Właśnie minął tydzień odkąd przyjechałem do Alty. Słońce zaczyna prawie chować się za horyzont około godziny pierwszej w nocy, ale wciąż nie ma zamiaru zapanować choć minuta prawdziwej nocy. Już wkrótce będzie jej całe mnóstwo, więc pewnie szybko zapomnę o niedogodnościach ciągłego dnia. W tydzień zdążyłem już stać się studentem UiT- Aktycznego Uniwersytetu. Wciąż trudno w to uwierzyć, że w końcu tak spełniam swoje marzenie. Podobnie trudno jest odnaleźć się w szalonym tygodniu fadderów. Każdego dnia dzieje się tyle aprobujących wydarzeń, że wprost nie można znaleźć chwili dla siebie.
Ostatnio przyłapałem się na myśleniu po angielsku. O ile to nie jest jeszcze takie dziwne, to stało się to w trakcie rozmowy po niemiecku. Taki tam paradoks. Nie dziwcie się z trenowania niemieckiego, podczas gdy jestem na studiach norweskiego. Tutaj, na campusie jest mnóstwo studentów z Niemiec. Staram się więc rozmawiać z nimi niekiedy po niemiecku. W końcu coś tam potrafię, to czemu by nie próbować? Najlepiej jednak działa mieszanka niemiecko- angielska w przypadku komunikacji z nimi. Gdy nie mogę znaleźć słowa po niemiecku, wtedy łatwo przełączam na angielski. I prawdopodobnie stąd wzięło się moje anglojęzyczne myślenie. Na polski "nie było po prostu czasu". Jeżeli mam być szczery, to tych kilka dni Fadderuke nauczyło mnie używać jakiegokolwiek języka lepiej, niż w poprzednich szkołach. Tu po prostu musisz mówić tak jak oni, inaczej się nie dogadzasz. I tak oto codziennie porozmawiam sobie po angielsku, niemiecku, norwesku i nawet francusku. Warto próbować, w końcu każdy bierze poprawkę na to, że jesteś z innego kraju. Tu chodzi o zdobywanie doświadczenia i naukę nie tylko na studiach.
Atmosfera wśród międzynarodowych studentów jest bardzo dobra. Wielu z nich było wcześniej na licznych wymianach, stąd dla nich jest to po prostu kolejny semestr za granicą. Inni, tacy jak ja, przyjechali sprawdzić się jako pełnoprawni studenci i chyba ta grupa jest najmniejsza. Na całym moim programie języka norweskiego jest może 15 osób, albo nawet mniej. Wszystkich międzynarodowych studentów jest około 70. Towarzystwo składa się w większym stopniu z Niemców. Na drugim miejscu postawiłbym Rosję, a zaraz później Nepal (wtf?). Jeżeli ktoś chciałby wiedzieć, jestem jedynym studentem z Polski, być może nawet na całym uniwersytecie. Nie jest to jakieś męczące, bo używanie ciągle obcego języka potrafi dać ostrą lekcję życia. Niemniej jednak czasem człowiek chciałby porozmawiać z kimś po swojemu, nie tylko przez telefon, albo w formie pisemnej. O miejscowych studentach, będących w większości naszymi fadderami, nie muszę chyba pisać za wiele. Przyjmują nas znakomicie, jako członków społeczności studenckiej i starają się, aby każdy dobrze się bawił.
Bycie w gronie tak bardzo zróżnicowanym pod względem kulturowym i językowym jest całkiem ciekawe, ale niesie ze sobą pewne uciążliwości. Można świetnie się bawić rozmawiając o różnych rzeczach ze swoimi nowo poznanymi kolegami i koleżankami, ale nigdy nie będzie to ta sama płaszczyzna porozumienia, jaką można stworzyć z kimś o jednakowym pochodzeniu. Wszyscy wokół są jakby pochłonięci byciem "w świecie", że czasem nawet mogą zapomnieć skąd są. Dla mnie jest to jak pewien rodzaj maski, którą zakładam, gdy wychodzę z pokoju. Pewnie nie tylko ja tak robię. Studenci będący na ciągłej wymianie w różnych dalekich krajach muszą się sporo namęczyć, aby nie przykleiła się ona na stałe. No chyba, że oni rzeczywiście zapomnieli o wszystkim co zostawili w swoich krajach i chcą żyć tylko tu i teraz. Dla mnie to niewykonalne. Nie mogę postawić wszystkiego na tę jedną obcą kartę, odrzucając wszystko wcześniejsze. Nie mogę też trzymać się na uboczu, bo tu jest naprawdę miło i dobrze. Pozostaje więc znów jutro rano założyć maskę na cały dzień.
Północny Punkt Widzenia
Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Tryb życia na Północy
Na Północy tylko natura dyktuje warunki, a człowiek ma się do niej dostosować. Przykładowo nie widzę innego sposobu na poradzenie sobie z dniem polarnym, niż kupienie dobrych zasłon. Podobnie jest praktycznie z resztą codziennych problemów, które niesie ze sobą mieszkanie w tym miejscu. Do tych zasad trzeba się po prostu przyzwyczaić, co jest moim pierwszym małym wyzwaniem. Dlatego wczoraj, gdy tylko nadarzyła się okazja, a temperatura wzrosła do około 20 stopni, wybrałem się na Komsatoppen- górę w niedużej odległości od mojego akademika.
Komsatoppen bardzo przypomina znaną jeleniogórzanom Górę Szybowcową. Może jest trochę większa, ale jej bliskość do miasta powoduje, że bardzo łatwo się tam dostać. Jak widać na zdjęciach, odrobina wysiłku podczas spaceru jest opłacalna. Każdy, kto wejdzie na szczyt, może wpisać się do specjalnego zeszytu, który znajduje się w skrzynce powieszonej na palu z norweską flagą (patrz: zdjęcie poniżej). Taki wpis powinien zawierać imię i nazwisko oraz datę i godzinę wejścia na górę. W trakcie dnia polarnego niczym dziwnym były takie godziny, jak na przykład 0:39, co idealnie obrazuje północny tryb życia. Tu na Północy rzeczywiście czas nas nie ogranicza. Jak nie możesz spać, idź w góry. Brzmi jak dobry układ. Wpisanie do zeszytu ma jeszcze jeden cel, niż tylko pozostawienie po sobie pamiątki. W skrzynce odnajdziemy specjalny kod, który możemy sobie zapisać na dowód zdobycia Komsatoppen. Jest jeszcze kilka innych gór z podobnym rozwiązaniem. Jeżeli zdobędziemy którąś z nich, otrzymujemy odpowiednio inny kod. Po skompletowaniu wszystkich kodów, możemy udać się z nimi do informacji turystycznej w Alcie i otrzymać pamiątkową odznakę, czy coś w tym rodzaju. W każdym razie jest to jakaś motywacja do chodzenia po górach nawet dla tych, którym aktywność fizyczna nie jest po drodze, a jak się okazało tacy również w Norwegii istnieją. Nie każdy ma tam kilka po par nart w domu.
![]() |
| Widok na lotnisko w Alcie. Gdyby nie widoczny betonowy pas, zapewne nie byłoby tylu zagranicznych studentów na UiT. |
![]() |
| Widok na zachodnią część miasta. |
Komsatoppen bardzo przypomina znaną jeleniogórzanom Górę Szybowcową. Może jest trochę większa, ale jej bliskość do miasta powoduje, że bardzo łatwo się tam dostać. Jak widać na zdjęciach, odrobina wysiłku podczas spaceru jest opłacalna. Każdy, kto wejdzie na szczyt, może wpisać się do specjalnego zeszytu, który znajduje się w skrzynce powieszonej na palu z norweską flagą (patrz: zdjęcie poniżej). Taki wpis powinien zawierać imię i nazwisko oraz datę i godzinę wejścia na górę. W trakcie dnia polarnego niczym dziwnym były takie godziny, jak na przykład 0:39, co idealnie obrazuje północny tryb życia. Tu na Północy rzeczywiście czas nas nie ogranicza. Jak nie możesz spać, idź w góry. Brzmi jak dobry układ. Wpisanie do zeszytu ma jeszcze jeden cel, niż tylko pozostawienie po sobie pamiątki. W skrzynce odnajdziemy specjalny kod, który możemy sobie zapisać na dowód zdobycia Komsatoppen. Jest jeszcze kilka innych gór z podobnym rozwiązaniem. Jeżeli zdobędziemy którąś z nich, otrzymujemy odpowiednio inny kod. Po skompletowaniu wszystkich kodów, możemy udać się z nimi do informacji turystycznej w Alcie i otrzymać pamiątkową odznakę, czy coś w tym rodzaju. W każdym razie jest to jakaś motywacja do chodzenia po górach nawet dla tych, którym aktywność fizyczna nie jest po drodze, a jak się okazało tacy również w Norwegii istnieją. Nie każdy ma tam kilka po par nart w domu.
![]() |
| Słup ze skrzynką zawierającą zeszyt do wpisywania swoich danych. |
Pod Komsatoppen znajduje się typowo norweskie osiedle drewnianych domków. Życie wygląda tam jakby nieco inaczej, niż w centrum, nie mówiąc już o akademikach. Tam starsi i bogaci Norwegowie wiodą spokojne życie, czasem nawet pozdrawiając wędrujących na szczyt. Wszystko wygląda mniej więcej tak, jak mógłby to sobie wyobrazić ktoś bez wcześniejszej styczności z Norwegią.
Z Północnymi warunkami muszą sobie również radzić norwescy (i nie tylko) studenci. Społeczność studencka wydaje się być zupełnie taka, jak w Polsce, jednak są pewne różnice. Przede wszystkim każdy nowy student, bez względu na to, czy jest Norwegiem, czy nie, może zwrócić się o pomoc do starszych kolegów (nazywają się oni Fadder). Przed pierwszym semestrem organizowane są specjalne dni (Fadderuka), kiedy fadderzy mają za zadanie przeprowadzić integrację z nowymi przybyszami. W skład takiego tygodnia wchodzi oczywiście przyjmowanie odpowiednio dużej ilości alkoholu, jednak nie jest to konieczność. Tu raczej chodzi o to, aby poznać nowe twarze z akademika obok lub po prostu się rozerwać. Dlatego w barach oprócz alkoholu znajdziemy między innymi... gry planszowe. Po takiej integracji można przyjąć, że prawie każdy zna już większość swoich sąsiadów. A nawet jeśli nie, to i tak wszyscy witają się ze sobą zarówno na terenie akademika, jak i gdzieś w mieście. Chodzi o to, by nie być samotnym, szczególnie w czasie nocy polarnej, która potrafi stanowić całkiem sporą przeszkodę dla nieprzyzwyczajonych do wiecznej ciemności studentów z Południa (czyli na przykład dla mnie). Dlatego jeżeli wchodzisz do baru studenckiego (Studenthuset) w trakcie roku akademickiego, praktycznie wszystkich możesz traktować jako swoich znajomych. Zwłaszcza, gdy prawie cały uniwersytet wybierze się tam przy jakiejś okazji, zawsze znajdzie się jakaś znajoma osoba. Po to właśnie jest Fadderuka. Oprócz samej integracji, początkowe dni dają dużo informacji o uniwersytecie. Co dla mnie najważniejsze, podczas zimy każdy może wypożyczyć narty od uczelni, zaś chodniki wokół Alty zamieniają się w jedną wielką trasę biegową (byløypa). Zima będzie więc niesamowita. Póki co, trzeba tylko okiełznać Północ i zacząć żyć według jej zasad.
Dwa osiem trzy cztery
Dokładnie tyle kilometrów pokonaliśmy, aby dotrzeć do Alty. Była to wspaniała podróż, której poszczególne etapy mogliście już śledzić na moim profilu facebookowym. Dziś jestem już drugi dzień na miejscu, które od lat wydawało mi się być pewnego rodzaju życiowym celem. Cel osiągnąłem, jadąc przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię, po wielu godzinach bez odpoczynku i tylu samo wrażeniach. Nie da się tego wszystkiego opisać w jednym poście, ale też trudno rozdzielić każdy etap na pojedynczy tekst. To nie miałoby sensu, bo podróż wydawała się być jednym niekończącym się dniem, który na dobrą sprawę trwa do teraz. Wszystko dlatego, że pisząc te słowa o 23:30 na dworze wciąż jest jasno. Białe noce trwają sobie w najlepsze, powodując totalne rozregulowanie dla przybysza z Południa. Do tego, jak i późniejszej niekończącej się ciemności trzeba się będzie po prostu przyzwyczaić, aby móc tu normalnie funkcjonować. Tak więc oprócz nauki czeka mnie takie oto wyzwanie, ale i też bardzo ciekawe doświadczenie. Postaram się wszystko uwieczniać na zdjęciach i filmach, jak zacznie się dziać więcej, a wszystkie rzeczy będą już zupełnie wypakowane. Wróćmy więc do podróży, czyli pięciu ciężkich, ale jakże ciekawych dni.
Litwa, Łotwa i Estonia. Ta trójka była przewidziana na dzień 4.08. Niby nic, bo wszystkie z tych krajów są dość niewielkie, ale razem dało to całkiem sporą dawkę prawie 700 km. W dodatku krajobrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie, w miarę mijania kolejnych granic. Na początek biedna Litwa, z remontami dróg, obszernymi polami i kilkoma kilometrami dróg szybkiego ruchu. Od razu zapał do podróży został ostudzony i zaraz potem znów powrócił za sprawą Łotwy. Nagle skończyły się remonty, a zaczęła prawdziwa, płynna jazda. W dodatku widoki zaczęły się zmieniać, przypominając litewskie krajobrazy i zapowiadając Estonię.
Wszystko zaczęło się 2.08 wyjazdem z Jeleniej Góry. Pierwszym zaplanowanym przystankiem był Augustów, gdzie mogłem zobaczyć nieznaną mi dotąd część Polski, czyli między innymi Dolinę Rospudy. Jak zapowiadałem wcześniej, w tych okolicach zostaliśmy dłużej, bo po pierwsze było warto, a po drugie dobrze było wypocząć nad jeziorem przed najtrudniejszymi etapami podróży. 3.08 przenieśliśmy się jedynie do miejsca bliższego litewsko- polskiej granicy. W ten sposób, Polska pożegnała mnie piękną pogodą i krajobrazami, które na długo zapamiętam. A przecież najlepsze miało dopiero nadejść.
![]() |
| Na dzień dobry kaczka udająca bociana. |
![]() |
| Kolejny dzień nad jeziorem. Chłodny poranek, idealny na kąpiel w spokojnej wodzie. |
![]() |
| Rejs katamaranem do Doliny Rospudy. Warto było walczyć o budowę obwodnicy Augustowa w innym miejscu niż to. |
![]() |
| Ostatni zajazd na Litwie... yyy przepraszam, jeszcze w Polsce. Takim wieczorem pożegnał mnie kraj. Za tym już się tęskni. |
![]() |
| Po drodze spotkaliśmy samochód kolarskiej drużyny CCC Sprandi Polkowice. Trzeba przyznać, że zobaczenie jakiegokolwiek akcentu podczas zagranicznej podróży potrafi dodać otuchy. |
![]() |
| Łotewska plaża, bardzo podobna do tych w Polsce. Tylko ludzi mniej, ale to zapewne z powodu znacznego oddalenia od jakiejkolwiek miejscowości. |
Estonia zaś wprowadziła zupełnie inną atmosferę. Rozległe pola ustąpiły miejsca nieprzeniknionym lasom. Drogi stały się jeszcze lepsze i szybsze, zaś ruch zmalał. Mniej więcej tak mógłbym sobie wyobrażać Finlandię, ale nie okolice Tallina. Z drugiej strony Estonii zupełnie sobie wcześniej nie wyobrażałem. Ogólnie rzecz biorąc cała ta trójka z tego dnia była zupełną nowością, dotychczas nieodkrytą i niedocenioną. Gdy już dojechaliśmy do Tallina, uwagę zwrócił rozmiar tego miasta, jak i niespotykana architektura.
Dopiero stare miasto potwierdziło, że Tallin rzeczywiście można nazwać Pragą Północy (nie mylić z Pragą Północ). Przynajmniej mi tak się kojarzyły te budynki i ogólna atmosfera. Miłym zaskoczeniem była również polska ambasada umiejscowiona w samym centrum starówki.
Wieczorem, o 22:30, czekała na nas podróż promem do Helsinek i odrobina snu. Wszystko dzięki temu, że Tallink Silja Line oferuje bilety z noclegiem na jedynie 2 godzinnej trasie. Pasażerowie zostający na noc mogą najzwyczajniej w świecie opuścić prom o godzinie 6 rano, zamiast zrywać się tuż po północy. Tak też zrobiliśmy i o poranku wyruszyliśmy na najtrudniejszy odcinek naszej podróży. Czekało na nas prawie 1200 km po drogach Finlandii, o których wiele ciekawego można usłyszeć z różnych źródeł. Łosie, renifery i inne zwierzęta na drodze to tam podobno normalność. Początkowo w to nie wierzyłem, zwłaszcza, że nic się nie działo podczas dość monotonnej i pustej pierwszej części naszej drogi.
Po drodze zatrzymaliśmy się w bardzo ważnym miejscu. Przekraczając granicę koła podbiegunowego trzeba koniecznie wstąpić do Rovaniemi. Tylko tam, w wiosce najprawdziwszego Świętego Mikołaja, można zobaczyć tę granicę fizycznie, o czym informują stosowne znaki. Natomiast sam dom Mikołaja robi ogromne wrażenie. Można wejść do środka i poczuć klimat Świąt Bożego Narodzenia nawet w lecie, gdy słońce nie zachodzi za horyzont. Z głośników lecą kolędy, zaś w sklepie z pamiątkami można kupić pocztówki z wizerunkiem Świętego. Za dodatkową opłatą istnieje również możliwość wysłania takiej pocztówki do bliskiej osoby ze specjalnym stemplem pocztowym z koła podbiegunowego. Wrzucając kartkę do odpowiedniej skrzynki ma się gwarancję, że list dotrze do adresata na najbliższe Święta Bożego Narodzenia. Dobrze wymyślone, prawda? Oczywiście konieczne jest złożenie wizyty u samego Mikołaja, która jest darmowa. W trakcie rozmowy z Mikołajem, który mówi w wielu językach, robione jest nam pamiątkowe zdjęcie, które później można zakupić od elfów za 30 EUR. Takiej pamiątki nie sposób sobie odmówić.
Z Rovaniemi do granicy fińsko- norweskiej, w której pobliżu czekał na nas nocleg, pozostało nam ponad 300 km, które w dodatku musieliśmy pokonać po mniej uczęszczanych drogach. Wtedy właśnie poznałem, co to znaczy podróżować po Finlandii. Jechaliśmy przez zupełne pustkowia, mijając pojedyncze domy. Gdzieniegdzie pojawiały się skrzyżowania z szutrowymi drogami, które wcale nie prowadziły donikąd. Widocznie dla Finów taka droga jest tym samym, czym dla nas wojewódzka, przykładowo pomiędzy Karpaczem a Piechowicami. W takich okolicznościach przyrody można szybko zrozumieć, skąd bierze się fenomen fińskich kierowców rajdowych. Poza wspomnianymi szutrami, spotkaliśmy wreszcie również renifery. Miejscowi kierowcy omijali je tak, jak my omijamy starszego pijaczynę jadącego rowerem do sklepu w jakiejś polskiej wsi. Jednym słowem dla nich jest to rzeczywiście normalność. A warto pamiętać, że za ewentualne uszkodzenie lub tym bardziej zabicie renifera na drodze trzeba zapłacić ogromną karę na rzecz mieszkańców Laponii.
Gdy dotarliśmy na miejsce, a było to około godziny 23, naszym oczom ukazał się prawdziwy obraz Północy, jaki zapewne widzi każdy człowiek, który nigdy tam nie był. Niebo jasne jak karnacja Johannesa Bø, jeden sklep dosłownie ze wszystkim co tylko można kupić, do tego stacja benzynowa, restauracja i recepcja w jednym. Klucz do drewnianego domku czekał na nas w specjalnej skrzynce dla gości przybywających po zamknięciu tego wielofunkcyjnego przybytku, czyli po 20. Po takim wysiłku psychicznym i fizycznym oraz emocjach, jakich doświadczyliśmy na przestrzeni 1200 km aż chciałoby się wskoczyć w wygodne łóżko. Niestety nadal nie mieliśmy łatwego życia. Stary, drewniany domek z twardymi pryczami nie był tym, co można było sobie wymarzyć. W dodatku wszędzie aż roiło się od komarów, których było chyba więcej niż w całych Bieszczadach. Pakiet survivalowy został uzupełniony jeszcze o wspomnianą białą noc i można było poczuć prawdziwą Arktykę. Mimo wielkiego zmęczenia, sen nie chciał przyjść, jakby organizm buntował się przeciwko wiecznemu dniu.
Ostatniego dnia mieliśmy do pokonania jedynie około 200 km, z czego znaczną większość po drogach Norwegii. Nie ukrywam, że bardzo cieszyłem się na opuszczenie Finlandii, która dość mocno nas wszystkich zmęczyła. W miarę zbliżania się do Alty, widoki na naszej trasie stawały się coraz piękniejsze i nieprawdopodobne.
W mieście szybko odebrałem klucze od mojego pokoju w jednym z akademików, po czym ruszyłem na krótkie rozpoznanie. Alta jest naprawdę ciekawa, łącząc jednocześnie skaliste płaskowyże i morskie wybrzeże. Poza tym miasto wygląda na dość nowe, może nawet trochę sztuczne. Nad morzem spotkamy domy miejscowych, zaś nieco dalej, obok kościoła, mieści się centrum ze sklepami, restauracjami, hotelami i basenem. Po drugiej stronie natomiast rozpoczyna się część akademicka. Na początek mieszkania studentów, później uniwersytet UiT. Właściwie to tu będzie się koncentrować moje najbliższe życie. Mam nadzieję, że później będę bywał jeszcze dalej, czyli na stadionie Kaiskuru ze świetnej jakości trasami biegowymi.
Na zdjęciach widać nie tylko piękne położenie Alty, ale również pogodę, jaka obecnie tu panuje. W chwili, gdy piszę ten post, jest cały czas tak samo. Wieje dość nieprzyjemny wiatr, kilka razy padał deszcz, a temperatura nie przekracza nawet 16 stopni. To duży kontrast w porównaniu do polskich upałów, być może nawet za duży. Wszystko powinno wyglądać ładniej, gdy nastanie zima, a na niebie zaczną pojawiać się zorze polarne. Być może wtedy magia tego miejsca ukaże się na dobre. Póki co, staram się obserwować wszystko dokładnie, w końcu to moja pierwsza wizyta w Norwegii i od razu na studia, stąd może być to lekki szok. Zwłaszcza dla kogoś, kto wyobrażał sobie Północ jako raj wypełniony po brzegi sympatykami narciarstwa biegowego, gdzie każdy wie, kto to jest Finn Hågen Krogh. Tymczasem wcale nie musi to tak wyglądać. Trochę to smutne niczym tutejsza pogoda i jednocześnie prawdziwe, że taka podróż i doświadczenie niewątpliwe rozwija, ale i potrafi nauczyć człowieka spoglądać zupełnie w inny sposób na miejsce, z którego pochodzi. Po pewnym czasie zaczyna brakować nawet tych najbardziej znajomych miejsc, a obcość potrafi przytłoczyć, zwłaszcza, gdy stawia się jej czoła w pojedynkę. Tym samym potwierdzę moje słowa ze wcześniejszego wpisu na profilu facebookowym: wszystkie odwiedzone kraje czymś zapiszą się w mojej pamięci i czymś mnie zaskoczyły. Żadne jednak nie zastąpią Polski i nie zaczną od tak stanowić mojego drugiego domu. To zbyt trudne przełamać barierę nie tylko językową, ale również kulturową i mentalną. Być może wcześniej nie zdawałem sobie z tego spawy, narzekając czasem na błahostki w kraju, ale faktycznie ta "południowość" gdzieś się we mnie kryje i nie da się jej wyzbyć tak łatwo, jak mogło się wydawać. Co innego znaczy fascynacja Arktyką, a co innego życie tam, dlatego podjęte przeze mnie wyzwanie jest jeszcze trudniejsze, niż się spodziewałem. Tak, czy inaczej słowa dotrzymam i spróbuję zaznać północnego życia w całości. W przeciwnym razie zamilknę na wieki...
Jeżeli chcecie zobaczyć więcej zdjęć, zapraszam pod następujące adresy: dzień 1, dzień 2, dzień 3, dzień 4, dzień 5.
![]() |
| Na przykład takie połączenie. Nowoczesny szklany wieżowiec, obok którego znajduje się klimatyczny drewniany dom. |
Wieczorem, o 22:30, czekała na nas podróż promem do Helsinek i odrobina snu. Wszystko dzięki temu, że Tallink Silja Line oferuje bilety z noclegiem na jedynie 2 godzinnej trasie. Pasażerowie zostający na noc mogą najzwyczajniej w świecie opuścić prom o godzinie 6 rano, zamiast zrywać się tuż po północy. Tak też zrobiliśmy i o poranku wyruszyliśmy na najtrudniejszy odcinek naszej podróży. Czekało na nas prawie 1200 km po drogach Finlandii, o których wiele ciekawego można usłyszeć z różnych źródeł. Łosie, renifery i inne zwierzęta na drodze to tam podobno normalność. Początkowo w to nie wierzyłem, zwłaszcza, że nic się nie działo podczas dość monotonnej i pustej pierwszej części naszej drogi.
![]() |
| Wschód słońca nad portem w Helsinkach. Jak się okazało, był to ostatni wschód słońca, który widziałem. Następny będzie za kilka tygodni. |
![]() |
| Puste drogi, ograniczenie do 100 km/h. Nic tylko jechać przed siebie. |
![]() |
| Początkowo nie brałem tego znaku zupełnie poważnie. W końcu u nas też ostrzegają o jeleniach i sarnach. |
![]() |
| Równoleżnik oznaczający koło podbiegunowe. Stąd do Alty mam jakieś 500 km na Północ. |
![]() |
| Rzut oka na linię wyznaczającą magiczny równoleżnik. |
![]() |
| "Santa is here". Właśnie w tym domu na nowo stajesz się dzieckiem chcącym poznać najprawdziwszego Świętego Mikołaja. |
![]() |
| W takiej sytuacji nie wiadomo właściwie co zrobić. Pozostaje tylko poczekać, aż któryś z członków stada ustąpi miejsca. |
![]() |
| Właśnie tak blisko samochodu spacerują sobie renifery. |
![]() |
| Na naszej drodze mijaliśmy również Levi- miejsce znane ze swojej trasy slalomowej Levi Black, na której co sezon organizowane są zawody PŚ w narciarstwie alpejskim. |
![]() |
| Tuż przed godziną 24. Tylko dość słaby parametr wskazywał na to, że jednak mamy noc. |
W mieście szybko odebrałem klucze od mojego pokoju w jednym z akademików, po czym ruszyłem na krótkie rozpoznanie. Alta jest naprawdę ciekawa, łącząc jednocześnie skaliste płaskowyże i morskie wybrzeże. Poza tym miasto wygląda na dość nowe, może nawet trochę sztuczne. Nad morzem spotkamy domy miejscowych, zaś nieco dalej, obok kościoła, mieści się centrum ze sklepami, restauracjami, hotelami i basenem. Po drugiej stronie natomiast rozpoczyna się część akademicka. Na początek mieszkania studentów, później uniwersytet UiT. Właściwie to tu będzie się koncentrować moje najbliższe życie. Mam nadzieję, że później będę bywał jeszcze dalej, czyli na stadionie Kaiskuru ze świetnej jakości trasami biegowymi.
![]() |
| Widok na kościół w centrum miasta, idąc od strony części akademickiej. |
![]() |
| Widok na część wybrzeża. Mieszkający tu Norwegowie mają zapewnione najlepsze widoki w mieście. |
| Dwa osiem trzy cztery, a będzie drugie tyle... |
| ...bo trzeba jeszcze wrócić. W każdym razie ja już mogę powiedzieć, że dał radę. |
Wyjeżdżam, by...
"Po raz kolejny wyjeżdżam, bo nie ma dla mnie w kraju,
wolnego miejsca częściej niż w tramwaju"I choć na szczęście przywołany tekst nie pasuje do mnie w stu procentach, to wyjazd do Alty staje się faktem. Tak, jak skończył się Tour de France, tak kończą się moje długie wakacje. Wyjeżdżam "wycieniowany" niemal jak Chris Froome. Ciekawe, czy w podobnym stanie wrócę. Choć Norwegii się nie boję, to muszę być przygotowany na wszystko, stąd tak trudno jest ten ogrom ogarnąć. A o tym, że nie warto się obawiać studiowania tak daleko świadczy na przykład fakt, że na początku semestru studenci zagraniczni nie będą mieli żadnych zajęć tylko specjalne trzy dni zapoznawcze z uniwersytetem, jego działaniem, zasadami oraz życiem i rozrywką w mieście. Nikt nie będzie zostawiony samemu sobie. Dzięki temu dużo łatwiej będzie się zaaklimatyzować przybyszom z różnych stron świata. W końcu nie każdy jest mną- człowiekiem, który Północ ma wpisaną do głowy.
Czego się boję? Właściwie chyba tylko "syndromu emigranta", o którym poniekąd mówi Czesław Mozil w swojej Księdze Emigrantów. On powoduje, że nagle nawet to, co mnie w Polsce denerwowało, stanie się słodkim wspomnieniem dalekiej ojczyzny. Niewiele brakuje, żebym do NFZ wysłał kartkę z pozdrowieniami i wyrażoną nadzieją na rychłe spotkanie z panią urzędniczką. Widać więc, że to poważna sprawa i zbytnio też nie wiem, jak z tym walczyć. Może, gdy na miejscu będzie rzeczywiście tak wspaniale, to w sekundę zapomnę o "tych pagórkach leśnych, łąkach zielonych (...), gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała". No i proszę, już zza pleców wychodzi Mickiewicz i pyta: "a gdzie to się wybieramy?". A z wieszczem nie wygrasz. Widocznie tak po prostu jest, kiedy wszystko wokół, nawet tak dobrze znane, zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, gdy widzi się to po raz ostatni. A jeśli nie do końca ostatni, to na pewno prędko nie zobaczę terenów, w których przyszło mi się obracać przez ostatnie miesiące.
Z syndromem, czy bez, wyjeżdżam. Na miejscu oczywiście postaram się nie zapomnieć o pisaniu. W najgorszym wypadku zmieni się nieco forma, pojawi się więcej zdjęć (wreszcie) i mniej tekstu, a może nawet jakieś filmy. Postaram się zabrać Was choć w części na Północ. A może to Wy zabierzecie mnie czasem na Południe. W końcu na razie tylko "wyjeżdżam, by wrócić", prawda?
Śladem Złombolu na studia
Dziś będzie krótko, ale lepsze to, niż nic. Żarty się skończyły. Już niespełna dwa tygodnie pozostały do wyjazdu na Północ, stąd zaczyna brakować czasu na pisanie przy natłoku innych spraw. Wszystko dopięte na ostatni guzik, formalności załatwione, podróż zaplanowana. I to właśnie o ostatnim z wymienionych elementów chciałbym dziś opowiedzieć. Postanowiłem bowiem utrudnić sobie sprawę, wybierając podróż samochodem zamiast, wydawać by się mogło, oczywistego samolotu. Ale za to jaka to będzie podróż! Prawie 2800 km, przez całą Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Co nakłoniło mnie do ułożenia takiego planu? Spieszę z odpowiedzią.
Na pewno powodem nie jest brak lotniska w Alcie. Docierają tam regularne loty pasażerskie na przykład z Oslo. Mógłbym więc wybrać opcję z przesiadką w stolicy. Zapewne tak będę podróżował przy następnej okazji. Nie ukrywam jednak, że nawet tak szybka opcja niesie ze sobą pewne niedogodności. Jedną z nich jest bagaż, a właściwie jego waga. Z tym wszystkim, co planuję zabrać na Północ, musiałbym kilkukrotnie dopłacić za nadbagaż, o ile w ogóle jest to możliwe. A nawet jeśli waga nie stanowiłaby problemu dla linii lotniczych, to i tak musiałbym się sporo nadźwigać w drodze "na" i "z" lotniska. Jadąc samochodem z pewnością zyskam na wygodzie, nie mówiąc już o możliwości trafienia pod same drzwi uniwersytetu. I co najważniejsze, z samolotu nie zobaczę tych wszystkich pięknych widoków, które z pewnością pojawią się na mojej długiej trasie. Więc skoro już sobie wyjaśniliśmy, że jestem całkiem normalny, a mój wybór został dokonany w pełni świadomie, może opowiem coś o samej podróży.
Tak więc już drugiego sierpnia wyruszę zapakowanym niemal do granic możliwości SadurMobilem (na zdjęciu powyżej), kierując się na Mazury. Nie będę oczywiście sam, bo po pierwsze nigdy nie działam sam, a po drugie nie wyobrażam sobie jazdy na dystansie 2800 km bez asysty drugiego kierowcy. Zresztą, jak już jechać samochodem, to przy okazji można pokazać rodzicom, gdzie będę się uczył i mieszkał. Być może jest to jedna z niewielu takich sposobności. Wracając do trasy, to po pokonaniu pierwszych 700 km z kawałkiem będziemy mieli pierwszy solidny postój. Nie można zmarnować okazji na zwiedzenie okolic Augustowa, dlatego zostaniemy tam jeszcze jeden dzień. Dopiero 4.08 przyjdzie czas na opuszczenie Polski i udanie się do stolicy Estonii. Z Tallina do Helsinek przepłyniemy promem, na którym mamy też zapewniony nocleg. Tym samym kolejne 700 km będzie za nami. Następny dłuuuugi dzień będzie przeznaczony na pokonanie prawie całej Finlandii z Południa na Północ (choć znam takich, co całą Finlandię w pół godziny robią ;)). Tam czeka na nas prawie 1200 km jazdy po zupełnie nieznajomych, ale jakże pięknych drogach. Mam nadzieję, że również pustych i spokojnych, żeby możliwie najwięcej czerpać z widoków Laponii, ale również trafić na czas do następnego postoju. Miejscem finałowego odpoczynku przed przyjazdem do Alty będzie mała osada Leppäjärvi, a dokładnie domek letniskowy nieopodal jeziora. Następnego dnia (6.08), po pokonaniu 200 km będę już w Alcie, gdzie wprowadzę się do akademiku i zacznę życie na Północy. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, bez żadnych nieprzewidzianych okoliczności.
Jest jeszcze coś, na co powinienem uważać oprócz łosi na drogach Finlandii? Na pewno warto przed takim wyjazdem sprawdzić, jakie są przepisy ruchu drogowego w mijanych państwach. Ponadto koniecznie trzeba zapoznać się z zasadami wjazdu do Norwegii, konkretnie chodzi o rzeczy, które możemy wwieźć do tego kraju oraz w jakich ilościach. Takie informacje można zawsze znaleźć w internetach, na przykład tu. Później nie pozostanie już nic innego, jak spakować walizki, naładować baterię w aparacie i ruszyć w epicką podróż rodem z dawnego Top Gear. Swoją drogą niemal identyczną trasą jechał w 2013 roku charytatywny rajd Złombol, o którym polecam poczytać tu. To właśnie ta impreza zainspirowała mnie do podjęcia tematu wyjazdu samochodem na studia. Skoro wtedy nie udało się dołączyć do jednej z załóg, czemu nie spróbować zrobić tego samemu właśnie teraz? Na pewno warto realizować swoje zamierzenia, niezależnie od upływu czasu. Oczywiście z całej podróży przywiozę mnóstwo zdjęć, które opublikuję jak najszybciej w odpowiednim poście na blogu.
Na pewno powodem nie jest brak lotniska w Alcie. Docierają tam regularne loty pasażerskie na przykład z Oslo. Mógłbym więc wybrać opcję z przesiadką w stolicy. Zapewne tak będę podróżował przy następnej okazji. Nie ukrywam jednak, że nawet tak szybka opcja niesie ze sobą pewne niedogodności. Jedną z nich jest bagaż, a właściwie jego waga. Z tym wszystkim, co planuję zabrać na Północ, musiałbym kilkukrotnie dopłacić za nadbagaż, o ile w ogóle jest to możliwe. A nawet jeśli waga nie stanowiłaby problemu dla linii lotniczych, to i tak musiałbym się sporo nadźwigać w drodze "na" i "z" lotniska. Jadąc samochodem z pewnością zyskam na wygodzie, nie mówiąc już o możliwości trafienia pod same drzwi uniwersytetu. I co najważniejsze, z samolotu nie zobaczę tych wszystkich pięknych widoków, które z pewnością pojawią się na mojej długiej trasie. Więc skoro już sobie wyjaśniliśmy, że jestem całkiem normalny, a mój wybór został dokonany w pełni świadomie, może opowiem coś o samej podróży.
Tak więc już drugiego sierpnia wyruszę zapakowanym niemal do granic możliwości SadurMobilem (na zdjęciu powyżej), kierując się na Mazury. Nie będę oczywiście sam, bo po pierwsze nigdy nie działam sam, a po drugie nie wyobrażam sobie jazdy na dystansie 2800 km bez asysty drugiego kierowcy. Zresztą, jak już jechać samochodem, to przy okazji można pokazać rodzicom, gdzie będę się uczył i mieszkał. Być może jest to jedna z niewielu takich sposobności. Wracając do trasy, to po pokonaniu pierwszych 700 km z kawałkiem będziemy mieli pierwszy solidny postój. Nie można zmarnować okazji na zwiedzenie okolic Augustowa, dlatego zostaniemy tam jeszcze jeden dzień. Dopiero 4.08 przyjdzie czas na opuszczenie Polski i udanie się do stolicy Estonii. Z Tallina do Helsinek przepłyniemy promem, na którym mamy też zapewniony nocleg. Tym samym kolejne 700 km będzie za nami. Następny dłuuuugi dzień będzie przeznaczony na pokonanie prawie całej Finlandii z Południa na Północ (choć znam takich, co całą Finlandię w pół godziny robią ;)). Tam czeka na nas prawie 1200 km jazdy po zupełnie nieznajomych, ale jakże pięknych drogach. Mam nadzieję, że również pustych i spokojnych, żeby możliwie najwięcej czerpać z widoków Laponii, ale również trafić na czas do następnego postoju. Miejscem finałowego odpoczynku przed przyjazdem do Alty będzie mała osada Leppäjärvi, a dokładnie domek letniskowy nieopodal jeziora. Następnego dnia (6.08), po pokonaniu 200 km będę już w Alcie, gdzie wprowadzę się do akademiku i zacznę życie na Północy. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, bez żadnych nieprzewidzianych okoliczności.
Jest jeszcze coś, na co powinienem uważać oprócz łosi na drogach Finlandii? Na pewno warto przed takim wyjazdem sprawdzić, jakie są przepisy ruchu drogowego w mijanych państwach. Ponadto koniecznie trzeba zapoznać się z zasadami wjazdu do Norwegii, konkretnie chodzi o rzeczy, które możemy wwieźć do tego kraju oraz w jakich ilościach. Takie informacje można zawsze znaleźć w internetach, na przykład tu. Później nie pozostanie już nic innego, jak spakować walizki, naładować baterię w aparacie i ruszyć w epicką podróż rodem z dawnego Top Gear. Swoją drogą niemal identyczną trasą jechał w 2013 roku charytatywny rajd Złombol, o którym polecam poczytać tu. To właśnie ta impreza zainspirowała mnie do podjęcia tematu wyjazdu samochodem na studia. Skoro wtedy nie udało się dołączyć do jednej z załóg, czemu nie spróbować zrobić tego samemu właśnie teraz? Na pewno warto realizować swoje zamierzenia, niezależnie od upływu czasu. Oczywiście z całej podróży przywiozę mnóstwo zdjęć, które opublikuję jak najszybciej w odpowiednim poście na blogu.
Transatlantyckie problemy Norwegów
Zostawmy już z tyłu przepychanki z służbą zdrowia i zajmijmy się czymś znacznie przyjemniejszym, czyli biathlonem. Aż dziwne, że tak dawno nie było tu tego tematu. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie podać te wszystkie inne rzeczy, którymi trzeba się zająć przed wyjazdem. Do tego jeszcze dokładam jakieś treningi, wykorzystanie ostatnich dni w Polsce i mamy receptę na zastój twórczy ("twórczy"- artysta się znalazł). Zatem nic dziwnego, że pewne informacje z biathlonowego świata przetwarzam nieco później, niż zwykle. Jedną z ważniejszych w ostatnim czasie, obok mononukleozy Daryi Domrachevej, jest niezadowolenie Norwegów z kalendarza przyszłego sezonu biathlonowego Pucharu Świata. Co tak bardzo im nie pasuje? Zobaczmy.
Chodzi o rozegranie w lutym zawodów pucharowych w Ameryce Północnej, dokładniej w Canmore i Presque Isle. Wybór pierwszej lokalizacji jest pewnie rezultatem udanej wizyty Pucharu IBU w minionym sezonie, zaś druga pojawiała się już dawniej w kalendarzu PŚ, ostatnio w 2011 roku. Emil Hegle Svendsen i Tarjei Bø najgłośniej krytykują pomysł dalekiej podróży na zawody poprzedzające przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Oslo. Według nich, może to zakłócić przygotowania do tej imprezy, szczególnie ważnej dla reprezentantów Norwegii. Ich trener- Egil Gjelland zaproponował nawet Międzynarodowej Unii Biathlonowej przesunięcie północnoamerykańskich zmagań na początek sezonu, zamieniając je tym samym z Oestersund i Hochfilzen. Istnieje jednak zbyt duża obawa, że o tej porze nie będzie dostatecznej ilości śniegu w tamtych rejonach, czego nie można powiedzieć o solidnych miejscach w Szwecji i Austrii. Poza tym, jak dobrze argumentuje prezes IBU Anders Besseberg, przy rosnącej liczbie dobrych zawodników z Kanady i USA, wypada chociaż raz na jakiś czas odwiedzić ich domowe trasy. W zupełności się z nim zgadzam.
A ja skupił bym się na czymś innym. Co roku mamy tę samą sytuację, że zawodnik X mówi sobie: "W tym sezonie liczą się dla mnie tylko Mistrzostwa Świata, podporządkuję swoje przygotowania pod te zawody". Odpuszcza tym samym kilka startów, tracąc punkty do takiego Martina Fourcade, dzięki czemu Francuz zapewnia sobie dużą kryształową kulę już na początku lutego. Zdaję sobie sprawę, że niemal niemożliwe jest utrzymanie jednakowo dobrej formy przez cały sezon, jednak ogromnie denerwuje mnie fakt, że przez to cierpią regularne etapy Pucharu Świata. Poza tym, każdy zawodnik może sobie tak założyć i zazwyczaj nic z tego nie wyniknie, bo nagle okazuje się, że wszyscy celowali w medale MŚ. Czy są rozwiązania tego problemu? Rozsądne wydaje się organizowanie imprez mistrzowskich co dwa lata, tak jak to ma miejsce choćby w biegach narciarskich. Wtedy byłaby też możliwość odpowiedniego dostrojenia kalendarza, żeby na przykład tak dalekie podróże trafiały się w "pustym" sezonie. Innym wyjściem, trochę podpatrzonym w kolarstwie przez Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego, jest przesunięcie Mistrzostw Świata na sam koniec każdego sezonu. Wówczas może inaczej byłyby ustawiane przygotowania. Trudno tylko przewidzieć, jakie są szanse na idealne warunki pogodowe w środku marca w miejscach innych od Syberii. Chociaż jak tak ostatnio patrzę, to nie mogę się nadziwić, że piękniejszą zimę mamy w kwietniu, niż w grudniu. To wszystko jest dość ryzykowne i raczej nie do spełnienia w najbliższych latach. Norwegom pozostaje chyba tylko zacisnąć zęby i opracować odpowiedni plan przygotowań do domowej imprezy, najlepiej biorąc pod uwagę starty za oceanem. Rozumiem, jak ważne dla nich będą medale zdobyte na Holmenkollen. Podobnie jest z Rosjanami i Mistrzostwami Europy w Tyumieni. Najlepsi zawodnicy z tego kraju mogą nawet nie wystartować w Oslo, chcąc w pełni zabłysnąć na własnym podwórku. A może tu chodzi o obawę przed słabymi rezultatami, które ostatnio dręczą rosyjską kadrę? Może dla nich najbardziej liczy się zdobycie jakichkolwiek medali, a to właśnie na ME będzie o nie najłatwiej? Tego chyba nie da się wytłumaczyć i zrozumieć.
Chodzi o rozegranie w lutym zawodów pucharowych w Ameryce Północnej, dokładniej w Canmore i Presque Isle. Wybór pierwszej lokalizacji jest pewnie rezultatem udanej wizyty Pucharu IBU w minionym sezonie, zaś druga pojawiała się już dawniej w kalendarzu PŚ, ostatnio w 2011 roku. Emil Hegle Svendsen i Tarjei Bø najgłośniej krytykują pomysł dalekiej podróży na zawody poprzedzające przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Oslo. Według nich, może to zakłócić przygotowania do tej imprezy, szczególnie ważnej dla reprezentantów Norwegii. Ich trener- Egil Gjelland zaproponował nawet Międzynarodowej Unii Biathlonowej przesunięcie północnoamerykańskich zmagań na początek sezonu, zamieniając je tym samym z Oestersund i Hochfilzen. Istnieje jednak zbyt duża obawa, że o tej porze nie będzie dostatecznej ilości śniegu w tamtych rejonach, czego nie można powiedzieć o solidnych miejscach w Szwecji i Austrii. Poza tym, jak dobrze argumentuje prezes IBU Anders Besseberg, przy rosnącej liczbie dobrych zawodników z Kanady i USA, wypada chociaż raz na jakiś czas odwiedzić ich domowe trasy. W zupełności się z nim zgadzam.
A ja skupił bym się na czymś innym. Co roku mamy tę samą sytuację, że zawodnik X mówi sobie: "W tym sezonie liczą się dla mnie tylko Mistrzostwa Świata, podporządkuję swoje przygotowania pod te zawody". Odpuszcza tym samym kilka startów, tracąc punkty do takiego Martina Fourcade, dzięki czemu Francuz zapewnia sobie dużą kryształową kulę już na początku lutego. Zdaję sobie sprawę, że niemal niemożliwe jest utrzymanie jednakowo dobrej formy przez cały sezon, jednak ogromnie denerwuje mnie fakt, że przez to cierpią regularne etapy Pucharu Świata. Poza tym, każdy zawodnik może sobie tak założyć i zazwyczaj nic z tego nie wyniknie, bo nagle okazuje się, że wszyscy celowali w medale MŚ. Czy są rozwiązania tego problemu? Rozsądne wydaje się organizowanie imprez mistrzowskich co dwa lata, tak jak to ma miejsce choćby w biegach narciarskich. Wtedy byłaby też możliwość odpowiedniego dostrojenia kalendarza, żeby na przykład tak dalekie podróże trafiały się w "pustym" sezonie. Innym wyjściem, trochę podpatrzonym w kolarstwie przez Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego, jest przesunięcie Mistrzostw Świata na sam koniec każdego sezonu. Wówczas może inaczej byłyby ustawiane przygotowania. Trudno tylko przewidzieć, jakie są szanse na idealne warunki pogodowe w środku marca w miejscach innych od Syberii. Chociaż jak tak ostatnio patrzę, to nie mogę się nadziwić, że piękniejszą zimę mamy w kwietniu, niż w grudniu. To wszystko jest dość ryzykowne i raczej nie do spełnienia w najbliższych latach. Norwegom pozostaje chyba tylko zacisnąć zęby i opracować odpowiedni plan przygotowań do domowej imprezy, najlepiej biorąc pod uwagę starty za oceanem. Rozumiem, jak ważne dla nich będą medale zdobyte na Holmenkollen. Podobnie jest z Rosjanami i Mistrzostwami Europy w Tyumieni. Najlepsi zawodnicy z tego kraju mogą nawet nie wystartować w Oslo, chcąc w pełni zabłysnąć na własnym podwórku. A może tu chodzi o obawę przed słabymi rezultatami, które ostatnio dręczą rosyjską kadrę? Może dla nich najbardziej liczy się zdobycie jakichkolwiek medali, a to właśnie na ME będzie o nie najłatwiej? Tego chyba nie da się wytłumaczyć i zrozumieć.
Tragikomedia po enefzetowsku
Do wyjazdu na studia zostało nieco ponad miesiąc. Wydawać by się mogło, że wszystko już załatwione, podróż zaplanowana i to nie byle jaka, bo do Alty będzie mi dane pojechać samochodem, przez piękną Finlandię, Estonię, Łotwę i Litwę. Ze strony uczelni też już wszystko jest gotowe, o czym pisałem w poprzednich postach na temat studiów za granicą. Pozostaje jednak jeden problem, który niby nie powinien sprawiać trudności, a jednak nie pozwala na odetchnięcie z ulgą. Jak można by się spodziewać, rzeczony problem leży po stronie polskiej, a konkretnie tam, gdzie praktycznie nic nikomu nie udaje się załatwić, czyli w NFZ. Tak, moi drodzy, również mi przyszło się zmierzyć z tą instytucją, w której nawet zegarom odechciewa się działać. A wszystko przez ubezpieczenie, konieczne podczas pobytu za granicą, w postaci Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego. Jak ją dostać? Albo raczej: jak jej nie dostać? Zapraszam do przeczytania historii o świecie prawdziwej paranoi, do którego trafiałem w każdej z kilku wizyt w placówce NFZ.
Wizyta pierwsza, przychodzę sobie niczego nieświadomy, sądząc, że wszystko uda się załatwić szybko i bezboleśnie. Działo się to wtedy, gdy jeszcze nie otrzymałem nawet listu przyjęcia od uczelni. Wchodzę więc do prawie pustego budynku (aż dziwne, że nie było gigantycznych kolejek), zaraz później w jednym z pokoi siadam na przeciw urzędniczki. Zawiązuje się dialog:
Tym samym polskie realia przypomniały, jak bardzo można nienawidzić swojego kraju. Wpadłem jednak na pomysł: skoro oni tak, to ja pójdę w zaparte, że mam zaświadczenie, a nie będę męczył uczelni kolejnymi prośbami. Tak więc czwarta wizyta. Znów wszystko to samo, ale tym razem z premedytacją staram się trafić na najmniej mi znaną panią urzędnik (tą z pierwszej wizyty).
W międzyczasie zdążyłem się jeszcze pozbyć wątpliwości co do tego, czy będę kiedyś się starał o uzyskanie norweskiego obywatelstwa. Jeżeli za każdym razem mam przechodzić przez podobny zestaw atrakcji z polskiej strony, wybór jest jednoznaczny. Nie poddaję się jednak tak łatwo i idę na piątą wizytę. Tym razem zabieram jednak ze sobą zestaw małego islamskiego zamachowca, czyli kamizelkę z dynamitem schowaną pod koszulką. Ludzi w kolejce mnóstwo, na szczęście wszyscy po EKUZ turystyczny, więc idzie szybko, bez żadnych problemów podobnych do moich. Chwilę później jestem w pokoju, wręczam dokumenty, nie mam żadnych nowych, po prostu liczę na szczęście, bo chyba tylko to mi pozostało.
Wizyta pierwsza, przychodzę sobie niczego nieświadomy, sądząc, że wszystko uda się załatwić szybko i bezboleśnie. Działo się to wtedy, gdy jeszcze nie otrzymałem nawet listu przyjęcia od uczelni. Wchodzę więc do prawie pustego budynku (aż dziwne, że nie było gigantycznych kolejek), zaraz później w jednym z pokoi siadam na przeciw urzędniczki. Zawiązuje się dialog:
Ja: Dzień dobry, chciałbym złożyć wniosek o wydanie EKUZ.
Pani: Formularz proszsz...
Wręczam wniosek.
P: A ma pan potwierdzenie z uczelni?
J: Jeszcze nie.
P: To proszę przyjść, jak będzie.No głupi ja, jak śpiewa Ørganek. Nie mam jeszcze dokumentów, a się pospieszyłem ze składaniem wniosku. Następna wizyta była już po tym, jak otrzymałem list przyjęcia. Znów ten sam budynek, znów zero ludzi, ten sam pokój, ale inna pani urzędnik. I znów dialog:
J: Dzień dobry (...) EKUZ.
Od razu wręczam dokumenty wszystkie jak leci, łącznie z listem przyjęcia. Pani uważnie się im przygląda.
P: Dobrze. Tutaj tylko nie ma dokładnej daty rozpoczęcia i zakończenia semestru, a karta może zostać wydana tylko na okres semestru.
J: No to jest napisane, że od sierpnia do czerwca trwa rok akademicki. To nie wystarczy?
P: Nie.Coś tu nie gra, przecież dostałem ten dokument, nawet przy ewentualności wyrabiania wizy do Norwegii (której na szczęście nie potrzebuję) byłby on honorowany jako wystarczający. Tymczasem brak dat i już źle? No dobrze, pomyślałem, głupi ja, zaraz napiszę do uczelni z prośbą o wpisanie dat. Odpowiedź na e- mail przyszła szybko, ale najwyraźniej bardzo dziwne musiało być moje zapytanie o dokładne daty, bo przysłano mi tylko link do ich strony internetowej, gdzie były one zamieszczone. W sumie to rozumiem, nawet sam mogłem to sobie wcześniej wydrukować i jest to zupełnie normalne, że nie ma na tym tysiąca podpisów i pieczątek. No więc czas na trzecią wizytę. Zaczynają się wakacje, więc tym razem ludzi jest dosyć sporo, "wreszcie" mam swoje kolejki. Po chwili czekania znów siedzę naprzeciwko pani urzędnik, znów innej od poprzedniej (bo w całej placówce pracują trzy).
J: Dzień dobry (...) EKUZ.
Dokumenty lądują na stole. Tym razem mam realną szansę na dostanie tej karty! Wygram to! Dam radę, mam wszystko!
P: Dobrze. A co to za dokument, proszę mi to przetłumaczyć.
Nope, przegrałem.
J: To jest list przyjęcia, tu jest napisane, że zostałem zaakceptowany na takim kierunku na tej uczelni.
P: No niestety to nie jest równoznaczne z byciem studentem. Pan musi przynieść legitymację albo zaświadczenie z uczelni, że jest pan studentem, a nie tylko przyjętym na studia.
J: Ahaaaa? Ale przecież tu jest wszystko napisane, kiedy co i jak, więcej dokumentów nie dostanę.
P: To niech Pan do nich napisze.Na pewno coś tu nie gra. Jak mam pokazać legitymację, skoro jestem tu, a uczelnia, która mi ją wyda, ponad 2000 km stąd? Czyli najlepiej by było, żebym przyjechał sobie z Alty tylko po to, żeby złożyć wniosek? Przecież to chore. A zaświadczenie? No jest list przyjęcia, a jego otrzymanie jest za granicą równoznaczne z byciem studentem, a nawet jeśli nie, to jak inaczej mam dostać tę kartę? Przypomnę: karta jest potrzebna, żebym w ogóle został zaprzysiężony jako student, a według NFZ muszę być zaprzysiężony, aby dostać kartę.
J: Dzień dobry (...) EKUZ.
Dokumenty, niepewność, kompletne zagubienie w oczach pani urzędnik i ja już wiem, że tej karty dzisiaj nie dostanę.
P: Musi pan to przetłumaczyć.
J: Tu jest napisane, że jestem przyjęty (...)
P(z wyrazem twarzy typu "bitch please"): Ale u tłumacza przysięgłego.
WTF, no to teraz mnie pani załatwiła, gratuluję sprytu i wykorzystania mojej nieuwagi. Zaraz wyjdę stąd znów z podkulonym ogonem nie wiedząc, że na stronie internetowej NFZ widnieje taki zapis (idiotyczna pisownia jest oryginalna): "W przypadku, gdy na podstawie wydanego przez zagraniczną uczelnię lub szkołę zaświadczenia lub legitymacji wystawionej w języku obcym, nie można jednoznacznie określić, faktu dalszego kształcenia się przez osobę, której ma być wydana karta. Oddział Wojewódzki NFZ w celu ustalenia prawa do świadczeń może żądać od wnioskującego, tłumaczenia przysięgłego dokumentu, na język polski lub angielski." A moje dokumenty są w języku angielskim. To tak trudno je rozczytać i zrozumieć? Lekko zdziwiony staram się jeszcze powalczyć o te kilkadziesiąt złotych wydane na tłumaczenie.
J: To jest po angielsku, to nie może pani przeczytać?
Teraz uwaga, najbardziej kretyńska odpowiedź świata!
P: Jesteśmy w Polsce, wie pan, ma być po polsku.
Facepalm z mojej strony i wychodzę. Wiem, że już dzisiaj nic nie załatwię.Napisałem więc do uczelni prośbę o takie zaświadczenie, jakie chce nasz wspaniały NFZ. Ciekaw jestem, jaką odpowiedź dostanę, skoro normalnie wcale takie dokumenty nie są wypisywane.
J: Dzień dobry (...) EKUZ.
Pani chyba już mnie kojarzy, bo znów nieufnym wzrokiem patrzy na kartkę.
P: Nie ma tłumaczenia dokumentów.
J: W zasadach jest napisane, że może być po angielsku lub po polsku.
P: Skoro lub, to my potrzebujemy po polsku. Nie żądałabym tego od pana, gdybym pan tego nie potrzebował.
Jaaaasne. I z tym "lub" też się pani myli, bo to jest alternatywa, czyli prawdziwość choćby jednej z wartości świadczy o prawdziwości całego zdania. Ale co pani z NFZ może wiedzieć o logice.
J: Jeżeli pani chce dokładne zaświadczenie, to można się skontaktować z uczelnią, tu jest adres e- mail i wtedy się wszystko wyjaśni. A tak to ja wydam pieniądze na tłumaczenie i się okaże, że znowu coś nie pasuje.
P: No nie wiem. My możemy się skontaktować, ale to będzie długo trwało, pewnie uczelnia da odpowiedź po miesiącu, my nie możemy tak długo czekać.
I ja też nie mogę czekać, ale to na razie tylko NFZ wszystko opóźnia. Poza tym, chciałbym zobaczyć norweską uczelnię, która odpisuje dopiero po miesiącu. Odpowiedzi na moje dotychczasowe zapytania dostawałem po kilku dniach...
J: To ja już nie wiem, o co w tym chodzi.
P: No my pana nie zmuszamy, żeby pan wyrabiał tę kartę.
J: Fajnie, ale dosyć tego.
BUM! I w tym momencie cała placówka NFZ znika z powierzchni ziemi. Przyjeżdża TVN24 i przygotowuje swój program specjalny o "wstrząsającym zamachu" w niewielkim mieście. Zaczynają się wywiady z mieszkańcami typu: "taki spokojny był, zawsze mówił dzień dobry" i poszukiwania związku treści tego bloga z ideologią państwa islamskiego. Ktoś wprowadza stan wyjątkowy, ktoś zwiększa kontrolę na granicy. A tak naprawdę nie zmienia się nic, bo zaczyna się lipiec, a ja wciąż nie mam tej karty...Na szczęście takie zakończenie się nie wydarzy, bo mamy jeszcze opcję "prywatnie" zamiast "na NFZ". A człowiek się tylko niepotrzebnie nachodzi i podenerwuje, zanim z niej skorzysta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































