Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tour de Ski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tour de Ski. Pokaż wszystkie posty

10 klasyków w kalendarzu

Kilka dni temu został opublikowany kalendarz serii Ski Classics na sezon 2016. Tym razem na maratończyków czeka 10 etapów, czyli 10 wspaniałych biegów techniką klasyczną w najpiękniejszych lokalizacjach. Wszystko rozpocznie się relatywnie krótkim prologiem (15 km) w Livigno 5 grudnia 2015, zaś zakończy, podobnie jak było w minionym sezonie, w Åre. Co czeka nas podczas nadchodzącej zimy? Zapewniam, że wiele i na pewno warto będzie śledzić zmagania za pośrednictwem internetowych relacji.

Kalendarz Ski Classics na nadchodzący sezon. Kliknij, aby powiększyć.
Ważną zmianą jest dodanie jednego etapu. Będzie nim coś znanego z Tour de Ski, czyli bieg z Toblach do Cortiny d'Ampezzo. Jak wspominałem w którymś z poprzednich postów, w kalendarzu przyszłorocznej edycji TdS zabrakło 35- kilometrowego biegu pościgowego stylem dowolnym pomiędzy tymi dwoma włoskimi miejscowościami. Moje ubolewania nad tą stratą zostały wynagrodzone, bo 13 lutego 2016 w ramach 7. etapu Ski Classics będzie można zobaczyć 50- kilometrowy bieg techniką klasyczną, którego trasa będzie zawierała fragmenty znane z pucharowego cyklu. Profil nie jest wyjątkowo trudny, więc zapowiada walkę bez smarów na trzymanie, co nie wyróżnia nowego maratonu spośród innych klasyków. Oczywiście sam bieg Toblach - Cortina był już rozgrywany corocznie od bardzo długiego czasu, jeżeli jednak chodzi o Ski Classics, będzie to jego debiut w tej serii. Pozostaje liczyć, że warunki śniegowe pozwolą na przygotowanie całej długości trasy i zapewnią interesujące zmagania.

Reszta kalendarza obfituje w biegi znane z poprzednich edycji. Jak już wspomniałem, sezon rozpocznie się we Włoszech, prologiem w Livigno. Dzień później zacznie się już prawdziwe ściganie, czyli 35- kilometrowa La Sgambeda. W styczniu czeka nas Jizerska Padesatka w pobliskim Bedrichovie, gdzie chętnie bym się wybrał tuż przed swoim powrotem do Alty na semestr wiosenny. Z biegiem czasu będzie coraz trudniej i dłużej. Najpierw 23 stycznia czeka na zawodników dystans 65 km w Szwajcarii, czyli La Diagonela, a tydzień później słynna Marcialonga (70 km). Oczywiście te wartości są podane z założeniem, że pogoda nie wymusi żadnego skrócenia trasy, jak choćby było w tym roku. Wówczas oba etapy skrócono do nieco ponad pięćdziesięciu kilometrów. Luty będzie natomiast miesiącem dwóch etapów o długości 50 km. Na początku niemiecki König Ludwig Lauf, zaś później wspomniany bieg Toblach - Cortina. Najważniejszy, koronny Bieg Wazów (Vasaloppet) odbędzie się tradycyjnie na początku marca, a dokładniej 6.03. Później pozostanie jeszcze trudny, górski Birkebeinerrennet. Na zakończenie sezonu zawodnicy udadzą się do Szwecji, gdzie w pierwszą sobotę kwietnia zostanie rozegrany Årefjällsloppet.

Poprzedni sezon pokazał, że bardzo ważnym czynnikiem w maratonach jest umiejętność pokonania dystansu bez smarowania nart na trzymanie. Z pewnością tak będzie i w nadchodzącym roku. Komu uda się przygotować najsilniejsze i najbardziej wytrzymałe ramiona? Petter Eliassen był niesamowicie mocny, wygrywając cztery ostatnie etapy. Myślę jednak, że pozostali ciężko przepracują lato i będą w stanie pokonać Norwega. Liczę przede wszystkim na dobrą postawę Øysteina Pettersena nie tylko w kontekście walki o tytuł najlepszego sprintera. Również Tord Asle Gjerdalen może być silny, o czym świadczy wygrana tegoroczna Marcialonga i równa walka z Eliassenem w Årefjällsloppet podczas swojego pierwszego pełnego sezonu w maratonach. Wśród pań sytuacja będzie jeszcze bardziej otwarta. Katerina Smutna, czyli zwyciężczyni poprzedniej edycji, znów będzie walczyła z mocnymi rywalkami, czyli Brittą Johansson Norgren i Serainą Boner. W przypadku kobiet nie można jeszcze mówić o dominacji double polingu, choć niektóre zawodniczki próbowały już używać wyłącznie tej techniki nawet na trudniejszych trasach. Być może niedługo stanie się to kluczem do zwycięstwa, podobnie jak ma to miejsce w rywalizacji mężczyzn. Wszystkie wątpliwości na pewno rozwieją biegi w nadchodzącym sezonie. Polecam oglądać!

Vive la France!

Czerwiec i lipiec to znakomite miesiące dla sportu. Po pierwsze, piękna pogoda zachęca do treningów na zewnątrz, a po drugie mamy w tym czasie trzy wspaniałe imprezy do oglądania, paradoksalnie nie związane z codzienną tematyką bloga. Wszystkie odbywają się we Francji i wszystkie darzę ogromnym sentymentem. Na samym początku Roland Garros- turniej na słynnych paryskich kortach, którego finał oglądam obowiązkowo każdego roku, choć na co dzień w ogóle nie śledzę poczynań tenisistów. Mimo to, uwielbiam emocjonować się takimi spektaklami, jak tegorocznym, którego role dzielnie odegrali Stan Wawrinka i Novak Djoković. Następnie przychodzi czas na jeszcze bardziej legendarny 24- godzinny wyścig Le Mans. Tutaj zwykle jestem związany ze wszystkim, co dzieje się wokół serii World Endurance Championship w ciągu roku, zaś teraz szczególnie zwracam swoją uwagę tylko w stronę toru Circuit de la Sarthe. Już w tym tygodniu po raz kolejny usiądę w fotelu na pełne 24 godziny, wypiję kilka kaw i będę delektował się wydarzeniem, które zapewne znów zapisze się w mojej pamięci czymś szczególnie wyjątkowym. Wreszcie w lipcu przychodzi czas na start Tour de France- wielkiego kolarskiego święta, którego 21 etapów napisze bogatą w emocje historię. Dodatkowego smaku doda komentarz niezastąpionych w tej dziedzinie: Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego. Wymienione wydarzenia, oprócz kraju ich organizowania, łączy jedno- bogata historia, która na stałe wpisała je do listy najważniejszych w roku. Dodatkowo są one otoczone specjalną tradycją, która podpowiada, żeby na przykład nie budować oświetlenia nad kortem Philippe'a Chatriera, nie skracać pętli La Sarthe, czy nie zmieniać koloru koszulek TdF. Dzięki temu, nawet laik bez problemu dowie się, z jakiej rangi imprezą ma do czynienia. Francuzi mają najwyraźniej szczęście do takich legend, choć trzeba przyznać, że potrafią również zadbać o odpowiednią otoczkę.
W takiej pięknej scenerii kończyła się setna edycja Tour de France.
Po co ten obszerny wstęp? Trochę był mi on potrzebny, bo oprócz Ski Classics, brakuje mi trochę takich imprez na biathlonowym, czy biegowym podwórku. W biathlonie mamy co prawda coroczne Mistrzostwa Świata, ale zmieniają one za każdym razem lokalizację, przez co wypadają z porównania. W przypadku biegów narciarskich od razu na myśl przychodzi Tour de Ski i może być to dobry trop. Impreza ma jednak dość krótką historię i chyba jeszcze nie osiągnęła swojej ostatecznej postaci. Co roku coś zmienia się w etapach, choć już do rangi najważniejszych urosły dwa z nich. Mam na myśli oczywiście długi bieg pościgowy mężczyzn z Cortiny d'Ampezzo do Dobiacco oraz finałową wspinaczkę pod Alpe Cermis. Niestety, pierwszy z wymienionych muszę (przynajmniej dziś) wykreślić. A to dlatego, że po spojrzeniu na potwierdzony niedawno kalendarz FIS na sezon 2015/2016 nie znajdziemy już tego pięknego etapu. Biorąc pod uwagę poprzednią wersję, można wyciągnąć wniosek, że organizator nie spełnił jakichś wymagań dotyczących transmisji TV. Być może chodziło o zmianę rejestrowania obrazu przez skuter i helikopter na rzecz kamer stojących, co byłoby absurdalne w przypadku biegu "z punktu A do B". I tak oto FIS pozbył się jednego z najciekawszych biegów sezonu. Wspinaczka zostaje, jednak i tak w mojej opinii nigdy nie dorównywała odwołanej trzydziestce piątce łyżwą. Dobrze, że przynajmniej zostawiono moją ukochaną pięćdziesiątkę w Oslo w spokoju. Odłożono jednak próbę powrócenia metody startu interwałowego na kolejne sezony. Tak, czy inaczej, ten bieg stanowi konkretną biegową alternatywę dla moich francuskich przykładów.

A co z wymienionymi już maratonami, nazywanymi również klasykami? Dotychczas nosiły nazwę Swix Ski Classics, zaś od następnego sezonu ich tytularnym sponsorem będzie Madshus. Nie zmienia to wiele, oprócz konieczności wprowadzenia przeze mnie nowego tagu, lub zmiany istniejącego. Przyszły sezon będzie kluczowy dla tej maratońskiej serii. Na pewno warto ją śledzić, choćby z powodu wciąż rosnącego zainteresowania. Oczywiście prestiż takiego biegu, jak Vasaloppet, który jest najważniejszym tego typu wydarzeniem roku, nie podlega wątpliwości. Podobnie jest z Marcialongą i Birkebeinerrennet. Każdy z nich stanowi "wielki szlem" dla najznakomitszych gwiazd narciarstwa biegowego. Przykład zwycięzcy z minionego sezonu- Pettera Eliassena dobitnie pokazuje, jak wiele można wygrać dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu siły odepchnięcia. Wyczuł to już biznes narciarski i obecnie najważniejsi gracze na rynku opracowują narty dedykowane do double polingu. Wszystko po to, aby najefektywniej wykorzystać siłę rąk przy odpychaniu oraz brak smarowania na trzymanie. Zalecam zajrzeć ponownie do poprzednich tematów o znaczeniu tej techniki. Jak doczytałem na stronie Caldwell Sport, być może już w przyszłym roku ujrzymy narty przeznaczone specjalnie do "przepychania" maratonów.

I tylko do biathlonu nie mogę dopasować takiego znaku firmowego, absolutnej ikony najważniejszej w całym roku. Może to dlatego, że każde zawody wpisują się w ten klimat? Wszystkie ogląda się z takim samym zaciekawieniem, na wszystkie biegi oczekuje się z takim samym zniecierpliwieniem, a przede wszystkim każde z nich przynoszą coś nieprzewidywalnego. Za to właśnie uwielbiam biathlon. A jak potrzeba jednak czegoś podniosłego i z tradycją, pozostaje poczekać na lipcowe Tour de France. Komentatorzy ci sami, emocje podobne, jedynie śniegu brak.

Poradnik: Jak zdobyć Puchar Świata w biegach narciarskich?

Gdybym rzeczywiście trzymał się formy poradnika, którą zasugerowałem sobie w tytule, post byłby bardzo krótki. Wyglądałby on zapewne tak:
  1. Wybierz sobie lokalizację do wygrania, najlepiej w Twoim kraju lub kraju Twojego największego rywala.
  2. Wygraj w miejscu z punktu 1.
  3. Postaraj się być gdzieś w okolicach pierwszej dziesiątki w czasie "mikrocyklów" na początku sezonu.
  4. Najważniejszy punkt: wygraj Tour de Ski! Bez tego możesz zapomnieć o osiągnięciu celu.
  5. Po zrealizowaniu punktu 4, możesz udać się na wakacje, wrócić na MŚ (jeżeli są w sezonie) i ostatnie zawody.
  6. Ciesz się ze swojego Pucharu Świata.
Być może trochę przekoloryzowałem sprawę, ale niech ktoś zaprzeczy, że przy wykonaniu takiego planu, Puchar Świata jest praktycznie nasz. Jak sięgnę pamięcią, to w ostatnim czasie taki wyczyn nie udał się Charlotte Kalli w sezonie 2007/2008, Virpi Kuitunen rok później i jako ostatniej Justynie Kowalczyk w 2011/2012. Taka tendencja jest widoczna przede wszystkim wśród pań. U panów bywało różnie od stworzenia cyklu i zwykle zwycięzcą PŚ był kto inny, niż w przypadku TdS. Inną rzeczą jest, że podobnie jak samo Tour de Ski, na przestrzeni sezonów zmieniał się kalendarz Pucharu Świata. W początkowych latach nie było tak wielu irytujących "mikrocyklów" z całą masą punktów do zgarnięcia. Właściwie to na początku swojego istnienia, TdS było jedyną tego typu imprezą w sezonie.

Dziś jest zupełnie inaczej. Przy odpowiednim doborze startów, zwycięstwo Tour de Ski jest zwykle ogromnym krokiem do zdobycia wielkiej kryształowej kuli. Po dobrym początku sezonu, już w styczniu można zapewnić sobie trofeum, czego najprawdopodobniej dokonali: Martin Johnsrud Sundby i Marit Bjoergen.
Martin Johnsrud Sundby na podium końcowym Tour de Ski.
A przecież tyle zawodów do końca, w których, jak się okazuje, nie trzeba nawet startować. Wystarczy spojrzeć, jak bardzo odstają rangą i poziomem odcinki PŚ rozgrywane w Rybinsku i Otepaa, od tych, które oglądaliśmy na początku sezonu. Nie można mieć za złe zawodnikom, że nie startują we wszystkim jak leci, bo dla nich samych mogłoby to okazać się niepotrzebną stratą sił. Tym bardziej, że z pomocą przyszedł im FIS, dając takie zdobycze punktowe w pierwszej części sezonu. Teraz sami możemy zaobserwować efekty. W Otepaa było jeszcze w miarę normalnie, bo powrócili nieobecni na Tour de Ski sprinterzy. Punkty do klasyfikacji generalnej mógł wreszcie nazbierać Finn Haagen Krogh, który i tak posiada już znaczną stratę do czołówki. Rybinsk natomiast to próby Rosjan na odniesienie jakiejkolwiek wygranej w zawodach PŚ, które jak na razie psuje im Dario Cologna. Szwajcar w tym sezonie startuje najczęściej ze wszystkich, ale przez słabszą postawę w Tour de Ski utracił już szansę na zdobycie Pucharu Świata. "Trudno, co robić". Zobaczcie poniżej, jak wygląda obecna sytuacja w klasyfikacji generalnej PŚ.
1
NOR
NOR
1189
2
NOR
NOR
849
3
SWE
SWE
806
4
SUI
SUI
741
5
RUS
RUS
692
6
NOR
NOR
550
7
NOR
NOR
521

Podobne rozprężenie w gronie pań sprzyja przede wszystkim zawodniczkom z Norwegii, które muszą jeszcze walczyć o miejsce w reprezentacji na Mistrzostwa Świata. Do formy wydaje się wracać Astrid Jacobsen, zaś Kristin Steira pojawiła się po raz pierwszy w tym sezonie na trasach pucharowych właśnie w Rybinsku. Natomiast swoje pierwsze podium w karierze zaliczyła tam Liz Stephen. Amerykanka już podczas Tour de Ski pokazała świetną formę. Jej niesamowita walka z Ranghild Hagą o czwarte miejsce na finałowym podejściu pod Alpe Cermis długo zapadnie w mojej pamięci. Podium w biegu na 10 km techniką dowolną w piątek było więc jak najbardziej zasłużone. Wszystko to dało jej wysokie 7. miejsce w klasyfikacji generalnej.
1
NOR
NOR
1588
2
NOR
NOR
1138
3
NOR
NOR
1017
4
NOR
NOR
709
5
NOR
NOR
632
6
GER
GER
473
7
USA
USA
453

Tego, że w Rybinsku nie startują najlepsi, chyba nie da się zmienić. W końcu jest tam tak daleko, że bez planów na ogromne zdobycze punktowe, wyjazd na te zawody nie ma sensu. Jednak władze FIS mogłyby wreszcie zastanowić się nad kalendarzem startów, z którym najwyraźniej coś jest nie tak. Na chwilę obecną, wyrabianie za wszelką cenę 100% startów się zwyczajnie nie opłaca. 

Tour de Spina

Powitaliśmy z hukiem 2015 rok, co mogę potwierdzić, bo do teraz słyszę jego echo. Wraz z nim przyszły kolejne zawody PŚ. Między innymi Tour de Ski. Tak naprawdę to jedyny taki cykl, który bardzo lubię. Trudno nie oprzeć się jedynemu w swoim rodzaju etapowi z Toblach do Cortiny d'Ampezzo (35 km), nie mówiąc już o słynnej wspinaczce pod Alpe Cermis. W tym roku jednak pierwszy z wymienionych został zamieniony na 25 km wokół Toblach. Jakby tego było mało, tegoroczna edycja mieni się tak różnymi barwami pod kątem emocji, że nawet mnie jest ciężko zmierzyć się z tym tematem. Jednym słowem wyczuwam ogólną "spinę" i to nawet nie jedną.

Marit Bjoergen po kolejnym zwycięstwie w tegorocznym Tour de Ski.
Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, jak bardzo różni się rywalizacja w gronie mężczyzn od tego, co dzieje się wśród pań. W pierwszym przypadku mamy czterech kandydatów do zwycięstwa: Northuga, Sundby, Halfvarssona i Belova. Szczególnie ten ostatni stanowi niespodziankę tegorocznej edycji TdS. Rosjanin nigdy tak naprawdę nie osiągał większych sukcesów w imprezach Pucharu Świata, tymczasem ma szansę na wygraną w najważniejszym cyklu sezonu. Wszystko rozstrzygnie się na ostatnich etapach, których już teraz nie mogę się doczekać. Rywalizacja kobiet wydaje się być jednak rozstrzygnięta. 100% dotychczasowych etapów wygrała Marit Bjoergen, zyskując tym samym olbrzymią przewagę nad resztą. Mówiono o norweskiej dominacji, ale teraz już nawet sama Therese Johaug wydaje się być załamana faktem, że nie może nawiązać walki ze starszą koleżanką. A skoro już o wieku mowa, to Marit Bjoergen, mimo 34 lat, wkrótce będzie miała szansę na zrównanie się z rekordem zwycięstw w zawodach PŚ, który przez wiele lat był ustalany przez niewątpliwie legendarnego Ole Einara Bjoerndalena. Obawiam się takiej sytuacji, ale w tej chwili wolę po prostu o tym nie myśleć. Może kiedy indziej o tym napiszę, a póki co mogę tylko winić obecny stan biegów kobiecych za powstałą sytuację. Nie wątpię w czystość Bjoergen i w to, że nie stosuje dopingu. Nie stanowi ona jednak tak wielkiej legendy, na jaką zapracował Bjoerndalen przez wszystkie swoje sezony. Jej seria zwycięstw bierze się po prostu z braku konkurencji.
Northug po raz kolejny ograł wszystkich na ostatnich metrach.
Konkurencji z pewnością nie boi się Petter Northug. Jak na razie lider Tour de Ski stosuje konsekwentnie swoją taktykę w biegach dystansowych, czyli ciągle trzyma się z tyłu grupy, w której biegnie. Nigdy nie wychodzi na prowadzenie. No, może poza ostatnimi metrami, na których wszystkich wyprzedza i wygrywa. Taka sytuacja powtórzyła się po raz kolejny we wczorajszym biegu na 25 km w Toblach. Szczerze mówiąc, przy takim dystansie, brak prowadzenia choć przez kilometr jest zachowaniem mocno dyskusyjnym. Nie lubią go przez to inni biegacze, a ja zaryzykuję stwierdzenie, że taka postawa odbiera prawo do nazwania się Człowiekiem Północy. Jak się dokładniej przyjrzeć, będzie to złamanie zasady nr 18 "How to be nordic", która głosi: "Człowiek Północy zawsze pomaga innym, zwłaszcza w kwestiach związanych z narciarstwem biegowym". Inny incydent miał natomiast miejsce z udziałem Martina Johnsrud Sundby, który w prologu TdS pobiegł minimalnie inną trasą, za co miał zostać ukarany. Chodzi o fakt, że Norweg pokonał ostatni podbieg nie z tej strony, co trzeba. Skutkiem tego, miała zostać na niego nałożona kara czasowa w wymiarze 3 minut. Tak się jednak nie stało, bo zapewne zdaniem jury, ta nieznaczna zmiana trasy nie przysporzyła korzyści Martinowi. Innego zdania był Dario Cologna, zwycięzca tego biegu, który zdecydowanie sugerował karę dla Sundby. Zarówno w sytuacji, w której kara 3 minut stałaby się faktem, można by było uargumentować ją pomyleniem trasy. W rzeczywistości, gdzie Norwega nie ukarano, również nie trzeba doszukiwać się fałszu, bowiem rzeczywiście zmiana trasy nie pomogła mu, a wręcz przeszkodziła. Spina zupełnie nie potrzebna w takim razie, choć Dario Cologna jak najbardziej miał prawo do takiej reakcji.
Dario Cologna stracił dużo czasu podczas wczorajszego biegu na 25 km stylem łyżwowym, co odbiera mu szansę na walkę o zwycięstwo w Tour de Ski.
Kończąc całą listę tegorocznych spin muszę poruszyć temat komentatorów. Faktem jest, że duet Eurosportu Merk/Chruścicki nie jest ideałem. Zapewne każdy z nas, siedząc przed telewizorem, myśli sobie "zrobiłbym to lepiej". W takim razie droga wolna. To tylko z naszej kanapy wydaje się, że nie ma nic prostszego niż komentowanie naszej ulubionej dyscypliny sportu. Tymczasem prawda jest inna. Trzeba potrafić mówić i mieć o czym w każdej chwili. Najlepiej na temat związany z transmisją. Polecam spróbować, można się zaskoczyć, jak szybko człowiek się zacina i nie wie, co powiedzieć. Z drugiej strony mnie też czasem irytują proste błędy i dająca się czasem we znaki słaba wiedza, ale czy nie lepiej wobec wszystkiego powiedzieć czasami "nie walczę z wiatrakami, nie wytępię ciemnoty..."?

A moja osobista spina? Bo w końcu każdy taką czasem ma. Nie będzie mi dane obejrzeć wymarzonych zawodów Pucharu IBU w Dusznikach- Zdroju. Bardzo chciałem zobaczyć imprezę tej rangi na Jamrozowej Polanie. Planowałem zapodać Wam tu obszerną relację z centrum wydarzeń (coś na kształt zeszłorocznych postów o Pucharze Świata w Szklarskiej Porębie). Niestety, wszystko się posypało w chwili, gdy moja uczelnia postanowiła, że piątek stanie się wtorkiem ten jeden jedyny raz, czyli 9 stycznia. (teraz każdy z PWr powinien porozumiewawczo się uśmiechnąć)  I tak oto zamiast dnia wolnego, który byłby idealny na wyjazd do Dusznik i pozostanie tam przez jakiś czas, będą zajęcia do późna. Nawet na sobotę nie uda się wrócić. Pozostanę więc o te sto kilometrów z hakiem, tylko tym razem w innym kierunku od Jamrozowej Polany i dowiem się zapewne z internetów o kolejnym sukcesie organizacyjnym Centrum Polskiego Biathlonu. Tak, już teraz jestem pewien, że zakończy się to właśnie w taki sposób, przeglądając pierwsze wrażenia zawodników. Innej opcji zresztą nie ma po tym, jak grono ochotników pomagało zgarniać śnieg na trasy, aby wszystko się udało. I na pewno się uda, za co trzymam kciuki od samego początku, bo tylko to mi pozostało. Najważniejsze jednak, aby się nie denerwować, prawda?

P.S: Pierwsze biegi sprinterskie w Dusznikach już dzisiaj. W sobotę odbędą się kolejne sprinty, zaś w niedzielę biegi pościgowe. Wyniki możecie śledzić na biathlonresults.com, a zapewne wkrótce będzie można obejrzeć relację z zawodów tu.

NNN czy SNS?

Dziś będzie coś na temat sprzętu. W internetach można znaleźć różne informacje na temat dwóch popularnych systemów wiązań do nart biegowych- NNN i SNS, które rywalizują również na rynku. Pociąga to za sobą próby stwierdzenia, który z nich jest lepszy. Oglądając wczorajsze zawody Pucharu Świata w Oberhofie i ostatni etap Tour de Ski przyjrzałem się bliżej sprzętowi, który używa światowa czołówka. Nawiązując więc do tematu walki SNS z NNN postaram się spojrzeć na to z punktu widzenia statystyki w gronie zawodowców, czyli przedstawić, jaka liczba czołowych biathlonistów i biegaczy narciarskich korzysta z konkretnego systemu.

Na początek jednak kilka słów o każdym z systemów. Wiązanie SNS zostało wynalezione przez firmę Salomon i charakteryzuje się jedną prowadnicą wzdłuż powierzchni buta. Ponadto w wyczynowej wersji PILOT, but do takiego typu posiada dwie poprzeczne belki w podeszwie, które zaczepiają o wiązanie. Najbardziej znane marki używające systemu SNS to Salomon, One Way i Atomic. System NNN został stworzony przez norweską firmę Rottefella. W tym przypadku wiązanie posiada dwie prowadnice wzdłuż powierzchni buta, ale jedną poprzeczną belkę w podeszwie. Warto dodać, że wyczynowe wiązania typu R4 NIS tego systemu wymagają przytwierdzonej na stałe płyty montażowej do narty. Umożliwia to natomiast dowolną regulację pozycji wiązania w bardzo łatwy sposób. Buty z systemem NNN produkują: Alpina, Madshus, Fischer oraz Rossignol. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że więcej do powiedzenia na rynku ma NNN. Zobaczmy jednak, co powie statystyka.

SNS czy NNN? Porównanie systemów wiązań narciarstwo biegowe
Grafika z porównaniem systemu SNS z NNN.

W Oberhofie oglądaliśmy wczoraj biegi ze startu wspólnego. Na starcie stanęło więc 30 zawodników (25 najlepszych w klasyfikacji PŚ i 5 najwyżej punktujących w ten weekend). Była to bardzo dobra okazja do obejrzenia, kto na czym biega. I z tej obserwacji wypłynęły następujące wnioski.

SNS czy NNN? Blog o narciarstwie biegowym

Na początek bieg mężczyzn. Jedynie 3 biathlonistów we wczorajszej stawce używało butów Salomona, czyli systemu SNS. A byli to: Alexander Loginov (Rosja), Erik Lesser (Niemcy) i Alexis Boeuf (Francja). Reszta preferuje NNN. Rozbijając to jeszcze na poszczególne marki, mieliśmy 2 zawodników w butach Madshusa (Bjoerndalen i Svendsen), 9 w butach Alpiny, 8 w butach Rossignola (wśród nich Martin Fourcade) i 8 od Fischera. Różnica na korzyść NNN jest więc znacząca. Co ciekawe, u większości zawodników z tym systemem, wiązania były marki Rottefella, poza kilkoma użytkownikami Fischera. Najwyraźniej tradycja wykonania robi swoje.

SNS czy NNN? blog o narciarstwie biegowym

U kobiet sytuacja wygląda podobnie. Jedynie Anastasyia Kuzmina (Słowacja), Evi Sachenbacher- Stehle (Niemcy) i dotychczasowa liderka PŚ Valj Semerenko (Ukraina) są zawodniczkami Salomona. Natomiast u reszty z systemem NNN siły prezentują się podobnie, jak u mężczyzn, czyli przewaga Fischera, przed Rossignolem, Madshusem i Alpiną. Zastanawiające może być to, że znacznie mniej kobiet decyduje się na Alpinę, bo są to tylko trzy zawodniczki (wśród nich Weronika Nowakowska- Ziemniak). Madshusa natomiast używają: Irina Starykh (Rosja), Synnoeve Solemdal (Norwegia) i Ann Kristin Aafedt Flatland (Norwegia). Wyniki obu biegów nie są zaskoczeniem. Wróciła dominacja Martina Fourcade i Tory Berger. Cieszy również dobra postawa Synnoeve Solemdal i Krystyny Pałki. Obudził się również Tarjei Boe, zajmując trzecie miejsce.

W Tour de Ski było już ciężej cokolwiek dojrzeć, a to z racji na olbrzymie opady śniegu, które utrudniały zawodnikom i zawodniczkom już samą w sobie morderczą wspinaczkę na Alpe Cermis. Wyniki wszyscy znamy, Norwegowie się cieszą, a ja od początku wiedziałem, że będzie to prawdziwy sprawdzian na bycie człowiekiem północy i się nie zawiodłem. Jedynie Petter Northug popsuł nieco sprawę, bo miało być całe norweskie podium, a tu dał się wyprzedzić Johannesowi Duerrowi- odkryciu tegorocznej edycji TdS. Nie zapominajmy jednak o moim imienniku Jespersenie, który jeszcze niedawno mówił, że na pokonanie Alpe Cermis jest za gruby. W takim razie strach pomyśleć, co by było, gdyby był chudszy. Sundby mógłby poważnie się bać, a tak wczoraj spokojnie pobiegł po swoje pierwsze zwycięstwo w Tour de Ski w karierze. Jeżeli chodzi o główny temat dzisiejszych rozmyślań, to w biegach narciarskich wygląda to tak. Widziałem, że Sjur Roethe i Tor Asle Gjerdalen biegli w butach Salomona. Podobnie Sami Jauhojärvi używa systemu SNS, bo biega w sprzęcie od One Way. Martin Johnsrud Sundby, Johannes Duerr i Petter Northug wybierają buty Fischera. Natomiast Chris Jespersen jest przedstawicielem Rossignola. Ponadto jest wielu zawodników z Alpiną, co daje w sumie znaczną przewagę systemu NNN wśród biegaczy narciarskich. Podobnie przedstawia się sytuacja w gronie kobiet. Warto dodać, że nasza jedyna reprezentantka we wczorajszym biegu- Paulina Maciuszek używa butów Salomona, zaś nieobecna w TdS Justyna Kowalczyk Fischera.

Można spekulować, który system wiązań do nart biegowych jest lepszy, ale to nie ma większego sensu. Amator na pewno nie jest w stanie zauważyć różnicy pomiędzy czuciem narty w wiązaniach SNS, czy NNN. Wszystko zależy przede wszystkim od butów i tego, jak się w nich czujemy. Stąd taki, a nie inny wybór zawodowców. Najwidoczniej buty, które wykonuje Alpina, czy też Fischer są po prostu lepsze od wyrobów marki Salomon. One Way natomiast wciąż nie może się przedrzeć do światowej czołówki, o czym świadczy fakt, że tylko jeden pucharowy zawodnik używa ich sprzętu. Również narty, na jakich ściga się zawodnik są nie bez znaczenia. Skoro przykładowo Svendsen i Bjoerndalen mają podpisaną umowę sponsorską z Madshusem, nie może być innego wyboru w kwestii butów, niż Madshus. I tu można też wysnuć kolejny wniosek, że wszystko kręci się wokół pieniędzy, więc liczą się tylko najbogatsze firmy, zdolne wydać dużo pieniędzy na kontrakty z najlepszymi zawodnikami. Na poziomie amatorskim natomiast, wybór należy tylko i wyłącznie do tego człowieka, który będzie na konkretnych nartach i w konkretnych butach biegał. A to, że Fischer wygrywa wszystkie testy na najlepsze narty to jedno. A to, że pierwsza zasada "How to be nordic" mówi: "Jak narty, to tylko Madshus. (...)", to drugie. I że do tych nart najlepiej pasują wiązania z systemem NNN, to trzecie. I wreszcie, że najlepsze buty robione są pod system NNN, to czwarte. Tak po prostu wygląda ten biegowy biznes.

Mieszane uczucia

Miał być dzisiaj ciekawy dzień. Najpierw 35 km techniką dowolną mężczyzn z Cortiny d'Ampezzo do Dobiacco w ramach cyklu Tour de Ski, później zawody biathlonowe w Oberhofie. Tak więc emocje gwarantowane. Jedno tylko mnie zastanawia. Dlaczego piszę teraz ten tekst, zbierając resztki rozsądku i nie mogąc jeszcze uwierzyć w to, co się stało? No właśnie. Miał być ciekawy dzień i był, tylko że nie w tą stronę, co trzeba.

Na początek Tour de Ski. Kobiety ścigały się na pętlach w Dobiacco, zaś mężczyznom przypadł prawdziwy klasyk tego cyklu, czyli 35- kilometrowa droga łącząca dwa włoskie miasta. Start odbywał się tak, jak do każdego biegu pościgowego, czyli zawodnicy byli wypuszczani na trasę ze stratami zgromadzonymi na dotychczasowych etapach. Cała przeprawa może wydawać się monotonna, ale co najważniejsze, jej okolica jest piękna. Tunele, jeziora i domy to wszystko, co stanowiło otoczkę rywalizacji. Dlatego dla mnie jest to etap szczególny, jeśli nie ulubiony. A do tego jeszcze ten las i znikający w nim biegacze. Taki stan rzeczy nie ułatwiał przekazu telewizyjnego i nic dziwnego, że helikopter nie wyłapał Austriaka Johannesa Duerra, który z dalekiej 34. pozycji dołączył do grupy będącej bezpośrednio za prowadzącym Martinem Johnsrudem Sundby. Dziś Norweg- lider TdS, bardzo mi zaimponował. Biegł samotnie od startu do mety, co nie jest łatwe i w dodatku potrafił utrzymywać przewagę około minuty nad grupą goniącą, w której znalazły się takie asy, jak Petter Northug, czy zeszłoroczny triumfator- Alexander Legkov. Jedynie kamera umieszczona na skuterze śnieżnym towarzyszyła prowadzącemu, pokazując jego idealną technikę biegu. Po całej przeprawie, w klasyfikacji generalnej Sundby ma przewagę 1 minuty i 3 sekund nad Northugiem oraz 1:08 nad Kanadyjczykiem Alexem Harveyem. Szczegółowe wyniki znajdziecie tutaj.

Po takiej biegowej uczcie przyszedł czas na biathlon, czyli sprinty w Oberhofie. Nie przepadam za tym miejscem. Zazwyczaj mgła, a dzisiaj nawet deszcz utrudniały zgodnie zmagania zawodnikom. Panuje tam jednak niesamowita atmosfera, stworzona przez kibiców, którzy tłumnie obstawiają trasę wszędzie, gdzie tylko się da. Wielu zawodnikom się to podoba i trudno się temu dziwić. Ja jedynie podziwiam tych ludzi na trybunach. Przyjdzie taki na zawody, stanie w górnym rzędzie i nie widzi trasy, bo mgła, nie widzi zawodników, bo mgła, nie widzi nawet telebimu, bo.. zgadnijcie co. A jednak stoją tłumy i kibicują, a nawet mokną w deszczu, jak dziś. Może bilety tanie, a może to wcale nie chodzi o biathlon, tylko o niemieckie piwo sprzedawane zapewne nieopodal trybun? Tego nie wiem, ale jak zdołam sprawdzić cokolwiek, to się tym podzielę. Jak już udało się coś z tej mgły wydobyć, to były to obrazy niezwykłe. Pudłujący trzykrotnie na stojąco Martin Fourcade, bezbłędny na stojąco Emil Hegle Svendsen i wcale nie padający trupem Christoph Stephan po przybyciu na metę.

Jedno szczególnie mnie ucieszyło. Po drugim strzelaniu prowadzenie objął Ole Einar Bjoerndalen, mimo łącznie przebiegniętych dwóch karnych rund. Nikt nie potrafił go wyprzedzić i tak już pozostało... na tym międzyczasie. Czyżby zanosiło się na długo oczekiwane 95. zwycięstwo? Nie tak szybko. Blisko był Emil Hegle Svendsen, który przy wybieganiu na ostatnie okrążenie tracił tylko 4 sekundy do króla. Przeczuwałem, że to może nie wystarczyć i na moje (i OEB) nieszczęście miałem rację. Jeden Norweg wyprzedził drugiego na mecie o (wait for it) 0,4 sekundy! Tak niewiele dzieliło króla biathlonu od odniesienia upragnionego zwycięstwa. Dosłownie odepchnięcie się kijami, szybsze założenie karabinu, czy coś podobnego zaważyło o tym, że zamiast wielkiego święta mam mieszane uczucia. Z jednej strony żal mi niezmiernie, że było tak blisko zwycięstwa Bjoerndalena, które w dodatku zabrał mu sprzed nosa kolega z reprezentacji. Z drugiej jednak strony wygrał Norweg i nie wypada się z tego nie cieszyć. Poza tym, to kolejne podium OEB w tym sezonie i już wiadomo, że jest on znacznie lepszy, niż poprzedni w jego wykonaniu. W rezultacie wyszło trochę tak, jakby ktoś dał mi nowiutkie kije One Way Premio 10, a później wbił mi je grotem prosto w serce. Radość, ale krótkotrwała i trochę zmącona wewnętrznym bólem. Tak przy okazji, widzieliście dziś na trasie nowe kije OW Premio HD? Do nich też mam mieszane uczucia. Kto nie widział, niech wejdzie na www.premiohd.com.

Podium dzisiejszego sprintu, czyli od lewej: Bjoerndalen, Svendsen, Fourcade.

Zobaczymy, jak będzie jutro, bo już o 12:30 panowie zmierzą się w biegu pościgowym. Bjoerndalen jest w dobrej sytuacji. Lubi tą specjalność, jest w niej wielokrotnym mistrzem świata i w dodatku często wygrywał w Oberhofie. Wszelkie statystyki przemawiają za królem. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że w biathlonie statystykami się nie wygrywa i nic nie jest pewne do chwili przekroczenia linii mety. Tak więc, jedyne, co mogę dziś powiedzieć to: Lykke til Ole Einar!


Gdzie ta zima?

Każdy się pewnie zastanawia, po co została podjęta decyzja odnośnie zamiany dystansów i stylów na drugim etapie Tour de Ski w Oberhofie, tuż przed rozpoczęciem całej imprezy. Przypomnę, że zamiast 9 km kobiet i 15 km mężczyzn stylem klasycznym, dziś odbyły się sprinty techniką dowolną. A stało się tak dlatego, że włodarze FIS zaczęli czytać niniejszy blog i wzięli sobie do serca zasadę nr 9 z "How to be nordic", która głosi: "Człowiek północy zawsze będzie preferował technikę łyżwową". Stwierdzili zapewne, że z takim kodeksem się nie dyskutuje i w ostatniej chwili postanowili uczynić Tour de Ski prawdziwym sprawdzianem na bycie człowiekiem północy. Taka jest moja wersja wydarzeń i nic nie poradzę, że Justyna Kowalczyk, a wraz z nią połowa naszego kraju, uważa tę decyzję za krzywdzącą. Byli też tacy, którzy dopatrywali się spisku Norwegów przeciwko reszcie świata i domagali się bojkotu zawodów. Gdy to czytałem na rozmaitych portalach i forach, coraz bardziej zacząłem skłaniać się jednak ku mojej wersji, bo była bardziej prawdopodobna. Widocznie teorie spiskowe mają swoich zagorzałych zwolenników nie tylko w polityce...

Odejdźmy więc od orzekania, kto kogo skrzywdził i jak bardzo. Nie mam zamiaru też bawić się w specjalistę i stwierdzać, czy decyzja naszej zawodniczki jest właściwa, czy też nie. O tym wie ona sama. Zawsze powtarzam, że każdy sportowiec sam steruje swoją karierą i najlepiej czuje, co będzie w danym momencie najwłaściwszym rozwiązaniem. Tak też robię w tym przypadku. Może przez to zabraknie jedynie emocji w rywalizacji kobiet, choć dla mnie od zawsze bardziej interesujące i wyrównane były biegi męskie, więc na tym nie stracę. A teraz czas na prawdziwą przyczynę wszelkich zmian w Tour de Ski. Jest nią fatalna pogoda, która panuje w Oberhofie. Dodatnie temperatury, opady deszczu i mgła (to akurat zmora Oberhofu) spowodowały, że jeszcze do niedawna zawody miały zostać całkowicie odwołane. Wreszcie w niedzielę 22 grudnia zadecydowano, że zarówno prolog TdS, jak i styczniowe zawody biathlonowego Pucharu Świata będą rozegrane na tyle, na ile pozwolą na to warunki śniegowe. Jak widać, jesienno- wiosenna aura pozwoliła na niewiele. Nie było możliwe przygotowanie torów do stylu klasycznego, jak i dłuższej pętli. Po tym, jak zobaczyłem tą pozostałość śniegu na trasach, wcale się temu nie dziwię. Ciekawe, czy zdoła się utrzymać chociaż takie warunki na zawody biathlonowe i na jakich pętlach będą rozgrywane poszczególne biegi. No i jeszcze na domiar złego ta mgła. Ciężki jest ten sezon dla sportów zimowych.

Podobnie jest na naszym podwórku. Mistrzostwa Polski w biathlonie, przeniesione wcześniej z Jamrozowej Polany do Jakuszyc, w ogóle się nie odbyły. Nie było to jednak spowodowane brakiem śniegu, lecz katastrofalnymi warunkami pogodowymi w okolicach Zakopanego i prośbą złożoną przez działaczy tamtejszych klubów o przełożenie zawodów. Przepadła więc okazja do podziwiania najlepszych zawodniczek i zawodników na Polanie Jakuszyckiej? Nie do końca. Z uwagi na to, że obecnie jest to jedyne miejsce w Polsce, gdzie można odnaleźć resztki śniegu, na trening wybrały się tam nasze kadrowiczki, a wśród nich: Krystyna Pałka, Weronika Nowakowska- Ziemniak i Monika Hojnisz. Na facebooku pani Weroniki znalazło się nawet zdjęcie z dzisiejszego dnia i krótki opis warunków pogodowych. Natomiast w drugi dzień Świąt na jakuszyckich trasach można było spotkać Justynę Kowalczyk.

Jak w tym wszystkim ma się odnaleźć amator? Takie pytanie jest moim problemem wśród tych zabaw z pogodą. Wydaje mi się, że znalazłem na to sposób. Póki było to możliwe, jeszcze przed Świętami, biegałem w Jakuszycach. Później jednak komunikaty pogodowe i widok z kamery internetowej były na tyle tragiczne, że nie miałem zwyczajnie chęci się z tym męczyć. A skoro na dole panuje prawie wiosna, to od czego są nartorolki? Nigdy bym się nie spodziewał, że pod koniec grudnia będę odwiedzał rolkostradę w Sobieszowie w wiadomym celu. Przy okazji sprawdziłem, co się tam dzieje i wypatrzyłem, że szykowana jest wypożyczalnia nart. Gdyby tylko spadł śnieg, cały ośrodek miałby szansę pokazać się wreszcie z dobrej strony i zacząć rzeczywiście działać. A póki co można się tam jedynie wybrać na trening techniki, oczywiście łyżwowej. To pewnie wszystko spisek Norwegów :-)  

Gdy spadnie wystarczająco dużo śniegu, ten budynek zamieni się w wypożyczalnię nart...

... a ten asfalt zamieni się w ubitą trasę biegową.