Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...

Muzyka w trakcie treningu: tak, czy nie?

Zwykle o tej porze zastanawiam się, jak ułożyć plan przygotowań do następnej zimy. Tym razem jednak tego nie zrobię, bo poprzednie teksty na ten temat wystarczą, aby przy odrobinie wyczucia zbudować formę. Tak, czy inaczej zbliża się czas letnich treningów. Być może większość z Was już zaczęła wybierać się na rower lub bieganie, korzystając z lepszej pogody. A skoro trening, to warto go sobie umilić porcją dobrej muzyki, prawda? Niekoniecznie musi tak być. Ale zanim zaczniemy się o to spierać, zobaczmy, co na ten temat sądzą biathloniści. Tak się bowiem składa, że jeszcze w trakcie trwania sezonu, Jerry Kokesh zapytał gwiazdy Pucharu Świata, jakiej muzyki słuchają podczas swoich sesji. Odpowiedzi poznacie w poniższym filmie.



Po raz pierwszy chyba Was zaskoczę i przyznam, że najbardziej przemawia do mnie opinia Niemca. Arnd Peiffer twierdzi, że słuchanie muzyki podczas treningu może utrudniać nam utrzymanie właściwego tempa. Trudno jest dobrać muzykę tak, aby odpowiadała kadencji naszych ruchów w określonej sytuacji. Co prawda spotifaj przygotował podobno jakąś playlistę ze specjalnie dopasowanymi utworami pod bieganie, ale po pierwsze wcale nie muszą one odpowiadać naszym upodobaniom, a po drugie nie muszą pasować do naszego optymalnego tempa. Styl biegu, kadencja kręcenia na rowerze to najprostsze przykłady na to, że nie da się mierzyć każdego treningu jedną miarą, choć internety mówią coś na ten temat. Optymalna kadencja pedałowania powinna mieścić się w granicach 80- 100 obrotów na minutę, zaś w przypadku biegu jest to około 90 obrotów (180 kroków na minutę, jeżeli liczyć uderzenia obu stóp). Tym samym najlepsze utwory będą zbliżone tempem do tych wartości uderzeń na minutę. Załóżmy jednak, że poświęciliśmy dużo czasu na znalezienie sobie pasujących nam utworów ulubionych wykonawców, stworzyliśmy specjalną playlistę w aplikacji i ruszamy na trasę. Jeżeli ktoś preferuje spokojne bieganie po płaskich alejkach parkowych z telefonem na ramieniu, to właściwie nie musi się niczym martwić. Jeżeli jednak na trasie są trudności, takie jak zmiany profilu, możemy mieć problem. Biegnąc z góry zawsze lepiej jest zmniejszyć kadencję, wydłużając krok. Podobnie zmiana tempa będzie potrzebna, gdy napotka nas mały kryzys. Wiem, może za bardzo sceptycznie podchodzę do tego tematu, ale nigdy nie zabieram ze sobą słuchawek na trening. Zupełnie jak Kaisa Makarainen, wolę się skoncentrować na tempie, może wymyślić przy okazji następny post, a gdy przydarzą się trudności, skorzystać z zasady, którą kiedyś usłyszałem w filmie "Tour de France". Chodzi o to, aby śpiewać pod nosem jakąś znienawidzoną piosenkę w chwili największej słabości. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, ale faktycznie wtedy jakoś do głowy wpadają same beznadziejne rzeczy. Być może w pewien sposób to pomaga, nie potwierdzam, jak i nie zaprzeczam.

Druga kwestia związana z słuchaniem muzyki na treningu to bezpieczeństwo. Jest ono jeszcze ważniejsze od naszych osobistych preferencji i sam nie wiem, czemu nie przytoczyłem tego argumentu jako pierwszego. O ile podczas biegu niewiele może nas czekać, o tyle odizolowanie się od otoczenia na rowerze, a zwłaszcza na szosie, jest już nieco nieodpowiedzialne. Ja wiem, że widujemy na drodze typów w samochodach z subwooferem większym od silnika, żyjących we własnym świecie pirackiego techno, ale ich chwila nieuwagi nie zawsze musi kończyć się wizytą w szpitalu. Poza tym, rowerzysta wciąż jest w Polsce pewnego rodzaju intruzem, dlatego zawsze lepiej jest mieć wyostrzone wszystkie zmysły w walce o przetrwanie na drodze. Z drugiej strony czasem aż chce się nadać tła do treningu przy wspaniałej pogodzie i widokach jak z bajki, lub przeciwnie- uciec od szarości i nudnego krajobrazu. Po prostu we wszystkim "trzeba znać umiar". Najlepiej skupić się na czerpaniu tego, co najważniejsze w danym wysiłku, zapewnić sobie dobre towarzystwo na długie sesje, a ulubioną muzykę przygotować na odpoczynek w domu. Wtedy można mówić, że się na nią zasłużyło.

Zwalniam pana

Tytułowe zdanie można usłyszeć nawet w biegach narciarskich. Od niedawna może to potwierdzić nie kto inny, jak Anders Soedergren. Szwed zakończył karierę w Pucharze Świata zaraz po biegu na 50 km w Oslo, lecz do końca sezonu ścigał się jeszcze w biegach długodystansowych w barwach Team LeasePlan Go. Starty w podobnych zmaganiach miał pewnie w planie na przyszłą zimę. Niestety będzie musiał je zmienić lub przynajmniej poważnie przemyśleć, bo właśnie wygasł jego kontrakt z drużyną. Jak to się stało, że nie przedłużono umowy, a szef- Thomas Alsgård pożegnał go, mówiąc: "słuchaj Anders, jesteś świetnym zawodnikiem, lecz muszę Cię zwolnić"? Też mnie to zastanawia.

Świat długodystansowych biegów narciarskich wygląda nieco inaczej niż znany nam doskonale Puchar Świata. Jeszcze raz użyję swojego ulubionego porównania tego biznesu do kolarstwa, poniekąd też z racji na trwający w najlepsze sezon i sukcesy Michała Kwiatkowskiego. Tutaj występują wyłącznie prywatne zespoły, zatrudniające biegaczy na dany okres czasu. Obowiązują więc kontrakty. Nie inaczej było w przypadku Soedergrena. Team LeasePlan Go nie przedłużył najzwyczajniej w świecie umowy ze Szwedem, podobnie jak zrobiło to BBC z Clarksonem. Kogo zatem pobił Anders? Nikogo, podobnie jak nie ma znaczenia fakt, że jest Szwedem, a zespołem dowodzi Norweg, będący w dodatku wynalazcą stylu łyżwowego. Właśnie tak, mamy do czynienia z legendą, Thomasem Alsgårdem, pionierem tej wspaniałej techniki. Zostawiając jednak te wstawki, co było przyczyną bezrobocia Soedergrena? Niestety coś, czego nie da się zmienić w swoim CV. Chodzi oczywiście o wiek. Dawniej myślano, że "emeryci" z Pucharu Świata przechodzą sobie bez problemu na długie dystanse, pozostając nadal blisko ulubionej dyscypliny i, co najważniejsze, meldując się w czołówce. I rzeczywiście tak było. Najlepszym przykładem może być tu Anders Aukland. 42- letni Norweg, olimpijczyk w Salt Lake City i Turynie, obecnie właściciel Teamu Santander wygrywał klasyfikację generalną Swix Ski Classics w 2013 i 2012 roku. Na koncie ma również wiele zwycięstw w maratonach, podobnie jak jego brat Jørgen. Mógłbym wymienić jeszcze kilka innych nazwisk znanych z dawnych czasów PŚ z podobnymi osiągnięciami. Wydawać by się mogło, że i na Soedergrena przyjdzie czas w wielkich klasykach, zwłaszcza z jego imponującą historią. Dwukrotny zwycięzca pięćdziesiątki w Oslo musi jednak ustąpić miejsca w zespole na rzecz młodych, utalentowanych zawodników. Jak stwierdził Alsgård, była to trudna pod kątem emocjonalnym decyzja, lecz bardzo potrzebna dla Teamu LeasePlan Go, który zakończył sezon Ski Classics na 4. miejscu w klasyfikacji zespołowej. Jego gwiazdą niewątpliwie jest tegoroczny zwycięzca całego cyklu- Petter Eliassen.

Jednak nie wszystko jest stracone dla Andersa Soedergrena. Nadzieją może okazać się konkurencyjny Team Santander braci Aukland. W jego barwach oglądamy bardzo doświadczonych zawodników, w tym innego Szweda- Johana Olssona. Być może w przyszłym sezonie zobaczymy kolejną legendę wśród zwycięzców tegorocznej klasyfikacji zespołowej. Serdecznie mu tego życzę, tym bardziej, że do niedawna bieg długodystansowy bez ataku Soedergrena był czymś straconym. Na szczęście na znalezienie pracodawcy ma jeszcze dużo czasu, bo sezon zimowy zakończył się już w zupełności. A skoro już o tym wspomniałem, to ostatnią imprezą był bieg Skarverennet, czyli 37 km techniką dowolną na trasie z Finse do Ustaoset (Norwegia). Co ciekawe, na starcie stanęło kilka znanych nazwisk, w tym Martin Johnsrud Sundby i Marit Bjørgen. Wśród pań triumfowała Therese Johaug tuż przed Serainą Boner, zaś rywalizację mężczyzn wygrał Toni Livers również o włos przed Sundby. Warto odnotować, że dobre lokaty zajęli biathloniści- Lars Berger (28) oraz Erlend Bjøntegaard (15). A jak wyglądało takie bieganie w kwietniu? Możecie to zobaczyć w poniższym filmie.



Trzeba przyznać, że bez względu na porę, chętnych do biegania w Norwegii nie brakuje. Podobnie jest zresztą w Jakuszycach, gdzie jeszcze w niedzielę widziałem wytrwałych biegaczy i turystów, podczas gdy sam konserwowałem już narty przed letnim odpoczynkiem.

A tak było nieco ponad tydzień temu, 10 kwietnia.
Teraz mogę wreszcie z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że sezon zimowy się skończył. Nie pozostaje więc nic innego, jak odstawić narty i powoli zaczynać przygotowania do następnej zimy. Na szczęście nie zapanuje całkowita pustka, zarówno pod względem pisania, jak i zajęcia. Tymczasem jednak "zamykam laptopa, na dzisiaj koniec".

Tajemnica innego kształtu- kije Exel X- Curve

Po intensywnym i długim sezonie przyszedł czas na odpoczynek. Nie wszyscy jednak mogą z niego skorzystać. Teraz jest wręcz idealna pora na testowanie sprzętu, który wejdzie do sprzedaży następnej zimy. Poza tym, statystycy wręcz uwijają się w robocie, żeby zebrać wszystkie wyniki i wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Idąc tym tropem, zajmę się dzisiaj tematem z pogranicza tych dwóch światów. Zanurzę się w pisaniu o sprzęcie, a wszystko potwierdzę (lub nie) statystyką. Dziś poznamy tajemnicę kijów o wdzięcznej nazwie Exel X- Curve.

Po pojawieniu się na rynku wygiętych kijów od Exela świat biegów narciarskich podchodził do takiego rozwiązania bardzo sceptycznie. Sam nie byłem pewien, co o tym wszystkim myśleć, nawet gdy Ole Einar Bjørndalen, a chwilę później Darya Domracheva, zdecydowali się ich używać. Doszukiwałem się w tym jakiegoś zabiegu marketingowego, skutkiem którego egzemplarze o nowatorskim kształcie byłyby rozchwytywane przez amatorów. Tymczasem wcale tak się nie stało. Cena jest owszem wysoka, bo sięga około 330 EUR, ale to przez koszty wytworzenia. W przypadku zwyczajnych kijów wszystko sprowadza się w uproszczeniu do wycięcia odpowiedniego kawałka karbonowego pręta. Tutaj mamy do czynienia z określonym wykrzywieniem, przez co znacznie ciężej jest osiągnąć odpowiednią sztywność i wytrzymałość. To pociąga za sobą również większą masę, o czym kiedyś już pisałem.
Ole Einar Bjørndalen wraz z zakrzywionymi kijami firmy Exel.
Można sobie tak mówić bez końca o sztywności i tym podobnych rzeczach, ale każdy pewnie chciałby wiedzieć, jak tak naprawdę spisują się te kije. Świetnie się składa, bo też absolutnie nie mam pojęcia. Nie miałem okazji nigdy nawet zobaczyć ich na oczy, a co dopiero użyć. Ale od czego są ludzie, którzy znacznie lepiej znają się na sprzęcie narciarskim, niż ja i testują go na co dzień? Całkiem niedawno swoje odczucia na temat wygiętych Exeli opublikował Zach Caldwell. Według niego, najważniejszą zaletą była swoboda ruchu przy większych prędkościach. Wpływa na to fakt, że grot wbija się z śnieg znacznie bardziej z przodu, niż w przypadku zwykłych kijów. Szczególnie dotyczy to stylu łyżwowego, w którym kluczem do szczęścia jest zyskiwanie prędkości bez koniecznego zwiększania kadencji ruchów. To trochę tak, jak z jazdą na rowerze. Możesz wybrać twarde przełożenie i używać więcej siły, lub naciskać na pedały lżej, ale z większą częstotliwością. Oczywiście Exel X- Curve wcale nie czynią rąk silniejszymi, ale jedynie pozwalają na użycie pełni siły w ergonomiczny sposób. Dlatego szczególnie na płaskim terenie widoczna jest ich przewaga nad zwyczajnymi konstrukcjami. Być może właśnie z tego powodu nowość nie przyjęła się w biegach narciarskich, a jedynie w biathlonie. Tam, gdzie teren jest bardziej pofałdowany, większa masa może stać się uciążliwa, a zysk będzie praktycznie żaden. Pełną relację z testu Caldwella możecie przeczytać tu.

A co z tymi sekundami, które obiecywał urwać Ole Einar dzięki nowym kijom? Żeby to stwierdzić, potrzeba nam odpowiedniej statystyki. W gronie najszybciej biegających biathlonistów OEB znalazł się w minionym sezonie na 14. miejscu. Jego średnia prędkość wyniosła 25,73 km/h. Porównując to z poprzednim sezonem, kiedy używał tradycyjnych kijów, wychodzi nam jednak, że wówczas był nieznacznie szybszy. Skoro tak, to może Darya Domracheva się poprawiła? Minimalnie, bo była o 0,1 punktu procentowego szybsza. Inny zawodnik używający Exeli- Fredrik Lindstroem, dość znacznie się pogorszył, więc tym bardziej nie bierzemy go pod uwagę. Zapewnienia o zyskiwanych sekundach możemy więc włożyć między bajki, choć z drugiej strony trudno w statystyce ująć choćby smarowanie nart, czy ogólny poziom biegowy biathlonistów. Różnice bowiem były liczone na podstawie odchyleń od średniej prędkości statystycznego biathlonisty w PŚ. Jak ktoś chce przejrzeć całe zestawienie, polecam zaglądnąć na realbiathlon.

Większość przypuszczeń została brutalnie zrewidowana przez rzeczywistość. Najwyraźniej inżynierowie Exela mieli zamiar stworzyć kije, które przede wszystkim uczynią odbicie bardziej swobodnym i efektywnym. Chyba im się to udało, patrząc na wynik testu i wybór Bjørndalena. Idea wygiętego kształtu powróciła po programie Kraftstaven, który podchodził do problemu odwrotnie, kierując siłę na inne mięśnie. Exel jednak powinien na stałe zadomowić się na rynku ze swoją technologią, nie koniecznie go podbijając. A może będzie zupełnie inaczej? I tą sensacją kończymy, dobranoc!

Wszystkie przypadki pana F

Święta bez rodziny się nie liczą. To samo pomyślała biathlonowa rodzina, a właściwie jej gwiazdy, spotykając się w zeszły weekend w odległym rosyjskim Tyumeni. Celem pokonania tysięcy kilometrów nie było oczywiście zwyczajne spotkanie, lecz zawody- Champions' Race (oryginalnie gonka czempionow- Гонка Чемпионов, że niby umiem pisać cyrylicą). Zawody zostały w pewien sposób połączone z rozgrywanym corocznie Pucharem Gubernatora Regionu Tyumen, dlatego w dwudniowych zawodach mogliśmy zobaczyć mnóstwo osobistości. Zazwyczaj o tej porze tylko tam panują jakiekolwiek warunki zimowe. I choć tym razem podobne zawody można by było rozegrać choćby w Jakuszycach, to tradycyjnie przyszedł czas na rosyjską wiosnę biathlonową.

W sobotę, pierwszego dnia zmagań, rozegrano wspomniany już Puchar Gubernatora. Pamiętam, że już kiedyś miałem do czynienia z takimi zawodami i za każdym razem mnie one zaskakują. Zasady może i są proste jak budowa czołgu T55, ale nie sposób nie dziwić się ich funkcjonowaniu. Otóż, bieg to tak zwany mega mass start z ośmioma strzelaniami (!), dystansem odpowiednio 15 km i 20 km dla pań i panów, w którym może wystartować do 60 zawodników. Nie wymyśliłem sobie żadnej z tej rzeczy, a prima aprilis już dawno minął, tak więc gdzie jest haczyk? Strzelnica ma 60 stanowisk? Nic bardziej mylnego. Ktoś, kto to wymyślił, miał najwyraźniej więcej oleju w głowie niż wódki, co w tamtych rejonach nie jest takie oczywiste. Postaram się wytłumaczyć formułę tego ciekawego biegu. Tak więc mamy start, 60 zawodników wybiega sobie na trasę w jednym momencie, po czym wkrótce wszyscy zbliżają się do strzelnicy. I teraz następuje najlepsze: numery od 1 do 30 wykonują pierwsze strzelanie, a pozostałe biegną na drugą rundę. Po następnej pętli, pokonanej przez obie grupy, mamy wymianę, czyli 31-60 strzelają, a 1-30 biegną bez strzelania. Zgodnie z założeniem kogoś, kto to planował, po tym zabiegu wszystko wraca do "normy", czyli każde kolejne strzelanie odbywa się na końcu każdego okrążenia. Różnice czasowe są bowiem na tyle duże, że nie powinno być problemu z wyzerowaniem strzelnicy na czas, kiedy zawodnicy zajmujący dalsze miejsca przybiegną na swoją próbę. Wygląda to trochę tak, jak w biegach na dochodzenie Pucharu Świata z tym, że można zdobyć większą przewagę z racji na spory dystans. I tak mijają pierwsze cztery strzelania w postawie leżąc. Zaraz po czwartej próbie, każdy podbiega do specjalnego stanowiska, w którym ładuje cztery magazynki na strzelania w postawie stojąc. Zazwyczaj następuje również wymiana nart, czyli procedura podobna do tej, którą oglądamy w biegach narciarskich w skiathlonach i pięćdziesiątkach/trzydziestkach. 
Moment pit stopu Martina Fourcade.
Chyba nie trzeba tłumaczyć, jak przebiega dalsza część zawodów. Ogólnie rzecz biorąc, zasady w praktyce działają i chętnie obejrzałbym kiedyś taki bieg w ramach Pucharu Świata.

W zawiłościach mega mass startu nie tylko kibice mogą się zgubić. Na przykład Martin Fourcade, podczas ostatniego strzelania, wyłączył sobie w głowie licznik pudeł, przez co zamiast na karną rundę, wybiegł na ostatnie okrążenie. Na szczęście zauważył w porę swój błąd (lub też usłyszał wrzawę na trybunach) i wrócił się do ogródka Andresena. Ten błąd kosztował go jednak zwycięstwo na rzecz Antona Shipulina. Trzecie miejsce, ku uciesze zgromadzonych kibiców, zajął przedstawiciel miejscowego klubu- Evgeniy Garanichev. Poniżej szczegółowe wyniki, życzę dobrej zabawy przy rozszyfrowywaniu nazwisk.
Zgadza się, na 6. miejscu jest Ole Einar Bjørndalen. O powodzie jego przyjazdu do Tyumieni dowiecie się w dalszej części tekstu.
Wśród pań najlepsza była Darya Domracheva (i już wszyscy wiedzą, czemu przyjechał Ole Einar). Walkę z Białorusinką podjęła właściwie tylko Darya Virolaynen, dzielnie trzymając się z przodu aż do ósmego strzelania. Duża liczba karnych rund nie pozwoliła natomiast Kaisie Makarainen na odniesienie sukcesu. Finka mimo 6 karnych rund zdołała jednak zająć trzecie miejsce. Niespodziankę w postaci 8. miejsca sprawiła Svetlana Sleptsova, o której biathlonowy świat zdążył już chyba zapomnieć. Poniżej szczegółowe wyniki.

Dwie Włoszki, które przyjechały na weekend mistrzów, to Karin Oberhofer i Dorothea Wierer. W mega mass starcie zajęły odpowiednio 6. i 7. miejsce. 
W niedzielę przyszedł czas na zawody Champions' Race, które znamy z poprzednich lat z Moskwy (edycja 2013, edycja 2014). Tradycyjnie po konkursie strzeleckim odbyły się biegi masowe z dwoma strzelaniami. Wygrali ponownie: Anton Shipulin i Darya Domracheva. Na szczęście tym razem literki były normalne, więc można było wszystko wyczytać.


Po mass startach biathloniści dobrali się w pary. I tak oto, pierwszą parę stanowili państwo Bjørndalen, znaczy przepraszam- Darya Domracheva i Ole Einar Bjørndalen. Za nimi Ekatarina Yurlova z Antonem Shipulinem, Nadezhda Skardino z Martinem Fourcade i tak dalej (screen poniżej). Dodam tylko, że wcześniej na podobne imprezy jako jedyny Norweg jeździł Emil Hegle Svendsen, ale ma chyba dość tego sezonu, a i sam król biathlonu ma dodatkowy powód, aby się na nich pojawiać.

W biegu par każdy biegł po dwie zmiany, przy czym rozpoczynały panie. W tej konkurencji znowu narozrabiał Martin Fourcade. Dobiegając do strefy zmian, podciął Garanicheva, który zaś wpadł na partnerkę Francuza. Skardino upadła z impetem na śnieg, łamiąc przy tym swój karabin.
Moment zderzenia Garanicheva ze Skardino. Przez to również Karin Oberhofer miała problem z odebraniem zmiany od Rosjanina.
Skardino jakoś dobiegła do pierwszego strzelania, które jednak zupełnie odpuściła i od razu udała się na 5 karnych rund. Przed próbą w postawie stojąc Martin postąpił zgodnie z duchem fair play i pożyczył swój karabin Białorusince. Dzięki temu, jej strzelanie było w ogóle możliwe. Jakby wypadków było mało, przy wyruszaniu na ostatni odcinek, Fourcade złamał jeden z kijków. Nawet szybka wymiana nie uchroniła pary przed zajęciem ostatniego miejsca. Tyumen był zdecydowanie pechowym miejscem dla młodszego z braci Fourcade. Starszy natomiast poradził sobie całkiem nieźle, zajmując drugie miejsce w parze z Daryą Virolaynen. Ustąpili tylko świetnej i skutecznej dwójce Rosjan- Shipulin i Yurlova. Podium uzupełniła reprezentacja Słowenii w osobach Jakova Faka i Teji Gregorin.
Podium w komplecie.
Tuż za podium znalazła się para Domracheva/Bjørndalen, następnie Oberhofer/Garanichev, Vitkova/Slesingr, Wierer/Lindstroem, Makarainen/Moravec, Semerenko/Beatrix i wreszcie Skardino/Fourcade. Dobrze było zobaczyć po raz ostatni biathlonistów w akcji, zanim udadzą się na zasłużony odpoczynek. W parze z mega mass startami dało to prawdziwie królewskie zakończenie sezonu. Wszystko relacjonował w telewizji sympatyczny, olbrzymi komentator z Rosji.
Za biurkiem nie wygląda na tak dużego człowieka, ale z powodzeniem mógłby służyć za niedźwiedzia z ikony rosyjskiego sportu. 
A jak ktoś przegapił transmisje i chciałby zobaczyć biegi w Tyumeni, może je odtworzyć za pomocą poniższej playlisty.

Po raz drugi

Mamy dzisiaj 1 kwietnia- dzień znany jako prima aprilis, imieniny Celzjusza (tak, jest takie imię), rocznica uruchomienia pierwszego połączenia międzynarodowego przez PLL LOT, święto nadania praw miejskich dla Braniewa i Nagano oraz powołania Głównego Urzędu Miar. Tego dnia założono również firmę Apple, Program III Polskiego Radia, a na świat przeszedł Łukasz Szczurek. Do tych wydarzeń warto dopisać jeszcze powstanie bloga pod wcześniejszą nazwą SadurSky, którego pisanie stało się jednym z moich głównych zajęć. Mimo zmiany nazwy, wyglądu i samego autora, od początku niezmienne pozostało to, co chyba z założenia było najważniejsze. Chodzi o czerpanie radości z pisania każdego tekstu. Przy okazji zawsze staram się przekazywać coś więcej oprócz zwykłej treści. Mam nadzieję, że w ten sposób choć trochę udało mi się zainteresować Was biegami narciarskimi i biathlonem. Być może ktoś również przyjął Północny Punkt Widzenia, chcąc zostać Człowiekiem Północy.

Dlatego przy okazji, podobnie jak rok temu, dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają to miejsce, bez względu na "stopień wtajemniczenia" w sport. Staram się (przynajmniej w większości przypadków) pisać teksty, które mogą trafić do każdego, a nie tylko wytrawnych obserwatorów, śledzących każde możliwe zawody biathlonowe lub biegowe. Jednocześnie zawsze znajdzie się czas na bardziej fachowe przemyślenia. Takowe można przede wszystkim przeczytać w anglojęzycznej wersji bloga, choć i tu czasem się pojawiają.

Wciąż pozostaje jeszcze wiele tekstów do napisania. Tak więc zapraszam i do zobaczenia następnym razem.

Rennet czy loppet, czyli zakończenie sezonu Swix Ski Classics

Zdaję sobie sprawę, że większość z Was zdążyła już zapomnieć o zimie. Drzwi zamknęły za sobą już wszystkie sporty zimowe, przez co nie ma czego oglądać. Podobnie jest z ich czynną stroną. Z Jakuszyc zniknęła już większość śniegu, zaś w innych miejscach typu Jamrozowa Polana też trudno jest utrzymać trasy przy ciągłych temperaturach powyżej zera. Jednym słowem nawet ja powoli przestaję myśleć o nartach. Jest jednak taki region na ziemi, w którym przez ostatnie dwa tygodnie panowały najprawdziwsze, piękne warunki zimowe. Mam na myśli oczywiście Skandynawię. I to właśnie tam odbyły się finałowe etapy biegów maratońskich Swix Ski Classics, o których Wam opowiem.

Tydzień temu akcja rozgrywała się w Norwegii. Na 54- kilometrowej trasie, wiodącej z Reny przez łańcuch górski aż do Lillehammer, odbyła się kolejna edycja Birkebeinerrennet. Ten bieg ma podobnie bogatą tradycję, jak Vasaloppet i choć jego dystans jest znacznie mniejszy, można zaryzykować stwierdzenie, że norweski klasyk przewyższa trudnością szwedzki odpowiednik. Wszystko przez pewną ciekawą zasadę. Każdy z uczestników musi biec z plecakiem ważącym przynajmniej 3,5 kg. Zastanawiacie się pewnie, po co takie coś? Ma to dwa wytłumaczenia. Jedno wiąże się z historią biegu. Według niej, waga ta symbolizuje masę dwuletniego pretendenta do tytułu króla Norwegii (Håkona Håkonssona), którego w XII wieku transportowali lojaliści stronnictwa Birkebeiner z Østerdalen do Trondheim, aby uchronić go przed trwającą wojną domową. Częścią podróży był trudny, górski odcinek między Reną a Lillehammer. Birkebeinerrennet upamiętnia pokonanie właśnie tego elementu drogi, co zaważyło na powodzeniu całego przedsięwzięcia. Po więcej odsyłam do internetów, jak się ktoś interesuje historią. Natomiast drugim z powodów posiadania plecaka jest konieczność zaopatrzenia się w podstawowe środki do przetrwania na wypadek jakichś straszliwych warunków w górach. Dlatego w środku znajdziemy zapasową odzież, jedzenie i... kamienie lub ciężarki, bo skądś się to 3,5 kg bierze. Zresztą zobaczcie sami, co pakował do swojego plecaka Morten Eide Pedersen przed tegoroczną edycją. Skoro cały czas podkreślam górski charakter Birkebeinerrennet, to warto zwrócić również uwagę na profil jego trasy. Tego dystansu już tak łatwo nie można pokonać z użyciem samej siły rąk, czyli double polingu. Mimo to, w zeszłą sobotę wielu czołowych biegaczy zdecydowało się na użycie nart bez smarowania na trzymanie. Być może przyczyniły się też do tego fantastyczne, szybkie warunki śniegowe panujące na trasie. Na starcie pojawili się również znani nam z Pucharu Świata: Martin Johnsrud Sundby, Iivo Niskanen, Therese Johaug, a nawet Eirik Bransdal. Wszyscy zgodnie użyli tradycyjnego przygotowania nart do klasyka. Tym bardziej należy więc docenić siłę Pettera Eliassena, Johna Kristiana Dahla, Tord Asle Gjerdalena i reszty, którzy dotrzymywali kroku zdobywcy PŚ na odcinkach prowadzących pod górę. Kto choć raz próbował dłuższego double polingu na wznoszącym się terenie i miał okazję jeszcze to porównać z kimś mocno biegnącym diagonal stridem (krok naprzemienny), doskonale wie, ile wymaga to pracy.

Przy pięknych warunkach atmosferycznych, na szerokiej jak autostrada trasie, bez przeszkadzającego wiatru toczyła nam się wspaniała walka przez 54 km. Trzeba wiedzieć, że takie coś należy raczej do rzadkości. Birkebeinerrennet był kilkukrotnie odwoływany (również w zeszłym roku) z powodu zbyt silnych podmuchów wiatru. Tym razem wszystko zagrało idealnie i mogliśmy cieszyć się rywalizacją aż do ostatnich kilometrów, w której liczyli się: Sundby, Eliassen i Dahl. Na około 20 km przed metą osłabł John Kristian, zaś nieco później kontakt stracił Martin. Wydawało się, że Eliassen ma zwycięstwo w kieszeni, kiedy to na 5 km do końca, siły odzyskał Sundby i dogonił swojego rodaka. Ten jednak nie powiedział ostatniego słowa i atak na ostatnim kilometrze zapewnił mu zwycięstwo- trzecie z rzędu w biegu z serii Swix Ski Classics, ustanawiając jednocześnie rekord pokonania trasy Birkebeinerrennet. Dzięki wygranej i słabszej postawie lidera klasyfikacji generalnej- Andersa Auklanda, Petter Eliassen przejął jego pozycję i żółtą koszulkę. Drugi Johnsrud Sundby oprócz nagrody pieniężnej nie zdobył nic, bo nie jest zarejestrowany w całym cyklu, zaś trzeci Dahl zanotował cenne punkty dla swojego zespołu Team United Bakeries przed ostatnim biegiem sezonu. Może warto wspomnieć, bo nie jest to takie oczywiste, że w tego typu biegach nie liczy się narodowość zawodnika, lecz zespół w jakim startuje. Trochę tak, jak w kolarstwie. Wśród pań zwyciężyła Therese Johaug, też nie zarejestrowana w rywalizacji, przed liderką klasyfikacji generalnej Kateriną Smutną i Serainą Boner. Czas Therese również był rekordowy. Cały bieg możecie zobaczyć oczywiście na YouTube na oficjalnym kanale Swix Ski Classics.

W ostatnią sobotę marca przyszedł wreszcie czas na finał sezonu Swix Ski Classics, czyli (wait for it) Årefjällsloppet. Mam wrażenie, że im bliżej wiosny, tym trudniejsze nazwy mają te biegi. Na początku były takie dźwięczne, włoskie, np. Marcialonga, La Diagonela, La Sgambeda, później swojska Jizerska Padesatka, a teraz takie coś. Birkebeinerrennet jeszcze można znieść, ale to szwedzkie Orefielszlopet jest grubą przesadą. Ostatecznie nawet i to nam nie przeszkadza, bo bieg też ciekawy. W oryginale jego trasa ma 75 km i wiedzie z Vallbo do Åre. W tym sezonie jednak organizatorzy byli zmuszeni skrócić dystans do 47 km wokół Vålådalen z powodu problemów ze śniegiem w okolicach mety. Mimo to, świetnie się oglądało. Warunki znów rozpieszczały biegaczy pięknym słońcem i temperaturą poniżej zera. Przez liczne podbiegi i niełatwy profil, double poling był jeszcze trudniejszy. Nie zaskoczę Was jednak, że znów większość elity mężczyzn nie użyła ani grama smaru na trzymanie. Wśród pań postąpiły tak tylko: Britta Johansson Norgren i Lina Korsgren. Obie rywalizacje rozstrzygnęły się na długim podbiegu, stanowiącym najtrudniejszą część trasy. To właśnie tam Seraina Boner zostawiła całą resztę w tyle i samotnie podążała aż do samej mety. U panów popis umiejętności dał ponownie Petter Eliassen, na spółkę z Tord Asle Gjerdalenem. Kroku próbował dotrzymać im ubiegłoroczny zwycięzca Daniel Richardson, któremu nie wystarczyło jednak siły na całe wzniesienie. Dopiero na ostatnich dwóch kilometrach Eliassen zdołał zostawić Gjerdalena i sięgnąć po swoje czwarte z rzędu zwycięstwo, pieczętując w ten sposób triumf w klasyfikacji generalnej. Tord Asle dowiózł drugie miejsce do mety, zaś ostatni stopień na podium zajął John Kristian Dahl.
Tradycją biegów maratońskich jest wręczanie wieńca dla zwycięzcy przez panią ubraną w ludowy strój.
Wracając jeszcze do rywalizacji kobiet, to za zwycięską Boner na mecie pojawiły się odpowiednio: Sofia Bleckur i Masako Ishida. Katerina Smutna zajęła piąte miejsce, co pozwoliło jej na zdobycie tytułu mistrzyni za cały sezon. 
W przypadku Serainy Boner, ludowa dziewczynka trochę się zagapiła i musiała biec za Szwajcarką. Jak widać, udało jej się.
Zbieramy więc wszystko w całość. Tytuły mistrzowskie zdobyli: Petter Eliassen (Team Leaseplan Go) i Katerina Smutna (Silvini Madshus Team). Klasyfikację sprinterską wygrał Øystein Pettersen (Team United Bakeries), zaś najlepsi wśród młodzieży byli: Anders Høst (Lyn Ski) i Tone Sundvor (Team Synnfjell). Rywalizację zespołową wygrał rzutem na taśmę Team Santander braci Aukland i Tord Asle Gjerdalena. Gdyby kogoś interesowała szczegółowa punktacja, znajdzie ją na moim profilu facebookowym oraz na oficjalnej stronie Swix Ski Classics. 
Najlepsi mężczyźni finału i całego sezonu (oraz pani w ludowym stroju). Od lewej: Anders Høst (różowa koszulka najlepszego młodzieżowca), Tord Asle Gjerdalen (drugie miejsce w Årefjällsloppet), Petter Eliassen (zwycięzca wszystkiego), pani w ludowym stroju, John Kristian Dahl (trzeci w Årefjällsloppet), Øystein Pettersen (zielona koszulka najlepszego sprintera).
Najlepsze panie. Od lewej: Katerina Smutna (tym razem wesoła posiadaczka żółtej koszulki za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej), Sofia Bleckur (drugie miejsce w Årefjällsloppet), Seraina Boner (zwycięstwo w Årefjällsloppet), Masako Ishida (trzecie miejsce w Årefjällsloppet), Tone Sundvor (różowa koszulka dla najlepszej w kategorii młodzieży). 
Tak zupełnie na koniec przyznam się Wam, że bardzo polubiłem biegi długodystansowe z serii Worldloppet, a szczególnie Swix Ski Classics. Ciekawie ogląda się rywalizację poszczególnych zespołów o każdy możliwy punkt oraz słucha dobrego komentarza ludzi, którzy naprawdę się na tym znają. Nie mówiąc już o moim autentycznym podziwie dla Eliassena i spółki, którzy byli w stanie "przepchać" aż tyle kilometrów i nie używać smarów na trzymanie. Obiecuję sobie, że w przyszłym sezonie nie przegapię już żadnego z etapów Swix Ski Classics i to samo polecam Wam. Te biegi ze swoją bogatą historią wnoszą znacznie więcej niż same wyniki i nagrody. Tak przy okazji powiem Wam tylko, ile otrzymali zwycięzcy za cały sezon- po 40 000 EUR (przeciętny piłkarz polskiej za przeproszeniem ekstraklasy pewnie zgarnia więcej, co jest jakimś nieporozumieniem). Za każdym z maratonów idą także piękne widoki, trochę wiedzy i coś jeszcze. Ale tego czegoś musicie poszukać sami w nagraniu z ostatniego etapu. A konkretniej w momentach 1:28:00 i 2:09:40...

Pakujemy torby, czyli koniec sezonu biathlonowego

Wydarzeń z ostatniego weekendu mogłoby spokojnie wystarczyć na przynajmniej tydzień. Dość powiedzieć, że przede wszystkim skończył się sezon biathlonowego Pucharu Świata oraz kilku innych sportów zimowych, to jeszcze odbył się następny etap Swix Ski Classics, czyli Birkebeinerrennet. Zima zniknęła z ekranów telewizorów w wielkim stylu. No prawie zniknęła, bo pozostanie jeszcze finałowy odcinek biegów Worldloppet oraz mistrzostwa krajowe w biathlonie, które będzie można śledzić w internetach. Tak, czy inaczej "teraz stary śnieg odchodzi gdzieś", jak zaintonował Fisz na piątkowym koncercie we Wrocławiu. Czas, aby zawodnicy powoli pakowali swoje torby i powracali do domów. I wypadałoby to jakoś wszystko podsumować, ale ja tego nie zrobię. A przynajmniej nie od razu.

Bo kogo satysfakcjonowałby długi post wypełniony wszelkiego rodzaju suchymi statystykami? Kto zajmowałby się tym akurat teraz, kiedy wszystko jeszcze świeżo pozostaje w pamięci? Paradoksalnie potrzeba statystyk jest największa przed rozpoczęciem sezonu, a nie po jego zakończeniu. Poza tym, wszystkie klasyfikacje są na oficjalnej stronie IBU, stąd ich skopiowanie tutaj byłoby tyleż niepotrzebne, co nieoryginalne. Z obowiązku napiszę tylko, że w klasyfikacji generalnej zwyciężyli: Darya Domracheva i Martin Fourcade. Te same nazwiska wygrały klasyfikację sprintu. Mała kryształowa kula za bieg pościgowy przypadła Kaisie Makarainen i Martinowi Fourcade. W biegu indywidualnym najlepsi byli: ponownie Kaisa Makarainen i Sergey Semenov. Bieg ze startu wspólnego należał do Franziski Preuss oraz Antona Shipulina. Klasyfikację sztafet mieszanych wygrała Norwegia. Wśród kobiecych sztafet najlepsze były Czeszki, zaś wśród mężczyzn Rosjanie. To tyle, jeśli chodzi o suche fakty.

A skoro wcześniej wspomniałem o pakowaniu toreb, to może ktoś z Was zastanawiał się kiedyś, co biathloniści zabierają ze sobą w długą podróż podczas sezonu Pucharu Świata? Jeżeli tak, to już nie ma takiej potrzeby. Korzystając z okazji, że wkrótce biathlonową rodzinę czeka długa rozłąka, Jerry Kokesh postanowił przejść się z kamerą po pokojach hotelowych niektórych zawodników i wypytać, co kto wozi w walizce. Efekt możecie zobaczyć poniżej.



Coś dużo wolnego miejsca ma Kaisa Makarainen w swojej torbie i wydaje mi się, że zostawiła je dla wielkiej kryształowej kuli. Niestety Finka nie powtórzyła sukcesu sprzed roku. Zamiast tego, pozostały jej dwa mniejsze kryształy. Najwyraźniej nadbagaż ma tym samym Darya Domracheva. Białorusinka jeszcze nigdy nie zdobyła Pucharu Świata za klasyfikację generalną i najpewniej nie była na to przygotowana. Myślami będąc już przy pakowaniu i planując, ile miejsca będzie potrzebować, omal nie straciła dużej kryształowej kuli podczas biegu na dochodzenie. Przy drugiej wizycie na strzelnicy pomyliły jej się postawy strzeleckie i zamiast się położyć, Darya miała zamiar wykonać strzelanie na stojąco. Na szczęście krzyki publiczności wyprowadziły ją z błędu.
Typowa Domracheva podczas strzelania w postawie leżąc.
Taka niespotykana sytuacja przydarzyła się Białorusince nie po raz pierwszy. Kilka sezonów temu w Oberhofie popełniła ten sam błąd, który od tego czasu był kilkukrotnie przywoływany przez Krzysztofa Wyrzykowskiego podczas transmisji. Specjalnie dla niego Domracheva powtórzyła wyczyn, odświeżając swój popisowy numer, podobnie jak Tworzywo zrobiło z Wiosną 86. Zupełnie inny problem ma Martin Fourcade. Oprócz tego, że brat Simon musi podróżować w plecaku kolegi z reprezentacji, to jeszcze w jego walizce pojawiła się pewna nowa rzecz. Nie mówię tu o żadnej z kryształowych kul, bo bywały sezony, kiedy to Francuz wracał z Khanty- Masiyska jeszcze bardziej obładowany. Chodzi o książkę i to nie byle jaką- "Papa debutant". Najwyraźniej Martin i jego partnerka oczekują dziecka lub poważnie je planują. Jerry Kokesh sprytnie przemycił nam tę informację pod koniec filmu. Tak więc Martinowi należą się gratulacje (chociaż kto wie, w końcu jako sportowiec rzadko bywa w domu).


I tak jak Martin Fourcade czyni plany na przyszłość, tak każdy mimo wszystko wybiega myślami do następnego sezonu. Kaisa Makarainen nie jest pewna, czy pojawi się jeszcze w ogóle na trasach, Norwegowie liczą na radykalną poprawę wyników zarówno męskiej, jak i żeńskiej kadry, zaś Ameryka Północna nie może się doczekać, aby znów gościć biathlonowy Puchar Świata. Również na naszym podwórku na wiosnę kwitną nadzieje i rozczarowania. Weronika Nowakowska- Ziemniak prezentowała ostatnio w Dusznikach- Zdroju medale Mistrzostw Świata. Natomiast Jakuszyce już wiedzą, że w najbliższym sezonie nie przyjmą zawodów PŚ w biegach narciarskich, bo od ostatniego razu niczego nie poprawiono. A ja powoli zbieram się do Alty, choć nart jeszcze nie pakuję. W pewnym sensie kolejna zima już się zbliża. Bo jak szybko minął ten sezon, tak szybko nastanie następny. Czas biegnie nieubłaganie i adekwatnym podsumowaniem będą tu słowa Roberta Górskiego, który zwykł mawiać: "Od samego początku zbliżamy się do końca". Święta racja.