Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khanty- Mansiysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khanty- Mansiysk. Pokaż wszystkie posty

Takk, Ole Einar!

Marzec. Na pulpicie mojego komputera znajduje się ta sama tapeta, jak każdego roku o tej porze. To stare jak mój biathlonowy świat zdjęcie przedstawiające trzech wielkich konkurentów dawnych czasów. W środku stoi Sven Fischer, po jego lewej Ole Einar Bjørndalen, a po prawej Raphael Poiree. Zachodzące słońce oświetla ich uśmiechnięte twarze, dając wrażenie jakby to wiosna towarzyszyła zakończeniu sezonu na wzgórzu Holmenkollen. Od zawsze ten obrazek kojarzył mi się właśnie w ten sposób, tymczasem okazało się, że były to grudniowe zawody Pucharu Świata rozpoczynające dopiero zimę na dobre. W każdym razie bohaterowie zdjęcia wyglądają dość młodo. Za kilka lat od tego momentu karierę zakończy Francuz. Kto by nie pamiętał jego ostatniego biegu? Sezon 2006/2007, Oslo i bieg ze startu wspólnego. Trójka ze wspomnianego zdjęcia dobiega razem do ostatnich metrów starego stadionu Holmenkollen. Ostatecznie wygrywa Bjørndalen o kilka milimetrów przed swoim wielkim rywalem- Raphaelem Poiree. Norweg zapisuje tym samym kolejne zwycięstwo w swojej bogatej już kolekcji, a Francuz kończy karierę czując gorzki smak przegranej o włos w swoim ostatnim biegu, w co jeszcze długo nie może uwierzyć. Nie pojedzie już do Khanty- Mansiyska by zamknąć sezon. Tak zrobi Sven Fischer, zostawiając po tym już tylko OEB na polu walki. Przyjdą nowi, aby mierzyć się z Królem, który wypełni jeszcze złotymi literami kilka pięknych kart historii biathlonu. Aż w końcu nastąpi ten dzień- 13 marca 2016 roku. Znów bieg ze startu wspólnego, znów Oslo, z tym że 9 lat od ostatniego starcia trzech mistrzów.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Wielcy mistrzowie 2004: Raphael Poiree, Sven Fischer, Ole Einar Bjoerndalen
12 grudnia 2004 roku. Sven Fischer jako zwycięzca biegu pościgowego. Raphael Poiree zajął wówczas drugie miejsce, zaś Ole Einar Bjørndalen stanął na najniższym stopniu podium. Fot.: Thea Liberg
Tego dnia dwaj pozostali mistrzowie są zupełnie inni. Jeden to zdobywca czterech złotych medali w Oslo- Martin Fourcade, zaś drugi to Johannes Thingnes Bø, który po trzech czwartych miejscach ma ogromną motywację do wejścia na podium. Znów wszystko rozstrzyga się na ostatniej rundzie biegowej, która w wykonaniu 22- letniego Norwega jest wprost niesamowita. Gdy odrobił stratę 7 sekund do Francuza, stało się jasne, że będzie atakował po złoto na najważniejszym, ostatnim podbiegu na stadionie, zwanym górką Northuga. Tuż za nimi biegnie Bjørndalen i wydawać by się mogło, że Ole Einar będzie tylko przyglądał się walce o Mistrzostwo Świata, zupełnie jak Emil Hegle Svendsen, który aż zatrzymał się na trasie, by obejrzeć końcówkę. Tymczasem dzięki świetnie przygotowanym nartom niemal złapał głównych zainteresowanych na ostatniej prostej. To jest jednak wszystko i na mecie oglądam już nowego mistrza świata- młodego Bø, pokonującego dominatora Fourcade ku uciesze kibiców. Brązowy medal, który zdobył OEB jest tak cenny jak jeden ze złotych wywalczonych za dawnych lat.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Trzej mistrzowie 2016: Martin Fourcade, Johannes Thingnes Boe, Ole Einar Bjoerndalen
Oslo, marzec 12 lat później. Ole Einar Bjørndalen znów staje na najniższym stopniu podium, które jednocześnie oznacza zdobycie 44. medalu Mistrzostw Świata przez Króla Biathlonu. Nowym mistrzem zostaje Johannes Thingnes Bø, który w momencie wykonania poprzedniego zdjęcia miał zaledwie 10 lat. Srebro przypada Martinowi Fourcade- dominatorowi wszelkich zawodów biathlonowych ostatniego czasu.
Tym biegiem Król w pięknym stylu żegna wzgórze Holmenkollen i swoje ostatnie Mistrzostwa Świata zgodnie z tym, co założył wcześniej. Nie przewidział jednak, jak wiele wydarzy się na przestrzeni tych dni, po których dziś cały biathlonowy świat zapytał, czy Bjørndalen rzeczywiście ma zamiar kończyć karierę. A jest to pytanie jak najbardziej na miejscu, bo wyniki, jakie osiągnął w Oslo, wcale na to nie wskazują. Gdy po dwóch konkurencjach indywidualnych i dwóch srebrach jego całkowity dorobek wyniósł 42 medale w wieku 42 lat, chyba każdy zaniemówił z wrażenia. Później przyszło jeszcze upragnione złoto na norweskiej ziemi wywalczone w sztafecie. Wraz z Emilem Hegle Svendsenem i braćmi Bø osiągnął to, co dzień wcześniej udało się Norweżkom. Oba te biegi przyniosły chyba najwięcej emocji w całych Mistrzostwach, głównie ze względu na dwa wspaniałe sukcesy gospodarzy. Wszystko to miałem okazję oglądać "od wewnątrz" i była to ogromna przyjemność. Norwegowie naprawdę kochają biathlon i swoją reprezentację, o czym świadczyły tłumy, które każdego dnia wypełniały Plac Uniwersytecki w stolicy, by oglądać ceremonię wręczania medali. Nic dziwnego, że celem całej norweskiej kadry było pokazanie się z jak najlepszej strony przed tymi wszystkimi ludźmi. W dodatku pod względem medialnym wszystko było zorganizowane tak, jak na najważniejszą imprezę przystało. Rozmowy z medalistami w studio, koncerty, transmisje nawet z przestrzeliwania broni przed startem i specjalny program Helt Ramm, który późnym wieczorem kończył każdy dzień Mistrzostw w nieco humorystyczny sposób. (Był tam między innymi łoś, który wybierając odpowiednią przekąskę "wskazywał" zwycięzcę nadchodzących zawodów. Jego typ ani razu się nie sprawdził.) Być tak blisko tej atmosfery choćby w sposób korespondencyjny, za pośrednictwem telewizji NRK, to niesamowite uczucie. W takich chwilach miałem wrażenie, że rzeczywiście coś łączy mnie ze świętującymi gdzieś w Oslo Norwegami. Biathlon, z osobą Bjørndalena na czele sprawił, że podczas oglądania zawodów krzyczałem: "Kom igjen, Ole!", a po wszystkim prawie przyłączałem się do śpiewania "Ja, vi elsker dette landet". Pod kątem ogólnie pojętej atmosfery były to najlepsze Mistrzostwa Świata, jakie przeżyłem. Szkoda, że najprawdopodobniej ostatnie tak dobre.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Złota sztafeta norweska: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Boe, Tarjei Boe, Ole Einar Bjoerndalen.
Złota drużyna: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Bø, Tarjei Bø, Ole Einar Bjørndalen. Na tym obrazku wszyscy są jednakowo młodzi.
Niewątpliwie bez Bjørndalena biathlon straci pewną bardzo ważną część. Przynajmniej dla mnie i dla innych fanów, którzy wręcz wychowali się na legendzie Norwega. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale o nim opowiadałem w swoim liście motywacyjnym o przyjęcie na uczelnię. On znalazł się również w kilku moich pisemnych pracach na zaliczenie zajęć z języka norweskiego. I wreszcie to on stanowił symbol całego mojego dzieciństwa, które teraz najwyraźniej dobiega końca. Skoro nawet Król Biathlonu znajdzie sobie "normalną pracę", to i na mnie przyjdzie czas, by zmienić swój system wartości. Odejdą bezpowrotnie czasy, kiedy warto było urwać się z zajęć na oglądanie biathlonu. Czasem uświadamiałem sobie, że niektóre zawody Pucharu Świata śledziłem tylko po to, by mu kibicować. Bo jego występy oznaczają coś więcej niż tylko kolejną liczbę w imponującej karierze. Każdy bieg i sezon jest potwierdzeniem, że sport jest nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy, ale też piękną ideą z wartościami ważniejszymi niż sława. Jego motywacja do startów jest wciąż tak samo wysoka mimo upływu lat. Nic więc dziwnego, że Ole Einar stanowi dobrego ducha drużyny Norwegii, służąc za wzór dla swoich kolegów, co szczególnie było widać podczas minionych Mistrzostw Świata. To prawdziwy przywódca, który wielokrotnie wskazuje drogę do właściwego treningu. Idealnym tego potwierdzeniem jest cały ten sezon, w którym wielokrotnie Bjørndalen widniał w wynikach jako najwyżej sklasyfikowany Norweg.

A najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że gdyby nie istniał Martin Fourcade, to odchodzący na emeryturę Król Biathlonu byłby niekwestionowaną gwiazdą tych Mistrzostw. Aż trudno to sobie wyobrazić, że po tylu latach wciąż stać go na takie przygotowanie do docelowych zawodów. Widząc 42- letniego Bjørndalena na ceremonii wręczania medali dla norweskiej sztafety mam wrażenie, że nie ma żadnej różnicy wieku pomiędzy członkami tej złotej drużyny. To samo przyznał zresztą Ole Einar mówiąc, że teraz wcale nie czuje tych wszystkich lat i znów jest młody nie tylko duchem, o czym świadczy jego wysoka forma. Aż chciałoby się powiedzieć, że on nigdy nie zostawi biathlonu. Kiedy jednak może przyjść lepszy czas na postawienie kropki w tej pięknej legendzie wielkiego Norwega, jeśli nie teraz? Sam się dziwię, że to piszę, ale odchodząc po tak udanych Mistrzostwach Świata, które każdy zapamięta jeszcze na długo, OEB zakończy karierę na własnych zasadach. Nie zmuszą go do tego słabe wyniki i fakt, że już nie mieści się w kadrze. Z drugiej strony gdyby to samo powiedzieć po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, nie przeżyłbym tak wielu emocji w minionym tygodniu. Nikt nie chce jednak widzieć Bjørndalena w roli tła. On chyba też nie widzi dla siebie takiego miejsca, choć też i nie wyobraża sobie innego życia niż to, które wiódł prze te wszystkie sezony, poświęcając dla biathlonu całe swoje życie. A dziś Król wyjeżdża na swój ostatni zaplanowany etap Pucharu Świata w Khanty- Mansiysku i, jak sam twierdzi, stara się żyć teraźniejszością, nie myśląc o czymś, co będzie później. Dobiega tym samym do mety swojej kariery, zamykając jednocześnie wspaniały rozdział w życiu swoich wielkich fanów. Z Holmenkollen odchodzi wielki, tak samo jak wtedy w 2007 roku i na tym prehistorycznym dla mnie zdjęciu, które już zawsze będzie się pojawiać na pulpicie mojego komputera w marcu, choć od teraz prawdopodobnie wszyscy jego bohaterowie będą na emeryturze. Ja, vi elsker denne idretten...

Transatlantyckie problemy Norwegów

Zostawmy już z tyłu przepychanki z służbą zdrowia i zajmijmy się czymś znacznie przyjemniejszym, czyli biathlonem. Aż dziwne, że tak dawno nie było tu tego tematu. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie podać te wszystkie inne rzeczy, którymi trzeba się zająć przed wyjazdem. Do tego jeszcze dokładam jakieś treningi, wykorzystanie ostatnich dni w Polsce i mamy receptę na zastój twórczy ("twórczy"- artysta się znalazł). Zatem nic dziwnego, że pewne informacje z biathlonowego świata przetwarzam nieco później, niż zwykle. Jedną z ważniejszych w ostatnim czasie, obok mononukleozy Daryi Domrachevej, jest niezadowolenie Norwegów z kalendarza przyszłego sezonu biathlonowego Pucharu Świata. Co tak bardzo im nie pasuje? Zobaczmy.

Chodzi o rozegranie w lutym zawodów pucharowych w Ameryce Północnej, dokładniej w Canmore i Presque Isle. Wybór pierwszej lokalizacji jest pewnie rezultatem udanej wizyty Pucharu IBU w minionym sezonie, zaś druga pojawiała się już dawniej w kalendarzu PŚ, ostatnio w 2011 roku. Emil Hegle Svendsen i Tarjei Bø najgłośniej krytykują pomysł dalekiej podróży na zawody poprzedzające przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Oslo. Według nich, może to zakłócić przygotowania do tej imprezy, szczególnie ważnej dla reprezentantów Norwegii. Ich trener- Egil Gjelland zaproponował nawet Międzynarodowej Unii Biathlonowej przesunięcie północnoamerykańskich zmagań na początek sezonu, zamieniając je tym samym z Oestersund i Hochfilzen. Istnieje jednak zbyt duża obawa, że o tej porze nie będzie dostatecznej ilości śniegu w tamtych rejonach, czego nie można powiedzieć o solidnych miejscach w Szwecji i Austrii. Poza tym, jak dobrze argumentuje prezes IBU Anders Besseberg, przy rosnącej liczbie dobrych zawodników z Kanady i USA, wypada chociaż raz na jakiś czas odwiedzić ich domowe trasy. W zupełności się z nim zgadzam.
Canmore. Dla takich widoków chyba warto udać się na północnoamerykańską część Pucharu Świata. Co ciekawe, również biegi narciarskie zawędrują w te okolice pod koniec sezonu, aby rozegrać kilkuetapowy cykl.
Osobiście bardzo cieszyłem się na powiew świeżości w Pucharze Świata za sprawą rzeczonych dwóch lokalizacji. Nie można wciąż trzymać się tych samych schematów, warto propagować biathlon w wielu miejscach na ziemi, tym bardziej, że w USA i Kanadzie zainteresowanie tą dyscypliną wciąż rośnie. Dla wszystkich sceptycznie nastawionych wyjaśniam: nie jest to taka sama sytuacja jak z Mistrzostwami Świata w Pyeong Chang, kiedy to kierowano się zupełnie innymi, finansowymi kryteriami. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że od ostatnich zawodów za oceanem (11 - 14 lutego) do Mistrzostw Świata w Oslo (pierwsze biegi 3 marca) jest całkiem sporo czasu- wystarczająco dużo, aby przestawić organizm na właściwą strefę czasową i przygotować się do startów. To samo twierdzi Max Cobb- przewodniczący Komitetu Technicznego IBU. Dodaje przy tym, że kiedy poprzednio rozgrywano zawody w USA przed Mistrzostwami Świata w Khanty- Mansiysku, czasu na aklimatyzację było tyle samo, a biathloniści musieli pokonać znacznie więcej kilometrów i stref czasowych. Lament Svendsena i Bø wydaje się być zatem nieco przesadzony, tym bardziej że obaj zawodnicy w 2011 roku brali udział w amerykańskich zawodach, po czym odnosili sukcesy na MŚ.

A ja skupił bym się na czymś innym. Co roku mamy tę samą sytuację, że zawodnik X mówi sobie: "W tym sezonie liczą się dla mnie tylko Mistrzostwa Świata, podporządkuję swoje przygotowania pod te zawody". Odpuszcza tym samym kilka startów, tracąc punkty do takiego Martina Fourcade, dzięki czemu Francuz zapewnia sobie dużą kryształową kulę już na początku lutego. Zdaję sobie sprawę, że niemal niemożliwe jest utrzymanie jednakowo dobrej formy przez cały sezon, jednak ogromnie denerwuje mnie fakt, że przez to cierpią regularne etapy Pucharu Świata. Poza tym, każdy zawodnik może sobie tak założyć i zazwyczaj nic z tego nie wyniknie, bo nagle okazuje się, że wszyscy celowali w medale MŚ. Czy są rozwiązania tego problemu? Rozsądne wydaje się organizowanie imprez mistrzowskich co dwa lata, tak jak to ma miejsce choćby w biegach narciarskich. Wtedy byłaby też możliwość odpowiedniego dostrojenia kalendarza, żeby na przykład tak dalekie podróże trafiały się w "pustym" sezonie. Innym wyjściem, trochę podpatrzonym w kolarstwie przez Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego, jest przesunięcie Mistrzostw Świata na sam koniec każdego sezonu. Wówczas może inaczej byłyby ustawiane przygotowania. Trudno tylko przewidzieć, jakie są szanse na idealne warunki pogodowe w środku marca w miejscach innych od Syberii. Chociaż jak tak ostatnio patrzę, to nie mogę się nadziwić, że piękniejszą zimę mamy w kwietniu, niż w grudniu. To wszystko jest dość ryzykowne i raczej nie do spełnienia w najbliższych latach. Norwegom pozostaje chyba tylko zacisnąć zęby i opracować odpowiedni plan przygotowań do domowej imprezy, najlepiej biorąc pod uwagę starty za oceanem. Rozumiem, jak ważne dla nich będą medale zdobyte na Holmenkollen. Podobnie jest z Rosjanami i Mistrzostwami Europy w Tyumieni. Najlepsi zawodnicy z tego kraju mogą nawet nie wystartować w Oslo, chcąc w pełni zabłysnąć na własnym podwórku. A może tu chodzi o obawę przed słabymi rezultatami, które ostatnio dręczą rosyjską kadrę? Może dla nich najbardziej liczy się zdobycie jakichkolwiek medali, a to właśnie na ME będzie o nie najłatwiej? Tego chyba nie da się wytłumaczyć i zrozumieć.

Pakujemy torby, czyli koniec sezonu biathlonowego

Wydarzeń z ostatniego weekendu mogłoby spokojnie wystarczyć na przynajmniej tydzień. Dość powiedzieć, że przede wszystkim skończył się sezon biathlonowego Pucharu Świata oraz kilku innych sportów zimowych, to jeszcze odbył się następny etap Swix Ski Classics, czyli Birkebeinerrennet. Zima zniknęła z ekranów telewizorów w wielkim stylu. No prawie zniknęła, bo pozostanie jeszcze finałowy odcinek biegów Worldloppet oraz mistrzostwa krajowe w biathlonie, które będzie można śledzić w internetach. Tak, czy inaczej "teraz stary śnieg odchodzi gdzieś", jak zaintonował Fisz na piątkowym koncercie we Wrocławiu. Czas, aby zawodnicy powoli pakowali swoje torby i powracali do domów. I wypadałoby to jakoś wszystko podsumować, ale ja tego nie zrobię. A przynajmniej nie od razu.

Bo kogo satysfakcjonowałby długi post wypełniony wszelkiego rodzaju suchymi statystykami? Kto zajmowałby się tym akurat teraz, kiedy wszystko jeszcze świeżo pozostaje w pamięci? Paradoksalnie potrzeba statystyk jest największa przed rozpoczęciem sezonu, a nie po jego zakończeniu. Poza tym, wszystkie klasyfikacje są na oficjalnej stronie IBU, stąd ich skopiowanie tutaj byłoby tyleż niepotrzebne, co nieoryginalne. Z obowiązku napiszę tylko, że w klasyfikacji generalnej zwyciężyli: Darya Domracheva i Martin Fourcade. Te same nazwiska wygrały klasyfikację sprintu. Mała kryształowa kula za bieg pościgowy przypadła Kaisie Makarainen i Martinowi Fourcade. W biegu indywidualnym najlepsi byli: ponownie Kaisa Makarainen i Sergey Semenov. Bieg ze startu wspólnego należał do Franziski Preuss oraz Antona Shipulina. Klasyfikację sztafet mieszanych wygrała Norwegia. Wśród kobiecych sztafet najlepsze były Czeszki, zaś wśród mężczyzn Rosjanie. To tyle, jeśli chodzi o suche fakty.

A skoro wcześniej wspomniałem o pakowaniu toreb, to może ktoś z Was zastanawiał się kiedyś, co biathloniści zabierają ze sobą w długą podróż podczas sezonu Pucharu Świata? Jeżeli tak, to już nie ma takiej potrzeby. Korzystając z okazji, że wkrótce biathlonową rodzinę czeka długa rozłąka, Jerry Kokesh postanowił przejść się z kamerą po pokojach hotelowych niektórych zawodników i wypytać, co kto wozi w walizce. Efekt możecie zobaczyć poniżej.



Coś dużo wolnego miejsca ma Kaisa Makarainen w swojej torbie i wydaje mi się, że zostawiła je dla wielkiej kryształowej kuli. Niestety Finka nie powtórzyła sukcesu sprzed roku. Zamiast tego, pozostały jej dwa mniejsze kryształy. Najwyraźniej nadbagaż ma tym samym Darya Domracheva. Białorusinka jeszcze nigdy nie zdobyła Pucharu Świata za klasyfikację generalną i najpewniej nie była na to przygotowana. Myślami będąc już przy pakowaniu i planując, ile miejsca będzie potrzebować, omal nie straciła dużej kryształowej kuli podczas biegu na dochodzenie. Przy drugiej wizycie na strzelnicy pomyliły jej się postawy strzeleckie i zamiast się położyć, Darya miała zamiar wykonać strzelanie na stojąco. Na szczęście krzyki publiczności wyprowadziły ją z błędu.
Typowa Domracheva podczas strzelania w postawie leżąc.
Taka niespotykana sytuacja przydarzyła się Białorusince nie po raz pierwszy. Kilka sezonów temu w Oberhofie popełniła ten sam błąd, który od tego czasu był kilkukrotnie przywoływany przez Krzysztofa Wyrzykowskiego podczas transmisji. Specjalnie dla niego Domracheva powtórzyła wyczyn, odświeżając swój popisowy numer, podobnie jak Tworzywo zrobiło z Wiosną 86. Zupełnie inny problem ma Martin Fourcade. Oprócz tego, że brat Simon musi podróżować w plecaku kolegi z reprezentacji, to jeszcze w jego walizce pojawiła się pewna nowa rzecz. Nie mówię tu o żadnej z kryształowych kul, bo bywały sezony, kiedy to Francuz wracał z Khanty- Masiyska jeszcze bardziej obładowany. Chodzi o książkę i to nie byle jaką- "Papa debutant". Najwyraźniej Martin i jego partnerka oczekują dziecka lub poważnie je planują. Jerry Kokesh sprytnie przemycił nam tę informację pod koniec filmu. Tak więc Martinowi należą się gratulacje (chociaż kto wie, w końcu jako sportowiec rzadko bywa w domu).


I tak jak Martin Fourcade czyni plany na przyszłość, tak każdy mimo wszystko wybiega myślami do następnego sezonu. Kaisa Makarainen nie jest pewna, czy pojawi się jeszcze w ogóle na trasach, Norwegowie liczą na radykalną poprawę wyników zarówno męskiej, jak i żeńskiej kadry, zaś Ameryka Północna nie może się doczekać, aby znów gościć biathlonowy Puchar Świata. Również na naszym podwórku na wiosnę kwitną nadzieje i rozczarowania. Weronika Nowakowska- Ziemniak prezentowała ostatnio w Dusznikach- Zdroju medale Mistrzostw Świata. Natomiast Jakuszyce już wiedzą, że w najbliższym sezonie nie przyjmą zawodów PŚ w biegach narciarskich, bo od ostatniego razu niczego nie poprawiono. A ja powoli zbieram się do Alty, choć nart jeszcze nie pakuję. W pewnym sensie kolejna zima już się zbliża. Bo jak szybko minął ten sezon, tak szybko nastanie następny. Czas biegnie nieubłaganie i adekwatnym podsumowaniem będą tu słowa Roberta Górskiego, który zwykł mawiać: "Od samego początku zbliżamy się do końca". Święta racja.

Bardzo chwytliwy tytuł

Muszę się przyznać, że ostatnio coś utrudnia mi pisanie, zabierając jednocześnie mnóstwo czasu. To coś to Biathlon Mania i nie mam tu na myśli ciągłego przeglądania wszystkich możliwych tekstów na temat biathlonu. Coś znacznie gorszego- coraz popularniejsza w internetach gra. Miałem zamiar sprawdzić, co to takiego, skoro większość biathlonistów zachęca do gry na swoich profilach facebookowych. I to był błąd, bo test zamienił się w "ciągłe nabijanie kolejnych leveli i ekspienie". Zgroza, ale jak ktoś ma dużo wolnego czasu, to polecam, całkiem fajna zabawa i wreszcie coś o biathlonie.

Wracając do rzeczy ważniejszych, to jesteśmy już po Mistrzostwach Świata w Kontiolahti. Niewątpliwie pięknych i udanych mistrzostwach, które przyniosły ze sobą wiele niespodziewanych rozstrzygnięć. Bo kto z Was mógł przypuszczać, że najwięcej medali zdobędzie Tarjei Bø? Kto spodziewał się medalu dla Kanady? Kto obstawiał, że liderka klasyfikacji generalnej Pucharu Świata- Darya Domracheva, nie zdobędzie w Finlandii ani jednego medalu? Nie wymieniłem wśród niespodzianek dwóch medali Weroniki Nowakowskiej- Ziemniak, ale nie jest to wynikiem niedopatrzenia. Osiągnięcia reprezentantki Polski były w pełni zasłużone, patrząc na to, jak często bywała w ścisłej czołówce. Podium uciekało z wielu przyczyn, czasem niezależnych od jej samej. Tak, czy inaczej na najważniejszej imprezie sezonu nic nie zawiodło, czego efektem był srebrny medal w sprincie i brązowy w biegu pościgowym. Mimo wszystko, podsumowując prawie dwa tygodnie zmagań, trudno znaleźć jakiś jednoznaczny punkt odniesienia, który nadałby im myśl przewodnią. To tak jakby pisać artykuł do jakiegoś pisma i szukać pomysłów na tytuł. Taki tytuł, który od razu dałby do zrozumienia, czym odbiły się na kibicu minione Mistrzostwa Świata w Kontiolahti.

Zastanówmy się więc wspólnie, co brać pod uwagę, aby było i prawdziwe, i chwytliwe, jak to mawiają spece od dziennikarstwa. Może by tak skupić się na tym, że Martin Fourcade skończył z "tylko" jednym złotem za bieg indywidualny? Słabe, przecież wspomniana wcześniej Domracheva wyjeżdża z niczym, poza tym każdemu życzę tak "nieudanych" mistrzostw. O, to może właśnie Darya, którą idącą za rękę z Bjørndalenem uchwycił ostatnio na swoim zdjęciu jakiś biathlonowy paparazzi? Zdjęcie krążyło w internetach i chyba stanowiło większą sensację od nieco słabszej postawy Białorusinki. Tak więc pomysł wyrzucamy do kosza. A Bjørndalen? Też bez medalu, a był blisko. Po 19. miejscu w sprincie, przyszło 5. w pościgowym, 6. w indywidualnym i wreszcie 4. ze startu wspólnego. Król mimo swojego wieku nadal potrafi zachwycać nie tylko świetną techniką biegu, ale także rezultatami. Niestety, trudny profil trasy w Kontiolahti nie sprzyjał biegowej formie Ole Einara, co wymownie pokazał ostatni występ na 15 km. Bjørndalen jako jedyny był w nim bezbłędny, a mimo to skończył bez medalu. Wcześniejsze wolne tempo grupy prowadzącej nie pozwoliło Norwegowi na ucieczkę w gronie innych bezbłędnych, przez co na rozstrzygającej rundzie znalazło się czterech chętnych do trzech medali. Taka sytuacja nigdy nie jest dobra, zwłaszcza że dwoje z nich to bardzo dobrzy biegacze- Jakov Fak i Ondrej Moravec. Chorwat w barwach Słowenii zrobił w końcu "fak dem ap" i zgarnął złoto, zaś Czech sięgnął po srebrny medal. Tarjei po swoich świetnych mistrzostwach przypomniał sobie najlepsze czasy i szybką końcówką odstawił 41- letniego Króla Biathlonu. Szkoda, znów zabrakło niewiele.
Ole Einar Bjørndalen po biegu ze startu wspólnego.
Podobnie może powiedzieć Simon Fourcade, który próbował zdobyć choćby jeden medal indywidualnie i wyjść z cienia młodszego brata. Widać, że forma przyszła we właściwym momencie, ale wystarczyło to tylko na 4. miejsce w sprincie i 4. w biegu indywidualnym. Od podium za każdym razem dzieliły go sekundy stracone w biegu. Ogromnie szkoda było oglądać tego sympatycznego biathlonistę gdy musi pogodzić się z faktem, że znowu przypada mu to najgorsze dla sportowca miejsce. Na pocieszenie zdobył z drużyną brąz w sztafecie, ale to nie to samo.

Zostawmy więc Simona w spokoju, a skoro wcześniej pojawił się starszy z braci Bø, to może by tak wykorzystać jego historię. Oczami wyobraźni widać tytuł "Po chorobie wróciłem silniejszy", czy coś podobnego, ja tam się nie znam. W każdym razie Tarjei rzeczywiście powrócił do siebie i choć w biegu nadal odstaje od najszybszych, to strzelanie było na bardzo wysokim poziomie. W swoich indywidualnych występach na tych MŚ spudłował tylko 4 razy. Dla porównania polecam wrócić do postu o Tiril Eckhoff i zobaczyć, ile niecelnych strzałów oddała ona lub Emil Hegle Svendsen. Bø do spółki ze swoim bratem rozniósł te mistrzostwa i chwała mu za to. Życzę mu jeszcze lepszego przyszłego sezonu.

Jeszcze inaczej wślizgnęła się na podium Ekatarina Yurlova. Rosjanka nie była nawet przewidziana do startu na MŚ, do składu wcielono ją w ostatniej chwili, zaś w biegu indywidualnym, w którym zdobyła złoty medal, startowała z dalekim numerem i nikt nie przypuszczał, jak wielką niespodziankę sprawi. Udało jej się to, aż za bardzo. Zrzuciła z podium Doro Wierer ku mojemu niezadowoleniu, zamieniła srebrny medal Makarainen, wywalczony w pięknej, heroicznej walce na ostatniej rudzie, na brązowy. Jednym słowem jakoś mi nie po drodze z radością z takiej niespodzianki. Poza tym, tytuł w stylu "Ostatnich gryzą psy" to numer stary jak sam świat. Zresztą, taka jest natura biegu indywidualnego, więc sensacji w czyimś bezbłędnym strzelaniu bym nie szukał. A ostatnia runda biegowa Karin Oberhofer w mass starcie? Wyprzedzić Domrachevą w walce o medal to było coś. Ale wciąż za mało, żeby trzymać się tego pojedynczego wyczynu w odniesieniu do całych mistrzostw. Włoszki ogólnie bardzo dobrze się spisały, o czym najlepiej świadczy brązowy medal w sztafecie.
Karin Oberhofer podczas konferencji prasowej po biegu ze startu wspólnego.
O dobrym strzelaniu Niemców też nie ma co mówić. Jak nie mogli drzwiami, to weszli oknem. Znaczy się, że przy słabym biegu ratowało ich szybkie i celne strzelanie. Różnie im to wyszło. Simon Schempp spróbował na przykład zrobić odwrotnie, dzięki czemu nie zakwalifikował się nawet do biegu pościgowego. Lesser postąpił według planu i wystrzelał sobie tytuł mistrza świata w biegu pościgowym. Jeszcze w sztafecie udało się przełamać dobrą passę Norwegów do wygrywania na MŚ, ale to tak jakby wbić mi nóż w plecy. Z przyczyn oczywistych dalej tematu nie rozwinę.

Czas leci, niedługo w Khanty- Mansiysku skończy się sezon Pucharu Świata, a ja wciąż nie będę miał tytułu dla podsumowania Mistrzostw Świata w Kontiolahti. Jeszcze chwila, a zapomnę szczegółów, pomylą się miejsca i tyle z tego będzie. I chyba tak to zostawię. Tytuł nie zawsze musi być "chwytliwy", bo to nie gazeta do kupienia w kiosku za rogiem. Trudno, pomysł nie przyszedł, a powody mogą być dwa. Albo te mistrzostwa były tak ciekawe, wielobarwne i zmienne, albo jestem idiotą. Wybór zostawiam Czytelnikowi i wracam grać w tę nieszczęsną Biathlon Manię...