Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolarstwo w TV. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolarstwo w TV. Pokaż wszystkie posty

Pasta z tubki, czyli wiosna 16

"Wyszedłem sobie na spacer, bo kumpel uczy się do sesji,
pożyczyłem mu linijkę, by podzielił równo kreski"

Jak już ostatnio sobie ustaliliśmy, mamy w Alcie wiosnę. A jak wiosna, to dzień dłuższy, a jak dzień dłuższy, to więcej słońca, a jak więcej słońca, to więcej afrykańskich dilerów narkotykowych w mieście. Przepraszam, oczywiście miałem na myśli to, że gdy dni przynoszą słońce, to człowiek ma też więcej energii na robienie wszystkiego poza najważniejszymi rzeczami. Mógłbym tak jeszcze brnąć w tę spiralę zdarzeń, ale na tym się zatrzymam. Otóż faktycznie starałem się korzystać ostatnio (nie z usług rzekomych dilerów wbrew Waszej wyobraźni) z dobrej pogody i rozpocząłem już nawet przygotowania do następnej zimy. Bo co będę siedział w domu, jak można wyjść na pole, zgodnie ze starym zwyczajem z Małopolski. Skoro już wszyscy Czytelnicy wiedzą, że ten tekst nie będzie łatwym w przyswojeniu, to przejdę do rzeczy.

Północny Punkt Widzenia: Pasta z tubki, czyli wiosna 16
Na początek sezonu wiosenno- letniego bieganie. Tym razem z kijami, bo lepiej wygląda.
Z nudów albo z chęci (ale stawiam na to pierwsze) postanowiłem przypomnieć sobie, jak wygląda tutejsze, bogate niczym tłumacz przysięgły języka czeczeńskiego, nocne życie studenckie. Było to ostatniej soboty, jak mając to w zwyczaju patrzyłem się w ekran komputera przenośnego i udawałem, że coś robię, tracąc tak naprawdę czas na przemierzaniu internetów w poszukiwaniu ich dna. Mógłbym tak na przykład pouczyć się norweskiego, ale tego nie mam akurat w zwyczaju, a lubię się trzymać rzeczy, do których przywykłem. Ot, taki ze mnie codzienny konserwatysta. I tak sobie siedziałem, starając się wymyślić coś ciekawego na temat posta z zaciekłością taką, z jaką wyciska się ostatnie resztki pasty z tubki (w innych zakątkach internetów używa się również formy skróconej mojego działania, mianowicie "piwniczyłem"). Nagle przeszła mi jednak przez głowę myśl, że może by gdzieś wyjść.

>Godzina 21:21 wychodzę, choć jestem przekonany, że za kilka minut wrócę. Nie mam pojęcia, po co patrzę na zegarek, ale tak mnie uczyli, żeby trzymać się czasu. Nawet nie wiem, czy ktokolwiek dzisiaj ma zamiar robić jakąś imprezę (tudzież "inbę" według niektórych części internetów). Szybko okazuje się jednak, że kolega Holender ma jakieś plany (jeżeli ktoś znów pomyślał o narkotykach, to będzie zawiedziony).

I tak oto dołączyłem do nielatającego tego dnia Holendra, z którym wybrałem się do mieszkania jednego z dość dobrze znanych w środowisku studenckim Norwega. Znany jest on głównie ze swojego zapału do picia alkoholu (pytałem o polskie geny- nie posiada) i ma specyficzne poczucie humoru. O tym drugim będzie później, a najpierw o tym pierwszym. Otóż pan atletyczny (tak go sobie nazwijmy na potrzeby historii) już w sierpniu dał mi się poznać jako posiadacz 60- procentowej norweskiej wódki, zwanej potocznie benzyną, a w ostatnie halloween uczynił ze mnie na zawsze abstynenta w dziedzinie alkoholi wysokoprocentowych po tym, jak w przebraniu Jezusa częstował mnie przyniesioną "wodą święconą". Zbyt późno zorientowałem się, że nie była to woda. A co do poczucia humoru, to za przykład posłuży raczej właśnie ta sobota, w której wraz z kolegą z kraju rowerów i nizin przyszliśmy do jego mieszkania.

>Godzina 22:32 (długo się zbieraliśmy, a przejście z Komsy do centrum też trochę zajęło, na dodatek w drodze towarzyszyła nam zorza polarna, to trzeba było pooglądać) wchodzimy do mieszkania. Apartament z tych, co raczej na bogato. Plazma na ścianie (telewizor w sensie) i takie inne rzeczy. Choć uwagę przykuwa właśnie telewizor, na którym całe towarzystwo, czyli atletyczny, jeden z moich sąsiadów z czasów Nylandu i dwie Finki z wymiany oglądają jakieś śmieszki na YouTube. Wręczam więc gospodarzowi pół litra, które przywiozłem z Polski i dołączam do imprezy. Po tym, jak zwyczajne śmieszki ustępują takim dziełom internetów jak "Charlie the unicorn", jestem już pewien, że to najlepsza norweska impreza, na jakiej kiedykolwiek byłem, a pan atletyczny reprezentuje prawdopodobnie najciekawsze poczucie humoru możliwe do uświadczenia w tym kraju.

Trochę zaskoczony takim obrotem zdarzeń siedziałem i obserwowałem. Bo to zwykle robię na imprezach na Północy. Coś mocniejszego raczej odpada z racji na poprzednie doświadczenia, a norweskie piwo, choć drogie, to nie jest dobre. Zaraz się podniosą głosy, że pewnie jestem z tych, co to tylko kraftowe browary piją a resztę uznają za chłam udając, że się znają. Proszę bardzo, ale jak ktoś chce decydować, co mam lubić pić i jeść, to niech przy okazji zajmie się moją pięścią i włoży ją sobie głęboko we własną gębę, dziękuję. Wracając do tematu, na imprezie nigdy nie udaje się wytrzymać w taki sposób zbyt długo. W końcu więc zdecydowałem się na śrubokręt, czyli wódkę (niestety nie polska, tylko ta północna) z sokiem pomarańczowym.

>Godzina 1:03 partyhard.exe po obejrzeniu wszystkich odcinków kreskówki o jednorożcu i wysączeniu soku pomarańczowego o smaku wódki przechodzi w następną fazę. Podobnie jak jakiś młody Niemiec, który przyszedł przed momentem, wypił jedno piwo i stwierdził, że już jest w odpowiednim momencie na zaaplikowanie sobie shotgun beer. Po tym, jak wszystko wokół wydaje zapach rozlanego przy tym "taniego" i niedobrego piwa norweskiego, decydujemy się z ziomeczkiem z kraju tulipanów na wyjście do sławetnej dyskoteki. Zwykle oblegany przez studentów jedyny klub tym razem jest pustawy. Tylko w barowej części jest więcej osób, w większości wystrojonych w garniaki Norwegów i tak samo elegancko zrobionych alkoholem. W takich sytuacjach można tam nawet zobaczyć niedźwiedzia, który kiedyś mieszkał na moim piętrze w akademiku i słynął ze swojej olbrzymiej nieśmiałości/obojętności wobec otoczenia, a tego dnia jest rozgadany i uśmiechnięty jak nigdy.

Byłem wciąż na tyle trzeźwy, że spokojnie mógłbym prowadzić samochód osobowy, tudzież ciągnik rolniczy. Obserwowałem to wszystko i śmiałem się pod nosem, że od sierpniowych imprez nic się tu nie zmieniło. W nocy rozgadani, w dzień milczący- takie są wilkołaki z Alty. Na kogo polują? Oczywiście na dziewczyny (tudzież "loszki" według innego nazewnictwa), ale nie to jest clou (przepraszam najmocniej, zagalopowałem się)/ sensem (no dobra)/ targetem tego tekstu. Na szczęście są też studenci zagraniczni, z którymi udaje się pogadać konkretniej. Dołączyliśmy się więc do towarzystwa Duńczyków i czas jakoś zleciał.

>Godzina 2:28 czas ruszyć się piętro niżej na dyskotekę, która zamyka się za pół godziny. Logika godna bramy automatycznej zakupionej na przecenie w sklepie Jula, ale prawda jest taka, że właśnie tak robią zwykle Norwegowie, zwlekając z przyjściem do ostatniej chwili tylko po to, by zapłacić 50 NOK za wstęp, poopierać się o ścianę, ewentualnie wydać jeszcze więcej na drinka, po czym zwinąć się do domu. Na szczęście dzisiaj wejście jest darmowe, zapewne z powodu dramatycznie niskiej frekwencji. cotusiedzieje.jpg, choć na parkiecie widać kilka osób, które wszystkie później okazują się być Polakami. I to jedyny pozytyw. Chwilę później przyłącza się duńsko- holenderska ekipa i wtedy to już taki trochę #wygryw.

Ten tekst powoli mnie już wykańcza, podobnie jak dziwne uczucie bycia jednym z niewielu na parkiecie. Akurat w takich sytuacjach znacznie lepiej być w tłumie. Bo choć miejsca mało, to unika się bycia w centrum uwagi całego otoczenia, które siedzi sobie sącząc te drogie drinki typu znany i lubiany soczek leon o smaku wódki.

>Godzina 3:05 wreszcie koniec imprezy, więc DJ popełnia zawodowe samobójstwo puszczając Katy Perry, a zaraz potem "We build this city". Dla nas to znak, że czas wyjść. Cały proces trwa pół godziny, bo ktoś jeszcze chce zapalić, ktoś inny zastanawia się nad dołączeniem do after party, które następuje niechybnie w jednej z kuchni akademików Nyland.

Obserwowanie jeszcze nie znudziło mi się na tyle, by iść do domu. Więc choć na horyzoncie widać było już oznaki wkrótce wschodzącego słońca, to poszedłem na to after party, które zresztą zaproponowali Duńczycy. Zainstalowaliśmy się w kuchni jednego z budynków, by posiedzieć jeszcze chwilę. Dołączył się nawet niedźwiedź, który nagle zaczął opowiadać każdemu historię swojego życia. Jeden z Duńczyków przyniósł jeszcze czerwone wino w finezyjnym kartonowym opakowaniu z małym kranikiem i w takiej atmosferze siedziało sobie towarzystwo sądząc, że to już raczej koniec imprezy.

>Godzina 3:55 surprise_motherfucker.avi do kuchni wbija ten młody Niemiec, który po wcześniejszym shotgunie gdzieś zagubił się w akcji, ale wrócił, by rozkręcić dogorywające after party swoim "Mambo no 5" puszczonym z głośnika w telefonie. Jakby tego było mało, chwycił po chwili za karton wina, po czym rozerwał go, wyjmując foliowy worek z zawartością, krzycząc przy tym "spokojnie, jestem z Niemiec". No tak, wszystko jasne, zapomniałem przecież o ich zamiłowaniu do krwistych kolorów. Folia była mu jednak potrzebna do innych celów, bo chwilę potem wpakował kranik do swojej twarzy i odkręcił, wyciskając wino jak tubkę z pasty. Albo na odwrót. Wszyscy w milczeniu patrzyli na tego banana (czyli takiego rozbrykanego dzieciaka bogatych rodziców), gdy po wypiciu swojej części zmusił do tego samego jednego z Duńczyków, który akurat siedział spokojnie obok. Gdy on odmówił i wyciągnął z ust wciąż otwarty kranik, wino rozlało się na jego sweter i siedzącego obok kolegę Holendra. Tym razem nawet lecący w tle szlagier Lou Begi przestał wyliczać starosłowiańskie imiona żeńskie, by razem ze wszystkimi oczekiwać jak dość duży Duńczyk (przy okazji owner tegoż kartonu wina, który obecnie był tylko folią przypominającą bank krwi) do spółki z Holendrem wstanie i sprzeda gonga Niemcowi za zniszczenie mienia. Tak się jednak nie stało.

Światowi, wykształceni, dorośli i zaangażowani. Takimi słowami opisują się studenci na wymianach zagranicznych w swoich CV lub podaniach. Tymczasem tego dnia wygląda to inaczej, gdy ktoś z jednej strony kuchni krzyknął "wyłącz to gówno" (odnośnie telefonu, nie Lou Begi, /no to racism/), a drugi częstował jednocześnie krwią w folii wszystkich przybyłych, łącznie z sąsiadem z wyższego piętra, który wpadł poskarżyć się na dochodzące stąd hałasy. Wtedy musiał przyjść czas, by zakończyć tę nierówną walkę Szpilki z Wilderem.

>Godzina 4:35 trafiam do domu. W drodze powrotnej towarzyszy mi ten sam Holender, co wcześniej i tak sobie rozmawiając idziemy ku wschodzącemu słońcu (no homo), czyli w stronę Komsy. Trzeba przyznać, że bardzo mi ta sceneria przypomniała o początkach w Alcie, kiedy każda impreza kończyła się właśnie takim widokiem nowego dnia. Przy totalnym zmęczeniu nie wiem nawet, czy mi tego brakowało, czy raczej nie.

Następnego dnia udało mi się jeszcze zrobić trening, o którym wspominałem tam wcześniej przy zdjęciu i obejrzeć pierwszy z kolarskich monumentów. Słońce zapewniło energię, by to wszystko ogarnąć. Już kilka dni później widok za oknem zmienił się diametralnie, bo znów wszystkie drzewa zrobiły się śnieżnobiałe, zupełnie jakby ktoś wycisnął na nie całą tubkę tej nieszczęsnej pasty, ale takiej z tych droższych z funkcją wybielania. Ot, taka jest ta zmienna północna wiosna.

P.S.: Wszystkie zdarzenia opisane w tym poście są prawdziwe, a podobieństwo do osób nie jest przypadkowe. Wszystkie błędy językowe i gramatyczne były zamierzone, za wszystkie inne serdecznie żałuję, a więcej takich tekstów nie popełnię.

Vive la France!

Czerwiec i lipiec to znakomite miesiące dla sportu. Po pierwsze, piękna pogoda zachęca do treningów na zewnątrz, a po drugie mamy w tym czasie trzy wspaniałe imprezy do oglądania, paradoksalnie nie związane z codzienną tematyką bloga. Wszystkie odbywają się we Francji i wszystkie darzę ogromnym sentymentem. Na samym początku Roland Garros- turniej na słynnych paryskich kortach, którego finał oglądam obowiązkowo każdego roku, choć na co dzień w ogóle nie śledzę poczynań tenisistów. Mimo to, uwielbiam emocjonować się takimi spektaklami, jak tegorocznym, którego role dzielnie odegrali Stan Wawrinka i Novak Djoković. Następnie przychodzi czas na jeszcze bardziej legendarny 24- godzinny wyścig Le Mans. Tutaj zwykle jestem związany ze wszystkim, co dzieje się wokół serii World Endurance Championship w ciągu roku, zaś teraz szczególnie zwracam swoją uwagę tylko w stronę toru Circuit de la Sarthe. Już w tym tygodniu po raz kolejny usiądę w fotelu na pełne 24 godziny, wypiję kilka kaw i będę delektował się wydarzeniem, które zapewne znów zapisze się w mojej pamięci czymś szczególnie wyjątkowym. Wreszcie w lipcu przychodzi czas na start Tour de France- wielkiego kolarskiego święta, którego 21 etapów napisze bogatą w emocje historię. Dodatkowego smaku doda komentarz niezastąpionych w tej dziedzinie: Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego. Wymienione wydarzenia, oprócz kraju ich organizowania, łączy jedno- bogata historia, która na stałe wpisała je do listy najważniejszych w roku. Dodatkowo są one otoczone specjalną tradycją, która podpowiada, żeby na przykład nie budować oświetlenia nad kortem Philippe'a Chatriera, nie skracać pętli La Sarthe, czy nie zmieniać koloru koszulek TdF. Dzięki temu, nawet laik bez problemu dowie się, z jakiej rangi imprezą ma do czynienia. Francuzi mają najwyraźniej szczęście do takich legend, choć trzeba przyznać, że potrafią również zadbać o odpowiednią otoczkę.
W takiej pięknej scenerii kończyła się setna edycja Tour de France.
Po co ten obszerny wstęp? Trochę był mi on potrzebny, bo oprócz Ski Classics, brakuje mi trochę takich imprez na biathlonowym, czy biegowym podwórku. W biathlonie mamy co prawda coroczne Mistrzostwa Świata, ale zmieniają one za każdym razem lokalizację, przez co wypadają z porównania. W przypadku biegów narciarskich od razu na myśl przychodzi Tour de Ski i może być to dobry trop. Impreza ma jednak dość krótką historię i chyba jeszcze nie osiągnęła swojej ostatecznej postaci. Co roku coś zmienia się w etapach, choć już do rangi najważniejszych urosły dwa z nich. Mam na myśli oczywiście długi bieg pościgowy mężczyzn z Cortiny d'Ampezzo do Dobiacco oraz finałową wspinaczkę pod Alpe Cermis. Niestety, pierwszy z wymienionych muszę (przynajmniej dziś) wykreślić. A to dlatego, że po spojrzeniu na potwierdzony niedawno kalendarz FIS na sezon 2015/2016 nie znajdziemy już tego pięknego etapu. Biorąc pod uwagę poprzednią wersję, można wyciągnąć wniosek, że organizator nie spełnił jakichś wymagań dotyczących transmisji TV. Być może chodziło o zmianę rejestrowania obrazu przez skuter i helikopter na rzecz kamer stojących, co byłoby absurdalne w przypadku biegu "z punktu A do B". I tak oto FIS pozbył się jednego z najciekawszych biegów sezonu. Wspinaczka zostaje, jednak i tak w mojej opinii nigdy nie dorównywała odwołanej trzydziestce piątce łyżwą. Dobrze, że przynajmniej zostawiono moją ukochaną pięćdziesiątkę w Oslo w spokoju. Odłożono jednak próbę powrócenia metody startu interwałowego na kolejne sezony. Tak, czy inaczej, ten bieg stanowi konkretną biegową alternatywę dla moich francuskich przykładów.

A co z wymienionymi już maratonami, nazywanymi również klasykami? Dotychczas nosiły nazwę Swix Ski Classics, zaś od następnego sezonu ich tytularnym sponsorem będzie Madshus. Nie zmienia to wiele, oprócz konieczności wprowadzenia przeze mnie nowego tagu, lub zmiany istniejącego. Przyszły sezon będzie kluczowy dla tej maratońskiej serii. Na pewno warto ją śledzić, choćby z powodu wciąż rosnącego zainteresowania. Oczywiście prestiż takiego biegu, jak Vasaloppet, który jest najważniejszym tego typu wydarzeniem roku, nie podlega wątpliwości. Podobnie jest z Marcialongą i Birkebeinerrennet. Każdy z nich stanowi "wielki szlem" dla najznakomitszych gwiazd narciarstwa biegowego. Przykład zwycięzcy z minionego sezonu- Pettera Eliassena dobitnie pokazuje, jak wiele można wygrać dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu siły odepchnięcia. Wyczuł to już biznes narciarski i obecnie najważniejsi gracze na rynku opracowują narty dedykowane do double polingu. Wszystko po to, aby najefektywniej wykorzystać siłę rąk przy odpychaniu oraz brak smarowania na trzymanie. Zalecam zajrzeć ponownie do poprzednich tematów o znaczeniu tej techniki. Jak doczytałem na stronie Caldwell Sport, być może już w przyszłym roku ujrzymy narty przeznaczone specjalnie do "przepychania" maratonów.

I tylko do biathlonu nie mogę dopasować takiego znaku firmowego, absolutnej ikony najważniejszej w całym roku. Może to dlatego, że każde zawody wpisują się w ten klimat? Wszystkie ogląda się z takim samym zaciekawieniem, na wszystkie biegi oczekuje się z takim samym zniecierpliwieniem, a przede wszystkim każde z nich przynoszą coś nieprzewidywalnego. Za to właśnie uwielbiam biathlon. A jak potrzeba jednak czegoś podniosłego i z tradycją, pozostaje poczekać na lipcowe Tour de France. Komentatorzy ci sami, emocje podobne, jedynie śniegu brak.

Matura na "rach-ciach-ciach"

Dziś będzie o książce. Jednak nie o zwyczajnej książce. Nie będzie to recenzja, bo nie umiałbym podejść do tematu w odpowiedni dla tego typu tekstu sposób. Sądząc po zawartości bloga, możecie się domyślać, że mówię o nowo wydanej książce "Rach- ciach- ciach, czyli pchamy, pchamy!" autorstwa znanych i lubianych komentatorów sportowych- Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego. Wielokrotnie przytaczałem ich cytaty lub po prostu o nich wspominałem w niektórych postach. Tym razem chciałbym za pośrednictwem niedawno kupionej książki poświecić im więcej czasu.

Cofnijmy się o rok. W maju 2014 zdawałem maturę, o tej porze byłem już prawie po wszystkim. Czekała mnie, jako ostatnia, jedynie ustna część egzaminu z języka polskiego. Wtedy jeszcze (jak to pięknie brzmi, przy okazji dodając mi lat) zdawało się na podstawie przygotowanej przez siebie prezentacji na wybrany temat. Później niestety ministerstwo edukacji uznało, że taka formuła pozostawia zbyt duże pole do plagiatowania, więc zmieniło zasady na najbardziej bezduszne pytania, niczym w "Jeden z dziesięciu", tylko bez znakomitego Tadeusza Sznuka w komisji. Tak więc do pilnowania rodem z więzienia podczas pisemnych egzaminów, doszło jeszcze traktowanie wszystkich przystępujących do części ustnej jak potencjalnych oszustów. Dygresja może niepotrzebna, ale trochę ubolewam, że w młodych ludzi przestaje się wierzyć, choć w pewnej mierze również oni sami doprowadzają do takiego stanu rzeczy. Wracając do wydarzeń sprzed roku, do swojej prezentacji maturalnej wybrałem idealny temat. Brzmiał on: "Analiza języka komentatorów sportowych na celowo dobranym materiale". Nie muszę chyba tłumaczyć, że moim materiałem były wypowiedzi duetu Wyrzykowski/Jaroński. Doskonale pamiętam, jak tłumaczyłem komisji fenomen "rach-ciach-ciach", jako idealnego przykładu przekazania emocji z biegu masowego w Turynie w 2006 roku. O tym, jak przy olimpijskim srebrze Tomasza Sikory narodził się znany okrzyk, możemy przeczytać już na pierwszych stronach książki "Rach- ciach- ciach, czyli pchamy, pchamy!". Gdyby to dziś miała być oceniana moja prezentacja, z pewnością w jej bibliografii znalazłby się ten tytuł. Zwłaszcza, że dzięki lekturze poznaję odpowiedzi na pytania, które miałem w głowie przygotowując swój materiał. Kończąc już temat egzaminu, najlepsza para komentatorska, a właściwie język przez nią używany, zapewnił mi maksymalny wynik za część ustną. Nawiasem mówiąc, bezcenne było zobaczenie uśmiechu na twarzach członkiń komisji podczas prezentowania fragmentu komentarza, w którym rozemocjonowany pan Krzysztof wykrzyczał: "dwóch Bjørndalenów!".

Oczywiście nie można zapomnieć o drugim członie tytułu, wynikającym z sukcesów Rafała Majki na Tour de France. Kulisy "pchania" również poznamy w nowej książce. Kolarstwo, choć na tym blogu raczej nieobecne, stanowi sporą część pracy komentatorskiej dwojga autorów. O tym, w ilu zameczkach zamieszkałby pan Krzysztof i w jakich wieżyczkach umieściłby pana Tomasza, można usłyszeć w prawie każdej transmisji z wyścigu Tour de France. Chyba nigdy tutaj nie wspomniałem, że oglądam nawet te z pozoru najnudniejsze, płaskie i długie etapy tylko ze względu na komentarz tej dwójki (no, może też ze względu na francuskie krajobrazy). Pamiętam dywagacje na temat słów "doktor" i "doktór", każde "nie bójmy się słów" oraz rozmowy na temat powstania wyścigu Chojnatka- Praciaki. Bez tego wszystkiego wyścig nie byłby taki sam, a transmisje nie cieszyłyby się taką popularnością. Dziś jest może o to trochę łatwiej. Widzów przyciągają znakomite wyniki naszych zawodników, w szczególności wspomnianego już Majki i mistrza świata- Michała Kwiatkowskiego. Choć to wcale nie znaczy, że komentatorzy obniżyli swoje loty. Wręcz przeciwnie, nadal szukają "dzielnych Francuzów", pięknej "pani Tablicy" i pozdrawiają znane osobistości ze sportu. Tego można słuchać godzinami, tak samo jak o tym czytać. Dlatego szczególnie warto mieć tę książkę, bo jest ona napisana w sposób, jakby to była jedna z relacji. Może i nie ma pięknych widoków na zamki, ale jest kilka ciekawych zdjęć. I co najważniejsze, panuje ciągły dialog pomiędzy autorami, pozbawiony wyniosłego stylu. Mówiąc krótko: jest po prostu jak zwykle, tyle że na piśmie. Dzięki temu, wszystko czyta się jednym tchem.

W książce nie brakuje również innych znanych cytatów z transmisji biathlonowych lub kolarskich. Można je sobie w ten sposób przypomnieć, choć ciągle przybywają kolejne. Ostatni, który utkwił mi w pamięci, był autorstwa Krzysztofa Wyrzykowskiego z biathlonowej sztafety mężczyzn w Oberhofie i brzmiał: "Norweg rozpędzony jest Norwegiem bardzo groźnym".

Przypuszczam, że sympatyków biathlonu lub kolarstwa nie trzeba wcale namawiać do zakupu książki "Rach- ciach- ciach, czyli pchamy, pchamy!". Zatem ten tekst nie niesie ze sobą żadnego przesłania. To może chociaż się na koniec pochwalę, że udało mi się zdobyć podpis Tomasza Jarońskiego na moim egzemplarzu, korzystając z jego obecności na niedzielnym wyścigu kolarskim Visegrad 4.

Jizerka

Wróciłem z wypoczynku w pięknych Bieszczadach wprost do sportowego szaleństwa. Co prawda skończył się Tour de France, ale pod koniec zeszłego tygodnia już mogliśmy podziwiać biathlonistów i biegaczy narciarskich w akcji. Wcale się nie pomyliłem, bo przyszedł czas na coroczny Skifestivalen Blink w Sandnes. Całość rozpoczęła się tradycyjnie wbieganiem na szczyt, czyli Lysebotn Opp. Wśród kobiet wygrała Liz Stephen, a najlepszym w konkurencji mężczyzn okazał się być Maurice Manificat. W piętek i sobotę rozgrywano zawody pokazowe w mieście, takie jak biegi ze startu wspólnego biegaczy i biathlonistów oraz sprinty i super sprinty. Zapraszam do obejrzenia relacji na kanale Emila Hegle Svendsena tutaj. Tymczasem chciałbym pozostać przy tematyce wbiegania pod górę na nartorolkach, bo znalazłem kolejne dobre miejsce na tego typu trening lub zawody- czeską osadę o pięknej nazwie Jizerka.

Jizerka 860 m. n. p. m. to początek kilku szlaków turystycznych. Jednym z nich można dotrzeć do Jakuszyc.

Trasa wiedzie z Horni Polubny do Jizerki. Wspinaczkę najlepiej rozpocząć przy restauracji i kierować się na parking koło Chaty pod Bukovcem.

Początek podjazdu w Horni Polubny. Przepraszam za jakość zdjęcia z komórki, ale będąc na rowerze ciężko zabrać ze sobą aparat.

Tam można zakończyć trening lub kontynuować jeszcze przez kilometr z jedną trudnością w postaci stromego zjazdu.
Widok na zjazd do Jizerki.

Jeżeli chodzi o subiektywne odczucia, to przede wszystkim jest to dłuższy, lecz łagodniejszy podbieg niż w przypadku omawianej wcześniej Przełęczy Rędzińskiej. Muszę przyznać, że wczoraj po raz pierwszy pokonywałem tę trasę rowerem szosowym, więc nie mogę jednoznacznie stwierdzić, jak wygląda to z punktu widzenia nartorolek. Asfalt jest trochę chropowaty, co może dać się we znaki po kilku kilometrach. Na szczęście ostatni kilometr jest bardzo gładki. W dni weekendowe roi się tam jednak od turystów i trzeba na nich uważać. Natomiast pod kątem ruchu samochodowego, całe 6 kilometrów jest idealne. Samochody przejeżdżają tam rzadko, zaś do parkingu kursują specjalne autobusy, którymi można później wrócić do Polubny lub nawet do samego Harrachova.
Początek ostatniego kilometra trasy.

Wjazd na nartorolkach do Jizerki jest też trochę zdradliwy. Po płaskich odcinkach trafiają się takie o nachyleniu nawet około 10%, które na szczęście nie są długie. Na pewno warto spróbować swoich sił na tym terenie. Tym bardziej, że na końcu czekają piękne widoki.
Jizerka. Na końcu trasy znajdziemy między innymi kilka restauracji.

Różnica przewyższeń nie jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu do Lysebotn Opp, gdzie na dystansie 7,5 km zawodnicy pokonują 640 m w pionie, co daje średnie nachylenie 8,5%. W przypadku Jizerki dobrym pomysłem byłoby zmierzenie się z tą trasą techniką double poling. Różnica poziomów wynosi bowiem 164 m. Najciekawszy jest fakt, że na ostatnim kilometrze zjazd prowadzi nas na wysokość 860 m, co w porównaniu do startu w Horni Polubny dałoby jedynie 40 m różnicy. Nie ma się więc co sugerować procentami nachylenia, bo w tym przypadku najważniejszy jest dystans.

Jedna z restauracji w Jizerce.

Asfalt w Jizerce z pewnością pozwoli na nartorolki.
Polecam wybrać się do Jizerki na trening. Można tam wjechać choćby na rowerze i podziwiać widoki. Osoby na rowerze górskim mają więcej możliwości, bo istnieją wytyczone trasy, którymi można zagłębić się w Góry Izerskie lub pojechać do Jakuszyc. Przypuszczam, że w Czechach jest jeszcze więcej takich miejsc, które nadają się na nartorolkowy uphill, więc postaram się ich poszukać. Tymczasem podaję najważniejsze dane trasy Horni Polubny - Jizerka:

  • Długość: 6 km
  • Różnica poziomów: 164 m
  • Poziom trudności: łatwy
  • Mapa na stronie Endomondo: link. 
P.S.: Przepraszam, że musiałem zmienić czcionkę na gorszą w odbiorze, ale dotychczasowa odmówiła nagle współpracy z polskimi znakami bez powodu...

Tour de France w polsko- włoskim stylu

W sobotę Rafał Majka wygrał 14. etap wyścigu Tour de France, wiodący z Grenoble do Rissoule. Było to jego pierwsze profesjonalne zwycięstwo i od razu podczas jednego z najtrudniejszych alpejskich etapów najważniejszego wyścigu w sezonie. Jednocześnie stanowiło ono drugi w historii (po Zenonie Jaskule) triumf etapowy polskiego kolarza na Tour de France. Takich emocji nie przeżywałem podczas żadnej edycji wyścigu, odkąd oglądam zmagania. Czasem było blisko spektakularnych sukcesów, co pokazywał nie tylko Majka, lecz również Michał Kwiatkowski wspaniałą ucieczką z Tonym Martinem na 10. etapie. Teraz natomiast możemy pochwalić się wpisem do historii na stałe. Nic więc dziwnego, że Krzysztof Wyrzykowski i Tomasz Jaroński tak żywiołowo reagowali na ostatnim kilometrze sobotniego etapu: link.

Liderem wyścigu jest Vincenzo Nibali. Włoch jedzie wspaniale od samego początku. Pokazał siłę na etapie brukowym, a w górach nie ma sobie równych. Mamy więc Tour de France we włoskim stylu, prawie takim, jak na zdjęciach.





Chociaż tyle może zrobić SadurSky, aby wesprzeć kolarzy.

Skandal w blasku lipcowego słońca

Tak trochę dziwnie pisze mi się w lipcu. Wakacje jednak zawsze wpływają na człowieka w taki sposób, że chętniej wybiera podjęcie aktywności fizycznej, niż pisanie. I tak na przykład cały miniony tydzień upłynął na różnego rodzaju treningach, jakie są potrzebne w przygotowaniu do zimy. Po długiej przerwie udało mi się skorzystać ze wszystkiego: nartorolek, roweru szosowego, ćwiczeń siłowych i biegania. Dopiero dziś przyszedł czas na odpoczynek. Wierzcie mi, że w tej zabawie nie ma większej satysfakcji niż udany trening przy pięknej pogodzie i wspaniałych okolicznościach przyrody. Dlatego już teraz mogę powiedzieć, że jeżeli czytasz ten tekst, a za oknem świeci słońce, to przestań czytać i idź trenować dla swojego zdrowia. No dobra, jednak doczytaj do końca... :-)

Jakby tego wszystkiego było mało, to trwają dwie sportowe imprezy, których nie wypada nie oglądać. Przed telewizor przyciąga Tour de France z moim ulubionym komentarzem Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego oraz Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Tak więc znaleźć czas na pisanie to rzecz prawie niemożliwa. Jest jednak temat, który w ostatnim czasie wstrząsnął całym biathlonowym światem. Chodzi o zaprzestanie przeprowadzania kontroli krwi na Igrzyskach Olimpijskich przez IBU. Tym samym będzie za to odpowiedzialna organizacja powoływana przez MKOl, czyli WADA. Nie będę wdawał się w szczegóły, bo mnie samego one męczą i nudzą, wywołując reakcję nazywaną WTF (skoro już tak operujemy tymi skrótami). W większości te ustalenia, poczynione przez prezesa IBU- Andersa Besseberga, są bardzo zawiłe. Wynika z nich jedno- biathlon może na tym stracić. Dane o zawodnikach, czyli ich paszporty biologiczne, posiada IBU i tak będzie przez cały czas. Natomiast wyniki przeprowadzanych na Igrzyskach badań krwi będzie posiadał MKOl, który dopiero na prośbę otrzyma wzgląd do paszportów biologicznych, co pozwoliłoby na ewentualne wykrycie dopingu. To będzie jednak długotrwałe (i pewnie równie trudne, jak odzyskanie taśm z monitoringu ze sztafety kobiet, potrzebnych w sprawie karabinu Krystyny Pałki). I już wiadomo, że tworzy to lukę dla wszystkich zawodników i zawodniczek sprawiających "niespodzianki" lub inaczej dopingowych ryzykantów. W żadnym wypadku nie oceniam, ale nie chcę oglądać wyników biegu olimpijskiego, w którym zwycięży "nieznany dotąd wielki talent reprezentacji Rosji". Bo wyobraźmy sobie sytuację, że przez złe działanie tego systemu do startu na IO byłaby dopuszczona taka Starykh czy Iourieva, zdobyłaby medal, a po kilku miesiącach lub latach byłoby to odkręcane. Każdy zapomniałby już, komu tak naprawdę przypadło dane miejsce. Oczywiście, takich sytuacji nie zawsze da się uniknąć, ale dobrze działający program antydopingowy minimalizuje ryzyko nieczystej gry. A takim posunięciem IBU tylko działa na swoją niekorzyść.

Jaki jest powód całego zajścia? Poniekąd jest to konflikt pomiędzy Andersem Bessebergiem, a Jimem Carrabrem- wiceprezesem IBU do spraw medycznych. Ten drugi jest bardzo zaniepokojony decyzją o zaprzestaniu kontroli i wystosował nawet otwarty list do krajowych federacji biathlonowych w tej sprawie. Ponadto w planach ma kandydowanie na fotel prezesa IBU. Zatem Besseberg, obecnie pełniący tę funkcję, na pewno czuje się zagrożony. Oczywiście o tym nie wspomina, zaś swoją decyzję tłumaczył już na kilka możliwych sposobów, ale szczerze mówiąc to zwykła polityka, a tego nie lubię. Swoją drogą gratuluję, że osobiste interesy i konflikty stoją na drodze dobra dyscypliny. Myślałem, że biathlon jest wolny od tego całego "cyrku", tymczasem się myliłem. Duży minus z mojej strony, panowie... 

Znalezione w internetach- relacja z Biegu Wazów

Było ostatnio o Worldloppet, więc czemu nie pociągnąć dalej tego tematu. Wiadomo, że jest to znany cykl biegów długodystansowych, rozgrywanych różnymi stylami i w różnych lokalizacjach. Jednym z ważniejszych wydarzeń sezonu Worldloppet jest Bieg Wazów, odbywający się co roku w pierwszą niedzielę marca w Szwecji. Trasa liczy imponujące 90 km i prowadzi z Sälen do Mory. Warto dodać, że jeszcze kilka lat temu, ten maraton był zaliczany do Pucharu Świata w biegach narciarskich.

Każdy zapewne powie, że na takim dystansie nie będą liczyli się sprinterzy. Co więcej, nawet nie mieliby po co startować. Obserwując przecież zawody finałowe PŚ w Falun, w zwykłym skiathlonie na "jedynie" 30 km widzieliśmy męczarnie typowych zawodników od sprintu, takich jak Ola Vigen Hattestad. Natomiast Emil Joensson nie wystartował w ogóle, wiedząc, że nie da rady. Skąd więc w gronie czołowych miejsc tegorocznej edycji trzykrotnie dłuższego Vasaloppet wzięły się takie nazwiska, jak John Kristian Dahl- były czołowy sprinter reprezentacji Norwegii, czy Johan Kjoelstad- wicemistrz świata w sprincie z 2009 roku z Liberca? Z odpowiedzią na to pytanie może przyjść kolarstwo. Wielokrotnie przecież podczas transmisji przeróżnych wyścigów słyszy się takie zdanie: "Etap długi, płaski, dla sprinterów". Zazwyczaj na takim etapie idzie jakaś ucieczka, która jest doganiana przez peleton na ostatnich kilometrach, aby to właśnie między sprinterami rozegrała się walka o zwycięstwo. Tak było w przypadku Biegu Wazów, kiedy to na mniej niż 1 km przed metą został doścignięty Joergen Aukland po prawie 50- kilometrowej ucieczce. Z grupy zaatakowali sprinterzy- Dahl i Kjoelstad. Silniejszy okazał się ten pierwszy, zaś Aukland nie stanął nawet na podium, bo wyprzedził go jeszcze kolega z klubu- Joergen Brink- wielokrotny triumfator wyścigu z poprzednich lat. Brutalne, prawda? W takiej sytuacji przypomina mi się niesamowita ucieczka Tony'ego Martina na jednym z etapów zeszłorocznego Vuelta a Espana, którą "skasowano" około 20 metrów (!) przed metą.

Ale kolarstwo to zupełnie inna bajka, niż narciarstwo biegowe. Sprinterów nie da się "dowieźć" do mety z pomocą drużyny. Inaczej pojmujemy samo pojęcie sprintera w obu przypadkach. W biegach takich, jak Vasaloppet, każdy musi wytrzymać trudy dystansu, a wiadomo, że szybcy zawodnicy zwykle nie są do tego przystosowani. Wystarczy tylko wspomnieć, że nie udało się to nawet takim nazwiskom, jak Sami Jauhojarvi, czy Lukas Bauer. Sukces polega więc na czymś innym.

Zwróćmy uwagę, że Worldloppet obejmuje zaledwie kilka wyścigów w sezonie. Znacznie łatwiej przygotować się do takich startów, bo nie ma aż takiego obciążenia, jak w przypadku Pucharu Świata. Tym bardziej, że zawodnik wybiera sobie konkretne zawody, które są jego najważniejszym celem. Ponadto specjalizujący się w maratonach biegacze mają już "swoje lata" oraz zwykle starty w PŚ za sobą. Może się więc zdarzyć, że były sprinter stanie się długodystansowcem, bo wykorzysta swoje doświadczenie i wytrenuje wytrzymałość. To właśnie zrobił John Kristian Dahl, Johan Kjoelstad oraz inni.

Kliknij na zdjęcie, aby powiększyć

Na koniec już tylko wystarczy spojrzeć na profil trasy Biegu Wazów, który też jest ciekawy. W większości wyścig prowadzi po płaskim i lekko opadającym terenie. Zdarzają się oczywiście podbiegi, a najtrudniejszy z nich znajduje się zaraz po starcie w Sälen. Nie jest to jednak jakaś mordercza góra. Można to wywnioskować choćby z faktu, że niektórzy zawodnicy (i nawet zawodniczki) zdecydowali się wystartować bez smarowania nart "na trzymanie", co w przypadku stylu klasycznego mogłoby okazać się samobójstwem. Jednak nie w przypadku Vasaloppet. Taki zabieg pozwolił uzyskać większą prędkość na długich zjazdach i opłacił się, ale wymusił double poling na całej długości trasy. W każdym razie 90 km pokonane bezkrokiem to coś niesamowitego, co świadczy o ogromnej sile zawodnika. Chyba najważniejszą zasadą, którą można sobie przyjąć przed startem w Biegu Wazów, jest: "Keep calm and do double poling".

Teraz już tylko polecam obejrzeć poniższą relację z tegorocznej edycji i wypatrywać znajomych twarzy z Pucharu Świata.

Wiosenne Kontiolahti

Przy takiej pogodzie, jaką mamy obecnie, trudno uciec od ciągłego powtarzania, że to już jest wiosna. Mówią tak w TV, w internetach, na ulicach. Nawet kolarstwo coraz śmielej wdziera się na antenę Eurosportu ze swoimi wyścigami "ku słońcu", czyli Paryż- Nicea oraz Tirreno- Adriatico, wypierając tym samym sporty zimowe. Kilka z nich będzie miało swój epilog już w ten weekend, przede wszystkim narciarstwo alpejskie oraz biegi narciarskie. Sezon, a wraz z nim zima zbliża się rzeczywiście ku końcowi i jest to trochę smutne. Zwykle tak było, że najpierw kończyły się zmagania pucharowe, a później dopiero ostatnie dni na śniegu. Jedno tylko tu nie pasuje. Jak może kończyć się coś, co nawet na dobre się nie zaczęło?

Ten sezon na pewno przejdzie do historii, jako najgorszy pod kątem pogody. Wystarczy tylko wspomnieć problemy ze śniegiem w praktycznie każdej zimowej dyscyplinie sportu. Wietrzne Oestersund, Oberhof bez śniegu i oczywiście gorące Sochi to tylko kilka problemów pucharowej rywalizacji. Tymczasem ucierpiały nie tylko zawody najwyższej rangi. Również znany cykl maratonów Worldloppet & FIS Marathon Cup stracił kilka biegów i dystansów przez złe warunki atmosferyczne. Jednym z biegów zaliczanych do FIS Marathon Cup był Bieg Piastów. W tym roku najdłuższy dystans 50 km został skrócony do zaledwie 8 km. Natomiast Demino Ski Marathon oraz Jizerská Padesatka z Worldloppet nie odbyły się wcale. To idealnie obrazuje, jak bardzo złe panują warunki. Nie piszę tego w czasie przeszłym, bo mimo wszystko nadal gdzieś w głębi wierzę, że coś się odmieni. Zima w kalendarzu jeszcze trwa i zawsze jakiś opad śniegu, który pozwoli na przygotowanie tras, może się zdarzyć. Tylko ta nadzieja, choć umiera ostatnia, w końcu będzie musiała ustąpić rezygnacji. Oby tak się nie stało i rzeczywiście udało się choć raz w tym miesiącu wreszcie użyć nowych One Way Premio 9. Światełkiem w tunelu są norweskie prognozy pogody z yr.no, które konsekwentnie zapowiadają opady śniegu w Jakuszycach w najbliższy weekend. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, biorąc pod uwagę, że tamtejsze trasy są już oficjalnie zamknięte.

Natomiast wracając do finałów Pucharu Świata, to już trwa narciarstwo alpejskie w Lenzerheide, zaś w weekend czekają nas zawody w Falun, po których poznamy zwyciężczynię dużej kryształowej kuli w biegach narciarskich. Celowo piszę tylko o zwyciężczyni, bo wśród mężczyzn kryształ już zapewnił sobie Martin Johnsrud Sundby. Jedno jest pewne. Obydwa trofea trafią do Norwegii, bo w rywalizacji liczą się jedynie Marit Bjoergen i Therese Johaug. Biorąc pod uwagę finałowe konkurencje, należy spodziewać się wygranej tej pierwszej, która dołożyłaby tym samym kolejny sukces do swojej pokaźnej galerii. Najbardziej szkoda Astrid Uhrenholdt Jacobsen, która po świetnym w jej wykonaniu Tour de Ski musiała zmierzyć się z osobistą tragedią, jaką była śmierć jej brata. Do tego podczas niedawnego biegu na 30 km w Oslo wypadła z trasy i doznała wstrząśnienia mózgu.

Jeżeli chodzi o biathlon, to tym razem Puchar Świata zawitał do fińskiego Kontiolahti. Na szczęście nie oznacza to rozstania się z emocjami, bo czekają nas jeszcze biegi w Oslo na zakończenie. Jednak nawet na północy panuje już aura podobna do wiosennej. Na bardzo wymagających trasach biathlonistów będzie dodatkowo męczył miękki śnieg. Temperatury utrzymują się powyżej zera. Trener reprezentacji USA, Fin Jonne Kähkönen powiedział nawet, że w tym rejonie Finlandii nigdy na początku marca podobnej pogody nie widział. Zapowiadają się więc kolejne zawody w atmosferze anomalii. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę, że to właśnie w Kontiolahti Ole Einar Bjoerndalen odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczyć Igrzyska Olimpijskie w Sochi). Był to bieg pościgowy, rozgrywany przy dużym mrozie, którego teraz chyba nikt nie potrafi sobie wyobrazić. Może więc zarówno mróz, jak i król przypomną o sobie znów w tym samym miejscu? Już jutro o 15:10 sprint mężczyzn, zaś o 17:45 pobiegną kobiety. Następnie w sobotę kolejne dwa sprinty (rekompensata za odwołane biegi) oraz biegi pościgowe w niedzielę. Przypuszczam, że do niedzielnych pościgów zostaną wzięte czasy z tego drugiego sprintu. To trochę nie fair. Osobiście wyciągnąłbym średnią czasów z obu sprintów każdego zawodnika i na tej podstawie ułożył listę startową. Roboty byłoby więcej, ale jakże ciekawie wyglądałaby rywalizacja! Przed wszystkim, polecam film z wycieczką po 2,5- kilometrowej pętli, po której oprowadza Marie Laukkanen.


Wiadomo było, że prędzej czy później rzeczywiście emocje związane ze startami Justyny Kowalczyk, zastąpią starty fantastycznego Michała Kwiatkowskiego, który obecnie ściga się w Tirreno- Adriatico. Szkoda tylko, że musiało to nastąpić znacznie prędzej i tak drastycznie. Nie chodzi tu o kontuzję naszej zawodniczki. Mam raczej na myśli, że przez obecną aurę, po zakończeniu wszystkich zimowych zmagań, po wszystkim pozostanie tylko wspomnienie. A zwykle było przecież inaczej... Ale o tym już kiedy indziej. Na razie w ramach rekompensaty za nietransmitowaną pięćdziesiątkę w Oslo, polecam sobie obejrzeć ten sam dystans w 2012 roku.

Szosowy weekend

Zaczynający się właśnie weekend będzie bardzo interesujący dla każdego sympatyka kolarstwa. To oczywiście za sprawą Mistrzostw Świata w kolarstwie szosowym, które trwają od tygodnia we Florencji. Po jeździe drużynowej na czas i indywidualnej czasówce, pora na najważniejsze i najciekawsze zmagania, czyli wyścigi ze startu wspólnego.

Jak na razie, mistrzostwa upływają pod znakiem obrony tytułów we wszystkich konkurencjach. Nie było niespodzianek. W wyścigu drużyn zawodowych na czas, złoto wywalczyły te same zespoły- Specialized- lululemon w konkurencji kobiet, zaś Omega Pharma- Quick Step wśród mężczyzn. Ten drugi wynik szczególnie powinien cieszyć polskich kibiców. W składzie "nowych- starych" mistrzów świata jechał Michał Kwiatkowski. Największy wkład w wygraną belgijskiej drużyny miał niewątpliwie Tony Martin, dając długie i mocne zmiany. Popularny Panzerwagen pojechał najszybciej również indywidualną czasówkę, zdobywając tym samym swoje trzecie z rzędu złoto w tej specjalności. Najlepszą z pań na czas okazała się Elen van Dijk, broniąc tytułu wywalczonego przed rokiem w Valkenburgu.

To wszystko, co już się wydarzyło. A przed nami jeszcze wyścigi ze startu wspólnego. Czy po raz kolejny zwycięzcy sprzed roku obronią tytuły? Marianne Vos oraz Philippe Gilbert będą mieli trudne zadanie, ale nie niemożliwe do wykonania. W kolarstwie mężczyzn istnieje taka niepisana zasada, że mistrzem świata zostaje ten, który uczestniczył we Vuelta a Espana. Gilbert spełnia te kryterium, podobnie jak duża grupa innych szybkich kolarzy, ale nie trzymałbym się tak tego stereotypu. Należy pamiętać o Peterze Saganie, który bardzo dobrze spisał się na wyścigach jednodniowych w Quebecu oraz Montrealu. Z naszej strony faworytem może być Michał Kwiatkowski, który dobrze spisywał się w wiosennych klasykach i w Tour de France. Swojej szansy upatruje również specjalista od wyścigu Paris- Rubaix, czyli Fabian Cancellara. Szwajcar zapowiada nie tylko walkę o medal, ale również przygotowywanie się do próby bicia rekordu w jeździe godzinnej na torze. Wcześniej był znany ze swojej wybitnej umiejętności jazdy indywidualnej na czas. Jednak od chwili pojawienia się w czołówce Tony'ego Martina, musiał znaleźć inną specjalizację. Stąd zainteresowanie wyścigiem ze startu wspólnego. Na pewno trzeba brać popularnego Spartakusa pod uwagę w typowaniu miejsc na podium.

Trasa niedzielnego wyścigu jest interesująca. Można znaleźć podjazdy, na których zostanie zapewne przeprowadzona selekcja w trakcie ostatnich rund. Szczególnie 6- kilometrowa wspinaczka pod Fiesole wydaje się być wymagająca i przy odpowiednim tempie będzie można zgubić Marka Cavendisha i innych typowych sprinterów, a nawet wszechstronnego Sagana. Jeżeli jednak nie będzie zdecydowania do ataków, peleton może połączyć się na zjazdach, co zwiększy szansę na zwycięstwo szybkich kolarzy, z uwagi na płaską końcówkę. Pełny profil trasy wyścigu mężczyzn dostępny jest tu. Tak więc trudno wytypować podium tegorocznych mistrzostw świata, ale jednak spróbuję:
  1. Peter Sagan 
  2. Fabian Cancellara 
  3. Michał Kwiatkowski
Trochę realizmu i fantazji znalazło się na tym moim podium, ale medal byłby na pewno miłą niespodzianką. A dlaczego nie złoto? Bo przecież od czegoś trzeba zacząć. Wszystkie nazwiska kolarzy znajdują się na liście startowej. Polecam pobawić się w typowanie swoich faworytów. Można wpisywać podium w komentarzach, może ktoś trafi. Wtedy pomyślę nawet nad jakąś nagrodą. Polecam oglądać w ten weekend Mistrzostwa Świata w kolarstwie na Polsat Sport News lub przez live stream. Przypominam: wyścig kobiet w sobotę od 14:15 (ciekawostką jest obecność w stawce Mai Włoszczowskiej), zaś mężczyźni będą walczyć w niedzielę o 10:00.

           

Setny Tour de France w kilku zdaniach

Trzy tygodnie wspaniałej walki kolarzy na szosach Francji już za nami. Pora więc podsumować to wszystko i zebrać momenty, które na stałe pozostaną w pamięci każdego, kto oglądał setne wydanie "Wielkiej Pętli".

  • Szczęściarz wyścigu: Daryl Impey. Kolarzowi z RPA, jadącemu w barwach grupy Orica GreenEDGE z pewnością poszczęściło się na szóstym etapie z Aix-en-Provence do Montpellier. Został bowiem pierwszym kolarzem z Afryki, który założył żółtą koszulkę lidera klasyfikacji generalnej. Odebrał ją swojemu koledze z zespołu- Simonowi Gerransowi po tym, jak sędziowie zdecydowali się podzielić grupy na mecie. Lider znalazł się w drugiej grupie, stąd utrata pozycji na rzecz Impeya, który przyjechał na czele stawki. Nie było to spodziewane rozstrzygnięcie typowego etapu dla sprinterów.
  • Pechowiec wyścigu: Alejandro Valverde. Etap 13. z Tours do Saint- Amand- Montrond zapadnie na długo w pamięci Hiszpana. Miała to być kolejna typowa rozgrywka sprinterów, tymczasem zaowocowała małym trzęsieniem ziemi w klasyfikacji generalnej. Wszystkiemu był winien boczny wiatr, który skutecznie utrudniał jazdę kolarzom. Peleton dzielił się na grupy. Każdy, który zostawał choć trochę z tyłu, nie mógł już dojść do czołówki. To właśnie stało się z Valverde. Zawodnik Teamu Movistar zaliczył defekt w chwili, gdy Omega Pharma Quick- Step narzucała bardzo wysokie tempo. Mimo pomocy prawie całej drużyny, Valverde nie zdołał powrócić do peletonu, przyjeżdżając ze stratą prawie dziesięciu minut do czołówki.
  • Skandal wyścigu: Realizacja ostatniego etapu. Chodzi dokładnie o to, co działo się po przyjechaniu zawodników na metę. Ciągłe wywiady z zawodnikami i oficjelami, nawet w trakcie uroczystości wręczania nagród za zwycięstwa w poszczególnych klasyfikacjach, były co najmniej nie na miejscu.
  • Najpiękniejsze widoki w wyścigu: Korsyka. Tegoroczny Tour, po raz pierwszy w historii, rozpoczynał się na Korsyce. Dziwię się, że dopiero teraz się na to zdecydowano. Codziennie realizatorzy fundowali telewidzom piękne widoki, w które bogata jest ta wyspa. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś "Wielka Pętla" zawita w tamte strony. 
  • Luzak wyścigu: Peter Sagan. Taki kolarz jest tylko jeden. Zwycięzca w klasyfikacji "zielonej koszulki" sprinterów potrafił świetnie się bawić również w górach. Ku wielkiemu zadowoleniu kibiców, nie raz pokonywał podjazd na jednym kole, np. na Alpe d' Huez.



  • Objawienie wyścigu: Nairo Quintana. Nie jestem oryginalny twierdząc, że Kolumbijczyk zaskoczył wszystkich swoją niesamowitą dyspozycją w górach. Wygrana klasyfikacja górska oraz młodzieżowa mówią same za siebie. Jednocześnie Quintana zajął drugie miejsce w "generalce", niejako rekompensując zespołowi Movistar pech Alejandro Valverde. Jeżeli jego dalszy rozwój będzie przebiegał w odpowiednim kierunku, a można być tego pewnym, nazwisko Quintany jeszcze nie raz pojawi się na czele klasyfikacji wielkich tourów.
  • Rozczarowanie wyścigu: Mark Cavendish. Nikt chyba nie spodziewał się, że Cav wygra "tylko" dwa etapy w tegorocznym TdF. Szczególnie rozczarowujący dla kolarza Omegi może być przegrana na słynnych Polach Elizejskich, podczas ostatniego etapu. Musiał uznać wyższość Marcela Kittela z Argos Shimano, dla którego było to czwarte zwycięstwo etapowe.
  • Kabareciarz wyścigu: kibic biegnący z wypchanym dzikiem podczas etapu na Mont Ventoux. Chyba w żadnym sporcie nie można być tak blisko zawodnika, jak w kolarstwie. Mało tego, w żadnym sporcie nie ma kibiców przebranych za Spidermana, czy też biegnących za kolarzem z wypchanym dzikiem, jak nasz bohater. Brawa dla tego pana za oryginalność!


  • Imprezowicze wyścigu: Orica GreenEDGE i jej kibice. Skoro już mowa o inwencji kibiców, warto przypomnieć, co powstało na etapie do Alpe d'Huez. Taki oto filmik w wykonaniu fanów kolarstwa idealnie przekazuje, że to właśnie dobra zabawa jest najważniejsza.



  • Najbardziej wszechstronny zawodnik wyścigu: Michał Kwiatkowski. Od razu mówię, że nie jest to stwierdzenie oparte na jakichkolwiek oficjalnych wyliczeniach. Ale zastanówmy się. Najpierw biała koszulka lidera klasyfikacji młodzieżowej. Później pamiętna drużynowa czasówka, w której omal nie został liderem całego wyścigu. Bardzo dobra postawa na etapach sprinterskich na Korsyce i nie tylko. Tam, gdzie tylko się dało, Michał był w czołówce. Gdy przyszły góry, nie odpadał razem ze sprinterami, jako jeden z pierwszych. Dzielnie jechał własnym tempem, dzięki czemu utrzymywał miejsce w czołowej dziesiątce. Szczególnie dobrze prezentował się na zjazdach, odrabiając to, co stracił. Podczas indywidualnej czasówki po raz kolejny pokazał się z dobrej strony, odzyskując prowadzenie w "młodzieżówce". W Alpach Nairo Quintana (patrz: objawienie wyścigu) nie miał sobie równych w walce o białą koszulkę. Kwiatkowski natomiast nadal robił swoje. Jak sam mówił, uczył się jazdy w wieloetapowym wyścigu. Widać było, że nauka przynosi efekty. Pod koniec można było użyć określenia, że Michał Kwiatkowski jechał wręcz po profesorsku. Oby tak dalej!  
  • Największy przegrany wyścigu: Alberto Contador. Zawsze czwarte miejsce w jakichkolwiek zawodach jest najbardziej krzywdzące. Dla Hiszpana z grupy Saxo- Tinkoff tegoroczny TdF był wyjątkowo rozczarowujący. Tym bardziej, że przed startem uchodził za jednego z głównych faworytów do wygrania całego wyścigu. Skończyło się na miejscu tuż za podium. Contador nie potrafił skutecznie atakować, jak miało to miejsce kilka lat temu. Ponadto nie mógł też odpowiedzieć na ataki Froome'a, tracąc na każdym górskim etapie. Przegrał również z Nairo Quintaną oraz Joaquinem Rodriguezem, którzy zaatakowali przedostatniego dnia zmagań.
  • Największy zawód wyścigu: brak Col du Tourmalet na trasie. Bardzo lubię tą pirenejską przełęcz. Zawsze można było liczyć na piękne widoki w tych okolicach. Dlatego żałuję, że nie pojawiła się ona na trasie setnej edycji Tour de France. Pireneje w ogóle trochę mnie zawiodły. Był w zasadzie jeden etap (ósmy) z metą pod górę, na którym wiele się działo, ale poza tym nic więcej. Znacznie więcej trudności i widoków przyniosły natomiast Alpy. Mont Ventoux i dwa razy Alpe d'Huez zrekompensowały mój niedosyt.
To już prawie wszystkie "naj-", jakie można było wymienić po trzech tygodniach. Zabrakło oczywiście najlepszego kolarza całego Tour de France 2013. Był nim nie kto inny, jak Christopher Froome z drużyny Sky. W pełni zasłużył na zwycięstwo. Walczył ambitnie do samego końca, atakował mimo dużej przewagi, nie jechał pasywnie, był po prostu najsilniejszy. Może i jego styl jazdy nie jest zbyt ładny (głowa zwieszona w dół), ale przestało mi to już przeszkadzać. Chris już na zawsze wpisze się do historii kolarstwa, jako zwycięzca setnej edycji "Wielkiej Pętli" (o ile nikt mu tego zwycięstwa nie odbierze po latach). Na jego temat można usłyszeć wiele miłych słów. Jest przeciwieństwem swojego kolegi z zespołu- Bradleya Wigginsa, który miewa często "humory" i obrzuca wyzwiskami dziennikarzy. Froome'a lubią również hostessy wręczające kwiaty na podium, za jego kulturę. Właśnie taki powinien być zwycięzca legendarnego wyścigu. Dzięki jego wspaniałej jeździe nie żałuję żadnej minuty, którą poświęciłem na oglądanie transmisji w Eurosporcie. Dobiegły końca trzy tygodnie emocji, pięknych widoków Francji oraz świetnego komentarza Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego. Jeżeli zaś chodzi o uroczyste zakończenie Tour de France, było ono wspaniałe, tak jak cały wyścig. Szkoda, że musiało być przeplatane wywiadami z oficjelami, które nic nie wnosiły. Warto jednak zobaczyć iluminacje na Łuku Triumfalnym, dlatego załączam w filmie poniżej:

Lider, ale wirtualny

Michał Kwiatkowski liderem Tour de France! Tak miał wyglądać początek tego posta. Ale niestety muszę zacząć w inny sposób. "Wielka Pętla" na dobre się rozkręciła. Po etapach na przepięknej Korsyce, kolarze wrócili na stały ląd, a konkretnie do Nicei, gdzie wczoraj odbyła się jazda drużynowa na czas. Zazwyczaj nie oglądam czasówek, a już tym bardziej drużynowych. Nic specjalnego, tylko 25 km, dopiero początek wyścigu, czyli emocje żadne. Było jednak inaczej. Do tego stopnia, że wciągnąłem się w oglądanie.
W klasyfikacji generalnej było ciasno i już przed startem można było stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem, że zajdą zmiany. Liderem był bowiem Jan Backelants z przewagą zaledwie sekundy nad grupą ponad 70. kolarzy. Polscy kibice, a wraz z nimi komentatorzy w Eurosporcie, liczyli na dobry występ ekipy Omega Pharma Quick- Step, w której barwach jeździ Michał Kwiatkowski. Już od początku wyścigu "Flowerman" prezentował się świetnie, będąc na 4. miejscu w generalce i posiadając koszulkę lidera klasyfikacji młodzieżowej. Wczoraj pojawiła się szansa na historyczny wyczyn. Jego ekipa bardzo dobrze jeździ w czasówkach, o czym świadczy tytuł drużynowych mistrzów świata w tej specjalności. Ponadto Polak był najwyżej sklasyfikowanym zawodnikiem zespołu, stąd zwycięstwo na wczorajszym etapie zapewniłoby mu żółtą koszulkę. Tym samym, zostałby drugim w historii, po Lechu Piaseckim, polskim liderem Tour de France. Wystarczyło tylko wygrać etap z przewagą większą niż jedna sekunda nad drużyną Backelantsa- RadioShack- Leopard.
Sekunda. Tak niewiele, a decyduje o tylu ważnych rozstrzygnięciach w sporcie. Wielokrotnie w minionym sezonie biathlonowym zdarzało się przecież, że Martin Fourcade przegrywał na linii mety o mniej niż sekundę. Wczoraj ta sekunda mogła nam zapewnić wielką radość, a stała się przyczyną niedowierzania. Od początku wszystko szło świetnie. Po dobrze przejechanym etapie OPQS, prowadziła na mecie. Była w gorszej sytuacji, bo startowała jako druga w kolejności. Ciężko było zatem stwierdzić, czy uzyskany rezultat wystarczy na miejsce w czołówce. Wszystkie zagrażające jej zespoły startowały później, co zapewniło mi sporą dawkę nerwów. Wśród najważniejszych znalazły się: Garmin, Sky i BMC. W trakcie etapu pojawiły się jeszcze Saxo- Tinkoff i Orica Greenedge, z uwagi na dobre rezultaty na pierwszym punkcie pomiaru czasu. Jako pierwszy pokonany został Garmin z dość bezpieczną przewagą ponad 10 sekund. Później Sky. W tym przypadku było już więcej strachu, bo różnica wyniosła jedynie dwie sekundy. Tak, czy inaczej, mniej abstrakcyjne stało się zdanie: "Michał Kwiatkowski jest obecnie wirtualnym liderem". Dalej krwi polskim kibicom napsuł Saxo- Tinkoff, tracąc jedynie sekundę na punkcie pomiaru czasu. Nerwowo liczyłem czas, gdy Alberto Contador i koledzy dojeżdżali do mety, ale i tutaj się udało. Różnica powiększyła się do 8 sekund na mecie. Coraz bardziej realne wydawało się założenie historycznej dla nas koszulki przez Kwiatkowskiego, lecz jakoś kamera nie pokazywała Polaka ani przez chwilę.
Przyszedł niestety czas na Oricę Greenedge, która traciła 3 sekundy na pierwszym pomiarze czasu. Przewaga wydała mi się bezpieczna, co było wielkim błędem. Zazwyczaj tak mam, że im mniej się czegoś spodziewam, tym bardziej brutalnie się to coś dzieje. Musi wskoczyć ktoś nagle do klasyfikacji i wszystko popsuć. Tak było i tym razem. Na mecie zobaczyłem z wielkim niedowierzaniem 0,75 sekundy przewagi Orici nad OPQS. Marzenia o polskim liderze prysły jak bańka mydlana, co u mnie zaowocowało głośnym: "Dlaczego znowu nam się to dzieje?!". Bo rzeczywiście znów Polak musi być o krok od historycznego osiągnięcia, aby zostało to przekreślone. I to jeszcze o mniej niż sekundę... Zrozumiałem na Giro, gdy Rafał Majka przegrał białą koszulkę lidera klasyfikacji młodzieżowej, że Betancur był po prostu lepszy. Ale w tym przypadku muszę uznać wyższość ekipy Simona Gerransa wynikającą tylko z minimalnego ruchu ręką, czy też jednego naciśnięcia na pedał. Pech, splot nieszczęśliwych okoliczności, każdy może nazwać to jak chce. Również sam zespół Omegi nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Taki już jest sport...

źródło: Eurosport

Żółta koszulka z pewnością należała się Kwiatkowskiemu. Byłby to symbol, który pokazałby siłę polskiego kolarstwa. Niestety, nadal nie jest ona dostrzegana w stu procentach na arenie międzynarodowej, o czym świadczy choćby wczorajsza relacja. Gdy tylko Orica pojawiła się na mecie, zaczęto pokazywać Simona Gerransa, jako wirtualnego lidera, mimo, że RadioShack i BMC były jeszcze na trasie. Obie ekipy nie zmieniły już nic w czołówce, lecz można w takim razie zapytać, czemu nie zobaczyliśmy Michała Kwiatkowskiego w tej roli. Wciąż pozostaje w jego rękach młodzieżowa biała koszulka oraz czwarte miejsce w generalce ze stratą sekundy, co z pewnością również jest sukcesem. O ile jednak większy wydźwięk miałby występ "Flowermana" okraszony prowadzeniem w wyścigu, to nawet ciężko określić. Po raz kolejny jednak musimy poprzestać na powiedzeniu "to też jest sukces" i otarciu łez. A mnie jednak wciąż chodzi po głowie piosenka Andrzeja Poniedzielskiego ze słowami: "jak się nie ma, co się lubi, to nie lubi się i tego, co się ma", którą to zapodaję na koniec.

Giro d'Ski

Tak śnieżnego Giro d'Italia jeszcze nie widziałem. Na Passo Gavia i Passo dello Stelvio można by było ścigać się na biegówkach, ale na pewno nie na rowerach, w związku z czym trasa piątkowego etapu musiała ulec zmianie. W planie pozostał jedynie finałowy podjazd pod Val Martello, dodano natomiast Passo del Tonale i Passo Castrin. Mimo to, rozegranie tego wariantu do końca pozostawało niepewne. W nocy z czwartku na piątek spadło jednak tyle śniegu, że decyzją dyrektora wyścigu- Michele Acquarone, etap 19 został odwołany. Większość górskich dróg, przez które miał przejeżdżać peleton, była nieprzejezdna. Warto dodać, że do pokonania były również zjazdy, które przy oblodzeniu stanowiły szczególne zagrożenie. Bezpieczeństwo i zdrowie kolarzy zostało zatem postawione na pierwszym miejscu, co spotkało się z zawodem kibiców i entuzjazmem większości zawodników. No cóż, ja również nie mogłem doczekać się emocji na legendarnej przełęczy Stelvio, ale rozumiem podjętą decyzję. Nie można ryzykować ludzkiego życia dla samego rozegrania etapu. Tym bardziej, że dwa lata temu, na trasie Giro d'Italia zginął zawodnik grupy Quick Step- Wouter Weylandt. Jadący z numerem 108 Belg, miał wypadek na zjeździe z przełęczy Passo del Bocco 17 km przed metą. Tego dnia (9 maja 2011) nie padał deszcz, a jednak doszło do tak tragicznego zdarzenia. Odnosząc to do piątku, tym bardziej można utwierdzić się w słuszności postąpienia dyrektora wyścigu. Strach pomyśleć, co mogłoby się wydarzyć.
Pozostało więc poczekać na sobotę i kolejne decyzje, jaką trasą i czy w ogóle kolarze pojadą. Wiadomo, że po niespodziewanym dniu przerwy, wszystko jest możliwe. Gorsza dyspozycja, czy też spadek sił to najgorszy ze scenariuszy dla każdego. A wszystko to dzieje się przed ostatnim górskim etapem, na którym rozstrzygną się losy wyścigu. Atmosferę podgrzało wycofanie Danilo Di Luci, u którego wykryto EPO. Szkoda, że aktywna jazda zawodnika Vini Fantini opierała się na kłamstwie. Cała sytuacja spotkała się z negatywną reakcją reszty peletonu. Posypały się ostre słowa, wśród których nazywano Di Lucę idiotą i kretynem. Znów została zachwiana pozycja kolarstwa, które już powoli leczyło się z Armstronga oraz innych dopingowych ekscesów. To jednak nie zepsuło oczekiwania na decydujące starcie faworytów w sobotę. Przypomnę, że po czasówce pod górę Nibali powiększył przewagę nad Evansem do 4 minut, zaś Uran zbliżył się do Australijczyka na 10 sekund. Zapowiadała się więc walka nie tyle o wygraną w Giro, lecz raczej o drugie miejsce. Nie można zapomnieć również o zmaganiach naszego Rafała Majki z Carlosem Betancurem o białą koszulkę lidera klasyfikacji młodzieżowej. Tych dwóch przed dzisiejszym etapem dzieliły tylko dwie sekundy!
Trasę dzisiejszego etapu skorygowano, aby możliwie zredukować trudne zjazdy. Dolomity są bowiem pokryte śniegiem. Kolarze pojechali między innymi przez Brunico i Toblach/Dobiacco do Cortiny d'Ampezzo, gdzie miał początek finałowy podjazd. Przez chwilę, oglądając relację można było pomylić Giro z Tour de Ski. Jednym z etapów tego cyklu jest właśnie bieg z Toblach do Cortiny. Pamiętam, że zawodnicy w pewnych momentach biegli w bliskim sąsiedztwie z drogą, po której dziś jechało Giro. W obu przypadkach, okolica pokryta była śniegiem. Emocje rozpoczęły się już na początku podjazdu pod Tre Cime Di Lavaredo. Betancur miał jakiś defekt, przez co musiał zmieniać rower. Każdy kibic zacierał pewnie ręce, bo biała koszulka nasza i rywal ma problemy. Kolumbijczyk stracił czas i siły, ale dogonił peleton, w którym akurat tempo nadawała grupa Saxo- Tinkoff, pracując dla Rafała Majki. Nastąpiła selekcja, poodpadali sprinterzy, wśród których był Mark Cavendish, ambitnie dziś walczący o punkty do klasyfikacji czerwonej koszulki. Z dobrej strony pokazywali się harcownicy, tacy jak Stefano Pirazzi, który chciał udowodnić, że zasłużył na tytuł najlepszego "górala" tegorocznego wyścigu. Prawdziwą zabawę w gronie faworytów zapoczątkował Vincenzo Nibali, który zaatakował, jakby mu było mało przewagi nad resztą. Przez chwilę nikt nie był w stanie doskoczyć. Lider jechał sam po zwycięstwo etapowe w padającym śniegu, pokazując dobitnie, kto jest najlepszy. Dobrze przejechana czasówka nie była przypadkiem, on wprost zdominował rywali w tym roku. Po chwili ruszył Uran, a wraz z nim Betancur i Fabio Duarte (Colombia). Każdy spodziewał się błyskawicznej reakcji Majki, który jednak nie doskoczył do Kolumbijczyków. Wszystko działo się bardzo szybko. Zgubił się gdzieś Scarponi, który cieszył się na "antyczny" etap, a wraz z nim nisko był Niemiec. Rafał dzielnie próbował gonić uciekającą mu białą koszulkę. Być może czuł, jak ktoś go z niej właśnie rozbiera. Już wtedy pomyślałem, że nie jest to dzień Polaków, tak wspaniale jadących przez trzy tygodnie. Jakiś czas towarzyszył mu Evans, który jednak również nie wyglądał najlepiej. Uran, Betancur i Duarte jechali już tak, jak gdyby byli w jednej drużynie- reprezentacji Kolumbii. Gdzieś tam jeszcze pokazał się mistrz Włoch- Franco Pelizotti (Androni), coraz niżej spadał Evans, a zawieszony pomiędzy nimi Majka wychodził z siebie. Powoli rozstrzygała się kwestia drugiego miejsca w generalce na rzecz Urana i białej koszulki na rzecz Betancura. Za dużo się działo, panował istny chaos, nie było większej grupy, tylko wielu porozrzucanych zawodników. Do tego jeszcze padający śnieg. Rzeczywiście etap był "antyczny". Od tego wszystkiego odizolowany był Nibali, który przyjechał na metę pierwszy i w doskonały sposób zapewnił sobie triumf w klasyfikacji generalnej. Lider zaatakował nawet, gdy wcale nie musiał i wygrał 20. etap. To właśnie jest Giro. Za Sycylijczykiem przyjechała trójka z Duarte na czele, potem dość niespodziewanie Fabio Aru- pomocnik Nibalego z Astany. Rafał Majka przyjechał na metę 10. i stracił prowadzenie w klasyfikacji młodzieżowej. Niemiec zameldował się na 12. miejscu razem ze Scarponim. Skutkiem tego jest 6. miejsce Niemca, a 7. Majki w klasyfikacji generalnej. Było blisko wielkich wyczynów: zwycięstwa etapowego i w "młodzieżówce". Niestety jednak pozostaje nam obejść się smakiem, uznać wyższość innych. Być może jeszcze zaśpiewać znane ze stadionów "Polacy nic się nie stało". Byłoby to wielkim błędem, bo przecież stało się. Poprawione zostało najlepsze miejsce Polaka w Giro d'Italia w historii, polskie kolarstwo pokazało się z dobrej strony (na trzech naszych kolarzy, dwóch było w czołowej dziesiątce) i z tego należy się cieszyć. Ja natomiast miałem mnóstwo pozytywnych przeżyć związanych z tegorocznym wyścigiem, a skutkiem tego są dwa posty. A oto "sprawcy" całego zamieszania, razem na jednym zdjęciu (od lewej) Przemysław Niemiec, Rafał Majka i  Michał Gołaś:

fot. Mariusz Semkowski
Jutro ostatni etap, nazywany etapem przyjaźni. Będzie czas podsumowań w Eurosporcie, rozmowy między kolarzami, szampan, a potem finish w Brescii i dekoracje zwycięzców. Klasyfikacja generalna nie ulegnie zmianie, więc warto ją zobaczyć:


W temacie Giro d'Italia 2013 to już wszystko. Następny wielki wyścig to oczywiście Tour de France już pod koniec czerwca. Uwolniłem się z różowych sideł...            

Uwikłany w różowe sidła

Po raz kolejny robimy przerwę od tematyki biegówek, z racji na niezwykle interesujący wyścig kolarski, jakim jest Giro d'Italia. Już od dwóch tygodni, popołudnia spędzam uwikłany w różowe sidła (bo różowy to kolor dominujący włoskiego wyścigu oraz koszulki lidera) przed telewizorem, śledząc na każdym etapie poczynania Vincenzo Nibalego (Astana), Rafała Majki (Saxo- Tinkoff) i Przemysława Niemca (Lampre- Merida). Nie bez powodu w tej trójce pojawiły się nazwiska Polaków. W tym roku ich jazda jest świetna i aż miło widzieć dwóch rodaków w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej. Ponadto, dziś Niemiec walczył o zwycięstwo etapowe, zaś Majka zaciekle rywalizuje o białą koszulkę lidera klasyfikacji kolarzy do lat 25. z Kolumbijczykiem Carlosem Betancurem (AG2R). Dzieli ich tylko pięć sekund, więc każda okazja do ataku będzie wykorzystywana. Podobnie było dzisiaj, kiedy na podjeździe zaatakował Betancur, na zjeździe Nibali, a na płaskim jeszcze inni faworyci. Taką rywalizację ogląda się z przyjemnością. Emocji nie brakuje również w boju o różową koszulkę lidera całego wyścigu. Tutaj Nibali ma co prawda przewagę nad Cadelem Evansem wynoszącą ponad minutę, ale Australijczyk z teamu BMC nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, podobnie jak Rigoberto Uran (Sky). Nie pozostaje nic innego, jak tylko oglądać kolejne etapy.
Jedyne, co zawodzi, to pogoda. Trudno sobie wyobrazić, że przy naszych upałach, we Włoszech leje deszcz, a w górach leży jeszcze mnóstwo śniegu. Skutkiem takiego stanu rzeczy było choćby skrócenie sobotniego etapu i praktycznie brak jego relacji w TV oraz nieznaczne skrócenie podjazdu pod słynny szczyt Galibier w niedzielę. Na tę górę wspinali się również niejednokrotnie kolarze podczas Tour de France, więc można było sobie porównać stopień trudności pomiędzy śnieżnym Giro, a przeważnie słoneczną "Wielką Pętlą". Dopiero dziś nastąpiła znaczna poprawa warunków, ale wciąż mówi się o planach odwołania/skrócenia kolejnych górskich etapów, między innymi wspinaczki na najwyższy szczyt tegorocznej edycji- Passo dello Stelvio. No, ale taka jest pora rozgrywania włoskiego wyścigu, kiedy w górach jeszcze nic nie jest pewne. Natomiast we Francji ścigają się w samym środku lata i pogoda dopisuje. A mimo to, jakimś cudem Giro jest znacznie bardziej interesujące dla widza, niż na przykład zeszłoroczna edycja Touru. Dokładnie widać to było dzisiaj. Nikt z czołówki nie bał się atakować, lider nie jechał defensywnie, tylko trwała ciągła walka o sekundy. Tego wyścigu nie wygrywa się jedną, płaską czasówką, o czym najdobitniej przekonał się triumfator "Wielkiej Pętli" sprzed roku- Bradley Wiggins. Na czasówce w pierwszym tygodniu rywalizacji nie zdołał wywalczyć różu. Natomiast w deszczowych dniach, trudne zjazdy nie służyły Brytyjczykowi, który raz się wywrócił, a potem jechał, delikatnie mówiąc, jak panienka. Tracił więc z etapu na etap, aż w końcu się wycofał, tłumacząc decyzję kontuzją i ogólną słabością. Tak więc włoskie piekło zweryfikowało nieco lekceważące podejście Wigginsa i ukarało go. Rady nie dał również zeszłoroczny zwycięzca Giro- Ryder Hesjedal (Garmin). Po dobrym pierwszym tygodniu przyszło osłabienie, które zmusiło Kanadyjczyka do wycofania się.
Zatem tendencja jest zauważalna. Z każdym rokiem Giro d'Italia okazuje się być dużo ciekawszym i trudniejszym wyścigiem kolarskim, niż "Wielka Pętla", która pozostanie wielką chyba już tylko z nazwy i dystansu. Być może się mylę. Co więcej, przyznam nawet, że wolałbym, aby moje spostrzeżenia zostały zweryfikowane w tak brutalny sposób, jak podejście Wigginsa, a tegoroczna, setna już edycja Tour de France okazała się być niezwykłą. Widzowie i fani kolarstwa na pewno by na tym zyskali. Dziś jednak pozostaje mi tylko zachęcić do śledzenia ostatniego tygodnia rywalizacji Polaków i reszty znakomitych zawodników we Włoszech. Na pewno nie będzie czego żałować. A trening? Po etapie z powodzeniem można znaleźć jeszcze czas na bieganie lub rower.
Ktoś, kto to czyta, zapewne zastanawia się teraz: "Co na tym blogu robi tekst o kolarstwie?" Odpowiedź jest prosta. Kolarstwo na Eurosporcie komentują ci sami genialni dziennikarze, których słyszymy w relacjach biathlonowego Pucharu Świata, czyli Krzysztof Wyrzykowski i Tomasz Jaroński. Nie sposób więc, tęskniąc za zimą, nie posłuchać fachowego komentarza. Przy okazji jest szansa na dowiedzenie się czegoś z historii tego sportu, co dla mnie jest wyjątkowo interesujące. Akurat Giro komentuje pan Tomasz w towarzystwie Adama Probosza, ale ten duet również znakomicie się spisuje. Można zajrzeć na ich profil facebookowy- Kolarstwo w Eurosporcie i zadać pytanie podczas transmisji. Na dzisiaj tyle, a do biegówek wrócę, jak tylko wyswobodzę się z różowych sideł. Ktoś jeszcze waha się, czy oglądać Giro? Na zachętę zdjęcia oraz filmik: