. Czasem też zacięta rywalizacja motywuje do lepszych wyników. Można także powiedzieć, że start olimpijski jest dla każdego bardzo ważny i nigdy nie jest się czegokolwiek pewnym. W dodatku biathlon wydaje się być dyscypliną wykraczającą poza tradycyjne pojmowanie psychologii sportu. Nie wszystko można wytłumaczyć klasycznymi definicjami. Dlatego sam z rezerwą podchodzę do wyjaśnienia porażki Svendsena modelem katastrofy, który zresztą jest bardzo skomplikowany. Bohater posta to na tyle doświadczony i dobry zawodnik, że trudno uwierzyć w nagłe pojawienie się lęku. Choć zdarzały się podobne sytuacje równie świetnym postaciom. Na przykład Martin Fourcade w pierwszej sztafecie mieszanej sezonu 2013/2014 w Oestersund, biegnąc zupełnie sam na prowadzeniu, zaliczył 3 karne rundy na ostatnim strzelaniu, przez co Francja skończyła na 5. miejscu. Błędów nie ustrzegł się też sam Ole Einar Bjoerndalen. Dawno temu zdarzyło mu się zaliczyć 3 karne rundy na swojej zmianie. Jego fatalne strzelanie możecie zobaczyć w poniższym filmie.



Wracając na koniec do Emila Hegle Svendsena, to cała sytuacja z Igrzysk bardzo odbiła się na jego psychice. Długi czas po biegu był załamany. Jak sam przyznał, nie mógł na siebie patrzeć. Nie chciał nic robić, tylko leżeć na łóżku. Do normalnego funkcjonowania zmuszali go koledzy i trenerzy. Najbardziej bolała go myśl, że pozbawił ich medalu. Na jego przykładzie widać, jak duża część wyniku zależy od tego, co dzieje się w głowie zawodnika. Oby EHS szybko zapomniał o tym wszystkim i powrócił do wygrywania w przyszłym sezonie.

Wszystkim czytelnikom i biathlonowym fanom życzę Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Z Pokljuki do Oslo i z powrotem

Na wstępie chciałbym życzyć wszystkim paniom, odwiedzającym i czytającym tego bloga, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet. Ten szczególny dzień jest okazją do podziękowania Wam za to, że jesteście. Sposobów jest wiele.

Na przykład IBU nagrodziło Irinę Starykh i Ekatarinę Iourievą dyskwalifikacją za stosowanie dopingu. Dopiero dziś ujawniono wyniki badań próbek B, które pobrano po stwierdzeniu niedozwolonych substancji we krwi u tych biathlonistek. Sprawa ma swój początek jeszcze przed Igrzyskami Olimpijskimi, kiedy to pojawiła się informacja o zawieszeniu trzech reprezentantów Rosji i Litwy. Nic więcej nie było wiadomo. Później Starykh przyznała się, że to z nią związane są podejrzenia i odsunęła się od kadry, natomiast litewski zawodnik Karolis Zlatkauskas od razu przyznał się do świadomego przyjmowania EPO. Trzeciej podejrzanej nie znaliśmy do końca (choć mogliśmy się domyślać), aż do czasu, gdy zawiodła jej ostatnia szansa na niewinność, czyli badana próbka B. I tak oto na dzisiejszej konferencji prasowej IBU (szeczegóły tutaj) świat dowiedział się o wyniku- Iourieva i Starykh stosowały erytropoetynę i jednocześnie wpadły po uszy. Kary nie zostały wprawdzie jeszcze ogłoszone, ale dla tej pierwszej będzie to najprawdopodobniej koniec jej sportowo- dopingowej kariery, bo została przyłapana na tym procederze po raz drugi (wcześniej została zdyskwalifikowana wraz z Dimitryem Yaroshenko oraz Albiną Akhatovą). Nieładnie...

Przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych, bo dzisiaj było takich wiele. Choćby bieg pościgowy w Pokljuce, w którym zwyciężyła Kaisa Makarainen. Dla Finki jest to pierwszy triumf w tym sezonie. Kilka razy była blisko takiego wyczynu, jednak zawsze brakowało celności na strzelnicy lub po prostu szczęścia. Dziś jednak wszystko zagrało dobrze. Mimo dwóch pudeł na strzelnicy (to i tak dobrze przy mocno wiejącym wietrze) wyprzedziła Torę Berger z takim samym strzeleckim rezultatem oraz Dorotheę Wierer, dla której było to najlepsze miejsce w zawodach PŚ w karierze. Ta trójka zapewniła sobie bardzo ładne prezenty na Dzień Kobiet. Natomiast rewelacje ze sprintu nie zaliczyły dramatycznych spadków, jakich się spodziewałem. Katharina Innerhofer była 7. a Darya Virolaynen 9. Wszystko wróciło poniekąd do normalności, ale pamiętajmy że pod koniec sezonu olimpijskiego mogą dziać się różne rzeczy... 

Ścigali się też panowie. Tym razem obudzili się Rosjanie- Shipulin i Malyshko, którzy od początku świetnie radzili sobie na strzelnicy w trudnych warunkach. Ten drugi jednak nie ma zbyt udanego sezonu pod kątem formy biegowej, stąd na trasie ponosił straty. W dodatku spudłował na ostatnim strzelaniu dwukrotnie, przez co spadł na 4. miejsce. Jego rodakowi się to nie przydarzyło i mógł samotnie przekroczyć linię mety na pierwszym miejscu. Podium uzupełnili: Bjoern Ferry oraz Ole Einar Bjoerndalen- oboje z dwoma pudłami. Po tym podium, król na pewno utwierdził się w przekonaniu, że decyzja o przedłużeniu kariery była słuszna. Tym bardziej, że w Pokljuce jest zdecydowanie najlepszym z Norwegów. Zarówno Emil Hegle Svendsen, jak i bracia Boe uplasowali się dziś w trzeciej dziesiątce, nie mówiąc już o tym, co zrobili w sprincie. Jednym słowem, słaaaabo...
Tej koszulki EHS w tym sezonie już raczej nie nałoży.

Biathlon na spółkę z narciarstwem alpejskim i Halowymi Mistrzostwami Świata w lekkoatletyce uniemożliwiły niestety transmisję jednego z ważniejszych biegów kalendarza FIS każdego sezonu. Mowa o pięćdziesiątce w Oslo. W tym roku panowie biegli techniką klasyczną. A dlaczego to tak istotne wydarzenie? Przede wszystkim, był to jedyny bieg sezonu na 50 km poza IO. Poza tym Oslo obrosło legendą, jeżeli chodzi o swoją coroczną obecność w Pucharze Świata. Zawsze (od 1902 roku) odbywa się tam właśnie maraton, co roku innym stylem. Kiedyś biegano dwie pętle, z której każda liczyła imponujące 25 km. Później skrócono jedno okrążenie do 17 km (trzy pętle), aż wreszcie do dzisiejszych 8,3 km pokonywanych przez zawodników sześciokrotnie. Inna była również formuła startu. Dawniej przeprowadzano start metodą interwałową- co 30 sekund. Ostatnim zwycięzcą w tej formule w 2008 roku był Anders Soedergren, który wyprzedził Lukasa Bauera i Remo Fischera. Warto dodać, że bieg ukończyło wówczas dwóch znanych nam biathlonistów- Frode Andresen (8. miejsce) oraz Lars Berger (35. miejsce). A skoro tak, to nietrudno domyślić się, jakim stylem wtedy biegano. Wyniki możecie zobaczyć tutaj. Dziś natomiast było bardzo ciekawie. Można powiedzieć, że panowie z ukłonem w stronę kobiet, rozegrali rywalizację "po damsku". Od początku Martin Johnsrud Sundby narzucał wysokie tempo, przez co kolejni zawodnicy szybko odpadali. Później zaatakował Lukas Bauer, ale nic z tego nie wyszło. Po pokonaniu połowy dystansu, w walce pozostali już tylko: Bauer, Sundby, Legkov, Richardson oraz młody Iivo Niskanen, ze sporą przewagą nad innymi. Na tym jednak się nie skończyło, bo już chwilę potem odpadł Czech, a na około 10 km przed metą kontakt z czołówką stracił Niskanen. Było więc wiadomo, że o zwycięstwo powalczą trzej świetni zawodnicy. Na ostatnich kilometrach Richardson z Sundbym odskoczyli Rosjaninowi. Norweg spróbował zaatakować na jednym z finałowych podbiegów, ale Szwed utrzymał się i skontrował przed stadionem. Końcówka była naprawdę szalona, jak i cały bieg. Możecie zobaczyć ją tutaj. Ostatecznie Daniel Richardson ukończył bieg pierwszy, przed Sundbym (który zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata) oraz Legkovem. Teraz, jak spojrzymy na wyniki dzisiejszego biegu i porównamy je z tymi sprzed sześciu lat, znajdziemy Richardsona na 36. miejscu i Sundby, który nie ukończył wówczas rywalizacji. Widać postęp. Nie zmienił się Bauer- wciąż w czołówce, za co należą się słowa uznania.

Skoro już o mowa o doświadczonych zawodnikach, to dzisiejsza pięćdziesiątka była ostatnim biegiem w karierze dla Tobiasa Angerera i Jensa Filbricha. W Pucharze Świata startowali od kiedy pamiętam i na pewno przez długi czas świat biegów narciarskich będzie ich wspominał. Tym samym definitywnie kończy się epoka świetnej czwórki z Niemiec. Rene Sommerfeldt odszedł po IO w Vancouver, Axel Teichmann pobiegł po raz ostatni w Sochi na 50 km. Dziś przyszedł czas na dwóch ostatnich. 
Tobias Anderer po zawodach PŚ w Szklarskiej Porębie

Inny sposób na zakończenie kariery wybrał sobie Sami Jauhojarvi. Po Igrzyskach wybrał się na Bieg Wazów, który ukończył na 55. miejscu (ale tylko 1 minutę i 58 sekund za zwycięzcą- Johnem Kristianem Dahlem). Teraz wystartował jeszcze w Oslo (był 15.) i ma zamiar pojawić się na finale PŚ w Falun. Chyba zna powiedzenie Leszka Millera, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy" i wziął je sobie do serca. Tak, czy inaczej, bardzo waleczna postawa zawodnika One Way.

Na koniec dnia jeszcze znalazłem taki denerwujący filmik, w obliczu naszej pogody. Słoweńcy skarżą się w nim na nadmiar śniegu w Pokljuce. To może choć trochę by nam pożyczyli? Mogę nawet sam po ten śnieg przyjechać...  

Macierewicz potrzebny od zaraz

Spokojnie, ten post nie będzie o polityce. Chodzi o to, co obecnie dzieje się "za kurtyną" polskiej kobiecej kadry biathlonowej. Jak pamiętamy, w biegu sztafetowym- ostatniej konkurencji Igrzysk Olimpijskich w Sochi, na pierwszym strzelaniu Krystyna Pałka spudłowała aż 7 razy. Skutkiem tego były cztery karne rundy i koniec szans polskiej drużyny na jakiekolwiek dobre miejsce. Wydawałoby się, że zdarzył się wypadek przy pracy lub zawiodła psychika zawodniczki. Sprawa okazuje się jednak na tyle splątana i nieprzyjemna, że nawet tytułowy polityk znany ze swoich teorii spiskowych miałby problem z jej rozwiązaniem.

Krystyna Pałka na mecie biegu pościgowego w Novym Mescie, 2012

Wszystko zaczęło się jeszcze przed wyjazdem do Sochi. Jedna z naszych zawodniczek- Paulina Bobak, udzieliła bardzo kontrowersyjnego wywiadu na łamach onetu. Żaliła się tam na rzekome złe traktowanie jej przez trenera i swoją pozycję w kadrze. Do tego doszły jeszcze problemy zdrowotne i mamy gotową historię, w której wyraźnie zaznaczono, kto jest pokrzywdzony. Dla ludzi nie mających styczności z biathlonem na co dzień, jest jasne, że trener, prezes i wszyscy wokół postępują niewłaściwie. Tymczasem fakty były takie, że o zdanie w tej sprawie nie zapytano ani trenerów, ani prezesa Polskiego Związku Biathlonowego. Do tego, jeżeli ktoś od dawna śledzi występy polskich biathlonistek, doskonale wie, że Paulina Bobak nigdy nie należała do wybitnych i stąd jej pozycja w kadrze nie mogła być lepsza. To zrozumiałe. Na Igrzyskach sprawa ucichła, bo każdy skupiał się na wypatrywaniu naszych szans medalowych.

Gdy się okazało, że o medale w biathlonie będzie trudno, onetowy dziennikarz przypomniał sobie o swoim idealnym modelu na sensację. I tak powstał kolejny tekst z Pauliną Bobak w roli głównej. Tym razem chodziło o jej problemy w Sochi. Podobno nie znała terminów treningów, nie mieszkała z resztą kadry i nie była przewidziana do startów olimpijskich. W tym ostatnim nie ma nic zaskakującego, ponieważ od początku było wiadomo, że Bobak jedzie na IO w charakterze rezerwowej. Zawodniczka posunęła się jednak jeszcze dalej. Odmówiła startu w sztafecie mieszanej. Tłumaczyła swoją decyzję faktem, że jej stan psychiczny na to nie pozwalał. I teraz ciężko się w tym wszystkim odnaleźć, bo biathlonistka, która pojechała na Igrzyska, powinna być gotowa do startu. Poza tym występ na takiej imprezie jest czymś szczególnym, co stanowi marzenie niejednego sportowca. Tymczasem Paulina Bobak odrzuciła taką możliwość, choć znalazła się w Sochi, wykorzystując miejsce kogoś innego, kto mógłby w tym czasie to swoje marzenie spełnić.

I teraz sedno sprawy, czyli wydarzenie z właściwej sztafety. Pudła Krystyny Pałki podczas pierwszego strzelania nie były spowodowane stresem, czy też zwyczajnym błędem. Otóż, przyrządy celownicze w jej karabinie zostały przestawione o kilka skoków, co wskazuje na działanie z premedytacją. Przy przestrzeliwaniu broni przed biegiem wszystko było w porządku, po czym karabin został odstawiony, a zawodniczka udała się na rozgrzewkę. Co stało się później, nie wiadomo. Wiemy natomiast, czym to skutkowało. Po sztafecie rozpoczęła się więc prawdziwa burza na temat tego, kto przestawił przyrządy celownicze i dlaczego to zrobił. Atmosferę dodatkowo podgrzała sama Pałka, pisząc na swoim profilu facebookowym:
"Przykro mi to mówić ,ale już jest pewne ,że przed biegiem sztafetowym ktoś przekręcił przyrządy w moim karabinie. Jeśli się potwierdzi przypuszczenie odnośnie osoby która to zrobiła będzie to wielki szok dla wszystkich:("
Już po samym przeczytaniu tego wpisu można było spodziewać się fali komentarzy z przewidywaniami, kto to zrobił. Spekulacje zostały nakręcone przez samą zainteresowaną, a nie powinno to nastąpić. Tym bardziej, że po ostatnich ekscesach wszystkie oczy biathlonowych kibiców zwróciły się ku Paulinie Bobak. Ta jednak zapewnia, że z przestawieniem przyrządów nie ma nic wspólnego. Popełniła jednak błąd, bo początkowo twierdziła, że nie była na ani jednym biegu podczas IO, a później potwierdziła swoją obecność w "ogródku" dla zawodników przed startem sztafety. Wylicza co prawda dokładnie, gdzie była o konkretnej godzinie i co robiła, lecz budzi to pewne wątpliwości. I w takiej atmosferze znów odzywa się Krystyna Pałka:
"Przestańcie komentować! Skąd możecie wiedzieć kto mógł to zrobić? Jeśli sprawa się wyjaśni to będzie super.Na razie zostaje ocena Pani Ekspert Magdaleny Grzywy o fatalnej postawie.Igrzyska zakończone ,wyniku nic nie zmieni.Nikt nie wie jakby sztafeta się potoczoczyła gdyby moje strzelanie było normalne.Teraz tylko mozna gdybać.Prosze nie oskarżać osób jak nie jesteście pewni!!!! Napisałam ,ze karabin został przekręcony-bo tak było.Nie napisałam kto to zrobił!!! Mam jednak trop.Jeśli potwierdzą się dowody to będzie wiadomo. Dlaczego to ważne dla mnie? Dlatego,ze jestem pewna że nie było błędu postawy.8-10 skoków to różnica zmiany skupienia,która jest niemożliwa. Nie chcę by ponownie coś takiego miało miejsce.Sprawa z Francją się łączy. Takie samo przestawienie karabinu. Więc proszę nie komentować i nie oskarżać jak nie jesteście pewni.Sprawa zamknięta!"
A właśnie, że nie zamknięta. Dodatkowo jeszcze odnajdujemy tu pewien żal do Magdaleny Grzywy- byłej biathlonistki bez znaczących sukcesów, która po zakończeniu kariery została "ekspertem" od biathlonu w TVP. Odnośnie całej sytuacji wypowiedziała się tutaj. Ale mnie samemu trudno brać słowo pani Grzywy za autorytet w tej sprawie. Ważnym krokiem był wniosek o przekazanie PZBiath zapisu nagrań z kamer ustawionych w pobliżu "ogródka" dla zawodników. To wyjaśniłoby wszystko, ale jednocześnie nie uciszyło spekulacji. Krystyna Pałka znów zakomunikowała:
"Jeszcze raz informuje. Nie oskarżam konkretnej osoby. Jest pewne że przyrządy zostały przekręcone. Nie jest pewne co przestawiło przyrządy . Są przypuszczenia ,ale trzeba je sprawdzić. Nie wykluczone ,że mogło dojść do uderzenia w przyrządy celownicze."
To już kompletnie nie rozumiem. Z początku było "pewne", że ktoś przestawił przyrządy celownicze z premedytacją, a teraz pojawiła się możliwość uderzenia. Według mnie jedno jest pewne. Cała ta sprawa jest bardzo zawiła i oby rozwiązała się jak najprędzej, bo budzi wiele negatywnych emocji, a nie o to chodzi w tym sporcie. Sam biathlon pojawił się na stronach głównych wielu portali. Czy jest to pewnego rodzaju "promocja"? Rzecz jasna nie, bo przede wszystkim atmosfera w kadrze stała się niepotrzebnie napięta, a dodatkowo ten sport przedstawiany jest w kontekście pod tytułem "zły PZBiath i skrzywdzona Paulina Bobak". Niepotrzebnie wszystko rozwiązywane jest przez media. Wtedy zawsze powstają spekulacje i sprzeczne zdania. Prędzej, czy później poznamy prawdę. Ja takich spraw nie lubię i powiem tylko, że podobno w trakcie sztafety słychać było strzały i to w wykonaniu wszystkich zawodniczek. Bądź tu teraz mądry, kto zawinił...

Od skiathlonu do pięćdziesiątki, czyli podsumowanie Igrzysk Olimpijskich w Sochi

Bardzo szybko przeminęły te dwa tygodnie. Znicz już zgaszony, a tym samym 22. Zimowe Igrzyska Olimpijskie przeszły do historii. Sochi opuszczają już wszyscy bohaterowie, zarówno pozytywni, jak i negatywni, tego wydarzenia. Teraz czas na podsumowanie, bo od skiathlonu do pięćdziesiątki działo się naprawdę wiele. Wielkie dokonania, skandale, porażki- bez tego nie obejdzie się żadna sportowa impreza. Tak było i w przypadku Igrzysk. Wyliczymy więc wszystkie "naj-" tej imprezy.

  • Największy skandal: niestety w trakcie trwania Olimpiady przyłapano kilku zawodników na stosowaniu niedozwolonych środków. U niemieckiej biathlonistki Evi Sachenbacher- Stehle wykryto metyloheksanoaminę, zaś u austriackiego biegacza narciarskiego Johannesa Duerra erytropoetynę. W przypadku Evi można uznać to za niedopatrzenie, bo zabroniony składnik znajduje się w różnego rodzaju odżywkach i napojach energetycznych, zaś jego stosowanie poza zawodami nie jest w ogóle sankcjonowane. Przez swoją wpadkę, biathlonistka straciła czwarte miejsce zdobyte w biegu ze startu wspólnego oraz pozbawiła swoją drużynę również czwartej lokaty w sztafecie mieszanej. Natomiast Duerr był okrzyknięty (również przeze mnie) za rewelację Tour de Ski i zaliczany do grona faworytów biegów długich na IO. W skiathlonie zajął 8. miejsce, po czym udał się do Obertilliach trenować przed startem na 50 km. Właśnie w Austrii pobrano próbkę, w której wykryto EPO. Duerr przyznał się do stosowania dopingu z determinacją i jednocześnie nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to robił. W tym momencie możemy skreślić jego wszystkie wyniki z tego sezonu, jak i cofnąć wszelkie zdania o tym, że niby stanowił wielki talent w Pucharze Świata.
  • Największy przegrany: na pewno rozczarowany swoim występem na Igrzyskach jest Petter Northug. Nie dość, że bez miejsca na podium, to jeszcze we wszystkich biegach okazywał słabość. Brakowało wytrzymałości i szybkości, którą kiedyś zachwycał. Przyczyną takiej formy jest choroba, która w okresie przygotowawczym nie pozwoliła mu na wystarczające obciążenie w treningu. Ale nie zapominajmy, że Dario Cologna stracił jeszcze więcej treningów z powodu kontuzji. Przez większą część sezonu w ogóle nie startował, a w Sochi pokazał ogromną siłę, zdobywając dwa złote medale. Miał też trochę pecha. Najpierw przewrócił się dwukrotnie w sprincie, a w dzisiejszym biegu na 50 km, gdzie był zdecydowanym faworytem, złamał nartę. 
  • Najgorszy dramat: Igrzyska Emila Hegle Svendsena można tylko opisać jako drogę z piekła do nieba i z powrotem. Początkowo występy były nieudane, nie przynosiły medalu, aż do biegu ze startu wspólnego, w którym EHS strzelał bezbłędnie i wyprzedził na sprinterskim finishu Martina Fourcade. Później jeszcze lepsza sztafeta mieszana, gdzie Norwegia pokazała swoją prawdziwą siłę. Na to samo zanosiło się we wczorajszej sztafecie mężczyzn po świetnych zmianach braci Boe i dobrej postawie Bjoerndalena, który jednak nieco stracił biegowo z powodu złego samopoczucia. Tak, czy inaczej, Svendsen, nazywany księciem biathlonu i następcą OEB, wybiegł na swoją zmianę na pierwszym miejscu, tuż przed Niemcami. Dalej byli Rosjanie i Austiacy, którzy dogonili liderów po pierwszym strzelaniu. O wszystkim miała zadecydować ostatnia próba strzelecka. Było wiadomo, że ktoś z tej czwórki zostanie bez medalu, ale nikt nie przypuszczał, że będzie to Norwegia. EHS najwyraźniej nie wytrzymał presji i zaczął pudłować. Nie pomogło dobieranie, skutkiem czego musiał biegać karną rundę. Tymczasem rywale wybiegli na trasę. Wygrali Rosjanie przed Niemcami i Austriakami. Svendsen przyprowadził sztafetę Norwegii na 4. miejscu. Mówiło się o tym, że pozbawił medalu braci Boe i Bjoerndalena, zawalił sztafetę, zepsuł Norwegii zakończenie Igrzysk oraz wiele innych rzeczy. Tak się stało, ale nie można winić Svendsena w ten sposób. Każdemu mogło się to zdarzyć i niestety padło na niego.
  • Największy heroizm: przed Igrzyskami istniało wiele niewiadomych dla Justyny Kowalczyk i jej kibiców. Kontuzja stopy budziła wiele wątpliwości co do dyspozycji Polki. Po biegu łączonym okazało się, że jest to wielowarstwowe złamanie. Nie przeszkodziło to jednak w żaden sposób zdobyć złota na jej koronnym dystansie- 10 km stylem klasycznym. Ponadto startowała jeszcze w sztafecie, sprincie drużynowym i biegu na 30 km stylem dowolnym. W ostatnim biegu zaczepiła się nartami z Anio Kaisą Saarinen, przez co nadwyrężyła kontuzjowaną stopę i nie dała rady kontynuować rywalizacji. Mimo to, pokazała, że jest niezwykle silną i zdeterminowaną zawodniczką.
  • Największa legenda: o zwycięstwie Ole Einara Bjoerndalena w sprincie pisałem już wcześniej. Tym złotem wyrównał rekord zdobytych medali, należący wówczas do Bjoerna Daehliego. Kolejne złoto w sztafecie mieszanej dało mu samodzielne prowadzenie w tej klasyfikacji. Dodatkowo jeszcze bardzo dobre występy w pozostałych biegach tych Igrzysk oraz wygrane wybory do Komitetu Zawodniczego przy MKOl świadczą o legendzie tego sportowca. Drugiego takiego nie będzie.
  • Największa dominacja: zdobywając trzy złote medale Darya Domracheva udowodniła, że świetnie się przygotowała do Igrzysk. Na trudnych trasach kompleksu Laura wykorzystała idealnie wszystkie swoje biegowe umiejętności. Przypomnijmy, że pierwsze złoto pojawiło się w biegu pościgowym, do którego startowała z 32 sekundami straty do Anastasyi Kuzminy- mistrzyni olimpijskiej w sprincie. Popełniła tylko jeden błąd na strzelnicy, co przy tak szybkim biegu dało pewne zwycięstwo. Bieg indywidualny poszedł również po jej myśli. Potwierdziła tym samym wynik uzyskany przed rokiem na próbie przedolimpijskiej, którą wygrała. W ostatniej konkurencji indywidualnej, czyli w biegu masowym, zostawiała rywalki daleko w tyle na rundach biegowych i, podobnie jak wcześniej, spudłowała tylko raz. Zawodniczka z innej ligi- tak mówią o niej inne biathlonistki.
  • Największy problem: pogoda znacznie utrudniała rywalizację na stokach i trasach narciarskich. Było nadzwyczajnie ciepło, czasem ponad 10 stopni powyżej zera, przez co śnieg zmieniał się w wodnistą breję. Długo jeszcze zapamiętamy widok biegaczy ubranych w koszulki z krótkim rękawem. Szczególnie reprezentantki USA korzystały z tego rozwiązania. Ponadto były problemy ze smarowaniem nart na taką nawierzchnię, jak choćby w kadrze Norwegii. Organizatorzy bardzo ciężko pracowali, aby utrzymać trasy w dość dobrej kondycji. Wolontariusze sypali sól na trasy biegowe i utwardzali stoki. I trzeba przyznać, że spełnili swoje zadanie.
  • Najbardziej obwiniany człowiek: Ante Kostelić był autorem ustawienia bramek do drugiego przejazdu slalomu mężczyzn. Było to wiadome przed Igrzyskami i już wtedy pojawiły się obawy. Trzeba bowiem wiedzieć, że chorwacki trener, ojciec Ivicy i Janicy, ustawia bardzo trudne i arytmiczne przejazdy. Tak było i tym razem. Na dodatek przy panujących warunkach, trasa nie wybaczała błędów. Straciło na tym wielu alpejczyków, między innymi Szwedzi- Andre Myhrer i Mattias Hargin, którzy mieli szansę na medal i pogrzebali ją złym drugim przejazdem. Nazwano nawet Kostelica idiotą.
  • Największy bezsens: transmisje w TVP od początku imprezy budziły moje zastrzeżenia. Potwierdziły się one kilka razy. Przede wszystkim komentarz wielu dyscyplin pozostawiał wiele do życzenia. Oglądając narciarstwo alpejskie miało się wrażenie, że ekipa nie ma styczności z tą dyscypliną na przestrzeni całego sezonu i komentuje ją tylko przy okazji Igrzysk. Zawiódł trochę biathlon, bo bez Tomasza Jarońskiego pan Krzysztof Wyrzykowski nie mógł krzyknąć swojego słynnego "rach ciach ciach!" (pan Tomasz zabronił, ale też specjalnych okazji do okrzyku nie było) oraz nie zgrał się z Piotrem Sobczyńskim (zazwyczaj TJ ogarnia wyniki na bieżąco, a KW czyni dygresje, w Sochi natomiast mieliśmy dwóch lubiących gawędzić bez przejmowania się wynikami). Nie zabrakło również "złotych cytatów", które zapamiętamy po łyżwiarstwie szybkim. Piotr Dębowski, cały rozemocjonowany, wykrzykiwał takie piękności: "Polacy jadą teraz wolniej, ale szybciej" albo "Biegną po ten medal zostawiając na lodzie piękną biało- czerwoną smugę". Przynajmniej można było się pośmiać. Do śmiechu nie było natomiast wtedy, gdy TVP zmieniała dyscyplinę sportu nadawaną na antenie. Zazwyczaj robiła to w najmniej odpowiednim momencie, a już szczytem wszystkiego było wyłączenie ostatniego strzelania ostatniej zmiany w biathlonowej sztafecie, aby pokazać dekorację drużyny polskich panczenistów. Wiem, że to medal dla nas i mogę sobie oglądać transmisję w internecie, ale żeby wyłączać w trakcie najważniejszych rozstrzygnięć, podczas gdy dekorację można by było pokazać z odtworzenia po zawodach? Tak się nie robi...
  • Największe odkrycie: reprezentacja Czech w biathlonie pokazała, jaki rozwój poczyniła na przestrzeni kilku sezonów. Na tych Igrzyskach zdobyła aż 5 medali. Ondrej Moravec przyznał, że o tak udanym występie na tej imprezie kadra czeska nawet nie śniła. Rzeczywistość okazała się dużo lepsza od oczekiwań. Wyrasta nam nowa potęga biathlonowa? 
  • Największa wpadka: pierwsze strzelanie Krystyny Pałki w sztafecie kobiet było katastrofalne. Cztery karne rundy, przy ośmiu wykorzystanych nabojach to prawdziwa tragedia, z której nie da się wyjść na jakiekolwiek dobre miejsce. Nasz zespół ukończył ten bieg na 10. pozycji mimo dalszej zadowalającej postawy reszty zawodniczek. Różne teorie starają się wytłumaczyć takie zachowanie na strzelnicy doświadczonej zawodniczki. Podobno przyrządy celownicze zostały mocno przestawione po przestrzeliwaniu broni i ktoś musiał zrobić to celowo. Niedobrze się dzieje w kadrze, skoro taka wersja jest brana pod uwagę. Być może coś wyjaśni się po Igrzyskach. W dodatku ostatnie ekscesy z Pauliną Bobak i jej skargami na sztab trenerski nie służą atmosferze. Natomiast patrząc na same wyniki, to źle nie jest. Najwyższe miejsce 5. Moniki Hojnisz to wyrównanie najlepszego wyniku polskiej biathlonistki na IO i daje bardzo dobre spojrzenie na przyszłość tej zawodniczki. Trochę tylko zawiodła gorsza dyspozycja biegowa Krystyny Pałki i Magdaleny Gwizdoń, bo w przypadku tej pierwszej bezbłędny wynik na strzelnicy w biegu indywidualnym na 15 km powinien zapewnić miejsce w pierwszej piątce, a tymczasem starczył jedynie na 10. pozycję.
To wszystko, co udało się nazwać "naj-". Oczywiście nie z samych "naj-" składały się te Igrzyska i właśnie to stanowi o wielkości tego wydarzenia. Dla każdego sportowca Olimpiada jest czymś szczególnym i było to widać po poziomie zmagań oraz po emocjach wypisanych na twarzach medalistów. Natomiast dla każdego kibica przyniosła ona to, co jest najważniejsze, czyli dawkę prawdziwego, trzymającego w napięciu sportu. Klasyfikację medalową wygrała Rosja, z liczbą 13 złotych medali, 11 srebrnych i 9 brązowych. Za gospodarzami uplasowała się Norwegia i Kanada. Polska zaliczyła swój najlepszy występ w historii, zdobywając 4 złote medale oraz po jednym srebrnym i brązowym. Odchodząc od wszelkich prób upolityczniania tego wydarzenia, stwierdzam, że Igrzyska Olimpijskie w Sochi były po prostu ładne i udane. Oczywiście szkoda, że się kończą, ale przed nami jeszcze kilka zawodów Pucharu Świata. Teraz można udać się na krótki odpoczynek.

P.S.: Pamiętacie może, że kiedyś pięćdziesiątka rozgrywana była metodą startu indywidualnego z przerwami między zawodnikami? Tę formułę zmieniono po 2008 roku, zaś ostatnimi zawodami rozegranymi w ten sposób był bieg na 50 km stylem dowolnym w Oslo. Wygrał Anders Soedergren, przed Lukasem Bauerem i Remo Fischerem. Co ciekawe, biegło wówczas dwóch biathlonistów- Frode Andresen (zajął 8. miejsce) oraz Lars Berger (35. miejsce).