Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia sportu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia sportu. Pokaż wszystkie posty

Legenda żyje, duch umiera

"Gdy się nie wysypiam mam szczurzą twarz.
Niebo jest czarne, nie ma na nim gwiazd. (...)
I chodzę przez sen, pracuję przez sen,
Setki kilometrów robię kiedy śpię"

3 grudnia 2009 roku. Rozpoczyna się kolejny, długo oczekiwany sezon Pucharu Świata w biathlonie. Na starcie do biegu indywidualnego staje Ole Einar Bjørndalen- zwycięzca klasyfikacji generalnej za poprzedni sezon i zarazem dumny posiadacz żółtej koszulki lidera. Niestety, 20 km i cztery naprzemienne strzelania nie przynoszą mu szczęścia, przez co traci zaszczytny trykot, chciałoby się napisać "na zawsze". Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że za 6 lat znów będę oglądał wygrywającego i liderującego Króla Biathlonu, będąc jednocześnie gdzieś na północy Norwegii, kazałbym mu zmienić dilera, bo tak się też mówiło w czasach gimnazjalnych. Obie rzeczy stały się jednak faktem i 2 grudnia 2015 roku 41- letnia już legenda wygrywa wspomniany bieg indywidualny na otwarciu sezonu, dzięki czemu znów zakłada żółtą koszulkę. Przez wieczne niewyspanie spowodowane nocą polarną wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że 96. zwycięstwo pucharowe Ole Einara Bjørndalena to sen.


Doskonale wiem, że internety podają różne liczby na temat Króla Biathlonu, często nie licząc ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Sochi. Dla mnie jednak nie ma to aż takiego znaczenia. Biathlonowe fakty, historie i wspomnienia zapisane w mojej głowie od zawsze kojarzą się z osobą Bjørndalena. To właśnie ta postać przesądziła o moim "wyborze" biathlonu. Nie będzie przesadą powiedzenie, że on jest jedną z przyczyn zdecydowania się na wyjazd do Norwegii, a jego obecność w moim liście motywacyjnym o dostanie się na obecne studia mogła mi nawet pomóc w zdobyciu miejsca na UiT. Wszystko to zbudowane jest na prawdziwej legendzie, wzorze do naśladowania i autorytecie, którego nigdy nie znałem, a który jednocześnie jest mi bardzo bliski. Wciąż nie potrafię sobie wyobrazić biathlonu bez niego. Był w nim od zawsze, od moich najmłodszych lat. Teraz, jak na ironię, kiedy muszę dorosnąć w Norwegii, wcale nie chcę tego robić. Pamięć cofa się do "dobrych czasów", w których Król zaznaczał swoją pozycję nieco częściej niż teraz, a jedynym zmartwieniem było złe wytypowanie wyników na biathlon.pl. Niby świat się zmienia i wszystko wokół nas się starzeje będąc zastępowanym przez coś nowego, lecz jednocześnie nie dotyczy to OEB. Wystarczy spojrzeć, ile tekstów z tą etykietą znajduje się na tym blogu. I tak długo, jak będzie ich przybywało, tak długo będzie to miało sens. Pozostanę taki sam, bo niektórzy ludzie mówią, że jak przestajesz się interesować tym, co dotychczas było dla ciebie najważniejsze, to dorastasz. W takim razie ja nie chcę dorosnąć.


A najlepsze jest to, że nie będzie drugiego Bjørndalena. Nawet Norwegia nie będzie w stanie wydać na świat tak zmotywowanego człowieka w dzisiejszych czasach. Kojarzycie może takie powiedzenie, że Norwegowie rodzą się z nartami na nogach? Każdy tak myśli o tej nacji, będąc przekonanym o jej wielkiej miłości do biegówek (jak ja nie lubię tego słowa...). Tak było może kilka, kilkanaście lat temu. W piątek, gdy pani D. od norweskiego pytała nas, czym jest dla nas "typisk norsk", opowiedziałem właśnie o zasłyszanym powiedzeniu. Ku mojemu zaskoczeniu zaprzeczyła, tłumacząc obecną sytuację z punktu widzenia nauczyciela młodzieży na poziomie gimnazjalnym. Choć sport zajmuje w Norwegii ważną pozycję, patrząc na codzienną liczbę tematycznych artykułów w gazetach, to nie koniecznie jest to zawsze sport zimowy. Znana ze swojego wysokiego poziomu szkoła średnia w Alcie o profilu sportowym zrzesza coraz więcej piłkarzy w ostatnim czasie niż przedstawicieli innych dyscyplin. Ponadto młodzież nie jest już tak chętna do uprawiania narciarstwa biegowego. Choć pozostaje tradycja dalekich wypraw i zakładania nart na Wielkanoc, to brakuje prawdziwych, wytrwałych talentów. Sam system szkolenia też nie współpracuje z dzisiejszymi "trendami". Młodzież często traktowana jest na jednym poziomie, bez względu na stopień umiejętności i zaangażowania. Trener nie ma prawa powiedzieć do jednego z uczniów: "ty jesteś jednym z najlepszych, przyłóż się bardziej, trenuj więcej, to będą z ciebie ludzie". Przez to nie ma odpowiedniej stymulacji do działania młodego człowieka, skoro i tak wszyscy dostaną to samo. Jednocześnie porównywanie się z innymi tkwi w ludzkiej naturze, więc nie da się tego zatrzymać zasadami. Owszem istnieje granica pomiędzy zdrową a niezdrową rywalizacją i to na ten aspekt powinno zwracać się uwagę, ucząc właściwych zachowań. Dopiero w przypadku dostawania ewentualnego miejsca w kadrze zaczyna się pewna selekcja, ale z powodu sporego finansowania wciąż nie trzeba być tym "naj", aby znaleźć się w zespole. To z jednej strony dobrze, że nie brakuje Norwegom pieniędzy, tak jak choćby my mamy z tym problemy, ale z drugiej strony brakuje elementu jakim jest odpowiednia konkurencyjność.  "Po co mam być najlepszy, skoro bycie dobrym wystarcza?". A powodem, dla którego rywalizacja jest szczególnie ważna w dzisiejszych czasach, jest ogromna popularność gier komputerowych i niestety używek, zwłaszcza nikotynowego wyrobu zwanego snus. Wszystko to, w połączeniu z faktem, że młodzieży zwykle nie brakuje funduszy na takie przyjemności, wpływa na spadek zainteresowania sportem. Wystarczy przypomnieć, że Bjørndalen pochodził z biednej rodziny, więc biathlon był dla niego sposobem na zrealizowanie się w lepszym życiu. Ponadto starty i treningi są dla niego wszystkim, przysłaniając czasem nawet życie osobiste i rodzinę. Jego małżeństwo z Nathalie Santer nie było udane, najprawdopodobniej z wielu powodów, a skłonność do samotniczego trybu życia jest cechą ludzi szczególnie silnych i zmotywowanych do osiągnięcia prawdziwego sukcesu. Siedząc w swoim pokoju na Północy wiem, że raczej nie jest to moją mocną stroną.


Obym nie miał racji, ale po odejściu braci Bø, co na szczęście jeszcze długo nie nastąpi, Norwegia może mieć spory problem z wynikami nawiązującymi do starych, dobrych czasów. I nie pomoże nawet przypomnienie sobie starego i nieznanego już wtedy powiedzenia, że Norwegowie rodzą się z nartami na nogach. Będzie zwyczajnie za późno, by naprawić błędy z przeszłości. Nowoczesne, rozwinięte społeczeństwa, do których z pewnością należy Norwegia, mogą kiedyś przeżywać regres kultury sportowej. W tym całym "dobrym życiu", gdzie niczego nie brakuje, spada w ludziach chęć sięgania po więcej, przez co długodystansowa motywacja jest raczej czymś nieosiągalnym. Jednocześnie tym samym społeczeństwom nie brakuje pracowitości. Część twierdzi, że pracuje, bo chce, a nie musi. Pieniądze nie są jedynym wyznacznikiem poszukiwań pracy, a pierwszym pytaniem zadawanym przez twoich znajomych po znalezieniu nowej posady jest "trives du?", czyli zwyczajnie: "podoba ci się tu?". Paradoksalnie więc taka sytuacja nie zawsze musi współpracować z ważną rolą sportu, przez co kolejne bogate pokolenia nie będą aż tak chętne do poświęcenia CAŁEGO życia dla czegoś, co wcale nie musi się udać, a dobre rezultaty często nie przychodzą od razu. Bo przecież zawodowstwo to nieustanna walka o swoje i nikt nie wręcza medali każdemu, kto przyjechał na zawody Pucharu Świata. To nie norweskie przedszkole, żeby tak robić.


I tym samym dochodzimy do konkluzji rozważań na temat wielkiego biathlonisty, która szokuje samego mnie, wybudzając z ciągłej senności. Za kilka lat, gdy już "dorosnę", a po Bjørndalenie pozostaną statystyki i wspomnienia, wraz z nim może odejść dobry duch sportu i nawet Norwegia wale nie musi pozostać rajem, w którym na pewno zrealizuję swoje plany ściśle związane z tą dziedziną. Świat zawsze był chory na niesprawiedliwość, a jest to szczególnie widoczne w czasach niewyobrażalnego rozwoju, kiedy praktycznie co sezon zmieniają się konstrukcje nart i waga butów. Wystarczy znów przywołać Króla Biathlonu, którego kariera trwała przez dwie rewolucyjne dla tej dyscypliny dekady. Pytanie tylko brzmi: jak daleko jesteśmy w stanie zajść, nie tracąc tego, co najważniejsze? Spróbujmy więc dotować polskie sporty zimowe, zaangażujmy się i wyłówmy następców Tomasza Sikory i Justyny Kowalczyk. Jesteśmy o tyle w dobrej sytuacji, że potrzebujemy tylko finansów, bo nie musimy naprawiać naszej młodzieży (jeszcze...), choć kto wie, co przyniesie czas. A jak będzie trzeba, to i ja pomogę, przyjadę i wejdę cały w to bagno, by zrobić z niego rafinerię. I nawet Norwegów czasem uda się pokonać, bo drugiego Bjørndalena już nie będzie, co właśnie udowodniłem. Choć nie jestem pewien, czy nie pisałem tego przez sen.

Procedura zahartowania

Przed wyjazdem do Norwegii bałem się tylko kilku rzeczy. Jedną z nich było to, że zachoruję. Dla mnie nie ma nic gorszego niż choroba gdzieś za granicą, kiedy nawet mogę nie być w stanie wytłumaczyć, co mi jest. Ale niestety nawet najmocniejsze zaklinanie losu nie pomoże, gdy coś ma się zdarzyć. W efekcie wylądowałem więc w łóżku z gorączką, bólem gardła i zatkanym nosem. Na szczęście dopadło mnie to w dwa dodatkowe dni wolne, co pozwoliło mi się doprowadzić do stanu używalności i choćby coś napisać.

Procedura zahartowania
Wszystko przez te niedzielne samoloty i stanie na zimnie!
Sam się zastanawiam, co tak szybko postawiło mnie na nogi. Czy to norweskie lekarstwa, czy lekarz- cudotwórca? Nic z tych rzeczy. Lepsza okazała się sprawdzona kuracja herbatą z domowym sokiem malinowym przywiezionym z Polski, mleko z miodem i podobne naturalne rzeczy. Poza tym garść aspiryny i przesłuchanie dość cicho "Wielkiego Ciężkiego Słonia" ostatecznie wygrały z czymś na kształt północnego przeziębienia. A gdybym jednak potrzebował lekarza, to co wtedy? System opieki zdrowotnej w Norwegii jest bardzo prosty. Każdy wybiera swojego lekarza pierwszego kontaktu przez Internet na stronie norge.no. Do tego celu używa się BankID lub MinID. Jako obcokrajowiec nie mam jeszcze żadnej z tych rzeczy. Mogę jednak zamówić MinID za pośrednictwem tej samej strony. Wówczas dane ze swoim numerem PIN do zarejestrowania nowego MinID otrzymuję pocztą. Na to czeka się około dwa tygodnie (jak na wszystko tutaj) i po tym czasie można dokończyć rejestrację. Tak więc zanim zdążyłbym wybrać swojego lekarza, prawdopodobnie bym już go nie potrzebował. A jak jest z BankID? Jak sama nazwa wskazuje, ten rodzaj elektronicznego podpisu otrzymujemy od banku. Ostatnio pisałem o zakładaniu konta w jednym z nich. Proces miał zająć znane już dwa tygodnie. Jednak po tym, jak nie otrzymałem żadnej wiadomości od DNB przez nieco dłuższy czas, postanowiłem sprawdzić, w czym rzecz. Poszedłem do placówki mimo, że jeszcze nie wyzdrowiałem do końca. Na szczęście przy obsłudze klienta siedzi ta sama pracowniczka, która przyjmowała moje dokumenty. Może mnie pamięta? Podchodzę, zaczynam rozmowę i już wiem, że nie zapomniała. Zaczyna bowiem od zdania: "Jeszcze za wcześnie, to trwa od trzech do czterech tygodni". Ale jak to? Przecież wcześniej było, że dwa. Może coś źle zapamiętałem albo pomyliłem? Nie, to niemożliwe, w końcu to ważna rzecz, bez której nie mogę prawie nic załatwić. Pytam więc, czy chociaż wszystko w porządku z dokumentami, skoro tak długo to trwa. Otrzymuję jednak odpowiedź, że wszystko gra, jednak procedury wymagają takiego czasu. PROCEDURY. To słowo wwierca się w mózg, jak dentysta w górną szóstkę. W dodatku przypomina o pewnym problemie jeszcze w Polsce. Pamiętacie zabawę z NFZ? Najwyraźniej tak bardzo im się spodobało, że postanowili zmienić profesję, nazwę i przenieść się za mną do Norwegii. Nawet pani z banku wydaje się nagle podobna do tej za biurkiem w jeleniogórskim oddziale NFZ. Oszołomiony tym wszystkim nie wnikam, jak jest z BankID, bo zapewne do jego wyrobienia potrzebne jest posiadanie konta, a później trzeba jeszcze czekać dwa miesiące albo trzy lata. Ostatecznie nie mam więc pojęcia na ten temat. A "Wielki Ciężki Słoń" okazał się szybszy od służby zdrowia.
Procedura zahartowania
Kiedyś musiałem się tym pochwalić. Większość uważa, że nie umiem rysować. Gdy więc przyszedł mój egzemplarz "Wielkiego Ciężkiego Słonia" postanowiłem odwzorować jego świetną okładkę. Wyszło, że chyba większość ma rację, ale przynajmniej próbowałem. Fisz byłby dumny?

A gdybym jednak chciał iść do lekarza, a za nic w świecie nie mogę czekać? Wtedy muszę udać się do Legevakt, które mieści się zaraz obok akademika. To taki norweski odpowiednik pogotowia ratunkowego. W nagłych wypadkach można więc zadzwonić i poprosić o przyjęcie w Legevakt. Niestety, na wizytę trzeba zwykle czekać nawet do tygodnia. Poza tym, tu nikt nikogo nie przyjmie z przeziębieniem. Mówi się "du er ikke syk, bare forkjølet" i żyje się dalej. Nawet, jeżeli to bardziej takie zapalenie gardła i w ogóle się człowiek beznadziejnie czuje. Takie jest podejście uczące zahartowania, podobne do tych z różnych stronek motywujących do treningów. Więc jak już leżę w łóżku, mam czas na przeglądanie internetów wzdłuż i wszerz. Znajduję mnóstwo tego typu rzeczy, które mają na celu przekazanie jednej, prostej informacji: "ja mam cel, więc biegam w deszczu", albo "inni są słabi, bo pogoda jest dla nich najważniejsza", z czym na końcu spotyka się norweskie przysłowie: Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Czytam to wszystko i sobie myślę: fajnie że ktoś tam kogoś motywuje do treningu, bicia rekordów życiowych w warunkach 10 w skali Beauforta, tylko trochę rozsądku by się przydało z drugiej strony. A raczej czegoś, co nazywamy właściwe zarządzaniem energią.

Procedura zahartowania

Pamiętacie, jak wstawałem o 6:30 na bieganie w sobotę? Od kilku tygodni już tego nie robię. Po pierwsze, teraz o tej porze jest jeszcze ciemno (i pewnie będzie też po zmianie czasu- ona tu nic nie pomaga). Kilka razy było fajnie, dystans w porządku, tempo bardzo dobre i ładne widoki. Ale po pewnym czasie trzeba usiąść, popatrzeć na swoje notatki z przebytych treningów i zapytać, czy to, co robię jest dobre? Później zadać jeszcze więcej pytań: "kiedy czułem się dobrze?", "jak przebiegała reszta dnia?" oraz "kiedy miałem następny trening i jak na nim reagowałem?" I gdy tak zrobiłem, okazało się, że powoli wykańczałem się na własne życzenie. Forma spadała, a "odhaczenie" sobotniego treningu rankiem zaczęło być jedynym wartościowym treningiem w tygodniu. Na więcej nie starczało mi energii, a czasem zajęcia w tygodniu okazywały się pretekstem do skrócenia, czy porzucenia innych sesji. Ponadto czas zyskany przez wczesny bieg w sobotę okazywał się bezużyteczny, bo resztę dnia i tak zwykle spędzałem na odpoczynku. A skoro to dla mnie dzień wolny, to czemu by nie biegać w innych godzinach, kiedy będę w stanie dobrze się wyspać przed wysiłkiem i odpowiednio do niego przygotować? I tak zrobiłem zmianę, która zaczęła się sprawdzać. Nie muszę już wstawać wcześnie rano, a nadal mogę trenować taką samą liczbę godzin w tygodniu, jak wcześniej. Zmieniła się intensywność na taką, która bardziej mi pasowała i w rezultacie okazała się być efektywniejszą. Poza tym, idzie zima więc wkrótce prawie wszystko zostanie (mam nadzieję) zastąpione nartami.

Najciekawsze jest to, że takie rady dotyczące "dobrego treningu, którego nie zatrzyma pogoda, pora dnia i nalot UFO" udzielają zwykle ludzie, którzy zwykle nie mają czasu na dobre zarządzanie energią lub nawet o tym nie wiedzą. Wciąż powtarzają tylko to swoje: "Białko jedz od razu po treningu, no a sam trening rozpoczynaj zawsze od stretchingu. Potem cardio. Kilka kilometrów biegingu. Życie łap za gardło. Bądź jak bokser na ringu." Ciągle tylko to bicie życiówek i wrzucanie zapisów z Endomondo na fejsa. I do tego jeszcze w deszczu, o piątej rano, nie byle co! A przecież nie zawsze warto iść na 100%. No chyba, że człowiek dopiero zaczyna i każde wyjście na bieganie jest równoznaczne ze zmianą rekordu życiowego. Czasem również rzeczywiście nie da się poukładać treningów wedle własnego upodobania, a chce się ćwiczyć. Wtedy trzeba pójść na pewne kompromisy i nieco przesadzić, ale nie sądzę, by był to powód do wpadania w biegowy narcyzm pod tytułem: "tylko ja jestem wytrwałym biegaczem". A pogoda? Jest ważna z powodu, dla którego leżę teraz w łóżku. Podczas gdy ktoś robi swój bieg życia w lejącym deszczu, komuś innemu wypadł dzień odpoczynku. I gdy ten "prawdziwy biegacz" leczy przeziębienie i traci formę, ten drugi, choć odpuścił raz lub dwa, może iść na trening w lepsze dni. Chyba, że mieszka tam, gdzie ciągle pada deszcz. Wtedy może na przykład wybrać bieżnię na siłowni. Wierzcie mi, że czasem warto dostosować trening tak, by czuć się po prostu dobrze. Jeżeli nikt nie narzuca nam, kiedy mamy ćwiczyć, niech zrobi to nasz organizm. A mówię to ja- ktoś, kto próbował być "prawdziwym biegaczem", ale wybrał bycie rozsądnym zarządcą swojej energii.

Skąd się wzięły łzy Tiril Eckhoff?

Mistrzostwa Świata w Kontiolahti są już na ostatniej prostej. Dziś rozdano medale w biegu indywidualnym mężczyzn, zaś wczoraj tę samą konkurencję rozegrały panie. W pierwszym przypadku Emil Hegle Svendsen przełamał złą strzelecką passę, nękającą go dotychczas na tegorocznych mistrzostwach i zdobył srebrny medal. Niestety tego samego nie może powiedzieć inna gwiazda norweskiego zespołu- Tiril Eckhoff. W biegach, w których brała udział, na 16 wizyt na strzelnicy, popełniła aż 17 błędów. Skutkowało to oczywiście dalekimi miejscami: 19. w sprincie, 18. w pościgowym i 52. w biegu indywidualnym. Co się stało z tą zawodniczką?
Problemy zaczęły się już od fatalnego strzelania podczas sztafety mieszanej, co skutkowało karną rundą dla Norwegii.
Jak można łatwo zauważyć, większość pudeł Eckhoff padło podczas strzelania w postawie stojąc. Sama przyznaje, że stromy podbieg tuż przed strzelnicą i związane z jego pokonaniem zmęczenie, bardzo utrudnia jej utrzymanie prawidłowej pozycji na strzelnicy. To prawda, że trasa w Kontiolahti odznacza się właśnie tym wzniesieniem, z którym jednak mierzą się wszystkie zawodniczki, potrafiące później strzelać bezbłędnie. Pełniący obecnie rolę eksperta norweskiej telewizji NRK były biathlonista Halvard Hanevold wyjaśnia, że być może problem leży po stronie złego przygotowania do takich warunków. Według niego, najlepszym rozwiązaniem byłby trening strzelecki przy wyższym tętnie, niż zazwyczaj. Wszystko po to, aby możliwie najwierniej odwzorować sytuację, w jakiej znajdują się zawodnicy wbiegając na strzelnicę w Kontiolahti. Ostatecznie rozważane było również wolniejsze strzelanie. Tak postąpił Emil Hegle Svendsen w dzisiejszym biegu długim i najwyraźniej mu się to opłaciło. Tiril będzie mogła się jeszcze poprawić w jutrzejszej sztafecie oraz niedzielnym biegu masowym.

Innym problemem młodej Eckhoff może być presja, z którą najwyraźniej nie może sobie poradzić. Jeszcze przed mistrzostwami udzieliła długiego wywiadu telewizji NRK, podczas którego ze łzami w oczach mówiła o problemach związanych z byciem w centrum uwagi kibiców. Po zakończeniu kariery przez Torę Berger, większość namaściła właśnie Tiril na jej następczynię. Zwłaszcza po udanych Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, na których zdobyła złoto w sztafecie mieszanej, brąz w biegu masowym oraz brąz w sztafecie. Na początku obecnego sezonu również mogło się wydawać, że kolejna Norweżka na stałe zadomowiła się w czołówce Pucharu Świata. Po świetnych występach w Oestersund (m. in. zwycięstwo w sprincie) i dobrych w Hochfilzen pojawiły się problemy zdrowotne, po których wróciła na trasy jakby trochę zgaszona. W drugiej części sezonu było już nieco gorzej, aż w końcu na ostatnich zawodach przed Mistrzostwami Świata, czyli w Oslo, nastąpiło załamanie formy. Potwierdzeniem było 36. miejsce w biegu indywidualnym. W sprincie było już lepiej, bo zajęła 8. pozycję , choć nadal daleko od komfortu psychicznego przed najważniejszą imprezą sezonu. Jak przyznała podczas wywiadu: "Koniec z pokerową twarzą", ocierając jednocześnie łzy.

Problemy i łzy Tiril Eckhoff nie wzięły się znikąd. Jest to związane z obawą przejęcia odpowiedzialności przed kibicami za swoje wszystkie wyniki. Przy Berger, dobre wyniki "anonimowej" Eckhoff były miłą niespodzianką. Tymczasem nagle stało się to normalnością i wręcz obowiązkiem. I nawet, jeżeli nie jest tak w rzeczywistości i nikt nie chce wywierać presji na zawodniczkę, w jej głowie wygląda to właśnie w ten sposób. Ponadto nawet sama historia pokazuje, jak kolejne norweskie zawodniczki przejmowały po sobie pozycję najlepszej w reprezentacji. Pod koniec epoki świetnej Liv Grete Poiree (Skjelbreid), mistrzynią świata w 2005 roku została Gro Marit Istad Kristiansen. Później w 2007 przyszedł czas na sukcesy Lindy Grubben (Tjørhom), po której na piedestale znalazła się Tora Berger. Swojej pozycji nie opuściła przez wiele lat, mimo różnych problemów, o czym już kiedyś pisałem. Mam nadzieję, że zdolność do poradzenia sobie z przewodnictwem w kadrze pojawi się u Tiril Eckhoff. Nie musi to wcale nastąpić od razu. Takie rzeczy przychodzą po prostu z wiekiem i chyba w jej przypadku będzie tak samo. A jeżeli nie teraz, to za rok, bo Mistrzostwa Świata odbędą się wówczas w Oslo.

Veni, vidi i coś tam jeszcze

"To mówi Pan, że ma problemy ze stresem, tak?", zapytała pani psycholog. "Mhm", niby- odpowiedział autor. "Ale przecież zajmował się pan tańcem towarzyskim. Proszę wybaczyć, ale chyba coś w tym jest, że jednak lubi pan być w centrum uwagi, w końcu taka profesja, gdzie jest się ocenianym...". No i jak tu nie przyznać racji. Razem z tym zajęciem przylgnęła do mnie na stałe myśl, że ciągle ktoś mnie ocenia. I jaki by ten wstęp nie był, proszę uwierzyć, że post będzie o Mistrzostwach Polski w biathlonie amatorów i mastersów w Dusznikach- Zdroju.

Na miejsce przyjechałem na dzień przed zawodami, czyli w piątek. Wiadomo, że trzeba było sprawdzić warunki, a poza tym na tych trasach aż chce się biegać. Trudno było sobie na początku uzmysłowić, że rzeczywiście można na nie wejść, podczas gdy biathloniści mieli swój trening. Widocznie na nartach każdy jest naprawdę równy, bez względu na przynależność do klubu, czy też jej brak. Nikt nikomu nie przeszkadza, jest szeroko, czyli wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich. Nie trzeba ogrodzeń, zakazów i tym podobnych bzdur. To jest tak normalne i przyjazne, że aż się poczułem nieswojo. Po jednej czy dwóch pętlach na wspaniałym śniegu, to uczucie ustąpiło zadowoleniu. Było dość ciepło, miejscami śnieg był topniejący i sypki, ale ja uwielbiam takie warunki. Zwłaszcza, że odcinki w cieniu dodawały szybkości. Ogólnie lepszej sytuacji przed zawodami nie mógłbym sobie wyobrazić.


W sobotę przyszedł wreszcie czas na zawody- sprint na dystansie 7,5 km. Odebranie numeru, rejestracja w biurze i rozgrzewka w oczekiwaniu na start to dla mnie coś z jednej strony nowego, a z drugiej tak podobnego do czasów, kiedy średnio co tydzień jeździło się gdzieś na turniej tańca. Jednego tylko teraz mi "brakowało"- stresu, który zaplątywał mi swoje wielkie łapy na szyi i nie pozwalał na czerpanie z tego jakiejkolwiek radości. W jego miejsce pojawiło się coś, co mogę nazwać prostu podekscytowaniem. Nie mówiąc już o tym, że będąc na rozgrzewce wśród innych uczestników, mogłem się trochę poczuć jak zawodowiec. Z jednej strony było to spowodowane obecnością kilku byłych biathlonistów na starcie, którzy w swojej przeszłości zaliczyli niejeden start. Oprócz nich, znalazło się tam oczywiście wielu amatorów. W końcu, po krótkim instruktażu dotyczącym używania broni, wszystko zaczęło się punktualnie o 11. Startowałem z niskim numerem (#3), dzięki czemu nie czekałem prawie wcale na swoją kolej. Na długo zapamiętam to miłe uczucie, kiedy stałem w bramce startowej czekając, aż ruszę na trasę. Jednocześnie dziwne i nieznane. Bo cieszyć się przed startem i jeszcze się przedstawiać do mikrofonu? Toż to nie w moim stylu, ja przecież za każdym razem przed wyjściem na parkiet miewałem raczej odcień twarzy bliskiej nowemu tłu na blogu. I tak oto, bez spiny, rozpocząłem swoje pierwsze w życiu zawody biathlonowe.


Pierwsza 2,5- kilometrowa pętla przywitała trochę innym śniegiem niż wczoraj. Szczególnie na jednym, płaskim odcinku narty jechały dość niechętnie. Zanim jednak zaczęło być to problemem, znalazłem się na strzelnicy. Przyszedł wreszcie moment, na który czekałem, bo tak się składa, że jeszcze nigdy nie miałem okazji strzelać z karabinu biathlonowego. I jak na takie doświadczenie przystało, zaliczyłem 4 karne rundy. Byłem przygotowany na taki obrót sprawy, bo dodatkowym utrudnieniem była moja leworęczność. Ale to przecież nie ważne, bo dla mnie nie wynik liczył się najbardziej.

Jak widać, przy strzelaniu pomagali młodzi biathloniści.
Taka dłuższa wizyta w "ogródku Adresena" (od soboty zmieniam nazwę na ogródek Sadura) potrafi dać do myślenia. Większa część z tego i tak mija na liczeniu, ile kółek się zrobiło i ile pozostało. Szczęśliwie umiem liczyć do czterech. Na początku kolejnej pętli towarzyszyła mi jedna z pań, przygotowująca się do statu. I z tego miejsca chciałbym ją pozdrowić i podziękować za słowa wsparcia. Lżej się biegło to drugie okrążenie :-). Kolejne strzelanie było znów w pozycji leżącej ("stójki" na szczęście nie przewidziano). Było już lepiej, bo tylko 2 pudła. Zgodnie z tą tendencją, gdybym strzelał jeszcze raz, byłoby 0. I tego się trzymajmy. Ostatnie okrążenie było już męczarnią, podkreśloną przez morderczy podbieg i zakończoną sprintem do mety. Tak się złożyło, że miałem okazję oglądać jeszcze innych zawodników, dopiero wyruszających na trasę.
Były biathlonista- Łukasz Witek, wbiega na metę.
Panie ścigały się na krótszym dystansie 4,5 km. Mistrzynią Polski została Joanna Badacz (0+0), przed Dorotą Zuberską (0+3) i Agnieszką Uznańską (2+1).


Wśród mężczyzn zwyciężył Waldemar Poręba (1+0), wyprzedzając Łukasza Witka (2+1) i Dariusza Mazurkiewicza (1+1). Ja skończyłem na 18. miejscu, co i tak mnie zaskoczyło przy tylu pudłach.


Po wszystkim, przyszedł jeszcze czas na losowanie ciekawych nagród. Każdy z uczestników mógł coś wygrać, m. in. kalendarz ze zdjęciem polskich biathlonistek. Jeden z nich trafił do zawodnika z Czech. Obstawiam, że nasi sąsiedzi też mają podobne gadżety z wizerunkiem przede wszystkim Gabrieli Soukalovej.


Organizacja takiej imprezy wymaga oczywiście zaangażowania i chęci. Jak się jednak po raz kolejny okazuje, wszystko można osiągnąć, a zawody na Jamrozowej Polanie są tego przykładem. Również Polskiemu Związkowi Biathlonowemu należą się brawa za poparcie inicjatywy biathlonu dla amatorów. I wreszcie z odpowiedniego miejsca mogę powiedzieć, że przybyłem, zobaczyłem i... zwyciężyłem, bo w pewnym sensie wygrałem ze swoją niechęcią do startu w jakichkolwiek zawodach. Ale w końcu czego się nie robi dla takiej atmosfery i unikalnej okazji strzelania z najprawdziwszej broni biathlonowej. Jeden ze startujących- pan Marek, napisał kiedyś, że kto przyjedzie, nie będzie żałował. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zgodzić się z tym w stu procentach. A jaki to wszystko ma związek ze zmyśloną rozmową we wstępie? Mniej więcej taki, że biathlon nie jest dyscypliną, w której "szemrane jury sądzi, kto ma talent", a to bardzo mi odpowiada, zwłaszcza stojąc w roli startującego. W niedzielę odbędzie się jeszcze bieg pościgowy w ramach Mistrzostw Polski amatorów i mastersów, w którym niestety nie wystartuję. Obowiązki wzywają, a i nogi jeszcze nie są na tyle mocne (jakby kiedykolwiek były- przyp. wrednego drugiego ja autora). Być może jeszcze kiedyś uda mi się wziąć udział w podobnej imprezie, choć dużo ciężej mi będzie na nią przyjechać z dalekiej Północy. Tak, czy inaczej, nawet stamtąd będę obserwował, co dzieje się na Jamrozowej Polanie. Natomiast wszystkim startującym w sobotę i niedzielę przekazuję gratulacje i wyrazy uznania, udając się na zasłużony odpoczynek.

Uzależniony od treningu

Dobrze jest wrócić po przerwie i znów coś napisać. Muszę się przyznać, że nigdy do końca nie wierzyłem w to, co kiedyś opublikował na swojej stronie One Way. Chodzi o motywujące zdanie, które mówi, że najtrudniejszą rzeczą w treningu jest to, aby zacząć. Później, przy regularnym wykonywaniu ćwiczeń, najtrudniej jest przestać to robić. Poniżej zresztą możecie zobaczyć to w oryginale. Dziś jednak przyznaję, że jest to stuprocentowa prawda, czego jestem przykładem.


Nie myślałem o tym wcześniej, kiedy miałem czas, miejsce i warunki do treningu. Zwykle przecież tak jest, że nie doceniamy tego, co mamy. Wszystko zyskuje na wartości dopiero wtedy, gdy rozmaite okoliczności zabierają nam jedną z tych rzeczy, albo nawet wszystkie naraz. Tak samo było ze mną, gdy niedawno musiałem zmierzyć się z trudem życia w wielkim mieście, o którym jak na ironię zawsze marzyłem. Do tego studia, które wbrew pozorom nie polegają na nieustannym posiadaniu wolnego czasu na przeróżne rzeczy. Jakoś nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć. Może to kwestia przyzwyczajenia się do innych warunków. W końcu nie powinno być żadnych ograniczeń w treningu, lecz cały czas nie mogę sobie wyobrazić biegania wśród zatłoczonych ulic, zamiast pustych, rozległych łąk i lasów. Wcześniej trening równał się zazwyczaj z odkrywaniem coraz to nowszych i piękniejszych miejsc. W wielkim mieście nie widzę takiej możliwości.
Od razu przepraszam za jakość zdjęć, ale na bieganie nie wezmę ze sobą lustrzanki.
A wewnętrzny głos wciąż wymaga treningu. Najwyraźniej przez długie SadurSummer zdążyłem się od tego uzależnić i jednocześnie przyzwyczaić do niezliczonych opcji miejsc. Wcale nie jest to zła sytuacja. Zmusiła mnie ona jednak do kilku przemyśleń, które mnie samego trochę przeraziły. Czasem może po prostu trzeba się przebudzić i zapytać, czy droga, którą wybrałem dla mojego dalszego życia, jest najlepszym wyjściem. I dlatego postanowiłem kilka rzeczy pozmieniać i mam nadzieję, że wyjdzie mi to na dobre...  

Niby mamy jesień, ale podczas dzisiejszego biegu było bardzo ciepło.
Natomiast jaki jest cel tego, co tutaj do Ciebie piszę, Drogi Czytelniku? Chciałbym, abyś zawsze potrafił się cieszyć każdą wolną chwilą przeznaczoną na trening oraz każdym pojedynczym widokiem, jakiego wtedy doświadczysz. Postaraj się szanować to, co masz, odwiedzaj swoje ulubione miejsca, bo kiedyś możesz za nimi tęsknić. A gdy tylko możesz, pobiegnij po prostu przed siebie, jak najdalej. Nie ograniczaj się, bo tak naprawdę tylko Ty możesz pokonać swoje własne limity. Spraw, aby każdy udany trening stał się najlepszym momentem dnia, a nie koniecznością. I korzystaj z tego wszystkiego, tak jak ja za każdym razem, gdy mogę wyrwać się na weekend do domu. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy czegoś zabraknie... 

Stres niejedno ma imię

Było już o motywacji, depresji i modelu katastrofy. Teraz czas na coś, co niejako łączy się ze wszystkimi tymi aspektami. Chodzi o stres. Wiemy, że jest on wszędzie, więc także i w sporcie. Potrafi zmobilizować człowieka, ale również go zniszczyć. Jakie oblicze przyjmuje wobec sportowców i jak na nich wpływa? Postaram się to Tobie wyjaśnić, Drogi Czytelniku, w tym poście.

Na pomysł takiego tekstu wpadłem po usłyszeniu wiadomości o braku motywacji Emila Hegle Svendsena. Co prawda ten temat poruszyłem już wcześniej. W ogóle, jak się przyjrzeć, to w tekstach z psychologią sportu w tle często pojawia się EHS. Widocznie tak sobie go upodobałem, jak dobry przykład sportowca trapionego różnego rodzaju problemami. Poprzednio zabrakło jednak tego czynnika sprawczego, którym zazwyczaj jest stres. Można go wiązać z rolą pobudzenia, które opisywałem w modelu katastrofy. Lecz również można odnieść do reszty tematów, a nawet do depresji. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia sportowca i reakcji jego organizmu. Czasem może z tym być naprawdę ciężko.


Logiczne jest, że im większa popularność, tym większy stres. Przykładowo z występami Emila Hegle Svendsena związane są ogromne oczekiwania. Tak było na przykład na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi. Nie twierdzę, że tylko to doprowadziło do pamiętnego zawalenia sztafety męskiej na ostatniej zmianie. Tak samo również nie mam zamiaru wmawiać nikomu, że w obecnej sytuacji EHS zwyczajnie boi się kontaktu z wizją zawodu na następnych IO. Myślę, że tak ceniony sportowiec nie ma z tym problemu. A gdybym jednak się mylił? Wtedy cała historia nabiera innego obrotu dobrze znanego dla każdego, kto zna stres jak swojego brata...

Stres zablokował Svendsena w Sochi podczas ostatniego strzelania sztafety. Pewny medal dla Norwegii został zamieniony na najgorsze możliwe czwarte miejsce. Takie coś jeszcze nie wydarzyło się w jego karierze. Zwykle panował nad sobą, utrzymując optymalny poziom pobudzenia, a tym razem wszystko poszło nie tak. Nie wiedział, dlaczego sprawy tak się potoczyły i za nic w świecie nie chce, żeby sytuacja się powtórzyła. Wciąż powtarza sobie w myślach: "Jeg er SuperSvendsen...", lecz umysł podpowiada raczej: "Det var min feil". Koledzy jakoś stawiają EHS na nogi, kończy się sezon, więc wszyscy udają się na imprezę, gdzie rzeczywiście odreagowuje. Przychodzą letnie treningi z kadrą. Patrząc na króla Bjoerndalena podziwia jego niesłabnącą motywację, mimo tylu lat startów. Już wie, że nie będzie taki, jak Ole Einar. Co więcej, boi się jego odejścia. Wtedy przewodnictwo kadry spadnie na niego, tak jak wzrok całej Norwegii. Jako najbardziej doświadczony nie będzie już "rozgrzeszany" ze słabszych występów, a tym bardziej nie zatuszuje ich zainteresowanie postacią OEB. Ma obok siebie kolegów, ale ciągłe współzawodnictwo o miejsce w kadrze nawet dla Emila Hegle nie jest wesołą perspektywą. I tak oto w lecie, kiedy dużo mówi się o planach na przyszłość, on nie chce wcale tego czynić. Jest ambitny, dlatego nie odpuści, ale stres związany z zainteresowaniem jego osobą odbiera mu motywację. Biathlon, który uwielbiał od najmłodszych lat stał się uosobieniem presji udowadniania samemu sobie, że jest najlepszy. Każdy następny start widzi więc jak rutynę tych samych czynności z lękiem przed porażką w tle. Aż wreszcie psychika powiedziała nie...

Poniosło mnie, prawda? Drastyczny przykład niszczenia sportowca przez stres i tak nie został dokończony. W ekstremalnym wydaniu pojawiłyby się reakcje obronne przeciążonego organizmu, prowadzące do kompletnej blokady w chwilach zwiększonego lęku. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo są one nieprzyjemne. Ta w większości dopisana w myślach historia z życia Svendsena miała tylko jeden cel. Ukazać, że takie problemy mogą dotknąć każdego. Równie dobrze może je mieć jakiś młody sportowiec, którego potencjał miał zaprowadzić do światowej czołówki. A przez "jedynie" stres to wszystko zostaje przekreślone. Z tego stanu wraca się zwykle po terapii, pracy nad sobą, zmianie stylu życia i przede wszystkim myślenia. Tak więc nie jest to niemożliwe. Mimo wszystko, nie życzę nikomu podobnych problemów, bez względu na to, czy jest zawodowcem, czy nie. Nie wierzysz? To polecam obejrzeć sobie film "Całkiem zabawna historia" ("It's kind of a funny story"). Pamiętaj o tym, Drogi Czytelniku. A wracając do samego Svendsena mam nadzieję, że wszystko będzie z nim w porządku. Odzyskanie motywacji będzie łatwiejsze, niż pokonanie własnej presji. A przede wszystkim liczę, że problemy EHS i Martina Fourcade nie przysłonią nam ich pięknych pojedynków w nadchodzącym sezonie.

Krótki apel do trenerów

Wrzeszczący trener, dzieciaki bez odpowiedniego sprzętu i niewielki obiekt. To nie może być recepta na sukces. A jednak takie coś ma miejsce i można to spotkać w niektórych klubach, które mają kształcić przyszłych biathlonistów i biegaczy narciarskich.

O wyposażeniu klubów i obiektach szkoleniowych już pisałem. Wspominanie o tym jeszcze raz byłoby jak powtarzanie mantry z wiarą, że dzięki temu coś się zmieni. Ja tego nie zrobię, bo czekam na czyny, by uwierzyć. Tym razem poruszę coś, co właściwie kształtuje zawodnika. Świadczy o tym wszystkim, w co później może się zagłębić psycholog sportu. To może wydawać się banalne, bo chodzi o pasję. Zacięcie do sportu, zwyczajną radość z niego czerpaną i wszystko to, co determinuje myśli młodego człowieka w kierunku zostania drugim Sikorą czy drugą Kowalczyk. Na wczesnym etapie jeszcze nie można mówić o motywacji. Tutaj wszystko zależy od pierwszego trenera, który może zachęcić lub zniechęcić człowieka do danej dyscypliny sportu.

Dlatego za każdym razem, gdy widzę trenujące na nartach lub nawet nartorolkach dzieci, cieszę się, że nie brakuje adeptów do uprawiania tego fantastycznego sportu, jakim jest narciarstwo biegowe. Jedno tylko mąci atmosferę- krzyczący trener, który stara się te dzieci ogarnąć. Często niestety nie tylko ogarnąć, lecz pokazać, kto tu rządzi i jak to on bardzo się na tym wszystkim zna. Tymczasem dzieci "ogłupione" wręcz nawałem informacji same nie wiedzą, co mają robić. Przypomina to trochę sytuację ze skeczu kabaretu Ani Mru Mru, w którym trener narciarski wykrzykiwał: "Szerzej nogi! Zjedź na dół, wypnij się i poczekaj!". Z resztą ten skecz możecie zobaczyć poniżej.



Mniejsza o samo wykrzykiwanie, bo wiadomo, że taka osoba musi być słyszalna. Bardziej martwi mnie to, w jaki sposób mówi się do takich dzieci. Zwykle dominują w tym komunikaty kierowane do całej grupy, gdzie trener mówi: "bo wy nie umiecie, bo wy źle robicie", co jest dość dużym błędem. Ci, którzy być może popełniają te błędy, mogą nawet nie wziąć tego do siebie, a ci, co wykonują ćwiczenie dobrze, mogą się przejąć myśląc, że popełniają wciąż błędy. Z doświadczenia wiem, że zawsze skierowanie danej uwagi do konkretnej osoby ma większe szansę na osiągnięcie pożądanego efektu. A już kompletną tragedią jest wytykanie błędów bez pokazania, jak można je wyeliminować. Poza tym, po co takie wykrzykiwanie i ciągłe aranżowanie rygorystycznej pracy? Czy nie lepiej pokazać dzieciom, że sport to świetna zabawa? Przecież jeszcze przyjdzie czas na rygor treningu. Ale najpierw trzeba rozbudzić w tym człowieku pasję do sportu. On musi wiedzieć, że to ma jakiś sens. W przyszłości znacznie łatwiej będzie mu się temu poświęcić. Mam więc nadzieję, że opisany przeze mnie model będzie się zdarzać jak najrzadziej. Niestety dziś spotkałem się z powyższym podczas swojej sesji double- polingu i stąd ten post. Może jednak miało to swój cel?

Depresja i sport

Wiadomość o depresji Justyny Kowalczyk poruszyła zapewne każdego kibica. Nikt przecież nie przypuszczał, że przy tylu sukcesach, coś złego mogło się dziać z jej psychiką. Jak się niestety okazało, takie myślenie jest błędem. Depresja zwykle nie zależy od tego, co widzimy "na zewnątrz". To choroba, która niszczy ludzkie poczucie własnej wartości i odbiera sens życiu. A jakie jest jej powiązanie ze sportem? Czy można ją przezwyciężyć dzięki niemu, a może wręcz przeciwnie? Postaram się odpowiedzieć na te pytania w poniższym poście.


Photo credit: DrabikPany / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)
Najważniejsze to rozróżniać depresję od załamania. Załamanym można być krócej lub dłużej w wyniku jakiegoś wydarzenia. Przykładowo, jakiś czas temu opisywałem model katastrofy na podstawie Emila Hegle Svendsena. Po tej pamiętnej dla niego sztafecie przeżył załamanie, z którego wyciągnęli go koledzy z reprezentacji. Załamany swoim występem na IO (niesłusznie) był również Noah Hoffman, który rozważał nawet zakończenie kariery. W tym przypadku osobiście pomogłem wyciągnąć z dołka tego obiecującego sportowca, wysyłając skromnego e- maila. Tymczasem depresja rodzi się w głębi i wcale nie musi zależeć od porażki, dlatego trudniej ją zrozumieć i opanować. Nie będę zaglądał do psychologii (tej niesportowej), bo zwyczajnie się na tym nie znam, lecz mogę z pewnością powiedzieć, że są różne podłoża tego stanu. Czasami ludzie są podatni na wpadanie w melancholię oraz utratę sensu życia i może być to uwarunkowane w dany sposób, niekoniecznie związany z wykonywanym zawodem. Tak jest również w przypadku Justyny Kowalczyk. O perypetiach jej choroby możecie przeczytać w wywiadzie przeprowadzonym na łamach Gazety Wyborczej tu. Trudno uwierzyć, że spełniony sportowiec boryka się z tak trudnymi do przezwyciężenia problemami życia prywatnego. No właśnie. Większość z nas przyjmuje sportowców jako superbohaterów, którzy są niezniszczalnymi machinami do wygrywania i zapewniania emocji na zawodach. Te czasy skończyły się jakieś dwa tysiące lat temu. Kto nadal uważa przeciwnie, musi wreszcie zrozumieć, że sportowiec to też człowiek, więc ma swoje słabości, wady i uczucia. Łatwo powiedzieć, a trudniej zrozumieć. Sam boję się sytuacji, w której przykładowo dowiedziałbym się, że Ole Einar Bjoerndalen przedłużył karierę nie dlatego, że uwielbia walczyć, lecz dlatego, że przytłoczyła go pewna fatalna myśl, według której jego życie miałoby stracić sens bez biathlonu. Dla mnie jest to właśnie ten superbohater, król biathlonu, który znajdzie motywację nawet przy problemach prywatnych, takich jak rozwód czy śmierć ojca.

Skoro już mowa o motywacji do uprawiania sportu, to jaki ma ona związek z kondycją psychiczną zawodnika? Poniekąd pisałem o tym we wcześniejszym poście poświęconym całkowicie motywacji. W przypadku depresji ma to jednak nieco inną postać. Ta choroba może zupełnie zniszczyć sportowca, odebrać mu wiarę we własne możliwości. Psychologia sportu zna bowiem taki termin, jak poczucie własnej skuteczności, które ma wymierny wpływ na wyniki zawodnika. Jeżeli więc depresja zaatakuje ten punkt, bardzo ciężko jest powrócić do formy. W przypadku Kowalczyk sprawa wygląda inaczej, o ile można rzec lepiej. Jeżeli przeczytasz wywiad, który zalinkowałem powyżej, Drogi Czytelniku, dowiesz się, że w obecnej sytuacji nic oprócz sportu nie jest w stanie uszczęśliwić naszej reprezentantki. Motywacja jakby znalazła się sama, napędzana beznadzieją codzienności (sytuacja odwrotna do Magdaleny Neuner). Stąd są natomiast dwie drogi. Albo spełnienie sportowe poskutkuje stabilizacją życia, albo potrzebna będzie długotrwała praca z terapeutą niezależnie od kariery. Ciężko się o tym wszystkim pisze. Nawet w dzisiejszych czasach, gdy depresję można spotkać na każdym kroku. Pozostaje wierzyć, że sport będzie tym rzeczonym "światełkiem w tunelu" i pozwoli na wyjście z kryzysu. Postawiony, a później zrealizowany cel pozwala przezwyciężyć wszystko. Tak było z Torą Berger, która po zachorowaniu na raka skóry postawiła sobie jako cel zwyciężyć z chorobą, a później na IO w Vancouver. Kilka miesięcy później zdobyła złoty medal olimpijski w biegu indywidualnym.

Skąd u sportowca depresja? Pytanie o przyczynę zostawiłem na koniec, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć. Posłużę się więc słowami bohaterki dzisiejszego posta: " Sport jest najczęściej sprawiedliwy. Jeśli mu wiele poświęcisz, mniej więcej tyle samo dostaniesz w zamian. W życiu możesz poświęcić wszystko i nie otrzymać nic. To jest dla sportowca rzecz po prostu niezrozumiała."

Model katastrofy

Być może wielu z Was ciągle zastanawia się nad tym, dlaczego Emil Hegle Svendsen zawalił ostatnią zmianę olimpijskiej sztafety. Doskonale pamiętamy, że na swój odcinek wyruszał pierwszy i wydawało się, że z pewnością dobiegnie z medalem dla Norwegów. Tak się jednak nie stało. Przyczyny takiego rozwoju wypadków może znaleźć psychologia sportu.

Psychologia sportu to prawdziwa dziedzina nauki. Od ponad wieku, badacze starają się wyjaśnić wszelkie zachowania człowieka związane z uprawianiem sportu, a konkretnie ich umysłową stronę. Już kilkakrotnie na blogu poruszałem tematy z zakresu tej nauki, na przykład w poście o motywacji. Tym razem jednak świadomie będę czerpał z dorobku psychologów sportu, a chodzi o tytułowy model katastrofy. Opracowany został przez Frazeya i Hardy'ego w 1988 roku. Aby jednak dokładnie to zrozumieć, trzeba poznać pewne pojęcia. Bez zbędnych definicji wyjaśnię, że chodzi o takie coś, jak pobudzenie. Może być ono związane ze stresem, lękiem, czy też zwyczajnym podekscytowaniem zbliżającym się startem w zawodach. I skoro już mamy to pobudzenie, to w zależności od sytuacji (rangi zawodów, pozycji startowej itp.) może być ono duże lub małe. Od niego zaś zależy wynik, co kształtuje wykres odwróconej litery U (rysunek a). Każdy zawodnik ma jakiś optymalny poziom pobudzenia, dla którego osiąga najlepszy rezultat. Według omawianego modelu katastrofy nawet niewielkie zwiększenie tego poziomu poza optymalny może powodować znaczącą porażkę. Widać to na poniższym wykresie (rysunek b).

Odnosząc to do sytuacji Svendsena, w sztafetowym biegu olimpijskim mogło być podobnie jak w modelu katastrofy. Wyobraźmy sobie, co działo się wtedy w jego głowie. Po świetnych zmianach braci Boe, Norwegia znacznie prowadziła i na swój odcinek wyruszył Ole Einar Bjoerndalen. Trzeba powiedzieć wprost, że to nie był jego dzień. Sam król, wypowiadając się dla norweskiej prasy, przyznał, że był za bardzo spięty przed biegiem. Trochę więc stracił z tej przewagi, oddając zmianę Svendsenowi tuż przed Niemcami. EHS widział to wszystko i początkowo mógł być nieco zbyt rozluźniony. W końcu tuż przed jego zmianą, Norwegia biegła po pewne złoto. Dopiero, gdy okazało się, że będzie musiał bronić nie tylko złota, ale też jakiegokolwiek medalu, poziom lęku znacznie i niespodziewanie wzrósł. W walce znalazły się jeszcze Austria i Rosja. Wszystko miało rozstrzygnąć ostatnie strzelanie. Svendsen doskonale o tym wiedział i nie chciał zawieść kolegów z drużyny. Objawił się dodatkowy stres związany z odpowiedzialnością za wynik nie tylko własny, ale także całej reprezentacji. Pod tym względem sztafeta jest najbardziej brutalną konkurencją, o randze Igrzysk Olimpijskich nie wspominając. To wszystko zaczęło krążyć w myślach Norwega, do czego nie miało nawet dojść. Nagle pojawiła się możliwość całkowitej porażki i gdy tylko zaczął o tym myśleć, znajdował się już na skraju drastycznego spadku naszego wykresu. Stąd więc wzięły się pudła i karna runda. Tym samym Norwegia nie mogła się liczyć w walce o medale. Jednym słowem katastrofa.

Można oczywiście powiedzieć inaczej. Przecież na innych zawodnikach podczas ostatniego strzelania spoczywała również duża presja. Poniekąd tak, choć z pewnością mieli oni inną pozycję startową i byli inaczej nastawieni. Czasem też zacięta rywalizacja motywuje do lepszych wyników. Można także powiedzieć, że start olimpijski jest dla każdego bardzo ważny i nigdy nie jest się czegokolwiek pewnym. W dodatku biathlon wydaje się być dyscypliną wykraczającą poza tradycyjne pojmowanie psychologii sportu. Nie wszystko można wytłumaczyć klasycznymi definicjami. Dlatego sam z rezerwą podchodzę do wyjaśnienia porażki Svendsena modelem katastrofy, który zresztą jest bardzo skomplikowany. Bohater posta to na tyle doświadczony i dobry zawodnik, że trudno uwierzyć w nagłe pojawienie się lęku. Choć zdarzały się podobne sytuacje równie świetnym postaciom. Na przykład Martin Fourcade w pierwszej sztafecie mieszanej sezonu 2013/2014 w Oestersund, biegnąc zupełnie sam na prowadzeniu, zaliczył 3 karne rundy na ostatnim strzelaniu, przez co Francja skończyła na 5. miejscu. Błędów nie ustrzegł się też sam Ole Einar Bjoerndalen. Dawno temu zdarzyło mu się zaliczyć 3 karne rundy na swojej zmianie. Jego fatalne strzelanie możecie zobaczyć w poniższym filmie.



Wracając na koniec do Emila Hegle Svendsena, to cała sytuacja z Igrzysk bardzo odbiła się na jego psychice. Długi czas po biegu był załamany. Jak sam przyznał, nie mógł na siebie patrzeć. Nie chciał nic robić, tylko leżeć na łóżku. Do normalnego funkcjonowania zmuszali go koledzy i trenerzy. Najbardziej bolała go myśl, że pozbawił ich medalu. Na jego przykładzie widać, jak duża część wyniku zależy od tego, co dzieje się w głowie zawodnika. Oby EHS szybko zapomniał o tym wszystkim i powrócił do wygrywania w przyszłym sezonie.

Wszystkim czytelnikom i biathlonowym fanom życzę Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Wyzerowany licznik Svendsena

Super Svendsen wreszcie dopiął swego. Wyzerował złośliwy licznik, który wciąż naliczał kolejne dni bez bezbłędnego strzelania w indywidualnej konkurencji w ramach biathlonowego Pucharu Świata. Z wynikiem zera pudeł na strzelnicy wygrał dzisiejszy bieg pościgowy w Ruhpolding. Tym samym pokazał, że potrafi celnie strzelać, jak również znacznie zbliżył się do nieobecnego w Bawarii lidera klasyfikacji generalnej- Martina Fourcade. Francuz, przebywający obecnie na treningu wysokościowym w Anterselvie, powinien zacząć się bać tak dobrej dyspozycji EHS, zwłaszcza w kontekście zbliżających się Igrzysk Olimpijskich w Soczi. Przypomnijmy, że już za tydzień czekają nas ostatnie zawody PŚ przed wyjazdem do Rosji.

Emil Hegle Svendsen na mecie biegu pościgowego w Novym Mescie. Prawie rok minął wówczas od bezbłędnego strzelania.

Emil Hegle Svendsen, przed dzisiejszym biegiem, ostatni raz strzelał "na czysto" 1401 dni temu. Miało to miejsce w Kontiolahti, w sprincie. Zajął wówczas drugą lokatę. Od tego czasu wygrywał wiele zawodów PŚ, jak również zdobywał tytuły mistrza świata, jednak zawsze było to okupione choćby jedną karną rundą lub doliczoną minutą. Norweska prasa zaczęła w końcu liczyć dni, upływające od bezbłędnego strzelania Emila, których przybywało i przybywało... aż przekroczyły magiczną liczbę 1000. Stało się to niepokojące, nie tylko dla pana Krzysztofa Wyrzykowskiego z Eurosportu, lecz również dla samego Svendsena i całego sztabu szkoleniowego norweskiej kadry. Przyszedł wreszcie sezon olimpijski i kolejne biegi, w których niestety licznik nabijał coraz to wyższe liczby. Emil wygrał co prawda biegi w Oberhofie, ale cóż z tego, skoro każdej nocy śniły mu się te cyferki, zmieniające się na tablicy jego niechlubnego rekordu. To wszystko na stałe zagościło w jego głowie, jako przeciwnik groźniejszy od samego Martina Fourcade, czyli on sam i jego psychika.

Jak już dowiedzieliście się we wstępie, dziś się to zmieniło. Nie ma już licznika, nie ma dni, nocy, miesięcy i lat, w ciągu których Emil Hegle Svendsen pudłował na strzelnicy. Zobaczcie sami, jak do tego doszło.



Radość po ostatnim oddanym i, co najważniejsze, celnym strzale była wielka. Chyba nawet większa, niż po zdobyciu tytułu mistrza świata. I nie ma w tym nic dziwnego. EHS wygrał z własną blokadą, z czymś, co na pewno bardzo mu przeszkadzało i czego wszyscy mu wypominali. Na tym przykładzie doskonale widać, jak wiele w sporcie znaczy psychika człowieka. Zwłaszcza w biathlonie, gdzie każde strzelanie jest próbą nerwów, którą potrafi nawet oblać sam Ole Einar Bjoerndalen, jak miało to miejsce w biegu pościgowym w Oberhofie. Dlatego nikomu nie życzę jakiegokolwiek uprzedzenia, które mogłoby stać na drodze do sukcesu. A jeżeli już takie coś się pojawi, to zwalczenie problemu przynosi niebywałą satysfakcję. Zobaczcie ją sami w osobie Emila Hegle Svendsena.



Tak się zastanawiam, co teraz będą liczyć norwescy dziennikarze sportowi i trochę się boję. Otóż, od ostatniego pucharowego zwycięstwa Ole Einara Bjoerndalena minęło sporo czasu, a wielokrotnie było do tego bardzo blisko. Raz zabrakło szczęścia, raz jednego celnego strzału, a ostatnio nawet 0,4 sekundy. Nie ma łatwego życia nasz król i oby nie było to powodem do kolejnych odliczań, a co za tym idzie niepotrzebnej wewnętrznej blokady. Pozostaje chyba tylko zostawić wszelkie problemy obok i iść dalej, wierząc, że to tylko przesąd, jak śpiewa Coldplay: "It's only superstition".

Wszystko o motywacji

Zaczął się sezon zimowy. Dla części z Was będzie to czas startów w zawodach i osiągania coraz lepszych wyników, zaś dla innych, preferujących sporty letnie, wręcz przeciwnie- okres przygotowań do kolejnego sezonu. Zatroszczyłem się o coś dla jednych i drugich. Zatem czas na oddanie się tzw. "ryciu bani" w moim wykonaniu. A tak naprawdę mam tu zamiar poruszyć jeden z najważniejszych tematów dotyczących każdego sportu. Chodzi o motywację. Jaka jest jej rola? Jak jej nie stracić? Odpowiedzi na te pytania postaram się znaleźć w poniższym poście. A zatem, Drogi Czytelniku, zapraszam Cię na krótką podróż po zakamarkach sportowej filozofii.

Aby w pełni zrozumieć rolę motywacji w życiu sportowca, najlepiej poznać skutki jej braku. W naszym ulubionym biathlonie mamy wiele przykładów obrazujących tę tezę. Najbardziej znanym, a raczej powinienem napisać znaną, jest Magdalena Neuner. Niemiecka zawodniczka, będąc u szczytu kariery, postanowiła pożegnać się z biathlonem w wieku 25 lat. Tłumaczyła tę decyzję brakiem motywacji. Twierdziła, że osiągnęła wszystko, co mogła, a było tego dużo: złote medale na IO w Vancouver, ogromna liczba medali MŚ i trzykrotne zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Można zapytać, dlaczego jej kariera trwała tylko niespełna 6 sezonów, skoro mogłaby ciągnąć się jeszcze przez długie lata i obfitować w kolejne zwycięstwa słynnej Leny. Być może dla niej biathlon nie był całym życiem, a jedynie sposobem na zapewnienie sobie bezpiecznej przyszłości? Wydaje się to bardzo przyziemne i nawet mało możliwe, aby tak dobry sportowiec miał jakiś inny sposób na życie, niż poświęcenie się danej dyscyplinie. Nie zrozum mnie jednak źle, Drogi Czytelniku. Nie mam zamiaru oceniać postępowania Magdaleny Neuner, lecz jedynie pokazać, jaki miała pomysł na życie. Obecnie Neuner jest powszechnie znana i szanowana w Niemczech (wystąpiła nawet w kilku reklamach telewizyjnych), udziela się w środowisku biathlonowym, ale, jak sama stwierdza, przede wszystkim żyje normalnie i pozwala sobie na rzeczy, którym musiała dawniej odmawiać. Ciężko jednak nie zadawać sobie tego pytania: "co by było gdyby..." i nie dziwić się tej utracie motywacji.
Magdalena Neuner na mecie biegu pościgowego w Novym Mescie 2012


Podobnie było z Heleną Ekholm. Zakończyła karierę po sezonie 2011/2012, czyli kilka miesięcy wcześniej niż Niemka. Swoją decyzję również tłumaczyła brakiem motywacji do startów i chęcią zajęcia się rodziną. Teraz jest już szczęśliwą mamą i... wraca do biathlonu! Taka informacja całkiem niedawno obiegła cały światek tej dyscypliny sportu. Jednak czegoś zabrakło w życiu Heleny po odwieszeniu karabinu i wróciła tym samym poszukiwana motywacja do startów. W tym przypadku nie można mówić o "przesyceniu" sukcesami. Szwedka zwyciężyła w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata tylko raz, zaś ze wszystkich Mistrzostw Świata, w których startowała, przywiozła łącznie 8 medali wszystkich kolorów. Oczekujemy zatem powrotu Heleny Ekholm na biathlonowe trasy. Najwcześniej będzie ją można zobaczyć na Mistrzostwach Szwecji w biegu sprinterskim.
Od lewej: Helena Ekholm, Tora Berger, Marie Laure Brunet.


Rodzinne perypetie znacznie wpływają na zawodników, co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Pamiętacie państwa Poiree? Raphael i jego norweska małżonka Liv Grete (z domu Skjelbreid) byli wzorowym biathlonowym małżeństwem. Od kiedy zacząłem świadomie oglądać biathlon, oni już byli razem. Oboje święcili triumfy na wielkich imprezach, szczególnie na Mistrzostwach Świata w Oberhofie w 2004 roku, kiedy to zdobyli tyle medali, że razem mogliby liczyć się w klasyfikacji medalowej jako oddzielne państwo. Równoczesne wzloty (i czasem też upadki) na pewno ich motywowały w trakcie kolejnych startów. Gdy Liv Grete zakończyła sportową karierę w 2006 roku (spodziewając się drugiego dziecka), Raphael ścigał się jeszcze rok dłużej, po czym dołączył do małżonki na zasłużony odpoczynek. Teraz nie jest już tak różowo. Sprawy potoczyły się tak, że państwo Poiree się rozchodzą. Początkowo Raphael pracował w sztabie trenerskim kadry norweskiej, zaś w ostatnim czasie przeniósł się na Białoruś, gdzie jest jednym z trenerów męskiej drużyny. Liv Grete zaś nie ma zamiaru opuszczać Norwegii i oddała się pracy komentatora biathlonowego dla telewizji NRK.

Inaczej stało się z prawdziwym specjalistą od motywacji- królem biathlonu Ole Einarem Bjoerndalenem. Gdyby on był Magdaleną Neuner, kończyłby karierę już kilka razy. Musi więc znać jakieś sposoby utrzymania tak dużej chęci do startów mimo prawie 40 lat na karku. Cały sekret OEB tkwi właśnie w jego przygotowaniu psychicznym. Jak sam twierdzi, wprowadził kilka zasad w swoim codziennym życiu, aby nie utracić motywacji. Najważniejszą z nich jest wystrzeganie się luksusu i wygody (o używkach nie wspomnę), ponieważ sprawia to poczucie zadowolenia, przez co traci się ochotę do walki. Dawniej nawet sypiał na niewygodnym łóżku w niedogrzanym pokoju. Krążyła opinia, że w trakcie sezonu żyje jak zakonnik. Można i tak. Przypuszczam, że przez te wszystkie lata startów część tych rzeczy uległa zmianie. Przede wszystkim z uwagi na jego ślub z Nathalie Santer w 2006 roku. Później zwycięstwa przybywały już w wolniejszym tempie, aż w końcu zeszły sezon okazał się jego najgorszym od wielu lat. Wieku nie udało się oszukać nawet największą motywacją, ale może i z nią samą nie było najlepiej. Przypomnijmy, że obecnie państwo Bjoerndalen są w trakcie rozwodu. Pojawiły się także plotki o domniemanym romansie Ole Einara z Daryą Domrachevą, przez co cała ta sytuacja mogła przełożyć się na jego występy. Nawet król biathlonu okazał się tylko człowiekiem ze zwykłymi problemami. Tylko co ta Białoruś tak miesza w głowach panów?
Ole Einar Bjoerndalen przed startem do biegu na 12,5 km w Novym Mescie 2012


Wreszcie czas zostawić wielkie postacie sportu i przenieść całą dyskusję na płaszczyznę naszej codzienności. Najlepszym sposobem na utrzymanie motywacji jest przyjęcie postawy pomiędzy Neuner a Bjoerndalenem. Bo przecież oba sposoby mają swoje zalety i wady, a sztuka polega na wydobyciu z nich najlepszych wartości. Od niemieckiej biathlonistki doskonale dowiadujemy się, że to nasze życie i kariera. A co z nimi zrobimy i w jaki sposób wykorzystamy nasze umiejętności, to już jest indywidualna kwestia. Ponadto nic na siłę. Nie tylko sukcesy są w życiu najważniejsze i chyba to jest najbardziej dojrzałe w decyzji Magdaleny. Jeżeli natomiast jesteśmy zdeterminowani, aby poświęcić się ulubionej dyscyplinie sportu, to miejmy świadomość, co tak naprawdę nas w tym wszystkim pociąga. Nigdy nie zapominajmy o tej radości płynącej z każdego zwycięstwa, o emocjach związanych z rywalizacją i o tym, że nasza praca na treningu nie poszła na marne. Oczywiście czasem bywa naprawdę ciężko, ale póki to wszystko ma sens, każda przeszkoda jest do pokonania.

I na koniec jeszcze jedno. Nie chciałbym, Drogi Czytelniku, żebyś pomyślał sobie, że pisze to jakiś gość, który o sporcie słyszał tylko z telewizji i nie wie, jak to jest startować w zawodach i ciężko trenować. Otóż, muszę Ci się przyznać, że SadurSky uprawiał już "zawodowo" pewną dyscyplinę sportu (jaką, to niech pozostanie tajemnicą znaną tylko nielicznym). Dlaczego już tego nie robi? Powód jest bardzo prosty: zabrakło motywacji, o której tak dużo tutaj napisał. Co by było, gdyby ją odnalazł? Tego nie wie i on sam. Na pewno nie pisałby teraz tego posta i nie byłby nawet w połowie tak szczęśliwy, jak teraz. I z tą myślą Ciebie zostawiam, Drogi Czytelniku. Bo nigdy nie wiadomo, gdzie poprowadzi nas życie, a czasem najgorsze wybory okazują się tymi najlepszymi...

Być amatorem

Co to właściwie znaczy: być amatorem narciarstwa biegowego? Dla mnie równa się to mniej więcej byciu wolnym w wyznaczaniu sobie prywatnych celów i dążeniu do nich. Może to być start w zawodach, zakup określonego sprzętu, cokolwiek. Najważniejsze jest jednak, że z każdym dniem mamy szansę poprawiać swoją dyspozycję fizyczną i przede wszystkim dobrze się bawić. Właśnie to czyni życie lepszym- zainteresowanie, które dodatkowo pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie. Zapamiętaj to za każdym razem, gdy powiesz: "nie chce mi się". Nie ma jednak jakiegokolwiek odgórnego wymagania, które jest Tobie stawiane przez kogoś innego. Sam decydujesz, co jest Ci potrzebne.

Spójrzmy na tę kwestię z punktu widzenia letnich przygotowań. Narciarstwo biegowe uwielbia wszechstronność, podobnie jak ja. Latem mam więc świetną okazję do jeżdżenia na rowerze i nartorolkach oraz do biegania. Każdy może samodzielnie układać sobie własny plan treningowy lub korzystać z innych, sprawdzonych rozwiązań. Będąc amatorem biegówek masz szansę mierzyć się z samym sobą, wypełniać plan i często zwiedzać ciekawe miejsca. A możliwości jest dużo. Przykładowo możesz wjechać na Przełęcz Karkonoską rowerem, albo zmierzyć się z drogą do schroniska Jelenka w Czechach. Trasy w Dusznikach- Zdroju codziennie zapraszają na nartorolki w miejscu, gdzie trenuje polska kadra biathlonowa. Dobra jest też dłuższa wycieczka na nartorolkach w polecanym już przeze mnie Usti nad Orlici. Natomiast szlaki narciarskie w Jakuszycach stają się latem idealną bazą do treningu Nordic Walking oraz jazdy na rowerze MTB. A co przez to zyskujesz? Oprócz satysfakcji z udanego wypadu, zostaniesz zwykle nagrodzony ładnym widokiem, jak poniżej.

Widok na Horni Mala Upa z okolic schroniska Jelenka.
Innym razem zobaczysz biathlonistów na strzelnicy z prawdziwego zdarzenia.


A jeszcze innym razem znajdziesz się w wymarzonym miejscu na trening i będziesz potrafił to wykorzystać. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi Cię życie. Ważne, abyś z niego czerpał to, co najlepsze. Takie możliwości daje Tobie bycie amatorem narciarstwa biegowego. Pamiętaj, że nie jest się nim tylko w zimie i KEEP NORDIC!