Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zorza polarna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zorza polarna. Pokaż wszystkie posty

Mój ostatni dzień

Nie pamiętam pierwszego dnia w Alcie, bo byłem obezwładniony tym, co mnie właśnie spotkało. A przyznam, że chciałem tutaj zrobić takie porównanie tych pierwszych i ostatnich chwil oraz tego, jak ten czas na mnie wpłynął, co zmienił i czego nauczył. Przecież jest tego trochę, bo gdy jednak próbuję wyobrazić sobie siebie tuż po przyjeździe, to wyglądałem mniej więcej tak: Bałem się. Jak cholera. Siedziałem w pustym pokoju na dalekiej Północy, nie mając znikąd pomocy i nie wiedząc nic. Jedyną myślą było zapewne: "co ja właśnie zrobiłem". W dodatku akademiki Nyland wyglądały jak jakieś opuszczone blokowisko lub nawet więzienie. Nikogo nie znałem i nie byłem nawet pewien istnienia moich współlokatorów na piętrze. Jedyne ślady tego, że ktoś oprócz mnie korzysta z kuchni widziałem po zmieniającej się zawartości suszarki na naczynia. Również dźwięk otwieranych w porze nocnej drzwi wejściowych, od których nie dzieliło mnie wiele, sygnalizował, że ktoś jednak wraca skądś do pokoju. Nie myślałem nawet o wyjściu, zapytaniu się, kim ten ktoś jest. A najbardziej zastanawiał mnie mój najbliższy sąsiad, z którym miałem dzielić łazienkę. W chwili mojego przyjazdu nie było go w pobliżu. Mogłem tylko domyślać się, kim on jest i kiedy przyjedzie na studia. Wtedy za każdym razem, gdy te drzwi otwierały się wieczorem, myślałem, że to on. To było dziwne uczucie, potęgowane dodatkowo dniem polarnym, który wbrew pozorom nie dodawał pewności. Pustawe akademiki, zero ludzi na dworze i uparcie wskazujący godzinę 12 w nocy zegarek to przy zupełnie jasnym widoku na zewnątrz nie stanowiło jakiejkolwiek normalnej dla mnie sytuacji. W nocy nie mogłem spać, a rano nie chciałem wstać. Z Północą zderzyłem się nad wyraz mocno. Dopiero po dwóch dniach poznałem swoich sąsiadów, z którymi wszystko zaczęło przybierać inny wygląd. Przyszedł czas otwierania się na to, co mnie spotka w najbliższych kilku miesiącach. Również mój sąsiad, który przyjechał po tygodniu, okazał się być całkiem w porządku.

Północny Punkt Widzenia: Mój ostatni dzień. Amtmannsnes, Alta.
Amtmannsnes, czyli ostatnia odkryta dzielnica Alty. I chyba też najładniejsza. Nigdy nie zapomnę tego, jak niedawno pobiegłem w te rejony późnym wieczorem i zobaczyłem takie widoki, dodatkowo podkreślone nisko schodzącym słońcem.
Później przyszedł czas, w którym mogłem na różne pytania odpowiadać w ten sposób: "mieszkam w Alcie. Tak, na północy Norwegii. No, daleko, bo za kołem podbiegunowym. Jak jest? No, w sumie trochę ciemno, ale ogólnie fajnie." A za tym krótkim "fajnie" stały wszystkie te rzeczy, które przyszło mi tu przeżyć, zobaczyć i Wam opisać. Zorza polarna, wieczna ciemność, ogromne ilości śniegu i wreszcie powrót do jasności przez całą dobę. Wszystko dobre i złe. Monotonne i niesamowite. Północ to miejsce, które przez te miesiące przyprawiło mi tyle wrażeń, że aż mnie to wszystko zmęczyło i jakby postarzało. Alta do samego końca była jak niezbyt dobra żona. Na początku myślisz, że żenisz się z osobą ze swoich marzeń, po czym okazuje się, że ona też jest z tych, którym zależy tylko na pieniądzach, a w dodatku z czasem robi się coraz bardziej oziębła. Zaczyna cię zmieniać, raz na lepsze, raz na gorsze, bo tyle kosztuje cię przystosowanie się do jej warunków domowych. Bierzesz w końcu ten nieszczęsny rozwód, bo to zła kobieta była, po czym wyprowadzasz się z powrotem do matki Polski, by znów gotowała tobie schabowe zamiast łososia. I tak pewnie nagle zauważysz, że to jednak twoja była robiła najlepszego łososia i zaczniesz nawet tęsknić za jej nieprzewidywalnym charakterem i niezwykłą urodą. A to, jak cię zmieniła, ostatecznie ci się spodobało. Zwłaszcza, gdy nazywała cię "Człowiekiem Północy".

Północny Punkt Widzenia: Mój ostatni dzień. Amtmannsnes, Alta.
Podobno w Norwegii jest taki przepis, że jeżeli posiada się dziecko, trzeba mieć również taki mały batut obok domu.
Tak jest z tym ostatnim dniem, który w przeciwieństwie do pierwszego zapamiętam jeszcze przez długi czas. Najpierw pakowanie rzeczy w jednym z najlepszych akademików na świecie. Chyba nigdzie nie można było żyć tak blisko natury jak tutaj. Wszystko było tu widać dokładniej niż w więzieniu (Nylandzie). Powroty zorzy polarnej w marcu, białe zające i rodzinę srok, które już na dobre zbudowały sobie gniazdo nieopodal mojego okna. Teraz wszystko za nim jest zielone, choć jeszcze miesiąc temu pole było w znacznej mierze pokryte starym śniegiem. Krzewy zyskały siłę i stały się czymś więcej niż tylko wyschniętymi patykami, które przeszkadzały przy wyskakiwaniu przez parapet. W ostatnich dniach były raczej ozdobą coraz częściej wpuszczanego do pokoju wiosennego słońca i ciepła, przy którym można było po prostu siedzieć nie robiąc nic. Na przykład w poniedziałek temperatura osiągnęła niewyobrażalne 25 st. C, co przywiodło nawet do Alty małą burzę i tęczę widoczną z samych drzwi wejściowych. Tym wszystkim można się napawać w nieskończoność, zwłaszcza gdy dokładnie wiadomo, że to już koniec. Na takie coś nie było jednak czasu. Ustny egzamin z norweskiego i tona rzeczy do spakowania nie mogły czekać. Przy tej letniej pogodzie nie mogło pójść inaczej niż bardzo dobrze, choć w natłoku tych wszystkich wspomnień trudno było się skupić na samym zaliczeniu. Później odwiedziłem nawet swoją pracę. Tam, gdzie zaczynałem nie wiedząc zupełnie nic i gubiąc się w norweskim, zostałem pożegnany słowami kierowanymi przez szefa: "dziękujemy. Pracowałeś bardzo dobrze. Powodzenia dalej". Nie obyło się bez zakupów typowo norweskich rzeczy, których będzie mi brakowało. Kilogram brązowego sera i słodycze wylądowały już w torbie. Później pozostało pójść jeszcze do najciekawszego sklepu w Alcie, czyli muzycznego o nazwie Puskas i zaopatrzyć się w jakąś starą płytę z prawdziwie norweską muzyką. Trafiłem akurat na porę tuż po samym zamknięciu, lecz szczęśliwie właściciel wpuścił mnie do środka i pomógł w odpowiednim wyborze. A gdy dowiedział się, że to wszystko ma mi przypominać Altę po wyprowadzce, wręczył mi wspaniały prezent. Było nim jego własne wydanie- dwie LP z norweskimi piosenkami, warte w sumie więcej niż to, co właśnie kupiłem. Długo nie mogłem otrząsnąć się z zaskoczenia, jednak pseudonim Puskas zapamiętam na jeszcze dłużej. Nie inaczej jest z ludźmi, których żegnałem. Koledzy z kursu językowego, studenci z wymiany, dawni norwescy sąsiedzi. Oni wszyscy rozjadą się teraz w swoje strony i wrócą do swoich zajęć lub rozpoczną coś zupełnie nowego. Być może dla nich Alta też była jakimś zwrotem akcji i wątkiem, który dobiega końca właśnie teraz, tak jak kończy się sezon dobrego serialu. Ze mną jest niby podobnie, choć dziś, tego ostatniego dnia wiem na pewno, że to wcale nie jest koniec, a dopiero początek. Z tą różnicą, że przez chwilę będzie ciszej.

Północny Punkt Widzenia: Mój ostatni dzień. Tęcza nad akademikiem Komsa

Pasta z tubki, czyli wiosna 16

"Wyszedłem sobie na spacer, bo kumpel uczy się do sesji,
pożyczyłem mu linijkę, by podzielił równo kreski"

Jak już ostatnio sobie ustaliliśmy, mamy w Alcie wiosnę. A jak wiosna, to dzień dłuższy, a jak dzień dłuższy, to więcej słońca, a jak więcej słońca, to więcej afrykańskich dilerów narkotykowych w mieście. Przepraszam, oczywiście miałem na myśli to, że gdy dni przynoszą słońce, to człowiek ma też więcej energii na robienie wszystkiego poza najważniejszymi rzeczami. Mógłbym tak jeszcze brnąć w tę spiralę zdarzeń, ale na tym się zatrzymam. Otóż faktycznie starałem się korzystać ostatnio (nie z usług rzekomych dilerów wbrew Waszej wyobraźni) z dobrej pogody i rozpocząłem już nawet przygotowania do następnej zimy. Bo co będę siedział w domu, jak można wyjść na pole, zgodnie ze starym zwyczajem z Małopolski. Skoro już wszyscy Czytelnicy wiedzą, że ten tekst nie będzie łatwym w przyswojeniu, to przejdę do rzeczy.

Północny Punkt Widzenia: Pasta z tubki, czyli wiosna 16
Na początek sezonu wiosenno- letniego bieganie. Tym razem z kijami, bo lepiej wygląda.
Z nudów albo z chęci (ale stawiam na to pierwsze) postanowiłem przypomnieć sobie, jak wygląda tutejsze, bogate niczym tłumacz przysięgły języka czeczeńskiego, nocne życie studenckie. Było to ostatniej soboty, jak mając to w zwyczaju patrzyłem się w ekran komputera przenośnego i udawałem, że coś robię, tracąc tak naprawdę czas na przemierzaniu internetów w poszukiwaniu ich dna. Mógłbym tak na przykład pouczyć się norweskiego, ale tego nie mam akurat w zwyczaju, a lubię się trzymać rzeczy, do których przywykłem. Ot, taki ze mnie codzienny konserwatysta. I tak sobie siedziałem, starając się wymyślić coś ciekawego na temat posta z zaciekłością taką, z jaką wyciska się ostatnie resztki pasty z tubki (w innych zakątkach internetów używa się również formy skróconej mojego działania, mianowicie "piwniczyłem"). Nagle przeszła mi jednak przez głowę myśl, że może by gdzieś wyjść.

>Godzina 21:21 wychodzę, choć jestem przekonany, że za kilka minut wrócę. Nie mam pojęcia, po co patrzę na zegarek, ale tak mnie uczyli, żeby trzymać się czasu. Nawet nie wiem, czy ktokolwiek dzisiaj ma zamiar robić jakąś imprezę (tudzież "inbę" według niektórych części internetów). Szybko okazuje się jednak, że kolega Holender ma jakieś plany (jeżeli ktoś znów pomyślał o narkotykach, to będzie zawiedziony).

I tak oto dołączyłem do nielatającego tego dnia Holendra, z którym wybrałem się do mieszkania jednego z dość dobrze znanych w środowisku studenckim Norwega. Znany jest on głównie ze swojego zapału do picia alkoholu (pytałem o polskie geny- nie posiada) i ma specyficzne poczucie humoru. O tym drugim będzie później, a najpierw o tym pierwszym. Otóż pan atletyczny (tak go sobie nazwijmy na potrzeby historii) już w sierpniu dał mi się poznać jako posiadacz 60- procentowej norweskiej wódki, zwanej potocznie benzyną, a w ostatnie halloween uczynił ze mnie na zawsze abstynenta w dziedzinie alkoholi wysokoprocentowych po tym, jak w przebraniu Jezusa częstował mnie przyniesioną "wodą święconą". Zbyt późno zorientowałem się, że nie była to woda. A co do poczucia humoru, to za przykład posłuży raczej właśnie ta sobota, w której wraz z kolegą z kraju rowerów i nizin przyszliśmy do jego mieszkania.

>Godzina 22:32 (długo się zbieraliśmy, a przejście z Komsy do centrum też trochę zajęło, na dodatek w drodze towarzyszyła nam zorza polarna, to trzeba było pooglądać) wchodzimy do mieszkania. Apartament z tych, co raczej na bogato. Plazma na ścianie (telewizor w sensie) i takie inne rzeczy. Choć uwagę przykuwa właśnie telewizor, na którym całe towarzystwo, czyli atletyczny, jeden z moich sąsiadów z czasów Nylandu i dwie Finki z wymiany oglądają jakieś śmieszki na YouTube. Wręczam więc gospodarzowi pół litra, które przywiozłem z Polski i dołączam do imprezy. Po tym, jak zwyczajne śmieszki ustępują takim dziełom internetów jak "Charlie the unicorn", jestem już pewien, że to najlepsza norweska impreza, na jakiej kiedykolwiek byłem, a pan atletyczny reprezentuje prawdopodobnie najciekawsze poczucie humoru możliwe do uświadczenia w tym kraju.

Trochę zaskoczony takim obrotem zdarzeń siedziałem i obserwowałem. Bo to zwykle robię na imprezach na Północy. Coś mocniejszego raczej odpada z racji na poprzednie doświadczenia, a norweskie piwo, choć drogie, to nie jest dobre. Zaraz się podniosą głosy, że pewnie jestem z tych, co to tylko kraftowe browary piją a resztę uznają za chłam udając, że się znają. Proszę bardzo, ale jak ktoś chce decydować, co mam lubić pić i jeść, to niech przy okazji zajmie się moją pięścią i włoży ją sobie głęboko we własną gębę, dziękuję. Wracając do tematu, na imprezie nigdy nie udaje się wytrzymać w taki sposób zbyt długo. W końcu więc zdecydowałem się na śrubokręt, czyli wódkę (niestety nie polska, tylko ta północna) z sokiem pomarańczowym.

>Godzina 1:03 partyhard.exe po obejrzeniu wszystkich odcinków kreskówki o jednorożcu i wysączeniu soku pomarańczowego o smaku wódki przechodzi w następną fazę. Podobnie jak jakiś młody Niemiec, który przyszedł przed momentem, wypił jedno piwo i stwierdził, że już jest w odpowiednim momencie na zaaplikowanie sobie shotgun beer. Po tym, jak wszystko wokół wydaje zapach rozlanego przy tym "taniego" i niedobrego piwa norweskiego, decydujemy się z ziomeczkiem z kraju tulipanów na wyjście do sławetnej dyskoteki. Zwykle oblegany przez studentów jedyny klub tym razem jest pustawy. Tylko w barowej części jest więcej osób, w większości wystrojonych w garniaki Norwegów i tak samo elegancko zrobionych alkoholem. W takich sytuacjach można tam nawet zobaczyć niedźwiedzia, który kiedyś mieszkał na moim piętrze w akademiku i słynął ze swojej olbrzymiej nieśmiałości/obojętności wobec otoczenia, a tego dnia jest rozgadany i uśmiechnięty jak nigdy.

Byłem wciąż na tyle trzeźwy, że spokojnie mógłbym prowadzić samochód osobowy, tudzież ciągnik rolniczy. Obserwowałem to wszystko i śmiałem się pod nosem, że od sierpniowych imprez nic się tu nie zmieniło. W nocy rozgadani, w dzień milczący- takie są wilkołaki z Alty. Na kogo polują? Oczywiście na dziewczyny (tudzież "loszki" według innego nazewnictwa), ale nie to jest clou (przepraszam najmocniej, zagalopowałem się)/ sensem (no dobra)/ targetem tego tekstu. Na szczęście są też studenci zagraniczni, z którymi udaje się pogadać konkretniej. Dołączyliśmy się więc do towarzystwa Duńczyków i czas jakoś zleciał.

>Godzina 2:28 czas ruszyć się piętro niżej na dyskotekę, która zamyka się za pół godziny. Logika godna bramy automatycznej zakupionej na przecenie w sklepie Jula, ale prawda jest taka, że właśnie tak robią zwykle Norwegowie, zwlekając z przyjściem do ostatniej chwili tylko po to, by zapłacić 50 NOK za wstęp, poopierać się o ścianę, ewentualnie wydać jeszcze więcej na drinka, po czym zwinąć się do domu. Na szczęście dzisiaj wejście jest darmowe, zapewne z powodu dramatycznie niskiej frekwencji. cotusiedzieje.jpg, choć na parkiecie widać kilka osób, które wszystkie później okazują się być Polakami. I to jedyny pozytyw. Chwilę później przyłącza się duńsko- holenderska ekipa i wtedy to już taki trochę #wygryw.

Ten tekst powoli mnie już wykańcza, podobnie jak dziwne uczucie bycia jednym z niewielu na parkiecie. Akurat w takich sytuacjach znacznie lepiej być w tłumie. Bo choć miejsca mało, to unika się bycia w centrum uwagi całego otoczenia, które siedzi sobie sącząc te drogie drinki typu znany i lubiany soczek leon o smaku wódki.

>Godzina 3:05 wreszcie koniec imprezy, więc DJ popełnia zawodowe samobójstwo puszczając Katy Perry, a zaraz potem "We build this city". Dla nas to znak, że czas wyjść. Cały proces trwa pół godziny, bo ktoś jeszcze chce zapalić, ktoś inny zastanawia się nad dołączeniem do after party, które następuje niechybnie w jednej z kuchni akademików Nyland.

Obserwowanie jeszcze nie znudziło mi się na tyle, by iść do domu. Więc choć na horyzoncie widać było już oznaki wkrótce wschodzącego słońca, to poszedłem na to after party, które zresztą zaproponowali Duńczycy. Zainstalowaliśmy się w kuchni jednego z budynków, by posiedzieć jeszcze chwilę. Dołączył się nawet niedźwiedź, który nagle zaczął opowiadać każdemu historię swojego życia. Jeden z Duńczyków przyniósł jeszcze czerwone wino w finezyjnym kartonowym opakowaniu z małym kranikiem i w takiej atmosferze siedziało sobie towarzystwo sądząc, że to już raczej koniec imprezy.

>Godzina 3:55 surprise_motherfucker.avi do kuchni wbija ten młody Niemiec, który po wcześniejszym shotgunie gdzieś zagubił się w akcji, ale wrócił, by rozkręcić dogorywające after party swoim "Mambo no 5" puszczonym z głośnika w telefonie. Jakby tego było mało, chwycił po chwili za karton wina, po czym rozerwał go, wyjmując foliowy worek z zawartością, krzycząc przy tym "spokojnie, jestem z Niemiec". No tak, wszystko jasne, zapomniałem przecież o ich zamiłowaniu do krwistych kolorów. Folia była mu jednak potrzebna do innych celów, bo chwilę potem wpakował kranik do swojej twarzy i odkręcił, wyciskając wino jak tubkę z pasty. Albo na odwrót. Wszyscy w milczeniu patrzyli na tego banana (czyli takiego rozbrykanego dzieciaka bogatych rodziców), gdy po wypiciu swojej części zmusił do tego samego jednego z Duńczyków, który akurat siedział spokojnie obok. Gdy on odmówił i wyciągnął z ust wciąż otwarty kranik, wino rozlało się na jego sweter i siedzącego obok kolegę Holendra. Tym razem nawet lecący w tle szlagier Lou Begi przestał wyliczać starosłowiańskie imiona żeńskie, by razem ze wszystkimi oczekiwać jak dość duży Duńczyk (przy okazji owner tegoż kartonu wina, który obecnie był tylko folią przypominającą bank krwi) do spółki z Holendrem wstanie i sprzeda gonga Niemcowi za zniszczenie mienia. Tak się jednak nie stało.

Światowi, wykształceni, dorośli i zaangażowani. Takimi słowami opisują się studenci na wymianach zagranicznych w swoich CV lub podaniach. Tymczasem tego dnia wygląda to inaczej, gdy ktoś z jednej strony kuchni krzyknął "wyłącz to gówno" (odnośnie telefonu, nie Lou Begi, /no to racism/), a drugi częstował jednocześnie krwią w folii wszystkich przybyłych, łącznie z sąsiadem z wyższego piętra, który wpadł poskarżyć się na dochodzące stąd hałasy. Wtedy musiał przyjść czas, by zakończyć tę nierówną walkę Szpilki z Wilderem.

>Godzina 4:35 trafiam do domu. W drodze powrotnej towarzyszy mi ten sam Holender, co wcześniej i tak sobie rozmawiając idziemy ku wschodzącemu słońcu (no homo), czyli w stronę Komsy. Trzeba przyznać, że bardzo mi ta sceneria przypomniała o początkach w Alcie, kiedy każda impreza kończyła się właśnie takim widokiem nowego dnia. Przy totalnym zmęczeniu nie wiem nawet, czy mi tego brakowało, czy raczej nie.

Następnego dnia udało mi się jeszcze zrobić trening, o którym wspominałem tam wcześniej przy zdjęciu i obejrzeć pierwszy z kolarskich monumentów. Słońce zapewniło energię, by to wszystko ogarnąć. Już kilka dni później widok za oknem zmienił się diametralnie, bo znów wszystkie drzewa zrobiły się śnieżnobiałe, zupełnie jakby ktoś wycisnął na nie całą tubkę tej nieszczęsnej pasty, ale takiej z tych droższych z funkcją wybielania. Ot, taka jest ta zmienna północna wiosna.

P.S.: Wszystkie zdarzenia opisane w tym poście są prawdziwe, a podobieństwo do osób nie jest przypadkowe. Wszystkie błędy językowe i gramatyczne były zamierzone, za wszystkie inne serdecznie żałuję, a więcej takich tekstów nie popełnię.

Najważniejsza ulica miasta

Jedyna taka niedziela w roku. Najważniejsza ulica Szwedzkiego miasteczka Mora. Dochodzi południe, a na gęsto usypanym śniegu rozciągają się tory do klasyka. Za kilka minut po tych torach przejedzie prawdziwy pociąg złożony z prawie trzydziestu najlepszych maratończyków tego dnia, na co żywiołowo zareagują zgromadzeni wzdłuż ostatniej prostej mieszkańcy. Właśnie w taki sposób, sprintem na ostatnich kilkuset metrach, zakończy się 92. edycja legendarnego Biegu Wazów. Gdy nadjeżdżają bohaterowie ostatniej rozgrywki wszystko jakby zwalnia, a moje serce zaczyna bić szybciej. Zastanawiam się, jak wielkie emocje muszą towarzyszyć każdemu z tych zawodników. Wśród nich są przecież takie nazwiska jak Dario Cologna, John Kristian Dahl, Petter Eliassen i Sondre Turvoll Fossli, dotychczas znany tylko jako sprinter. I wszyscy oni, bez względu na wiek, doświadczenie i nagrody, rozpoczynają finałowy sprint. Zupełnie jak w końcówce płaskiego etapu na Tour de France. Znaleźć się w samym centrum tego bałaganu to coś, czego najbardziej chciałbym doświadczyć w tym momencie, szczególnie zamiast siedzenia na sofie w kuchni norweskiego akademiku i ciągłego kaszlenia. Jestem jak mały chłopiec, który w tym momencie mówi do swojego taty: "Popatrz, ja też kiedyś wygram Vasaloppet". Tylko, że ja nie wygram.

Pogodzenie się z tym, że niektórych rzeczy już nie zrobię może być trudne. Patrząc na te wszystkie autorytety, za którymi od dawna podążałem, muszę przyznać z podniesioną głową, że nie będę już taki, jak one. Pociąg o nazwie Vasaloppet odjechał w nieznanym kierunku ze zwycięzcą tegorocznej edycji- Johnem Kristianem Dahlem na czele. I gdy tak o tym myślę, czasem żałuję, że nigdy nie spróbowałem pójść w tę stronę. Tak jest zresztą z większością rzeczy, których wcześniej nie potrafiłem zauważyć na czas. Wszystkiego jednak mieć nie można, a często nawet nie warto. Bo ta wspaniała wizja narciarskich maratonów, w których najważniejsza wydaje się tradycja, emocje i siła ramion do double polingu, to w rzeczywistości kolejny brutalny biznes. Szczególnie rosnącej ostatnio w siłę serii Visma Ski Classics, skupiającej wszystkie najważniejsze wyścigi i wszystkie gwiazdy tego sportu, kierunek nadaje pieniądz. Wystarczy tylko wspomnieć, że w poprzednich latach transmisję z każdego biegu można było śledzić za darmo w internetach, a dziś za taką przyjemność trzeba słono zapłacić lub posiadać jedną z telewizji, która dysponuje prawami do nadawania tej serii. Może to być na przykład norweska stacja TV2, która podobno zainwestowała w całą zabawę całkiem sporo pieniędzy, po czym ostatnio zrezygnowała z przedłużenia kontraktu na następny sezon. Podobnie jest z zespołami, które działają trochę tak, jak wygląda to w kolarstwie. Wszystko jest w rękach prywatnych, zaś zawodnicy są zatrudniani w danym klubie, a później rozlicza się ich z wyników. Tam, gdzie jest widowisko, tam muszą być i sponsorzy. To po prostu naturalna kolej rzeczy. A biegacze, którzy są tylko małymi trybikami tej machiny mimo wszystko mogą być zadowoleni, że mają pracę, o jakiej wielu mogłoby tylko pomarzyć. Gorzej, gdy nie mogą być pewni swojego następnego sezonu, tak jak zwycięzca Vasaloppet, którego zespół zaczyna mieć problemy finansowe i zastanawia się nad cięciem kosztów.

Mimo wszystko po głowie wciąż chodzi znane pytanie "co by było gdyby?". Bo przecież nie trzeba wcale być zawodowcem, by doświadczyć tych emocji bycia w centrum walki. Cała rzesza amatorów przewija się przez trasy tego typu biegów, często łamiąc sobie kije lub przebijając się przez tłumy maruderów. Zgaduję, że choć nie jest to ten sam prestiż, co w przypadku zawodowców, to jednak wciąż można znaleźć najważniejszy element rywalizacji z samym sobą i innymi. Od najmłodszych lat coś mnie ku temu kierowało, gdy co roku obiecywałem sobie, że kiedyś wystartuję w Biegu Piastów, aby się sprawdzić. Właśnie przyszło to "kiedyś", a ja wciąż tego nie zrobiłem. Tymczasem drugiego może już nie być. Zatem tym razem obiecam nie tylko sobie, ale i Wam wszystkim, że za rok faktycznie wystartuję w Jakuszycach. Na początek spróbuję czegoś, co ostatnio bardzo mnie nurtuje. Wybiorę dystans 25 km stylem klasycznym. A jako, że nie dysponuję żadnymi nartami do tej techniki, wyjście jest tylko jedno- double poling na nartach do łyżwy. Przepcham więc sobie cały bieg, bo czuję, że się da. Zdarzało mi się przecież robić takie rzeczy w Jakuszycach, a po zobaczeniu tegorocznej trasy jestem przekonany o słuszności swojego wyboru. Będę tylko potrzebował dobrego treningu na drodze ku temu, jeszcze lepszego nastawienia i oczywiście smarowania. O to ostatnie będzie chyba najtrudniej. Na pewno mam przed sobą kolejne ciekawe doświadczenie, jakiego akurat na próżno szukać w CV kogoś "zorientowanego na klienta". A jedną z rzeczy, która ostatnio popchnęła mnie do takiej decyzji, jest pewnego rodzaju lokalny patriotyzm. Kiedyś mi brakowało, a dziś po raz kolejny przyznaję, że owszem wspaniałe są te wyścigi w telewizji, lecz to Bieg Piastów gdzieś zaszczepił we mnie tę pierwszą myśl o bieganiu. Pora spłacić swój dług.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Zorza polarna nad Altą
Takiego widoku dawno tu w Alcie nie było. Zorza polarna wróciła w środę takim widowiskiem.
Lokalny patriotyzm, o którym mówię, widoczny jest w ostatnich dniach wśród mieszkańców Alty, tłumnie zaangażowanych w organizację najważniejszej imprezy sezonu. Mowa o największym w Europie wyścigu psich zaprzęgów. Finnmarksløpet wchodzi w decydującą fazę na koronnym dystansie 1000 km. Przyjazd zwycięzców jest przewidywany na piątek. Zapewne ciężko to wszystko sobie wyobrazić, więc z chęcią wytłumaczę, choć dla mnie to też pewna egzotyka. W centrum Alty ustawiona jest meta całego wyścigu, która w ostatnią sobotę służyła także za start wszystkich kategorii.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet
Widok na ostatnią prostą i metę Finnmarksløpet.
Natomiast dystanse są trzy: juniorski 200 km, 500 km będący również otwartymi Mistrzostwami Norwegii oraz najdłuższy 1000 km, okalający praktycznie cały Finnmark. Jak już wspominałem, w sobotę wszystko wystartowało, czego niestety nie widziałem z powodu ciągłej choroby. Kupując leki w pobliskiej aptece słyszałem jednak charakterystyczne szczekanie i skowyt psów gotowych do podróży, co kojarzyłem jeszcze z zawodów tego typu rozgrywanych w Jakuszycach. Później wszyscy zniknęli gdzieś w bezkresnych przestrzeniach całego okręgu. Wystarczyło więc czekać na pierwsze zaprzęgi na mecie, śledząc zawodników na mapie GPS. Najkrócej trwało to w klasie juniorskiej, której zwyciężczyni, miejscowa dziewczyna, przybyła do Alty już w niedzielę. We wtorek o 6 rano przyjechał zaś zwycięzca większego dystansu, czyli 500 km. Sam proces przybywania na metę jest dość ciekawy. Ostatnie metry wyścigu wiodą bowiem przez okolice uniwersytetu, by następnie minąć akademiki Nyland i wpaść na ostatnią prostą na deptaku w cantrum Alty. W tym celu przygotowana jest specjalna śnieżna ścieżka wiodąca przez miasto. Wciąż jednak trzeba przejechać przez ulicę, na której ruch wstrzymywany jest w momencie przejeżdżania zaprzęgu. Na mecie czeka zaś uroczysta muzyka i wywiady z każdym, który przyjechał właśnie na metę. A odległości pomiędzy zawodnikami są spore. Tak jak pierwszy na mecie na dystansie 500 km zameldował się we wtorek, tak miejsce poza czołową pięćdziesiątką mogłem powitać w środę po południu, w pełnym słońcu i wśród rzeźb lodowych festiwalu Borealis.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet, psie zaprzęgi
Pieski mają swój zasłużony odpoczynek po przebyciu 500 km.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Borealis Festival
Tematem tegorocznej edycji festiwalu Borealis jest "inside, outside", co uczniowie miejscowej szkoły podstawowej przekazali właśnie w taki sposób.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Borealis Festival
Nie zabrakło też Alicji w Krainie Czarów.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet
Po przybyciu na metę czas na krótki wywiad.
Finałowa prosta ozdobiona banerami reklamowymi sponsorów stanowi więc stały element krajobrazu Alty w ostatnim czasie. Podobnie jest z nieco wiosenną pogodą, bo chyba takim mianem można nazwać temperatury w okolicach zera i mocno świecące słońce. Po raz pierwszy słyszę tu śpiewające ptaki w trakcie pokonywania drogi na uniwersytet. Charakterystyczny świergot sikorek zdaje się zapowiadać rychłe odejście zimy, co pewnie jest tylko złudzeniem. Choć z drugiej strony zupełnie realny był widok topniejącego śniegu w nasłonecznionych miejscach i brak lodu na zatoce w okolicy lotniska. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że taki stan rzeczy na Północy przyjmuję z pewnego rodzaju radością. Jestem po prostu przyzwyczajony do sezonu, który kończy się wielkanocnym bieganiem na nartach w poniedziałek, po czym nastaje trudny, choć zasłużony odpoczynek od zimy. Tutaj ma być jednak nieco inaczej, tym bardziej, że przez chorobę wcale nie mam dość nart. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że również w Jakuszycach warunki pozwalają na bieganie, co mam zamiar wykorzystać już za tydzień, kiedy wrócę do Polski na przerwę świąteczną. A tak się złożyło, że Centrum Testowe Fischer ma coś ciekawego w zanadrzu, co najprawdopodobniej będę mógł zobaczyć. Mam zatem kolejny powód do niecierpliwego oczekiwania na mój czwartkowy lot. Póki co, pozostało mi jednak tych kilka lekko wiosennych dni w Alcie, które będą mijały wraz z kolejnymi uczestnikami Finnmarksløpet kończącymi swój wyścig. Jedna rzecz nie daje mi tylko spokoju. Gdy tak stoję przy samej mecie na dobrze mi znanej ulicy w centrum miasta wciąż nie mogę uwierzyć, że dla niektórych znaczy ona tyle samo, co dla mnie ta ostatnia prosta w szwedzkim mieście Mora, o której wspominałem we wstępie.

Słońce na wagę złota

"Z góry na dół i odwrotnie i tak w kółko
Przy oknie biurko, patrzę na obce podwórko"

Zdążyłem się już przyzwyczaić do mojego nowego widoku za oknem. Inaczej jest ze scenerią, w którą ubiera się każdego dnia świat po drugiej jego stronie. Późna zima, która nieprzerwanie trwa na Północy, to w większości piękny czas. Dni stają się dłuższe, dzięki czemu można dłużej czerpać korzyści z dobrych warunków na trasach biegowych. Słońce, które coraz chętniej wychodzi za horyzont, w bezchmurne dni nadaje żółtawych barw otoczeniu. Zupełnie tak, jakby przyjście wiosny było kwestią kilku najbliższych tygodni. Myślenie w ten sposób może być jednak zgubne, zwłaszcza tutaj. Nie dalej jak na wczorajszych zajęciach rozmawialiśmy o tym, jak bardzo lubi się zmieniać pogoda w Finnmarku. Podobno szczególnie w marcu i kwietniu widoczne są nawet dzienne wahania pogody, od śnieżycy, do pięknego słońca. Obecnie jest trochę spokojniej, choć nigdy nie można być pewnym tego, że dzień rozpoczęty z pogodą nie zakończy się szarością i odwrotnie. Dlatego gdy po wyjrzeniu zza zasłon o poranku widzi się piękne, błękitne niebo, a termometr wskazuje kilka stopni mrozu, nie sposób tego nie wykorzystać. To coś, co nazywam idealną zimową pogodą.

Do pełni szczęścia brakuje tylko śnieżnych czap na drzewach, które kilka dni wcześniej zwiał silny wiatr.
O wiele łatwiej wyjść z domu przy takich warunkach. Zwłaszcza, że poprzedni tydzień stał pod znakiem egzaminu i wolnych dni, przeznaczonych na przygotowanie się do niego. Właśnie z tych powodów zamiast ciągłego powtarzania słów, które i tak zadomowiły się w głowie, wybrałem się w towarzystwie studentów z wymiany na długi spacer w kierunku lotniska i dzielnicy Elvebakken.

Trzy najlepsze i najpopularniejsze kolory norweskich domów na jednym zdjęciu. Fargerike.
Zaskakujące, że nie byłem jeszcze w tej okolicy z aparatem. Mieszka tu na przykład pastor, którego odwiedziłem ostatnio. Pamiętam też, jak jesienią przebiegaliśmy tamtędy w trakcie sobotniego treningu. Minęło już tak dużo czasu od tamtych dni, że niektóre domy wydają się mi zupełnie nieznajome. I to w sumie dobrze, bo każda przyjemna nowość w tym mieście jest dla mnie na wagę złota. Nic tak nie buduje jak dobre zdjęcie, ładny widok, czy promienie słońca na twarzy, zwróconej w kierunku zamarzniętej rzeki Alty. Właśnie tak było tamtego dnia.

Rzeka Alta jest zupełnie zamarznięta o tej porze. Pokrywa lodowa jest gruba do tego stopnia, że można po niej przejechać na skuterze śnieżnym, o czym świadczą pozostawione ślady.
Most nad rzeką Altą. Stąd już niedaleko do ośrodka Kaiskuru i dzielnicy Tverrelvdalen, w której zamieszkuje Finn Hågen Krogh.
Widok na zabudowania części Alaouta.
Kolejne dwa dni należały do egzaminu z norweskiego na poziomie drugim. Podobnie jak poprzednio składał się on z części pisemnej i ustnej. O pierwszym z nich niewiele można powiedzieć. Po pierwsze, jeszcze nie znam jego wyników, a po drugie nie powinno być jakichś niespodzianek w tym temacie. Ustny egzamin zawsze jest trudniejszy. Wszystko można zepsuć na własne życzenie nawet, jeśli umie się wszystko perfekcyjnie. Tak więc w piątek czekała mnie pewnego rodzaju próba nerwów. W myślach liczyłem, że może przyjdzie mi coś mówić o sporcie. Przed samym wyjściem oglądałem nawet z ciekawości i dla pewnego rodzaju rozluźnienia norweski dokument o przygotowaniach biathlonistów do tegorocznych Mistrzostw Świata w Oslo. I jakież było moje zdziwienie, gdy egzamin rozpoczął się od pytania zadanego przez mojego nauczyciela: "Biegasz na nartach, prawda? Opowiedz nam coś o tym, czy podobają ci się warunki w Alcie". Od razu przypomniałem sobie, po co tak naprawdę tu przyjechałem, z przyjemnością opowiadając komisji o wizycie na Kaiskuru, trasach wokół Komsy i warunkach, na które nie mogę narzekać. W tym wszystkim wspomniałem jeszcze o filmie, który dopiero co widziałem. Naszła mnie przy tym taka myśl, jak wiele wymaga bycie najlepszym w czymkolwiek. Sportowcy potrzebują zwykle tego spojrzenia w lustro i wypowiedzenia zdania: "Jestem gotowy, by tam pójść i zostać mistrzem świata". Ilu z nich na tym etapie odwraca się i przyznaje, że jest zupełnie inaczej, a ilu z nich tak bardzo boi się porażki, co blokuje ich jeszcze bardziej niż fizyczna słabość. Myślę o Svendsenie, jego problemach z motywacją i już wiem, czego mi zawsze brakowało. Nigdy nie patrzyłem w to lustro, bynajmniej nie w celu powiedzenia sobie, że będę najlepszy. Nie potrzebowałem tego nawet, gdy jeszcze musiałem rywalizować. I nagle tego dnia, gdy na egzaminie idzie mi tak dobrze myślę o tym, że mogłoby być jeszcze lepiej. Czuję jakiś niepohamowany głód dążenia do perfekcji. Ewidentnie łapię jednego z norweskich mitycznych bogów za nogi i staję wyżej, gdzieś obok Bjørndalena. Wiem, że jeszcze mogę wiele, wystarczy tylko się postarać, czego potwierdzeniem są słowa komisji pod koniec egzaminu: "flott". Po wszystkim czekała mnie bardzo miła nagroda- wycieczka do lodowego hotelu Sorrisniva wraz z niezastąpionym towarzystwem sąsiadów.

Wejście na teren hotelu wygląda dość skromnie, ale to tylko wrażenie. Środek powala wręcz swoim wystrojem. Drewniany budynek w tle służy za recepcję, z której wychodzi się znów na dwór, by trafić do właściwego igloo.
Cena 200 NOK za wstęp do igloo hotelu zapowiada coś naprawdę dobrego, albo przereklamowanego. W tym przypadku nastąpiła pierwsza z opcji. Po wejściu przez obite skórą renifera drzwi, znaleźliśmy się w nieco zimnym, ale zarazem zaskakująco przytulnym korytarzu. Śnieżne ściany były miejscami ozdobione płaskorzeźbami. W głównej sali aż roiło się od przeróżnych lodowych rzeźb i obrazów. Warto wspomnieć, że tematem przewodnim tegorocznego hotelu jest norweska tradycja pieśni i mitów. Można to poznać po przeróżnych postaciach, które rozpoznajemy w rzeźbach, takich jak: trolle, smoki i skrzaty.

Widok na korytarz od strony wejścia. Zbudowane z lodowych bloków kolumny wywierają największe wrażenie.
Za lodowymi choinkami znajdziemy ławki zbudowane wokół dużego, lodowego stołu, prawdopodobnie jest to typowa jadalnia.
Najlepiej wyglądały chyba zdjęcia zatopione w takich blokach lodowych.
Z głównej sali można przejść do korytarzy ze "zwykłymi" pokojami oraz do kaplicy. Jest ona zdecydowanie najjaśniejszym pomieszczeniem w całym hotelu. Wszystko dzięki wyrobieniu pewnego rodzaju okna, które zapewnia światło z zewnątrz. Jak na prawdziwą kaplicę przystało, są tu ławki, wielkie kolumny i ołtarz. Wszystko oczywiście wykonane jest ze śniegu i lodu. Duże krzesła przy samym ołtarzu wskazują na to, że można zorganizować tu ceremonię ślubu.

Widok na ołtarz kaplicy. Wieczorem oświetlenie zapewnia ten piękny żyrandol.

Jak ołtarz, to i muszą być kwiaty.
W części przeznaczonej na nocowanie dostępnych jest 26 pokoi (są dwuosobowe lub trzyosobowe). Do tego znajdziemy tam 4 specjalne apartamenty, z dodatkowym malutkim salonem. Apartamenty są urządzone wedle odpowiedniej tematyki, przykładowo walentynkowej, która obejmuje lodowe łoże małżeńskie z wyrzeźbionym sercem. Za przyjemność spędzenia nocy w takim otoczeniu należy zapłacić 2250 NOK za osobę. Cena za zwykły pokój jest taka sama, z tą różnicą, że kolejna w nim osoba płaci tylko 300 NOK. Jak zapewniają właściciele hotelu, dzięki skórom reniferów można komfortowo spać w takich warunkach, będąc ubranym w odpowiednio ciepłą (najlepiej wełnianą) odzież.

Wejście do każdego z pokoi ma wysokość najwyżej 1,5 m. Wszystko po to, by zapewnić odpowiednią temperaturę, znaną z prawdziwego igloo. Wewnątrz nie będzie dzięki temu zimniej niż -7 st. C.
Tak umiejscowione są zwykłe pokoje w hotelu. Na próżno szukać tu jakichkolwiek drzwi.
Mimo, że całość wydaje się niewielka, to w igloo spędziliśmy prawie godzinę na zobaczenie i sfotografowanie wszystkiego (więcej zdjęć z tej wizyty można znaleźć tu). Gdy wychodziliśmy, nieliczne chmury zaczęły opuszczać niebo, a zachodzące słońce wypełniło je różem. Jednocześnie zrobiło się nieco zimniej.

Prawdziwie bajkowe grzyby w korytarzu hotelu.
Przybysz ze Svalbardu, czyli niedźwiedź polarny, również znalazł swoje miejsce pośród mitycznych rzeźb z lodu.
A tak wygląda bardzo popularny pojazd na Północy. Większość mieszkańców Alty używa takich sań do przemieszczania się w widoczny na zdjęciu sposób. Wystarczy odpychać się jedną nogą od podłoża i sunąć przed siebie. Podobno to lepsze niż zwykłe chodzenie.
Wieczorem czekał mnie jeszcze ostatni akord tego dobrego dnia. Kiedy na bezchmurnym niebie zabrakło zupełnie słońca, które schowało się za horyzontem, swój koncert rozpoczęła zorza polarna. Gdy zobaczyłem ją z mojego okna, od razu zabrałem narty i wyszedłem na najprzyjemniejszy trening pchania, jaki kiedykolwiek zrobiłem. Kije odbijały się od twardej powierzchni zmrożonego śniegu wydając znany, wspaniały dźwięk, a dobrze jadące narty sunęły po torach szybciej od pociągu ze Szklarskiej Poręby do Jakuszyc. Nawiasem mówiąc odkryłem, że double poling to najlepszy trening nawet na te strome odcinki trasy w okolicy Komsy. Wszystko przez pieszych, którzy sukcesywnie niszczą butami część przeznaczoną do łyżwy, stąd tylko tory do klasyka są w dobrym stanie. Tak, czy inaczej, dzień kończy się zasłużonymi widokami podczas biegania i poczuciem, że nawet minuta nie została tu zmarnowana.

To samo okno, co na początku, ale jakże inny z niego widok. Lepiej być już nie mogło.
Następnego dnia wszystko wygląda inaczej. Słońce ustępuje szarym chmurom, zmaga się nieprzyjemny wiatr, a nieco wyższa temperatura spowodowała, że śnieg zamienił się w szarą skorupę przypominającą o długim stażu zimy. A ja natomiast wyrzucam do śmietnika dwadzieścia bochenków chleba w sklepie, podczas gdy czuję się tak, że najchętniej sam bym się wyrzucił to tego samego kosza. Czasem mam wrażenie, że tutaj nie tylko pogoda zmienia się tak szybko.

P.S: Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na tę nową rzecz, która pojawiła się na samej górze, po prawej stronie. Tak się złożyło, że biorę udział w konkursie na Blog Roku 2015 w kategorii Styl Życia (tak, wiem, bardzo do tego określenia pasuję). Od 23 lutego można na mnie głosować wysyłając SMSy o treści F11547 na numer 7124. Warto dodać, że pieniądze zebrane ze wszystkich głosów zostaną przekazane na rzecz Fundacji Dziecięca Fantazja, dlatego pomogą podwójnie- zarówno mnie, jak i innym. Zachęcam do kliknięcia w tę turkusową grafikę, aby dowiedzieć się więcej na ten temat i zobaczyć pozostałe zgłoszone blogi. I choć nie jest to w jakiś sposób najważniejsze, to na pewno będę wdzięczny za każdy głos potwierdzający, że ktoś lubi czytać te wszystkie historie z Północy.

Narty na mrozie

Nawet się nie zorientowałem, gdy w Alcie zakończyła się noc polarna. Właściwie to tylko teoretycznie słońce wstaje ponad horyzont od kilku dni, jednak wciąż nie wychyla się zza gór po południowej stronie miasta. Jednak dzieci z okolicznego przedszkola już wesoło witały pierwszy prawdziwy dzień w tym roku, którym był 17. stycznia. Od tamtego czasu robi się coraz jaśniej i nawet pochmurne dni wydają się być dłuższe. Nic dziwnego, skoro z każdą dobą przybywa średnio około 15 minut. W powietrzu czuć niewielką zmianę na lepsze, a zimowe warunki zapraszają na narty, które cały czas czekają i nawołują do wyjścia na jakieś bieganie swoim wyzywającym żółtym kolorem. Pewnego dnia znajduję na to czas.


Choć na dworze jest około -20 stopni mrozu wychodzę na sprawdzenie jednej z tras biegowych. Na pierwszą próbę wybieram Sandfallet. Od akademika do jej początku mam może 500 m, bo zaczyna się ona w niedalekim sąsiedztwie uniwersytetu, w okolicach wschodniego skrzydła. Zatem ubrany możliwie jak najcieplej ruszam na trasę. Od początku prowadzi ona po płaskim terenie aż do jedynego, stromego podbiegu. Po jego pokonaniu jestem już na płaskowyżu, z którego po lewej stronie widać lotnisko, a po prawej dzielnicę Aronnes. Gdzieniegdzie dają się we znaki ślady po spacerowiczach chodzących tą drogą. Nie można im tu tego zabronić, bo zwykle jest to teren przeznaczony typowo pod rekreację. W końcu to nie są żadne wyczynowe pętle, na których trenują zawodnicy. Do takich mam trochę daleko, bo około 7 km, o czym już wcześniej wspominałem. Może jeszcze uda mi się wybrać na kompleks Kaiskuru. Śnieg jest tego dnia dość dobrze ubity i zmrożony, przez co nawet wspomniane ślady butów nie dają się we znaki. Przez drzewa prześwitują coraz to ciekawsze fragmenty miasta. Mniej więcej w połowie przebiegam pod skocznią narciarską. Pokryta szronem drewniana konstrukcja nie przypomina tych czasów, kiedy biegaliśmy z sąsiadem po jej schodach w ramach treningu interwałowego. Na końcu drogi czeka mnie widok na rzekę Altę i wschodnią część miasta. Choć jest niedługo po południu, miasto zapada w nocny tryb pracy. Na dole świecą się latarnie, zaś na jednym z parkingów zaczyna już pracować dobrze znana koparka do odgarniania śniegu. Patrząc na ten nieco leniwy obraz podkreślony charakterystycznym różowo- żółtym niebem łatwo się w tym zatracić. Zamarznięta rzeka mogłaby równie dobrze popłynąć szeroko jak Niemen, a ciężko pracujący na niej flisacy zamieniliby tych wszystkich zdrowych, pięknych i bogatych, którzy niczym mrówki kłębią się wokół rozmaitych interesów przemysłowej części Aronnes. Nawet śnieg mógłby stopnieć przez gorąc kolejnego lata pośród bezkresnych pól i prawdziwych lasów. "Każda rzecz przed oczami opływa jak ci oryle z tratwami". Tak samo jest z tą chwilą, bo wkrótce kolory nieba słabną i przestają już być tak wyjątkowe. Zimno daje o sobie znać i wracam do świata, w którym sklepy wyrzucają chleb do śmietnika, bo się nie sprzedał, a głównym ludzkim zmartwieniem jest zawartość w nim glutenu. Powoli znikają ostatnie dowody na istnienie słońca, przez co zapalają się nieliczne lampy ustawione wzdłuż trasy. Choć robi się coraz ciemniej, nie opłaca się biec szybciej, bo pęd powietrza powoduje fizyczny ból na każdej odsłoniętej części twarzy. Teraz doskonale rozumiem, czemu granicą rozgrywania zawodów biathlonowych i biegowych, jest temperatura -20 st. C. Poniżej tej wartości nie da się uprawiać sportu, o czym właśnie przekonuję się na własnej czerwonej od zimna skórze. Gdy dobiegam z powrotem do uniwersytetu jest już prawie całkiem ciemno. Ręce aż proszą o odrobinę ciepła, która za chwile ogarnie je w akademiku. Wbrew pozorom przede mną jeszcze druga połowa dnia.

"I ucicha wiatr, i milknie sowa,
Gdy nadchodzi pora księżycowa."

Na pętlę u podnóża góry Komsa wybieram się innego dnia o nieco późniejszej porze, z księżycem oświetlającym wieczorną okolicę. Temperatura nadal tak samo uwiera- jest nieco cieplej niż graniczne -20 st. C, choć nadal nieprzyjemnie. Narty zakładam tuż za drugim rondem przy głównej drodze w kierunku lotniska. Trasa jest oświetlona podobnie jak Sandfallet. Pojedyncze latarnie w odstępie kilkudziesięciu metrów dają wystarczającą widoczność. Wchodzę więc na świeżo przygotowany śnieg, noszący jeszcze piękne karbowane znaki działania ratraka. Od razu widać, że w tych okolicach trzeba przygotować się na więcej wrażeń, niż miało to miejsce poprzedniego razu. Dynamiczne podbiegi i zjazdy, dodatkowo uzupełniane momentami ciemności na zakrętach, przysparzają nawet nieco problemów. Wijąca się po wzgórzach jedna długa pętla ma, jak się okazało, około 5 km. Po kilku pierwszych zakrętach i podbiegach znalazłem się na najwyższym jej punkcie. Spoglądając na miasto, a w zasadzie jego zachodnią część, widzę coś, czego jeszcze nigdy nie miałem okazji doświadczyć podczas biegania na nartach. Setki świateł zdaje się pulsować w rytm mojego nieco podwyższonego już tętna, rysując ścieżkę aż do samych konturów groźnie wyglądających gór. Gdzieś tam na horyzoncie, w ciemności kryje się najwyższy ze szczytów gminy Alta- Haldde toppen (1149 m.n.p.m.). Zapewne z niego da się już zobaczyć słońce za dnia. Z perspektywy Alty jego względna wysokość równa się bezwzględnej. Dla porównania, Śnieżka względem centrum Jeleniej Góry ma około 1250 m, zatem dla siebie mogę nazwać Haldde jej imieniem. Gdy biegnę dalej, na niebie zaczyna majaczyć nieśmiało zorza polarna. Dziś trudno mi ją odróżnić od małych chmur podświetlonych światłem księżyca. Na zupełnie ciemnych odcinkach, które jak na ironię przypadają na najszybszych zjazdach, upewniam się jednak, że rzeczywiście jest to światło formujące na niebie widoczny, zielonkawy szlak. Tym samym ziściło się jedno z pomniejszych marzeń związanych z tym miejscem. Choć kosztuje ono tego dnia niemal odmrożeniem rąk, to wreszcie biegnę na nartach pod zorzą polarną w Alcie, na północy Norwegii, na moich Premio 9. Zupełnie jakby to było jakąś wymyśloną historią istniejącą tylko w mojej głowie. Teraz staje się to prawdą, która jednak nie zostaje zachowana na pamięci jakiegokolwiek urządzenia. Wiele bym dał, aby można było uwiecznić akurat ten moment na jakimś małym, przenośnym dysku w mojej kieszeni. Nie ma jednak jak zabrać ze sobą aparatu na narty, a o telefonie nawet nie myślę. Tym razem zostaje mi tylko własna pamięć. Chwilę po tym, jak zorza znikła, pokonuję kolejne zakręcone kilometry pętli. Pode mną wciąż znajduje się ten sam, idealnie zmrożony i ubity śnieg, o czym informuje znajomy dźwięk kijów przy każdym odepchnięciu. Po raz kolejny trudno mi uwierzyć, że to mnie pierwszemu przychodzi zostawiać ślady na tej ścieżce. Jest przecież już po zmroku, mniej więcej godzina 17. Jestem już blisko końca pętli, bo właśnie mijam domy mieszkalne i akademik Komsa. Gdybym mieszkał w którymś z tych miejsc, zapewne każdą wolną chwilę pożytkowałbym szybkim wyjściem na trasę. W końcu dzieliłaby mnie od niej ledwie minuta drogi. Na jednym ze zjazdów mijam trochę więcej małych, ośnieżonych drzew. Daleko im co prawda do widoków, które ostatnio można obserwować w Jakuszycach, ale przypominają mi o tym, że również w Polsce zapanowała prawdziwa zima. Tu jest ona jednak starsza o kilka dobrych tygodni. Całe szczęście, że nadmorski wiatr nie zdążył jeszcze zburzyć atmosfery, strącając białe czapy z gałęzi. Na trasie śnieg jest dość specyficzny i wbrew pozorom narty nie chcą ślizgać się tak idealnie w bardzo mroźnych temperaturach. Ich tarcie o podłoże nie generuje wystarczająco dużo mikroskopijnych kropelek wody, które niosłyby je przez kolejne kilometry. Moje jednak na dziś się kończą. Zdejmuję narty w tym samym miejscu, w którym zaczynałem i wracam do akademika. W drodze powrotnej z całych sił staram się zapamiętać każdy metr trasy, aby go tu opisać. Bez zdjęć, bo na to przyjdzie jeszcze czas, zanim "mój ostatni koncert dam w tej sali".

P.S.: Dziś (27 stycznia) Ole Einar Bjørndalen kończy 42 lata. Można śmiało powiedzieć, że w pewnej części to jego legenda zaprowadziła mnie na Północ. Oby trwała jak najdłużej!

Welcome back, December

Wyszedłem ostatnio na spacer w ciemnościach. Nikogo nie powinno to dziwić, skoro wciąż panuje noc polarna, do której prawie się już od nowa przyzwyczaiłem. Spacerowałem trochę bez celu. Niby chciałem sprawdzić stan tras, na których można biegać na nartach, ale siłą rzeczy po prostu wziąłem aparat i wyszedłem gdzieś tam przed siebie. Może chciałem też poszukać tej dorosłości, która miała przyjść kilka dni wcześniej wraz z 21. urodzinami. Człowiek podobno wtedy uzmysławia sobie jakieś ważne rzeczy. Mnie wystarczyło tylko siły na przyznanie racji, że nigdy nie będzie takiego lata. Lecz skoro dawno nie robiłem zdjęć w Alcie, to okazja była całkiem dobra.

Wychodząc z akademika i kierując się w stronę parkingu minąłem Augusta. Jak na temperaturę około -19 stopni był dość cienko ubrany. Za nim stał czerwony Citroen, zbierając się do odjazdu w drugą stronę. August szedł przed siebie, nawet nie oglądając się w tył. Mijając go nawet nie patrzyłem mu w twarz. Zanim zniknął w drzwiach akademika, byłem już daleko na ulicach Alty. W weekendowe, zimne wieczory jest tu bardzo spokojnie. Ciężko pracujące na co dzień społeczeństwo odpoczywa lub wyjeżdża do swoich domów oddalonych o dziesiątki kilometrów. Nikt nie zajmuje się o tej porze przygotowaniem tras biegowych, choć dopiero co spadło tyle śniegu, że wypadałoby przejechać raz czy dwa ratrakiem. Tu jednak zimy jest pod dostatkiem, więc nie trzeba się z tym spieszyć. Narciarze zaczekają na swoją część.

Północny Punkt Widzenia: Welcome back, December. Alta w noc polarną.

Na niebie nie ma ostatnio prawie żadnych chmur. Gdyby był dzień, to można by było powiedzieć, że jest słonecznie. Dzięki temu na chwilę pojawiła się nade mną zorza polarna. Dawno jej tutaj nie widziałem (nie licząc tego razu, jak wysiadałem z samolotu). To jednak teraz mam okazję napawać się nią, w czym dołączył do mnie September. Trzymał w ręku pożyczony śpiwór i pewnie znów się gdzieś wybierał. Ten to ma energii.

Północny Punkt Widzenia: Welcome back, December. Alta w noc polarną.

Ciche i zamarznięte zakamarki Alty tworzą zupełnie inny, nieznany mi dotąd świat. Przy szklanych domach stoją pokryte mroźnymi kryształkami samochody. Niektóre z nich właściciele podpinają pod specjalne stacje ładowania akumulatorów, które przy ostatnio panujących temperaturach są konieczne, by dojechać do pracy na czas. Przy oglądaniu tej scenerii zauważyłem idącego z naprzeciwka człowieka. Tym razem to October patrzył w okna tutejszych domów, zachwalając ich oświetlenie. Trochę kaszlał i ogólnie wyglądał marnie.

Północny Punkt Widzenia: Welcome back, December. Alta w noc polarną.
Ten samochód nie miał szczęścia. Nikt nie ładuje mu akumulatora, a od czasu opadów nawet nikt nie wyszedł go odśnieżyć.
Nie mogę się nadziwić, jak dobrze oświetlone są tutejsze ulice. To pewnie kwestia bardzo efektywnego białego światła, które w połączeniu ze śniegiem daje doskonałą widoczność. W miejscu, w którym noc stanowi spory procent życia, dobre oświetlenie jest konieczne. Pamiętam, jak po powrocie do Polski na święta nie mogłem dojrzeć czegokolwiek przy wątłych żarówkach ulicznych lamp. Tutaj widzę jednak doskonale, w odróżnieniu od tego, co mówił stojący na jednym ze skrzyżowań November. Cały czas powtarzał, że boi się nadchodzącej ciemności i szukał śniegu, choć miał go całe mnóstwo pod nogami.

Północny Punkt Widzenia: Welcome back, December. Alta w noc polarną.

Idąc dalej w pewnym momencie zewsząd dobiegł charakterystyczny, znany zapach: coś jakby peerelowskie meble, herbata Earl Grey podana w szklance i świeżo parzona kawa. Przysięgam, że w tle usłyszałem nawet dźwięk silnika od Ikarusa. Skąd się to wzięło teraz w Alcie? Odpowiedź na moje pytanie poznałem, gdy zza rogu wyszedł około 10- letni January. Tym razem musiałem zapytać wprost, skąd on się tu wziął:
- Czy ty się tu czasem nie zgubiłeś?
- O to samo mógłbym zapytać ciebie, panie Człowieku Północy - odpowiedział rezolutnie January.
- Dosyć z tymi uprzejmościami. Lepiej mów, czemu nie jesteś na obozie tanecznym, pewnie znowu się wykręcasz?
- Przecież wiesz, że nie chcę. Poza tym, patrz lepiej na siebie. Przez lata podcinałeś sobie skrzydła tylko po to, żeby teraz je rozwinąć. I jeszcze dziwi cię, że nie możesz odlecieć? Mówisz sam, że nie nigdy nie będzie takiego lata. Takiej zimy też nie, Bjørndalena, tych autobusów i nawet siedzących w nich ludzi. Ty jednak wciąż nie możesz się z tym pogodzić i dlatego znów się spotykamy. Wszyscy tak tu gonicie za dorosłością, a mimo to musisz wysłuchiwać rad od 10- latka. Czy naprawdę nie pojmujesz, że ci, których dzisiaj widziałeś, są tylko wycinkiem przeszłości zapisanym w twojej pamięci? Oni nie wrócą nagle do twojego życia, więc po co tak się do nich przywiązujesz? Możesz o nich co najwyżej pamiętać, tak samo jak o tym, co teraz mówię, bo za rok nie będę tego powtarzał.
Mówiąc te słowa odszedł gdzieś w śnieżne i ciemne zakamarki Alty. Ja również kontynuowałem spacer, udając się już w stronę akademika. Na jednej z ulic trafiłem na same żółte latarnie. Wraz ze światłem odbijającym się od śniegu utworzyła się zupełnie inna aura. Tym samym zniknął towarzyszący mi jeszcze zapach przewiany przez północny wiatr. Dźwięk w oddali okazał się być jednak lądującym samolotem, a nie Ikarusem. Mocny chłód zastąpiła chwila ciepła, zupełnie jakby dopasowana do oświetlenia, a zza rogu wyjechała koparka do odśnieżania. Gdy się obejrzałem, on już tam stał. Welcome back, December.

Północny Punkt Widzenia: Welcome back, December. Alta w noc polarną.

Północny Punkt Widzenia: Welcome back, December. Alta w noc polarną.
Na koniec warto jeszcze przyznać się do błędnego przekonania. Ścieżka wiodąca z uniwersytetu nie zamienia się w zimie na trasę biegową. Jest sukcesywnie odśnieżana, a dla bezpieczeństwa są nawet sypane kamienie. Tak więc bieganie na nartach zdecydowanie odradzane, choć z drugiej strony dziwne, że tak ciekawego odcinka nie przygotowuje się pod te cele. Pętla biegowa Sandfallet zaczyna się zaś może 200m stąd.

Powrót na Północ

Samolot schodzi coraz niżej, przebijając się przez niskie piętro chmur. Słyszę dźwięk wypuszczania podwozia. Nerwowo spoglądając za okno szukam wieży telewizyjnej i reszty berlińskich zabudowań. Wreszcie są wszystkie, a niecałą minutę później lądujemy na lotnisku Tegel. Przyziemienie nie należy do najprzyjemniejszych, ale wraz z wytracaniem prędkości i spokojnym obwieszczeniem stewardesy "ladies and gentleman, welcome to Berlin" zamienia się w najsilniejsze emocje na świecie. Moja podróż dobiegła końca: dwugodzinny lot z Alty do Oslo z międzylądowaniem w Tromsø i natychmiastowa przesiadka z Oslo do Berlina, razem 3 starty i 3 lądowania. Po tym wszystkim i po czterech miesiącach jedynie kilka minut dzieli mnie od zobaczenia rodziców i zapakowania się do czerwonego Citroena. Nic już tego nie zatrzyma, a ciepłe powietrze w ten nieco jesienny dzień utwierdza mnie w przekonaniu o tym, gdzie jestem. Nawet los gra na moją korzyść, wykładając mój bagaż jako jeden z pierwszych na taśmie. Czas na święta, odpoczynek i wszystko inne, na co czekałem. Nie ma przyszłości, jest teraźniejszość, tylko ta chwila i ten moment, w którym wychodzę na płytę lotniska.

Znów samolot i znów zniżanie. Tym razem za oknem jest ciemno, więc nawet nie próbuję szukać świateł. Niektóre z latarni oświetlają pewnie ulice Alty. Zobaczę je w ostatnim momencie. Trochę turbulencji i przyziemienie z odbiciem "na dwa". Zaraz potem ostre hamowanie na krótkim pasie i jesteśmy na miejscu. Słyszane tego dnia po raz czwarty "ladies and gentleman, welcome to..." nie robi już wrażenia. Podróż dobiegła końca: lot z Wrocławia do Kopenhagi, przesiadka do Oslo i opóźniony ostatni etap do Alty. Na dworze jest -25 st. C i zorza polarna, które zdecydowanie uświadamiają mnie o tym, gdzie jestem. Na mój bagaż i narty przychodzi mi trochę poczekać. Na szczęście wszystko dotarło nienaruszone. Chwilę później z bezcenną pomocą kolegi z Niemiec ruszam do akademiku jego bawarskim pojazdem. Teraz już skończyły się moje święta i wszystko, z czego czerpałem całymi garściami przez te tygodnie w Polsce, które tak naprawdę zleciały szybciej niż jeden dzień na Północy. Nie ma przyszłości, jest przeszłość, tylko ta chwila i ten moment, w którym przeszedłem przez bramki na lotnisku we Wrocławiu. Czy chcę, czy nie, znowu zatrzymuję czas.

Okolice lotniska we Wrocławiu. Były nie tak dawno temu takie czasy, kiedy z pewnej górki robiło się takie zdjęcia, a nowy terminal był jeszcze w planach.  
Pierwszego dnia po przylocie na Północ niewiele można zrobić, poza rozpakowaniem walizek obficie wypełnionych polskim jedzeniem oraz przygotowaniem nart. Podczas tych czynności myślę o tym, jak to moje Premio 9 wreszcie będą w swoim naturalnym środowisku. Gdy jednak sprawdzimy stan przygotowania tras w okolicy, wygląda to tak: w pobliżu Komsy i Sandfallet tylko tory do klasyka, a warunki do łyżwy panują najbliżej na stadionie Kaiskuru, czyli jakieś 8 km od akademika. A bez samochodu taka wyprawa nie ma sensu. Dla takiego kogoś jak ja, dla kogo od zawsze liczyła się tylko łyżwa, takie wieści są, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Przecież mamy tu ponad metr śniegu, więc dlaczego założony jest tylko tor? Przypuszczam, że to przez wydarzenia sprzed mojego przyjazdu. Wtedy to w Alcie było małe ocieplenie, powyżej 0 st. C. Śnieg zaczął więc topnieć i był rozwiewany przez silny wiatr. Później przyszły od razu wielkie mrozy, efektem czego wszystko wokół przypomina typową lodowo- śnieżną skorupę znaną z filmów o misiach polarnych. Tory mocno się zakonserwowały, a część dowolna może być nieco pokiereszowana. Koniec końców może się na tym całkiem dobrze biegać, czego nie można powiedzieć choćby o bezśnieżnych Jakuszycach. Z drugiej jednak strony wciąż nie mam możliwości swobodnego łyżwowania. W takich warunkach zawsze pozostają mi półśrodki, czyli double poling na nartach do łyżwy, bo na pewno nie zgwałcę ich smarem na trzymanie. Takie coś byłoby jak pojechanie do Watykanu na koncert Behemotha. W następnych dniach ma spaść jeszcze trochę śniegu, dzięki czemu może ktoś poprawi te trasy. Temperatura też ma być wyższa niż ta, przy której szron pokrywa brwi, co zaś zachęca ludzi do robienia zdjęć swoich zamarzniętych twarzy i wrzucania ich na facebooka. Tak, czy inaczej mam zamiar wkrótce sprawdzić na własnych ślizgach, jak miewa się sytuacja. Póki co, wracam jednak do opróżniania walizki. Już prawie dotarłem na dno, wyciągnąłem wszystko, ale nadal nie znalazłem tam ani przyszłości, ani tej dodatkowej motywacji, o której wspominałem pod koniec pierwszego semestru.

Północna względność czasu

Czas to pojęcie względne, jak powiedział kiedyś pan Einstein. I choć porzuciłem naukę rzeczy mądrych na korzyść realizowania się w Norwegii, to doskonale widzę działanie tej teorii (albo przynajmniej jej metafizyczną stronę). W chwili, gdy piszę tego posta myślami jestem już przy końcu semestru, do którego pozostało już niewiele ponad dwa miesiące. Na środowych zajęciach miałem już pierwszy próbny egzamin, mający za zadanie pokazać nam, jak wygląda jego formuła oraz przekonać się, ile już umiemy, a co mamy powtórzyć. Podoba mi się taka formuła nauki. Żadnych kolokwiów, żadnego straszenia, po prostu rzeczy same płyną do głowy, a że jest ich dużo, to trzeba je przyswajać i używać w życiu codziennym.

Północny Punkt Widzenia: Północna względność czasu
Av og til er det veldig godt å se på nordlys ;)
Tymczasem moi koledzy z PWr być może nie zdążyli jeszcze na dobre ogarnąć swojego planu i zdecydować, na które wykłady zupełnie nie opłaca się chodzić, a na których czasem warto się pojawić. Oni do pierwszych kolokwiów mają jeszcze ładnych kilka tygodni. Różnica jest więc dość spora, co wraz z panującą na Północy pogodą potrafi całkiem mnie oszukać. Bo choć jest październik, pamięć wraca do miesięcy, gdy we Wrocławiu mieszkałem jeszcze na ulicy o nazwie wziętej od jednego z krajów sąsiednich (ha, i się teraz zastanawiajcie, o co mi chodziło). Były to zgoła inne czasy i inne życie. Nagle moją teraźniejszość widzę tak, jak tam grudzień, może nawet styczeń. Pamiętam, jak dużo się wtedy działo. Pierwszy koncert Tworzywa i ich przed chwilą wydanego "Mamuta", wizyty w ulubionych miejscach na piwo i zarywane noce. Pamiętam, jak później odkrywałem na nowo polską muzykę, za co będę sobie dozgonnie wdzięczny. Płytę "Głupi" Ørganka, którego interpretacja "Tej naszej młodości" potrafiła grać u mnie nawet około trzeciej nad ranem, kiedy to miałem chwilę na pisanie postów. Norwegia była wtedy tylko nadzieją, co do której spełnienia nie byłem nawet do końca pewien. Czekałem na wyniki rekrutacji, korzystając w tym samym czasie z uroków studenckich przywilejów. Teraz, z pozycji spokojnej Alty, wracanie myślami do tamtych miesięcy jest tyleż sentymentalne, co niewyobrażalne. Owszem, tu też robi się imprezy. Jest nawet kilka klubów, ale to nie ten sam klimat (i nie te same ceny). Poza tym, nie tego szukam na Północy. Imprezy są tam, gdzie jest do nich najlepsze towarzystwo. A tak się złożyło, że dla mnie był to właśnie Wrocław i tamten okres, który zostawił po sobie ślad. Wtedy działo się aż zbyt dużo, by się nauczyć na kolokwia z analizy matematycznej, ale odpowiednio dużo, by poznać życie i z niego korzystać. Dziś po tym czasie pozostaje mi kolekcja płyt i "Honyszke kojok" Łony i Webera- pewnego rodzaju hymn mojego pokoju w bloku nr 42.

Natomiast w bloku B w Alcie jest inaczej. Nie lepiej, nie gorzej, po prostu inaczej. Gdy na lekcjach zadają pytanie: "Trives du i Alta?", co znaczy mniej więcej tyle, czy dobrze mi się tu żyje, odpowiadam twierdząco. Mam czas na naukę, trening, ewentualną pracę i jej poszukiwanie. Powietrze jest zdrowe, widoki piękne, a w systemie nie ma nic, co by mogło mnie choć na moment wyprowadzić z równowagi. No, może poza jedną rzeczą, która raczej bardziej mnie zdziwiła, niż zdenerwowała. A jest ona również związana ze względnością czasu, o której tu sobie piszę. Mam na myśli zakładanie konta bankowego w dowolnym z norweskich banków. Z powodu mojego zagranicznego pochodzenia, procedura złożenia wniosku o udzielenie konta trwa co najmniej dwa tygodnie. Do tego potrzebuję oczywiście wcześniej otrzymanego pozwolenia na pobyt stały w Norwegii i norweskiego numeru personalnego, na który również czekałem prawie 3 tygodnie.

Północny Punkt Widzenia: Północna względność czasu
Widok na centrum Alty z nieco innej strony.
Załóżmy więc taką sytuację, że idę do banku z zamiarem założenia konta. Jednym z największych i najbardziej znanych banków w Norwegii jest DNB. Jego placówka mieści się również w samym centrum Alty, więc z tego powodu udaję się właśnie tam. Wchodzę do środka przygotowany na znane mi z Polski podejście do klienta typu: "zrobimy wszystko, bylebyś chciał u nas zostawić swoje pieniądze". Tymczasem, choć pani tam pracująca jest bardzo miła, to na dobrą sprawę nie proponuje miliona różnych kont itp. Muszę wypełnić "aplikację" o konto, podając przewidywany cel jego używania oraz swoje dane osobowe. Nie mogę jeszcze podpisać żadnej umowy, bo na to przyjdzie dopiero czas, gdy bank zweryfikuje moje dane. Dodatkowo potrzebne jest dostarczenie mojego paszportu, dokumentu z uczelni (listu przyjęcia), pozwolenia na pobyt stały wydanego przez policję i numeru personalnego wraz z zaświadczeniem o miejscu zamieszkania, które otrzymałem od urzędu rejestracji ludności. Po wszystkim słyszę informację, że na dalsze kroki muszę poczekać około dwa tygodnie. Nieco zdziwiony postanawiam sprawdzić, jak sprawa wygląda w polecanym mi przez wielu znajomych banku SpareBank 1. Tam jest rzeczywiście inaczej. W informacji (kasie) dowiaduję się, że aby w ogóle rozpocząć proces zakładania konta, muszę się umówić na spotkanie z doradcą. Zajmie to więc jeszcze więcej czasu. Powód? Nie mają wystarczająco dużo ludzi w pracy. OK, myślę i sprawdzam w Nordea Bank. Tam również podobnie. Gdy kończą mi się opcje w Alcie, szukam w internetach. Znajduję kilka mniejszych banków, które umożliwiają założenie konta bez wizyty w placówce. Taka opcja wymaga zwykle posiadania wyrobionego wcześniej tzw. Bank ID, czyli czegoś w rodzaju elektronicznego podpisu. Inaczej jest w przypadku Skandiabanken, który akceptuje paszport. Po procesie rejestracji i tak trzeba jednak czekać na otrzymanie pocztą danych do założenia konta, co może trwać wspomniane już dwa tygodnie. Koniec końców czekam więc na DNB. Mijają już prawie dwa tygodnie i mam nadzieję, że wkrótce będę mógł cieszyć się swoim norweskim kontem. W zasadzie to nie byłoby mi ono potrzebne, gdyby pracodawcy nie wymagali jego posiadania. Pensja może być wypłacona tylko w taki sposób, żeby odprowadzanie podatków mogło być kontrolowane. Jest więc kilka warunków, by nauczyć się "trives i Alta".

Różnica "czasu" pomiędzy Altą i Wrocławiem to nie tylko tryb życia i nauki. Wydawać by się mogło, że człowiek był całkowicie dorosły, jak chodził sobie po Kontynuacjach i ZUPach. Tymczasem tu, na obczyźnie, ta dorosłość wkracza w inny etap. Nagle okazuje się, że w pakiecie jest również planowanie budżetu, które w Norwegii potrafi przyprawić o siwe włosy. Dodatkowo wszystkie formalności potrzebne do funkcjonowania w społeczeństwie, jak wspomniany już numer personalny, czy konto w banku. Nieunikniona nieznajomość tych rzeczy sprawia trudności przy ich załatwianiu, ale w końcu po to też tu przyjechałem, by nauczyć się życia. Trochę innego życia niż te, które, choć pełne było wrażeń, na dłuższą metę nie mogło tak wyglądać. W końcu nie można wiecznie liczyć, że czas poczeka (chyba).

Polowanie na zorzę polarną

Dni tak zimne i bezchmurne, jakie panują ostatnio w Alcie, zapowiadają zwykle noce przepełnione pięknymi pokazami zorzy polarnej. Choć widok tańczących na niebie świateł jest mi już dość znany, to jednak za każdym razem ich ruch jest inny i przyciąga wzrok. Ponadto sam kolor jest wspaniały, w zależności od temperatury. Wystarczy spojrzeć na obrazki z niedawnych nocy, kiedy aktywność była na tyle duża, że pozwoliła zobaczyć to zjawisko w północnej Polsce. Nie zawsze da się zrobić dobre zdjęcie, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że nigdy nie uchwyci się go wyraźnie. Wszystko przez długi czas ekspozycji, którego użycia wymaga wieczorna pora. Tym samym ruch rozmywa się, zostawiając jedynie smugę z tego, co praktycznie żyło przed chwilą nad nami. W dodatku, gdy widzisz takie przedstawienie, zawsze masz wrażenie, że zaraz się ono skończy. Stąd wciąż próbujesz uchwycić to jedno najlepsze ujęcie, które zmiecie wszystkie inne. I dlatego czasem nie warto gonić za zorzą. Gdy zobaczyłem ją ostatnio przez okno, jedyne co zrobiłem, to wyszedłem na balkon i po prostu delektowałem się tym widokiem. Tak na prawdę po raz pierwszy nie zależało mi na zrobieniu zdjęć, dzięki czemu mogłem skorzystać w pełni z tego przedstawienia. W końcu sama zorza już pojawiła się na blogu, więc warto poszukać jakichś motywów, na przykład ująć ją na drugim planie z katedrą noszącą jej nazwę (Nordlyskatedralen). Swój plan postanowiłem wcielić w życie w czwartek wieczorem. Zabieram Was więc na podróż po Alcie, podobną jak ostatnio, tylko tym razem w poszukiwaniu dobrego zdjęcia zorzy polarnej.

Polowanie na zorzę polarną
Wtorek. Wówczas było na co popatrzeć, a nawet zdjęcie udało się zrobić na szybko.
Kompletnie ciemno jest już po godzinie 19. Aktywność zorzy jest z początku zachęcająca, więc niedługo przed 21 wychodzę na ulice miasta. Kieruję się w stronę Aronnes skrótem przez uniwersytet. Schodzę trasą biegową, która na szczęście jest oświetlona. Wokół panują bowiem kompletne ciemności. Lampy działają tu bardzo sprytnie. Normalnie ich LEDowe żarówki świecą niezbyt jasno. Gdy jednak czujniki ruchu wykryły, że się zbliżam, automatycznie zrobiło się jaśniej. I właśnie przez ten system nie mogłem zostać w tym miejscu na dłużej. Ewentualne zdjęcia byłyby przez niego zepsute. Wracam więc w kierunku uniwersytetu i idę dalej w kierunku szkoły średniej i ogromnej hali sportowej Finnmarkshallen. Na drodze nie spotykam żywej duszy. Jedynie pojedyncze samochody świecą swoimi jasnymi, ogromnymi światłami, przejeżdżając obok. Warto wiedzieć, że większość tutejszych kierowców używa świateł drogowych bardzo często, nawet w mieście. Podobnie jest z dodatkowymi lampami, przymocowanymi do maski. Wszystko po to, by w trakcie nocy polarnej i totalnej ciemności móc dostrzec na drodze renifery w oddali. Okolica wydaje się być już w głębokim uśpieniu, choć wcale nie jest tak późno. Może to dlatego, że ludzie nie mają po co wychodzić? Może jeżeli już gdzieś są poza domem, to w mieście? Pomyślałem, że sprawdzę to później, idąc do centrum. 

Polowanie na zorzę polarną

Na mojej drodze mijam mały sklep. Gdy jest ciemno i nie widać dokładnie budynków i napisów, okolica niskich drewnianych domów przypomina trochę obrazy z amerykańskich filmów. Mały sklep ze wszystkim możliwym, choć pewnie niekonkurencyjny z Kiwi i Rema1000, dodaje klimatu, podobnie jak fakt, że w środku jest może jeden kupujący. We wszystkich mijanych domach świeci się światło. Przez ogromne okna bez zasłon widać, co robią jego mieszkańcy. Ktoś ogląda mecz, choć nie widzę żadnych szczegółów. Podobno tego wieczora gra Polska. Nie wiem, jaki jest wynik, na pewno dowiem się później na każdym z możliwych portali, których nagłówki będą mówić tylko o tym. W moim pojedynku jest dziś jeden do zera dla zorzy polarnej, która sprytnie się przede mną chowa. Idąc zahaczam o dzielnicę (a jakże inaczej) "szklanych domów" mijając między innymi ten, w którego wnętrzu byłem wcześniej. Wieczór znów gra na korzyść tej okolicy. Nie mogę się powstrzymać przed kilkoma zdjęciami, choć wciąż na niebie nie ma nic ciekawego.
Polowanie na zorzę polarną
Tak ciemno jest zaledwie kilka kroków od mojego akademika. 30 sekund (przy niestety ISO 200- mój błąd) naświetlania dało taki efekt.
Choć na dworze jest zimno, około 0 st. C, decyduję się jeszcze zajść do miasta. Ulice są jeszcze bardziej puste, niż w niedzielę. W City Scene odbywa się koncert, na który na pewno przyszło kilkudziesięciu, jak nie kilkuset widzów. W barach widać pojedyncze zajęte stoliki. Również w drogiej i wystawnej restauracji Du Verden siedzi kilka osób, racząc się tamtejszymi daniami. Jest już grubo po 22, a moim ostatnim celem jest katedra. 
Polowanie na zorzę polarną
Tego dnia nie będzie zorzy polarnej. Wracam do akademika.
W czwartek nie pojawiło się nic. Najwyraźniej pora była nieodpowiednia. Wracam więc w to samo miejsce w piątek. Tym razem jestem dużo wcześniej, kilkanaście minut po 19. Ponownie jest mroźno. W oddali widać już pierwsze nieśmiałe przebłyski zorzy. Powoli kończy pracę przykościelna świetlica dla młodzieży, w której opiekunem jest mój sąsiad. W tym miejscu, od 14 do 19:30, każdy do 19 roku życia może przyjść i spędzić czas z rówieśnikami. Do dyspozycji są: bilard, piłkarzyki, instrumenty muzyczne, dwie konsole PlayStation z olbrzymią liczbą gier i lodówka wypełniona jedzeniem i piciem. Korzystanie ze wszystkiego oczywiście nic nie kosztuje. Dzięki temu młodzi ludzie mogą choć na chwilę oderwać się od codziennych zajęć, bez znaczenia czy jest to nauka, czy siedzenie na fejsie. Z tego, co wiem, frekwencja na świetlicy bywa różna. W szkolne dni, w ciągu całego czasu pracy świetlicy, pojawia się tam 30- 40 osób. Jednak w trakcie ferii jesiennych, które trwały na przestrzeni tego tygodnia, chętnych było już znacznie mniej. Zastanawiam się, jak to by było z takim czymś w Polsce. Pamiętam, że kiedyś funkcjonowała świetlica w budynku dworca kolejowego w Jeleniej Górze. Mieli tam nawet kółko modelarskie. Przyszły jednak inne czasy i świetlicę zlikwidowano, tworząc jakże słynny Orient Express. Niestety, otoczenie trzeba było dostosować do "potrzeb" młodzieży, a tymi najwidoczniej było najebanie się, zamiast zrobienia czegoś kreatywnego. Użycie tu jakiegokolwiek eufemizmu po pierwsze nie wyraża tego, co zwykle się tam dzieje, jak i zwyczajnie nie pasuje. Co miałem napisać? "Upija się"? Upić to się może pan Stanisław na imprezie integracyjnej, ale nie gimnazjaliści w Oriencie. Za daleko odjechałem od tematu tym całym Expressem. Z tych myśli na szczęście wybija mnie zorza polarna, która poważnie nadchodzi nad upatrzone miejsce. Czas na zdjęcia!

Polowanie na zorzę polarną
Taki znak z odległościami do różnych stolic stoi sobie pod hotelem Scandic. Ale że Warszawa jest napisana z błędem, to karygodne.
Polowanie na zorzę polarną
Przedstawienie czas zacząć.
Polowanie na zorzę polarną

Polowanie na zorzę polarną
Rzut oka na tyły katedry. Tam też jest ciekawie.
Polowanie na zorzę polarną
Nordlyskatedralen wreszcie zasłużyła na swoją nazwę.
Gdy po godzinie 20 jest już praktycznie po wszystkim, a ja zamarzam na kość, wracam do akademika. Coś mi jednak podpowiedziało, by pójść na chwilę w stronę uniwersytetu. Jak się okazało, była to najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. Wieczorne przedstawienie przewidziało bowiem niesamowity i kolorowy epilog.
Polowanie na zorzę polarną
Zawsze mnie zastanawia, co dokładnie przedstawia ta rzeźba. Jakieś sugestie?
Polowanie na zorzę polarną
Rzut oka na zorzę polarną nad budynkiem uniwersytetu.
Polowanie na zorzę polarną
Na tym zdjęciu widać największą wadę prób uchwycenia zorzy polarnej. Poza przybrudzonym obiektywem jest to ruch, który całkowicie rozmywa się na obrazie. W tamtym momencie światła tańczyły na niebie, zmieniając kolory i wirując co jakiś czas. Tu tego oczywiście nie widać, poza widocznym śladem.
Spacerując po Alcie i robiąc zdjęcia czuję się naprawdę bezpieczny. Choć wokoło nie było żadnych ludzi (szczególnie w czwartek), trudno jest mi twierdzić cokolwiek innego. Nie muszę patrzeć właściwie gdzie idę, bo w sumie wszędzie jest tak samo spokojnie. To nawet trochę dziwne uczucie, zwłaszcza że pochodzę z kraju, w którym trzeba wybrać odpowiednią stronę ulicy, by nie wpaść na grupę dresów chcących "obić jakichś leszczy, bo nuda". A skoro już chcę przechodzić przez pasy, to tu w Norwegii jak tylko znajdę się w pobliżu przejścia dla pieszych, od razu wszyscy kierowcy zatrzymują samochody, by umożliwić mi przeprawę. Tutejsze bezpieczeństwo bardzo mi odpowiada, ale z drugiej strony gdzieś z tyłu uwiera, jak niechciana metka w swetrze. Bo skąd mam wiedzieć, gdzie jest granica, przy której ktoś nie zacznie mi się podejrzliwie przyglądać. Człowiek z aparatem, tak w nocy, spaceruje pomiędzy domami? A co on chce tu robić, po co i w ogóle czemu teraz? Już widzę oczami wyobraźni ten moment, w którym policja zatrzymuje się obok mnie i nakazuje: "Proszę otworzyć neseser, proszę nam podać swój pesel". Z drugiej strony, gdybym sam stanął obok siebie i popatrzył na tego kogoś z aparatem, też trochę bym się zdziwił. W każdym razie (i mam nadzieję, że się nie mylę) trzeba mieć ogromnego pecha, żeby w okolicy szklanych domów stało się coś złego. Owszem, w mieście, gdzie leje się alkohol, a zwłaszcza w sobotę, zdarzają się nawet bójki. Policja, by dmuchać na zimne, zwykle odwiedza kluby i sprawdza, czy wszystko jest w porządku. Wciąż jednak każdemu przypadkowi i tak nie da się zapobiec. Poza takimi sytuacjami jest bardzo spokojnie, stąd jedynym problemem w trakcie nocnego spaceru jest zimno, które powoli przedostaje się nawet przez grubą kurtkę. A to przecież dopiero październik...