Czerwiec i lipiec to znakomite miesiące dla sportu. Po pierwsze, piękna pogoda zachęca do treningów na zewnątrz, a po drugie mamy w tym czasie trzy wspaniałe imprezy do oglądania, paradoksalnie nie związane z codzienną tematyką bloga. Wszystkie odbywają się we Francji i wszystkie darzę ogromnym sentymentem. Na samym początku Roland Garros- turniej na słynnych paryskich kortach, którego finał oglądam obowiązkowo każdego roku, choć na co dzień w ogóle nie śledzę poczynań tenisistów. Mimo to, uwielbiam emocjonować się takimi spektaklami, jak tegorocznym, którego role dzielnie odegrali Stan Wawrinka i Novak Djoković. Następnie przychodzi czas na jeszcze bardziej legendarny 24- godzinny wyścig Le Mans. Tutaj zwykle jestem związany ze wszystkim, co dzieje się wokół serii World Endurance Championship w ciągu roku, zaś teraz szczególnie zwracam swoją uwagę tylko w stronę toru Circuit de la Sarthe. Już w tym tygodniu po raz kolejny usiądę w fotelu na pełne 24 godziny, wypiję kilka kaw i będę delektował się wydarzeniem, które zapewne znów zapisze się w mojej pamięci czymś szczególnie wyjątkowym. Wreszcie w lipcu przychodzi czas na start Tour de France- wielkiego kolarskiego święta, którego 21 etapów napisze bogatą w emocje historię. Dodatkowego smaku doda komentarz niezastąpionych w tej dziedzinie: Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego. Wymienione wydarzenia, oprócz kraju ich organizowania, łączy jedno- bogata historia, która na stałe wpisała je do listy najważniejszych w roku. Dodatkowo są one otoczone specjalną tradycją, która podpowiada, żeby na przykład nie budować oświetlenia nad kortem Philippe'a Chatriera, nie skracać pętli La Sarthe, czy nie zmieniać koloru koszulek TdF. Dzięki temu, nawet laik bez problemu dowie się, z jakiej rangi imprezą ma do czynienia. Francuzi mają najwyraźniej szczęście do takich legend, choć trzeba przyznać, że potrafią również zadbać o odpowiednią otoczkę.
W takiej pięknej scenerii kończyła się setna edycja Tour de France.
Po co ten obszerny wstęp? Trochę był mi on potrzebny, bo oprócz Ski Classics, brakuje mi trochę takich imprez na biathlonowym, czy biegowym podwórku. W biathlonie mamy co prawda coroczne Mistrzostwa Świata, ale zmieniają one za każdym razem lokalizację, przez co wypadają z porównania. W przypadku biegów narciarskich od razu na myśl przychodzi Tour de Ski i może być to dobry trop. Impreza ma jednak dość krótką historię i chyba jeszcze nie osiągnęła swojej ostatecznej postaci. Co roku coś zmienia się w etapach, choć już do rangi najważniejszych urosły dwa z nich. Mam na myśli oczywiście długi bieg pościgowy mężczyzn z Cortiny d'Ampezzo do Dobiacco oraz finałową wspinaczkę pod Alpe Cermis. Niestety, pierwszy z wymienionych muszę (przynajmniej dziś) wykreślić. A to dlatego, że po spojrzeniu na potwierdzony niedawno kalendarz FIS na sezon 2015/2016 nie znajdziemy już tego pięknego etapu. Biorąc pod uwagę poprzednią wersję, można wyciągnąć wniosek, że organizator nie spełnił jakichś wymagań dotyczących transmisji TV. Być może chodziło o zmianę rejestrowania obrazu przez skuter i helikopter na rzecz kamer stojących, co byłoby absurdalne w przypadku biegu "z punktu A do B". I tak oto FIS pozbył się jednego z najciekawszych biegów sezonu. Wspinaczka zostaje, jednak i tak w mojej opinii nigdy nie dorównywała odwołanej trzydziestce piątce łyżwą. Dobrze, że przynajmniej zostawiono moją ukochaną pięćdziesiątkę w Oslo w spokoju. Odłożono jednak próbę powrócenia metody startu interwałowego na kolejne sezony. Tak, czy inaczej, ten bieg stanowi konkretną biegową alternatywę dla moich francuskich przykładów.
A co z wymienionymi już maratonami, nazywanymi również klasykami? Dotychczas nosiły nazwę Swix Ski Classics, zaś od następnego sezonu ich tytularnym sponsorem będzie Madshus. Nie zmienia to wiele, oprócz konieczności wprowadzenia przeze mnie nowego tagu, lub zmiany istniejącego. Przyszły sezon będzie kluczowy dla tej maratońskiej serii. Na pewno warto ją śledzić, choćby z powodu wciąż rosnącego zainteresowania. Oczywiście prestiż takiego biegu, jak Vasaloppet, który jest najważniejszym tego typu wydarzeniem roku, nie podlega wątpliwości. Podobnie jest z Marcialongą i Birkebeinerrennet. Każdy z nich stanowi "wielki szlem" dla najznakomitszych gwiazd narciarstwa biegowego. Przykład zwycięzcy z minionego sezonu- Pettera Eliassena dobitnie pokazuje, jak wiele można wygrać dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu siły odepchnięcia. Wyczuł to już biznes narciarski i obecnie najważniejsi gracze na rynku opracowują narty dedykowane do double polingu. Wszystko po to, aby najefektywniej wykorzystać siłę rąk przy odpychaniu oraz brak smarowania na trzymanie. Zalecam zajrzeć ponownie do poprzednich tematów o znaczeniu tej techniki. Jak doczytałem na stronie Caldwell Sport, być może już w przyszłym roku ujrzymy narty przeznaczone specjalnie do "przepychania" maratonów.
I tylko do biathlonu nie mogę dopasować takiego znaku firmowego, absolutnej ikony najważniejszej w całym roku. Może to dlatego, że każde zawody wpisują się w ten klimat? Wszystkie ogląda się z takim samym zaciekawieniem, na wszystkie biegi oczekuje się z takim samym zniecierpliwieniem, a przede wszystkim każde z nich przynoszą coś nieprzewidywalnego. Za to właśnie uwielbiam biathlon. A jak potrzeba jednak czegoś podniosłego i z tradycją, pozostaje poczekać na lipcowe Tour de France. Komentatorzy ci sami, emocje podobne, jedynie śniegu brak.
Wielki tydzień zwykle kończy się świętem, a takim był niewątpliwie 82. wyścig 24 godziny Le Mans. Dla każdego fana sportów motorowych ten czas jest szczególny, na który warto czekać cały rok. A jakie prezenty dostaje się przy jego okazji? Emocje, dźwięk silnika przez całą dobę i dramaturgię. Tego wszystkiego nie zabrakło w tym roku, choć mogłoby się wydawać, że znów zwyciężyła ta sama marka. Zapraszam więc do przeczytania historii, którą zapisali kierowcy kolejnej edycji tego pięknego wydarzenia.
To był mój szósty wyścig oglądany w całości. Takie coś wymaga silnego samozaparcia i tzw. kawy Le Mans (3 łyżeczki i pół filiżanki wody), aby przeżyć najgorszy kryzys, który przychodzi nad ranem. Wierzcie mi, że wtedy oczy same się zamykają, a często przy tym ważą się losy rywalizacji. Przecież kierowcy też odczuwają zmęczenie i najłatwiej popełnić jakiś błąd. Natomiast samo wydarzenie obserwuję trochę tak, jak robią to prawdziwi kibice tenisa na Rolland Garros. W tym roku usłyszałem takie słowa podczas transmisji turnieju, że dla nich pierwszorzędną sprawą jest dramaturgia meczu, nie zaś jego zwycięzca. Oczywiście zawsze jest jakaś mniej lub bardziej lubiana postać, ale to nie może zaburzyć odbioru widowiska. I tak samo powiedziałbym o Le Mans. Ten legendarny wyścig powoduje, że każdy jego zwycięzca jest wielki, a załogi, które w nim startują zasługują na szacunek fanów. A dramaturgia? Zwykle przychodzi sama, nagle, kiedy nikt się tego nie spodziewa. Tak było również w tym roku.
Jako pierwsza o dramaturgię zatroszczyła się pogoda. Bezchmurne niebo i wysoka temperatura podczas sesji warm up w sobotę rano zapowiadały piękne i czyste ściganie. Aż tak dobrze jednak być nie mogło i już w drugiej godzinie wyścigu pojawiły się groźne chmury. Chwilę później nad niektórymi partiami tego długiego toru pojawiły się pierwsze solidne opady deszczu, na co nie wszyscy zdołali się przygotować i założyć odpowiednie opony. Ucierpiało na tym przede wszystkim Audi #3 (Albuquerque, Bonanomi, Jarvis), w które uderzyło z całej siły Ferrari #81, kasując zupełnie jego tył. W ten incydent była zamieszana też Toyota #8, którą jednak udało się uruchomić i doprowadzić do boksów na naprawę. Z ogromną stratą ekipa przystąpiła do rywalizacji, co okazało się być jedynie złą zapowiedzią dobrego wyniku... To, co przyniosła pechowa druga godzina, możecie zobaczyć w poniższym filmie.
W tym czasie na prowadzeniu był drugi z samochodów Toyoty. Ekipa #7 (Nakajima, Wurz, Sarrazin) startowała z pole position i spisywała się świetnie w czasie wyścigu. Gdy zapadła noc, prawdziwi fani Le Mans mieli zafundowaną prawdziwą ucztę. To jest właśnie ten moment, na który czeka się przez cały rok. Zapadający zmrok i takie obrazki, jak w poniższych filmach.
W nocy miała również miejsce jedna z lepszych walk o prowadzenie w kategorii GTE Pro. Prowadzący wówczas Aston Martin #97 odpierał ataki Corvetty #74 i Ferrari zespołu AF Corse #51, z którego kamery możecie to zobaczyć.
Jeżeli już pojawiła się kamera on board, to trzeba przyznać, że w czasie nocy jest ona szczególnie używana przez realizatora. Ja natomiast wybrałem jeden samochód, z którym "podróżowałem" przez większość czasu. Raz padło na Corvette #73. Nie sposób oprzeć się temu dźwiękowi, zakłócającemu bezlitośnie ciszę nocną. Przekonajcie się sami w tym filmie.
Im bardziej zbliżaliśmy się do rana, tym większe stawało się zmęczenie. W dodatku realizator uparcie wybierał takie obrazki, jak poniżej.
A Toyota #7 nadal prowadziła za sprawą jadącego świetnie Nakajimy. Niestety, dokładnie o 5 rano spalił się przewód instalacji elektrycznej, przez co samochód zatrzymał się za zakrętem Arnage i nie powrócił do rywalizacji. Prowadzenie objęło Audi #2 z Benoit Treluyerem za kierownicą. Jednak dokładnie dwie godziny później awaria turbosprężarki zmusiła zespół do dłuższej naprawy w boksach, w wyniku czego na prowadzeniu znalazł się samochód, który jeszcze w środę nie istniał, czyli Audi #1, rozbite podczas treningu przez Loica Duvala. Teraz zbudowany od nowa prototyp prowadzony przez zastępczego kierowcę Marca Gene mógł wygrać Le Mans. To by była historia! No właśnie, byłaby, bo około 11 ten sam problem z turbosprężarką uziemił w boksach zespół na kilka chwil, przez co prowadzenie objęło Porsche powracające do rywalizacji po latach przerwy. Samochód #20 z Timo Bernhardem za kierownicą dokonał tego dzięki oszczędności paliwa i bezawaryjności, bo czasy okrążeń były dramatycznie słabe. Przyczyny takiego stanu rzeczy można doszukiwać się w zniekształceniach dyfuzora, które następowały po tylu godzinach jazdy, co widać na zdjęciach tu. Jednak ekipa #20 (Bernhard, Hartley, Webber) nie dała rady nawet dojechać do mety, bo poważny problem techniczny o 13 zatrzymał ją na dobre w boksie, podobnie jak chwilę później siostrzany samochód #14 (Jani, Lieb, Dumas), który później wyjechał tylko na ostatnie okrążenie. Powrót Porsche był więc bolesny, ale za rok na pewno będzie lepiej, jeżeli poprawią konstrukcję modelu 919 Hybrid. Tym samym po zwycięstwo jechało niezagrożone Audi #2 w składzie: Lotterer, Fassler, Treluyer. Temu ostatniemu przypadła zmiana kończąca i to Francuz przekroczył linię mety tego legendarnego wyścigu jako pierwszy. Moment jego wzruszenia i zakończenia rywalizacji zobaczycie w filmie. Jako drugie przyjechało Audi #1 w składzie: Gene, Kristensen, Di Grassi. Trzecie miejsce przypadło pechowej Toyocie #8 (Lapierre, Davidson, Buemi), której po wypadku w sobotę udało się wskoczyć na podium 24 godziny później. Kategorię LMP2 wygrał zespół Jota #38, w której załodze miał jechać Gene. Po wezwaniu przez Audi zastąpił go Oliver Turvey. Resztę załogi stanowili: Simon Dolan i Harry Tincknell. W GTE Pro najlepsi byli kierowcy zespołu AF Corse #51: Fisichella, Vilander, Bruni, którym jako jedynym udało się dojechać bez najmniejszych problemów technicznych. Natomiast w GTE Am piękne zwycięstwo dedykowane pamięci Allana Simonsena odniosła ekipa Aston Martin Racing #95: Thiim, Heinemeier Hansson, Poulsen.
Łzy radości Treluyera i całego zespołu Audi świadczą o tym, jak wiele znaczy ten wyścig dla każdego producenta. Niemiecka marka od zawsze traktowała starty w Le Mans szczególnie, odpuszczając nawet niektóre wyścigi serii WEC i przygotowując się z myślą tylko o tym klasyku. Po raz kolejny okazało się to dobrym wyjściem. Jak powiedział Grzegorz Gac: "Można w sezonie nic nie startować i wygrać tylko Le Mans, będąc rozliczonym". To prawda. Toyota wygrywała wszystkie dotychczasowe wyścigi WEC i pewnie wygra kolejne. Ale bez zwycięstwa w Le Mans nawet mistrzostwo świata endurance nie będzie dobrze smakowało.
Czego nauczyła nas 82. edycja 24- godzinnego wyścigu Le Mans? Przede wszystkim tego, że hybrydy nie są jeszcze sprawdzonymi i bezawaryjnymi konstrukcjami. Wszystkie samochody kategorii LMP1 HY miały jakieś problemy techniczne i tak naprawdę wygrał ten, który miał ich najmniej. Ten rok był pewnego rodzaju próbą dla nowych zasad, które wymagały mniejszego zużycia paliwa na okrążeniu przy takiej samej szybkości. Jak widać, na razie nie da się tego osiągnąć bez przekraczania granicy możliwości silników. Wszystko wymaga jeszcze poprawy. Po drugie, powrót Porsche i zapowiedź startów Nissana w LMP1 na pewno przestraszyła trochę Audi. Wypadki, które widzieliśmy w sesjach treningowych i kwalifikacjach świadczyły o rosnącej presji na kierowcach. To zaś jest zwiastunem ciekawej walki za rok. Trzecią kwestią jest uboga stawka niefabrycznych zespołów w LMP1. Dwa samochody zespołu Rebellion Racing zawsze dobrze się ogląda na torze, ale lepiej by było, gdyby miały z kim walczyć. Lotus nie zdążył ze zbudowaniem swojego prototypu na Le Mans, ale liczę, że za rok zobaczymy nie tylko jego zespół, lecz także inne samochody w klasie LMP1- L. I na koniec dowiedzieliśmy się, że najlepszym inżynierem wyścigowym okazała się po raz trzeci kobieta. Leena Gade wygrała swój kolejny wyścig Le Mans i wraz ze zwycięskimi kierowcami stanowi obecnie najbardziej wartościowy zespół w stawce. A Porsche? Już zapowiedziało, że za rok wróci jeszcze silniejsze. Trzymam za słowo...
Nadszedł ten upragniony czas w roku dla każdego fana sportów motorowych. Nawet SadurSky zapomina na tydzień o biathlonie i zimie, a jego myśli wędrują do Francji, gdzie już w najbliższy weekend odbędzie się legendarny 24- godzinny wyścig Le Mans. Emocji na pewno nie zabraknie. W stawce mamy przecież Toyotę, która po dwóch zwycięstwach w rozegranych do tej pory wyścigach serii WEC wydaje się być faworytem. "Wydaje się", bo w Le Mans wszystko może się zdarzyć. Audi, będące prawdziwym dominatorem na francuskiej ziemi, na pewno nie odda palmy pierwszeństwa za darmo. Również Porsche, powracające po latach do rywalizacji, może sprawić niespodziankę. Jedno jest pewne- wszystko rozstrzygnie się o 15:00 w niedzielę 15 czerwca 2014. Do tego czasu jeszcze wszystko może się zdarzyć. Zatem już nic więcej nie mówię. Niech przemówi obraz...
P.S.: Nie martwcie się. Przypomnę sobie o biathlonie zaraz po wyścigu :-)
Czas zacząć przygotowania do kolejnej zimy. W tym roku będzie podobnie, jak poprzednio. Lato postaramy się wspólnie spożytkować na treningi w różnych ciekawych miejscach, czyli będzie oczywiście dużo o nartorolkach. Postaram się odpowiedzieć na pytanie, gdzie najlepiej urządzić Uphill i jakie widoki można otrzymać w nagrodę za dotarcie na samą górę. Być może Człowiek Północy zwita do swojego upragnionego miejsca. Ponadto, razem ze Swedish Winter Sport Research Centre nauczymy się czegoś o technice oraz optymalnych ćwiczeniach siłowych dla biegaczy narciarskich. Przeglądniemy kalendarz imprez i zawodów, w których warto wystartować lub chociaż je zobaczyć i zdecydować się na start za rok. I wreszcie rozwikłamy zagadkę idealnego planu treningowego z pomocą zagranicznych badaczy fizjologii sportu. Nie zabraknie również postów o bieżących wydarzeniach, związanych głównie z serią World Endurance Championship oraz refleksji na temat minionego i przyszłego sezonu Pucharu Świata w biathlonie.
Ale najpierw... MATURA. Tak więc do zobaczenia w drugiej połowie maja. Obiecuję, że w mojej głowie pojawi się kilka pomysłów na posty po tym wszystkim. ;)
P.S.: KEEP NORDIC! Nie zapomnijcie o treningach, bo jak mówi One Way: "the hardest thing about exercise is to start doing it. Once you do an exercise regulary, the hardest thing is to stop".
Robimy mały oddech od biathlonu. W niedzielę odbył się inauguracyjny 6- godzinny wyścig sezonu World Endurance Championship na torze Silverstone. Rok 2014 ma być przełomowym dla tej serii. Czy tak się stanie, ocenimy po wszystkim, ale dziś mogę powiedzieć, że rzeczywiście coś zaczęło się dziać.
Przede wszystkim zyskaliśmy nowe podkategorie- LMP1 HY oraz LMP1 L. Ta pierwsza obejmuje zespoły fabryczne, takie jak Audi, zaś druga teamy prywatne, które nie mogą otrzymywać żadnego wsparcia od producentów z wyjątkiem silnika i nadwozia. Tym samym wprowadzono podział, który już dawno miał miejsce nieoficjalnie. Wiadomo, że zespół fabryczny zawsze będzie miał przewagę nad prywatnym i zestawianie ich razem było trochę niesprawiedliwe. Ponadto zmieniono regulacje dotyczące paliwa, opon (mają być węższe), mocy silników i jeszcze kilku innych rzeczy. Wszystkie zmiany w regulaminie są tłumaczone w filmikach na oficjalnej stronie wyścigu Le Mans (link).
Dzięki nowościom w regulaminie, pojawiły się nowe samochody w liczących się zespołach. Oczywiście najgłośniejszym wydarzeniem oczekiwanym przez wszystkich był powrót Porsche do najwyższej kategorii. Niemiecki producent ze swoim modelem 919 Hybrid wystawił do tegorocznej rywalizacji dwie załogi: #14: Romain Dumas, Neel Jani, Marc Lieb oraz #20: Timo Bernhard, Mark Webber, Brendon Hartley. Ten drugi skład, zawierający dwóch nowicjuszy w serii WEC, zaliczył bardzo udany debiut. W niedzielnym wyścigu zajął trzecie miejsce. Jeżeli pójdzie tak dalej i nie pojawią się żadne "choroby wieku dziecięcego", to Porsche będzie poważnym kandydatem do zwycięstwa w tegorocznym 24h Le Mans.
A skoro już wspomniałem o wynikach 6- godzinnego wyścigu na torze Silverstone, to trzeba powiedzieć, kto wygrał. Każdy spodziewa się pewnie odpowiedzi Audi. Tymczasem stało się inaczej. Pierwszy triumf w tym sezonie odniosła Toyota. Co więcej, było to zwycięstwo podwójne. Oba samochody pojechały świetny wyścig, co jeszcze chyba nigdy nie udało się temu zespołowi. Zwyciężyła ekipa #8 w składzie Anthony Davidson, Nicolas Lapierre, Sébastien Buemi. Drugie miejsce zajęli: Alexander Wurz, Stéphane Sarrazin, Kazuki Nakajima w samochodzie #7. Toyota też przygotowała oczywiście nowy prototyp na ten sezon, oznaczony numerem TS040. Na zdjęciu poniżej możecie podziwiać go podczas przedsezonowych testów na torze Paul Ricard.
Zeszły weekend był koszmarem dla Audi. Jak wspomniałem wyżej, żaden z samochodów tego producenta nie znalazł się na podium. Co więcej, żadna ekipa nie ukończyła wyścigu. Oba samochody (#1: Lucas Di Grassi, Loïc Duval, Tom Kristensen i #2: Marcel Fassler, André Lotterer, Benoit Treluyer) rozbiły się w bardzo podobny sposób. Utraciły sterowność w pewnym momencie i wypadły z toru. Ciekawe, czy była to jakaś wada nowego R18 e-tron quattro, czy też zwyczajny pech. Wielu wskazuje na tę drugą przyczynę. Tak, czy inaczej, na poprawę jest niewiele czasu, bo do próby generalnej przed tegorocznym wyścigiem Le Mans pozostało już niewiele. Będzie nią 6- godzinny wyścig na torze Spa- Francorchamps, który odbędzie się 3 maja. Żarty się skończą, bo następnym punktem w kalendarzu będzie już francuski klasyk, więc nie można sobie pozwolić na błędy.
Audi dostało wyraźną wiadomość, że konkurencja nie śpi i tylko czeka na błędy. Ja natomiast czekam na następne starcie trójki Porsche/Audi/Toyota, bo wreszcie pojawiły się prawdziwe emocje w wyścigach serii WEC. Każdy z tych producentów ma po dwa samochody, więc szanse wydają się być wyrównane. Tegoroczny wyścig Le Mans zapowiada się niezwykle interesująco.
Prawdziwie sportowy weekend nam się trafił. Oprócz zawodów biathlonowego Pucharu Świata w szwedzkim Oestersund mieliśmy do dyspozycji biegi narciarskie w Kuusamo, narciarstwo alpejskie w Kanadzie i USA, a nawet ostatni wyścig sezonu serii WEC w Bahrajnie. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Zacznijmy jednak od biathlonu, który w swojej inauguracji sezonu pokazał prawdziwie ekstremalną odsłonę. Najpierw zaskakująca i wietrzna sztafeta mieszana, później odwołanie i przesunięcie startu biegu indywidualnego kobiet z powodu silnego wiatru, aż w końcu dzisiejszy mini huragan. Przypomnijmy, że bieg pościgowy kobiet rozpoczął się zgodnie z planem, o 11:30. Jednak już na pierwszym strzelaniu widać było, że podmuchy wiatru ze śniegiem znacznie utrudniały strzelanie zawodniczkom. Następne wizyty na strzelnicy były jeszcze gorsze. Trudności sprawiało samo oddawanie strzałów, nie mówiąc już o byciu bezbłędnym. Stąd wszystko zajmowało bardzo dużo czasu, a karnych rund było mnóstwo. Przykładowo, na drugim strzelaniu zwyciężczyni sprintu- Ann Kristin Flatland została prawie oślepiona śniegiem. W dodatku wiatr porwał jej okulary. Możecie zobaczyć tę sytuację w poniższym filmie.
Jak widać, z celnością nie było jeszcze tak źle. Po długim mierzeniu, Norweżce udała się sztuka bezbłędnego strzelania. Jedno pudło Daszy to też dobry wynik. Prawdziwy horror przyszedł na trzecim strzelaniu, w pozycji stojącej. Teraz wyobraźcie sobie sytuację, że przy zmęczeniu dystansem musicie trzymać ponad 3- kilogramowy karabin, walczyć z wiejącym prosto w twarz wiatrem i jeszcze celować do krążków o średnicy 11,5 cm. Dopiero wtedy można zrozumieć to, co spotkało zawodniczki podczas tej wizyty na strzelnicy. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, a wynik 5/5 był prawie nieosiągalny (udało się to tylko Włoszce Wierer). Rosjanka Ekatarina Iourieva spędziła na stanowisku około 3 minuty, a mimo to zaliczyła 3 karne rundy.
Podobnie było z resztą stawki. Dlatego dyrektor zawodów podjął decyzję o przerwaniu biegu i jego anulowaniu. Trzeba przyznać, że werdykt był dość kontrowersyjny. Część zawodniczek przyjęła to ze zrozumieniem, a część z rozczarowaniem. Zwłaszcza prowadząca Darya Domrachyeva i biegnąca za nią Flatland nie ukrywały zdziwienia.
Z jednej strony można zapytać, czemu nie przerwano zawodów wcześniej, kiedy jeszcze nie było żadnych rozstrzygnięć. Z drugiej strony nie można było biernie przyglądać się temu, co działo się na strzelnicy, bo zaczęło się robić nie tylko przypadkowo, ale też niebezpiecznie. Osobiście uważam, że lepiej późno, niż wcale i podjęta decyzja, choć krzywdząca niektóre zawodniczki, była konieczna. W związku z brakiem poprawy warunków atmosferycznych, bieg pościgowy mężczyzn również został odwołany. Liderzy klasyfikacji generalnych się więc nie zmienili. Nadal są nimi Gabriela Soukalova i Martin Fourcade.
Oestersund pożegnało się więc z biathlonistami bardzo nieprzyjemnie. Mam nadzieję, że w Hochfilzen będzie już normalnie i uda się rozegrać wszystkie zaplanowane konkurencje. Takich problemów nie mieli natomiast biegacze narciarscy, którzy dziś kończyli inauguracyjny cykl Ruka Triple. Panie ścigały się na dystansie 10 km, zaś panowie na 15 km. Oba biegi były rozegrane techniką dowolną, a startowano z przewagą wypracowaną w pozostałych biegach całego weekendu. Była to więc pierwsza okazja dla specjalistów od łyżwy, takich jak Therese Johaug, Charlotte Kalli, czy Marcusa Hellnera, na pokazanie się z dobrej strony. Poniekąd im się to udało. Wśród kobiet wygrała Marit Bjoergen przed Kallą i Johaug (Justyna Kowalczyk przybiegła tuż za podium), zaś w rywalizacji mężczyzn triumfował Martin Johnsrud Sundby przed dwoma Rosjanami: Legkovem i Vylegzhaninem. Hellner gonił z dalekiego miejsca, ale zabrakło mu sił na ostatniej pętli i udało się jedynie wskoczyć na 7. lokatę. Dzisiejsi zwycięzcy są jednocześnie liderami klasyfikacji generalnych Pucharu Świata. Potwierdził się niestety znany schemat: u panów rywalizacja jest wyrównana i ciekawa, a u pań wciąż te same nazwiska na czele.
Czas zostawić Europę i udać się do Ameryki Północnej, gdzie swoje pierwsze w tym sezonie konkurencje szybkościowe rozgrywali narciarze alpejscy. Panowie udali się do kanadyjskiego ośrodka w Lake Louise, gdzie czekał na nich zjazd i supergigant. W zjeździe najlepszy okazał się Włoch Dominik Paris. Aksel Lund Svindal był (dopiero) czwarty i na pewno będzie chciał się odegrać. Ma do tego okazję o 19:00 naszego czasu, kiedy rozpocznie się SG. Kobiety natomiast po raz pierwszy mierzyły się z trasami w Beaver Creek w USA, gdzie za rok odbędą się mistrzostwa świata. W zjeździe i supergigancie wygrała ta sama osoba- Lara Gut. Szwajcarka od początku sezonu imponuje formą. Wygrała już inauguracyjny slalom gigant w Soelden a po dobrej postawie w Ameryce umocniła się na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej PŚ. Miała jeszcze okazję do zdobycia większej liczby punktów w dzisiejszym slalomie gigancie, ale właśnie wypadła z trasy. Ciekawe, co na poczynania Lary powie Lindsey Vonn, która po odnowieniu kontuzji jeszcze nie powróciła do rywalizacji.
I na koniec coś niezwiązanego ze sportami zimowymi, czyli ostatni wyścig z serii World Endurance Championship. Jako miejsce zakończenia sezonu został wybrany słoneczny Bahrajn. Jeszcze przed wyścigiem było wiadomo, że tytuł mistrzów świata trafi do kierowców Audi: Toma Kristensena, Loica Duvala oraz Allana McNisha. Nie było więc specjalnych emocji. Jedynie Toyota chciała udowodnić, że ma coś do powiedzenia w walce z niemiecką marką. Po szczęśliwej wygranej w Fuji (wyścig przerwany z powodu ulewy) i niepowodzeniu w Szanghaju (wypadek prowadzącego samochodu na godzinę przed końcem) japoński producent wystawił ponownie dwa samochody. Oba spisały się bardzo dobrze w kwalifikacjach, zajmując dwie czołowe pozycje. Wyścig również poszedł po myśli Toyoty. Co prawda samochód #7 musiał wycofać się już po 64 okrążeniach, ale ekipa #8 (Buemi, Davidson, Sarrazin) zwyciężyła po sześciu godzinach rywalizacji. Drugie miejsce przypadło Audi #1 (Lotterer, Treluyer, Fassler), zaś na najniższym stopniu podium znalazła się Oreca 03- Nissan #26 zespołu G- Drive Racing (Rusinov, Martin, Conway) z kategorii LMP2. Stało się tak w wyniku niepowodzenia reszty prototypów LMP1. Jak zawsze spustoszenie na torze siały samochody Lotusa. Już w pierwszych minutach wyścigu zdołały uszkodzić jedno Porsche oraz Morgana po czym zakończyły rywalizację na dwóch ostatnich miejscach. Przynajmniej było śmiesznie...
Zapowiada się interesujący, motoryzacyjny weekend. W sobotę na torze Road Atlanta odbędzie się wyścig Petit Le Mans, kończący sezon American Le Mans Series. Dzień później, seria World Endurance Championship pojedzie na torze w Fuji. Niestety, na oba wydarzenia rzuca się cieniem wtorkowa śmierć znakomitego kierowcy- Seana Edwardsa.
Zacznijmy od ALMS. Najłatwiej wytłumaczyć tę serię wyścigową tak: jest to coś na kształt WEC, tylko że z amerykańskimi zespołami, na amerykańskich torach i dla amerykańskich kibiców. A to oznacza nieco inny poziom rozrywki, jakiej dostarcza każdy wyścig. Przede wszystkim realizacja jest świetna. Kamery on board, raporty z pit lane, materiały o zespołach, to wszystko sprawia, że aż chce się oglądać. WEC może tylko pozazdrościć takiej oprawy, mimo swojej większej rangi. Autonomia ALMS jest na tyle duża, że na próżno szukać którejś z amerykańskich ekip w mistrzostwach świata. Zazwyczaj przyjeżdżają one tylko do Le Mans. Odwrotnie też to działa. Nie ma dominacji Audi, czy innego fabrycznego giganta. Tutaj każdy walczy jak równy z równym. Zmagania w ALMS są krótsze, niż w WEC. Zwykle trwają do trzech godzin, co oznacza walkę od startu do mety. Szczególnie sprawdza się to w klasie samochodów GT, gdzie nawet na ostatnim okrążeniu może się zmienić pięć pierwszych pozycji. Wyjątkiem od reguły krótkich wyścigów są: 12 godzin w Sebring oraz zbliżające się Petit Le Mans, które obejmuje około 10 godzin jazdy (lub dystans 1000 mil). Nazwa sobotniego wyścigu na Road Atlanta nawiązuje oczywiście do wielkiego klasyka we Francji, za sprawą nabycia praw do używania jego nazwy przez ALMS. I tak oto, czeka nas "małe Le Mans". Rzeczywiście można tak powiedzieć, patrząc na listę startową. Zobaczymy bowiem 34 załogi, w tym 4 z klasy P1, 4 z klasy P2, 11 z klasy GT, 7 z klasy PC i 8 z klasy GTC. Tor jest krótszy niż swój francuski odpowiednik, mierzy nieco ponad 4 kilometry. Możemy spodziewać się wielu emocji. Wśród zgłoszonych zespołów zobaczymy słynną Deltę Wing, która po porażce w zeszłorocznym 24h Le Mans została zmodyfikowana i próbuje swoich sił w Ameryce. Zabraknie natomiast teamu NGT Motorsport, w barwach którego miał ścigać się Kuba Giermaziak. Wszystko z powodu tragicznego wypadku Seana Edwordsa- jednego z członków załogi.
Wyścig WEC na torze w Fuji zapowiada się tak, jak 6 godzin w Sao Paulo. Prawdopodobnie nie będzie większych emocji. Audi ma już mistrzostwo w kieszeni, stąd nawet nie potrzebuje zwycięstwa w Japonii za wszelką cenę. Toyota natomiast wystawia dwa samochody. W końcu jest "u siebie" i na pewno będzie chciała się dobrze zaprezentować. Łącznie zobaczymy na starcie 29 załóg. Widać więc dokładnie, że liczba zgłoszonych maleje z wyścigu na wyścig. Do końca sezonu pozostały jeszcze trzy: Fuji, Szanghaj i Bahrajn. Wszystkie daleko na Wschodzie i zapewne będą się odbywały przy prawie pustych trybunach. Więcej słów na opisanie zmierzchu tegorocznej edycji mistrzostw świata endurance nie potrzeba.
Nie zapomnij oglądać Petit Le Mans na oficjalnej stronie ALMS. Live stream jest naprawdę dobry, zatem podaję link. A jeżeli będziesz miał jeszcze chęć na WEC, to transmisja z wyścigu w Fuji będzie dostępna tu.
Na koniec chciałbym jeszcze wyrazić ubolewanie z powodu śmierci Seana Edwardsa. To ogromna strata dla całego środowiska wyścigów samochodowych. Należy przypomnieć, że obecnie jest on liderem klasyfikacji Porsche Supercup. Do końca serii pozostały dwa wyścigi. Sean dołączył do zmarłego tragicznie w tegorocznym wyścigu Le Mans Alana Simonsena. Tym samym rok 2013 zostanie zapamiętany przez wszystkich fanów jako bardzo przykry dla sportu motorowego.
W ubiegłą niedzielę odbył się kolejny wyścig serii World Endurance Championship. Dobrze nam znane zespoły można było zobaczyć tym razem na torze Interlagos w Sao Paulo. Jak to zwykle bywa, po najważniejszym wydarzeniu sezonu, jakim był 24- godzinny wyścig Le Mans, stawka się zmniejsza. Tak zdarzyło się i tym razem. Audi wystawiło jedynie dwa samochody, Toyota jeden, a łącznie w zmaganiach wzięło udział tylko 28 załóg.
Sam wyścig nie był zbyt pasjonujący. Toyota wykluczyła się już po pół godzinie jazdy, za sprawą kolizji z Lotusem #32. Od tego momentu stało się jasne, że walka o zwycięstwo rozegra się między dwoma samochodami Audi. Próbowała się w nią włączyć jedyna załoga zespołu Rebellion Racing, lecz bezskutecznie. Jedyne, co dodawało smaku rywalizacji, to częste wypadki i nieprzewidziane sytuacje. Najbardziej pechowy okazał się Loic Duval w Audi #2. Przy wyjeździe z alei serwisowej, stracił tylne koło, które potoczyło się w kierunku bandy, po czym odbiło się od niej i wylądowało na samochodzie. Całą sytuację widać na filmie poniżej.
Wyglądało to nieprawdopodobnie. Tymczasem Duval musiał pokonać pełne okrążenie z kołem "w bagażniku" i zjechać ponownie do alei serwisowej.
Samochód nie ucierpiał w żaden sposób. Pojawiło się jedynie trochę iskier.
W boksach mechanicy ściągnęli z samochodu feralne koło i wszystko wróciło do normy. Dyrekcja wyścigu nie potraktowała jednak tego incydentu ulgowo, przyznając ekipie Duval/Kristensen/McNish karę za niebezpieczne zachowanie w pitlane. Tym samym stało się jasne, że najprawdopodobniej wyścig wygra Audi #1. Załogi Lotterer/Fassler/Treluyer nie spotkało żadne nieszczęście i po sześciu godzinach ścigania mogła się ona cieszyć ze zwycięstwa. Nie zmieniło to jednak klasyfikacji generalnej WEC, w której nadal przewodzą McNish, Kristensen i Duval.
Jeszcze dziś trudno mi uwierzyć w to, że tegoroczny 24- godzinny wyścig Le Mans dobiegł końca, a wraz z nim tydzień wypadków, dramatów, nadziei i emocji. Z wielu powodów miniona 82. edycja (a 90. rocznica) pozostanie na długi czas w pamięci wszystkich kibiców.
Wszystko zaczęło się w sobotę, 22 czerwca o godzinie 15:00. Oczywiście wcześniej była jeszcze sesja warm up, wyścig legend oraz wyścig serii Ferrari Challenge. Podobnie, jak w latach poprzednich, miałem zamiar oglądać pełną 24- godzinną relację w Eurosporcie. Poczyniłem więc odpowiednie przygotowania w tym celu jeszcze przed startem. Zaaranżowałem specjalne "centrum informacji" ustawiając komputer blisko telewizora, aby mieć na bieżąco live timing, tweety najważniejszych zespołów i dyrekcji wyścigu oraz kamery on board z wybranych samochodów. Wcześniej wydrukowałem jeszcze spotter guide. Tak więc moje Le Mans musiało zacząć się już o 9:00. Ze wszystkim uporałem się do 13, pozostało już tylko to włączyć o 14:00.
Nie mogło zabraknąć również kawy. Była ona bardzo potrzebna, zwłaszcza nad ranem.
To nie jest product placement. Tak po prostu wyszło...
Ważne było jeszcze zaopatrzenie w odpowiednią ilość jedzenia. W tym przypadku starczyło bez problemu...
Tak przygotowany przystąpiłem do swojej największej próby w roku- obejrzeć kolejne niezapomniane Le Mans całe i cieszyć się każdą minutą. Ktoś powie, że przecież mam na to aż 24 godziny, więc po co oglądanie całości. Tak na prawdę cały ten czas mija mi zawsze bardzo szybko. Pod koniec zawsze mam taką refleksję, że przecież jeszcze przed chwilą się to zaczęło, a tu już ostatnia godzina. Tyle przygotowań, kwalifikacji, programów "Le Mans 24 minuty" i emocji, a teraz to wszystko się kończy. Poza tym, na Le Mans zawsze dużo się dzieje i nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi rozstrzygnięcie. Jest coś takiego w tym wyścigu, co nie pozwala mi na inne jego traktowanie. O 15:00 już wszystko działało. Natomiast na torze zaczęła zapisywać się kolejna historia.
Oczywiście wydarzeniem, które cieniem rzuciło się na cała rywalizację, był śmiertelny wypadek Allana Simonsena po zaledwie 7 minutach od startu. Duński kierowca załogi Aston Martin Racing #95 wpadł w poślizg na zakręcie Tertre Rouge, po czym z dużą siłą uderzył w barierę lewym bokiem samochodu. W skutek odniesionych obrażeń zmarł po przewiezieniu do centrum medycznego. To był jego siódmy start w Le Mans. Jak widać na poniższym filmie, nie było żadnego kontaktu ze strony jadącej za Astonem Corvetty #74.
Już wcześniej na tym zakręcie problemy miały inne samochody. Obrót zaliczył Franck Mailleux w Morganie #43 oraz Toni Vilander w Ferrari #71. Widać to wszystko na innym filmie.
Oczywiście po takim zdarzeniu był potrzebny wyjazd samochodu bezpieczeństwa. Okres neutralizacji trwał 50 minut, ale to nic w porównaniu z ogromnym szokiem i niedowierzaniem u każdego. Śmiertelny wypadek nie zdarzył się w tym wyścigu od 1986 roku, kiedy to w wypadku zginął Jo Gartner.
Jaka była przyczyna wypadku Simonsena? Otóż, w trakcie okrążenia formującego przed startem wyścigu, zaczęło padać. Nie była to ulewa na długości całego toru, ale widać było działające wycieraczki w samochodach Audi. Gdy stawka była na prostej Les Hunaudieres, na oficjalnym live timingu pojawiła się informacja: "Havy rain reported at Tertre Rouge". Mokra nawierzchnia na tym trudnym zakręcie najprawdopodobniej przyczyniła się do zdarzenia. Dodatkowo (widać to dokładnie na pierwszym filmie) koła samochodu Simonsena znalazły się w pewnym momencie na tym niebieskim pasie namalowanym obok zakrętu. Tego typu powierzchnia jest śliska, a pod wpływem deszczu zachowuje się jeszcze gorzej. Centymetry zadecydowały o utracie przyczepności kół i po wciśnięciu gazu przy wyjeździe na prostą samochód zachował się w ten sposób. Po tym zdarzeniu, zespół Aston Martin Racing chciał wycofać wszystkie swoje samochody z wyścigu, jednak rodzina Allana poprosiła o dalszą jazdę dla uczczenia jego pamięci.
Dalej wyścig toczył się już w zupełnie innych nastojach. Toyota, która od początku jechała bardzo szybko za sprawą Nicolasa Lapierre'a, spuściła trochę z tonu, zaś przyspieszyło Audi kierowane przez Andre Lotterera. Ten początek Audi był trochę zachowawczy. Opady deszczu oraz założone opony o średniej twardości przyczyniły się do takiej jazdy. Rzeczywiście po starcie można było mieć wrażenie, że treningi i kwalifikacje dotyczyły jakiegoś innego wyścigu. Audi traciło pozycje na rzecz Toyoty. Nawet prywatny Rebellion #12 trzymał się zaskakująco blisko niemieckich samochodów. Zwłaszcza Lucas Di Grassi- debiutant w Le Mans, zdawał się jechać wolno. Wszystko odmieniło się po zjeździe samochodu bezpieczeństwa i ściągnięciu z toru pechowego Astona Martina Vantage #95. Pogoda zrobiła się lepsza, ściganie wróciło "do normy", E- tron #1 zyskiwał przewagę, #7 i #8 traciły nieco, ale były oszczędniejsze. Każdy czekał na pierwsze tankowania, żeby porównać, o ile dłużej Toyota utrzymuje się na torze na jednym baku paliwa. Specjalnie nawet zapisywałem każdy postój w boksach (dokładną godzinę i numer okrążenia) samochodów walczących o miejsca na podium. I tak, pierwszy postój Audi #2 to godzina 16:16 (okrążenie 13), #1 16:20 (okr. 14), #3 16:21 (okr. 14). Natomiast Toyota #7 zjechała o 16:23 (okr. 15), zaś #8 o 16:26 (okr. 16). Daje to więc zysk jednego do dwóch okrążeń w stosunku do niemieckich samochodów. Jednak większość tego czasu stanowiła jazda za samochodem bezpieczeństwa, co dało na pewno mniejsze spalanie. Zapisałem więc następne postoje: #2 16:52 (okr. 23), #1 16:55 (okr. 24), #3 16:55 (okr. 24), #8 17:03 (okr. 26) i #7 17:07 (okr. 27), przy czym #7 zmieniła opony na deszczowe. Widać wyraźnie, że zysk zespołu Toyoty jest znacznie większy w warunkach normalnego ścigania. Jednak Audi zaczęło być coraz szybsze, zyskując na niemal każdym kółku po 3 sekundy. Przestało padać, tor zrobił się suchy, co zaś odbiło się na błędzie założenia "wetów" w #7. Pierwsze zmiany kierowców nastąpiły odpowiednio: w #2 o 18:15 (okr. 45), w #1 o 18:18 (okr. 46), w #3 o 18:19 (okr. 46), w #8 o 18:35 (okr. 50) i w #7 o 18:38 (okr. 51).
Bez względu na oszczędność Toyoty, przez większą część rywalizacji w sobotę na prowadzeniu znajdowało się Audi #1 w składzie: Andre Lotterer, Marcel Fassler, Benoit Treluyer. Są to zwycięzcy tego wyścigu z lat 2010 i 2011. Trzeba przyznać, że ich jazda jest zawsze imponująca. Podobnie było w tym roku. Niestety na 100 okrążeniu o godzinie 21:47, e- tron z Treluyerem za kierownicą zjechał nieplanowo do boksu. Informacje o awarii były różne. Mówiono między innymi o alternatorze. Tak, czy inaczej, naprawa zajęła mechanikom aż 45 minut i stratę 12 okrążeń, co jednocześnie pozbawiło szansy na zwycięstwo ekipę #1. Na prowadzeniu znalazł się samochód #2 (McNish, Kristensen, Duval) i jak się później okazało, prowadzenia tego nie oddał aż do mety. Zapadła ciemność nad torem Circuit de la Sarthe. Wraz z nią przyszły problemy niektórych teamów, wypadki oraz piękne widoki. Zresztą zobaczcie sami magię nocnego ścigania w Le Mans tego roku.
Porę nocną wykorzystał Andre Lotterer. Najwyraźniej świetnie czuje się wtedy za kierownicą, podobnie jak Tom Kristensen. Tych dwóch wykonywało swoje zmiany w pełnych ciemnościach. Andre nie miał nic do stracenia, dlatego też zaczął wykręcać ekstremalnie szybkie czasy. Istne szaleństwo. Na każdym okrążeniu zyskiwał nad innymi od 6 do 10 sekund i odrabiał kolejne stracone pozycje w klasyfikacji generalnej. Ustanowił nawet najszybszy czas okrążenia w całym wyścigu, który wyniósł 3 :22 :746, czyli zaledwie 397 tysięcznych sekundy wolniej od zdobywcy pole position w kwalifikacjach- Loica Duvala. Ja natomiast w porze nocnej zachwycałem się piękną jazdą Porsche #91 (Pilet, Bergmeister, Bernhard) za sprawą on boardu z ich samochodu włączonego non- stop na monitorze komputera. W relacji telewizyjnej pojawiały się ponadto inne kamery z samochodów. Dopiero wtedy można było poczuć tą prędkość prototypu klasy LMP1 jadącego w zupełnej ciemności wśród rozmywających się linii na prostej Les Hunaudieres. W wyniku dwóch zdarzeń pojawiły się kolejne samochody bezpieczeństwa, co zaowocowało półgodzinnym snem od 3:00 do 3:30. Tak oto minęła połowa wyścigu. Później pojawił się dość spory deszcz, co zaowocowało wymianą opon na deszczowe wśród całej stawki. Dodatkowo zmienili się kierowcy: w #8 o 3:56 (okr. 188) i w #2 o 3:59 (okr. 189). Dopiero o 4:50 na 199 okrążeniu zmieniono się w #3, zaś o 4:53 na okr. 201 w #7. Świt pojawił się nad torem około godziny 6:00. Do tego czasu cała stawka jechała równo, bez poważniejszych zdarzeń. Przyszło wtedy największe zmęczenie, zarówno u mnie, jak i wśród zespołów. Grono wycofanych się powiększało. W godzinach od 23 do 7 z wyścigu odpadło 5 teamów.
Kolejne dramaty i okresy neutralizacji to już środek niedzieli. Najpierw kolejny Aston Martin #98 "stracił" silnik. Zaledwie godzinę później w bandę uderzył przodem Frederic Makowiecki w Astonie #99. Oby dwa samochody dalej nie pojechały. Bardzo pechowy był ten weekend dla brytyjskiej marki. Tegorocznego wyścigu nie może zaliczyć do udanych również zespół Rebellion Racing. Murowani kandydaci do bycia najlepszymi wśród prywatnych teamów mieli dużo problemów technicznych, a w dodatku Andrea Belicchi w Loli #13 rozbił przód samochodu tuż po okresie neutralizacji. W wyniku tego zdarzenia na tor ponownie wyjechał samochód bezpieczeństwa. Obie ekipy tego szwajcarskiego zespołu zajęły bardzo odległe miejsca, dojeżdżając do mety odpowiednio: #12 na 40, zaś #13 na 41 lokacie. Czołówka wyścigu jechała bezbłędnie, aż do przedostatniej godziny, kiedy pojawiły się obfite opady deszczu.
Takiej końcówki jeszcze nie pamiętam. Czarne chmury, co chwila informacje o "havy rain" na coraz to innym posterunku. Jeszcze wszystko mogło się zdarzyć. Piruety na torze stały się normalnością. Tym bardziej, że w chwili rozpoczęcia ulewy, cała stawka jechała na oponach typu slick. A tor jest długi (13,6 km) i trzeba jeszcze dojechać do boksu, aby zmienić opony. Nie udało się to Toyocie #7. Nicolas Lapierre wypadł na pierwszym z zakrętów "Porsche" i rozbił przód samochodu. Każdy myślał, że to koniec tej ekipy (Lapierre też już chyba chciał się wycofać), aż tu nagle kamera pokazuje zjeżdżającą na pitlane #7. Szczęśliwie dla Toyoty na torze pojawił się kolejny Safety Car, dzięki czemu obronione zostało miejsce 4. Bardzo szybko mechanicy uwinęli się z naprawą. Audi #1 nie zdołało tym samym wskoczyć na 4 miejsce, zaś #7 straciła szansę na podium. Na pół godziny przed końcem zjechał ostatni już SC. Jadące na pierwszym miejscu Audi #2 miało bezpieczną przewagę jednego okrążenia nad coraz szybszą w końcówce Toyotą #8, którą zaś gonił Oliver Jarvis w Audi #3. Zespoły nie zaryzykowały walki w tak trudnych warunkach. Toyota, która przez cały wyścig jechała bezawaryjnie i równo, pogodziła się z drugim miejscem w wyścigu. To i tak wspaniały sukces tej marki, biorąc pod uwagę fakt, że żaden z jej samochodów nie dojechał do mety w poprzednim roku. Daje to bardzo pozytywne spojrzenie na przyszłoroczną edycję, w której wprowadzony zostanie nowy regulamin. Do LMP1 powróci Porsche, wystartuje innowacyjny Nissan ZEOD, jednym słowem rewolucja.
Na miejscu trzecim i pierwszym dojechały odpowiednio: Audi #3 i Audi #2. Zespół #2 jadący w składzie: McNish, Kristensen, Duval, jak najbardziej zasłużył na końcowy triumf. Pole position w kwalifikacjach, znakomita i bezawaryjna jazda w trakcie wyścigu to idealna mieszanka młodości Loica Duvala i doświadczenia jego partnerów. Zwycięski samochód pokonał dystans 348 okrążeń, co daje 4733 km. Był to wyścig rekordowy pod kątem czasu jazdy za samochodem bezpieczeństwa, który wyniósł aż 5 godzin i 27 minut. Dla Toma Kristensena jest to 9 wygrana w 14 starcie w 24- godzinnym wyścigu Le Mans. Duńczyk nie krył wzruszenia, zaś swoje zwycięstwo zadedykował swojemu zmarłemu rodakowi- Allanowi Simonsenowi. Atmosfera na mecie była nieco inna niż zwykle, nie można było nie zauważyć poruszenia tragicznym wydarzeniem z soboty. Tym oto sposobem historia 24- godzinnego wyścigu Le Mans w 2013 roku została napisana i na pewno zostanie zapamiętana na wiele lat. Ani razu nie można było narzekać na brak zażartej rywalizacji w wyścigu. Wciąż jeszcze słyszę w oddali dźwięk silnika Porsche, z którym "przejechałem" całą noc. Każda minuta była warta oglądania, przez co już dziś marzę o pojechaniu za rok na tor i zobaczeniu tego wydarzenia na żywo. Być może się uda. W końcu marzenia się spełniają... I tego właśnie życzę każdemu kibicowi sportów motorowych, aby kiedyś mógł poczuć prawdziwą magię Le Mans, usłyszeć dźwięk silników na prostej Les Hunaudieres i po prostu być tam.
Na koniec jeszcze zestawienie zmian kierowców zwycięskiego Audi R18 e- tron quattro #2:
Start- 15:00 McNish,
18:15 (okr. 45) Duval,
22:13 (okr. 108) Kristensen,
1:34 (okr. 160) McNish,
3:59 (okr. 189) Duval,
7:11 (oke. 240) Kristensen,
9:13 (okr. 265) McNish,
10:27 (okr. 280) Duval,
12:16 (okr. 310) Kristensen 15:00- Meta.
Trwa tydzień wyścigowy na torze Circuit de la Sarthe. 9 czerwca odbyły się pierwsze testy, zaś wolny trening i kwalifikacje to już wydarzenia ze środy i czwartku (19 i 20 czerwca). Natomiast jutro o godzinie 15:00 rozpocznie się 24- godzinny wyścig Le Mans. To już 90. rocznica tego niesamowitego wydarzenia w świecie wyścigów samochodowych. Dla mnie natomiast tegoroczna edycja będzie piątą w moim życiu, którą obejrzę od początku do końca. Pamiętam więc jeszcze historyczną walkę Peugeota z Audi. Co roku jedni bali się drugich, byli szybsi w kwalifikacjach, a później zawodzili w wyścigu. W każdym razie do końca nie było wiadomo, kto wygra. Klasycznym przykładem może być rok 2011, kiedy po 24 godzinach ścigania, zwycięskie Audi R18 #2 (Lotterer Fassler, Treluyer) dojechało do mety z przewagą 13 sekund nad koalicją Peugeotów. Warto dodać, że był to jedyny samochód niemieckiego producenta, który pozostał w walce, ponieważ dwa inne poważnie ucierpiały w wypadkach (filmy poniżej).
A dziś, kiedy jest już po sesjach treningowych i kwalifikacyjnych, martwię się ogromnie brakiem emocji w sobotę i niedzielę. Z trzech pierwszych pól startowych wyruszą samochody Audi, za nimi dopiero dwie Toyoty. Od kiedy wycofał się zespół Peugeota, Audi jest zdecydowanym faworytem. Rok temu każdy liczył na walkę ze strony Toyoty, która miała zastąpić francuski zespół pod kątem miejsca w czołówce. Było jednak zupełnie inaczej. Jeszcze przed zachodem słońca oby dwa samochody tej marki już nie jechały w wyścigu: jeden w wyniku defektu, a drugi został rozbity w wypadku. I teraz tak się zastanawiam, czy jest jakaś szansa, że jedynym pytaniem zadawanym podczas nadchodzących 24 godzin nie będzie: "Które Audi wygra?".
Są powody, dla których można spodziewać się raczej przewidywalnego wyścigu. Po pierwsze przewaga liczebna. Audi wystawia trzy prototypy, zaś Toyota tylko dwa. Czasy okrążeń, które uzyskiwał zespół Toyota Racing nie były konkurencyjne dla niemieckich rywali. Na pewno część winy można zrzucić na dużą ilość wypadków oraz pogodę, która w tym roku nie rozpieszcza kierowców. Jeszcze nigdy nie widziałem, aby trzy sesje z rzędu były zakańczane przed czasem z powodu czerwonej flagi i konieczności naprawy barier. Ponadto częsty deszcz nie sprzyjał szybkiej jeździe przez większość czasu, więc jedyna "sucha" sesja kwalifikacyjna praktycznie ustawiła pozycje startowe. W jej trakcie Toyota poszukiwała jeszcze optymalnych ustawień, a ponadto pojawiły się problemy techniczne samochodu #8. To wszystko zmusiło zespół do walki wczoraj, kiedy akurat dzienna sesja odbyła się na mokrym torze. Sucho zrobiło się dopiero w nocy. Udało się więc jedynie ekipie #8 za sprawą Stephana Sarrazina zbliżyć na 4 sekundy do najlepszego czasu Audi #2 (3:22.349) i wyprzedzić Lolę Rebellion #12. Szczegółowe wyniki można znaleźć na oficjalnej stronie wyścigu.
Taka zmienna pogoda, jaką obserwujemy w Le Mans może jednak pozytywnie wpłynąć na rywalizację. Opady deszczu, a później wysychanie toru to najgorszy scenariusz dla zespołów. Dla nas- kibiców, jest to szansa na nieprzewidywalne zwroty akcji, które lubimy. Jeżeli Toyota wypracuje odpowiednią strategię na taką ewentualność, ma realną szansę zagrozić Audi. Do tego należy dopisać fakt, że na każdym tankowaniu japońskie samochody (hybrydowe z silnikiem benzynowym) mogą wlać 3 litry paliwa więcej, niż hybrydowe diesle (wszystkie Audi). To powoduje, że na jednym zbiorniku pojadą o 2 okrążenia więcej. Całkiem sporo, biorąc pod uwagę, że tor Circuit de la Sarthe ma 13,6 km długości. Ekonomia może być kluczem do sukcesu również w przypadku zużycia opon. Tutaj Toyota znacznie mniej "niszczy" ogumienie z powodu lepszej aerodynamiki. Jest więc również kilka dobrych wiadomości dla oglądających tegoroczny wyścig. Potrzebna będzie jednak równa, bezpieczna i bezawaryjna jazda Toyoty.
Oczywiście dramatów nie brakuje w innych klasach. Przykładowo Lotusy #31 i #32 omal nie zostały pozbawione możliwości startu w wyniku zarekwirowania podzespołów przez komornika. Sprawa się jednak wyjaśniła na tyle, że oby dwa pojazdy zobaczymy jutro na starcie. Przypuszczam, że ciężko im będzie ukończyć zmagania, bo w dotychczasowych rundach WEC więcej przebywali w boksach, niż na torze. Straszliwy wypadek miał natomiast Tracy Krohn w Ferrari F458 pod koniec pierwszej sesji treningowej.
Mechanicy z ekipy Krohn Racing zdołali co prawda odbudować samochód na sam koniec wczorajszych kwalifikacji, ale żaden z kierowców nie pokonał wymaganych pięciu okrążeń w porze nocnej. Ciekawe, czy mimo tego, dyrekcja wyścigu zezwoli na start zespołu #57.
Le Mans już zbiera swoje żniwo, choć sam wyścig się jeszcze nie zaczął. Zawsze znajdzie się kilka pechowych teamów, które z różnych powodów nie zdołają przekroczyć mety. Kto to może być? Po obserwacji wszystkich treningów mogę wskazać na powracające po latach przerwy Vipery (#53 i #93), zespoły samych debiutantów (#40, #47, #54) oraz wyjątkowo pechową Strakkę Racing #21. Oczywiście nikomu nie życzę wycofania się z rywalizacji, ale to niestety też jest częścią 24- godzinnych zmagań. Jeżeli zaś chodzi o walkę o zwycięstwo w całym wyścigu to chciałbym, aby senność podczas oglądania pojawiła się tylko i wyłącznie z powodu wyczerpania, a nie z braku emocji.
Odejdźmy na chwilę od tematów przygotowań do zimy. Ubiegła sobota upłynęła bowiem pod znakiem drugiego w tym roku wyścigu z serii World Endurance Championships. Kierowcy w 34. samochodach kategorii LMP1, LMP2, LMGTE Pro i LMGTE Am ścigali się przez sześć godzin na torze Spa- Francorchamps w Belgii. Od kiedy oglądam zmagania długodystansowe, Spa zawsze stanowiło próbę generalną przed najważniejszym wyścigiem sezonu, jakim jest "24 godziny Le Mans". Tak było i tym razem. Na starcie stanęły wszystkie najlepsze zespoły, z Audi i Toyotą na czele. To właśnie ich walka interesowała obserwatorów najbardziej. Liczono przede wszystkim na pokaz możliwości Toyoty i być może nawiązanie wyrównanej walki z niemieckim producentem.
Siły nie były wyrównane. Toyota wystawiła dwa prototypy TS030 Hybrid (numery 7 i 8) przeciwko trzem Audi R18 e-tron quattro (numery 1, 2 i 3). Dodatkowo ekipa z numerem 3 w składzie: Lucas Di Grassi, Marc Gene, Oliver Jarvis jechała e-tronem przygotowanym specjalnie na konfigurację toru w Le Mans, w związku z czym ten samochód był minimalnie dłuższy niż reszta R18 i miał inny pakiet aerodynamiczny. Natomiast u Toyoty nr 7 (Alexander Wurz, Nicolas Lapierre, Kazuki Nakajima), można było zaobserwować nowy body kit, charakteryzujący się innym wyglądem nosa i większymi reflektorami. Nie można również zapominać o innych, prywatnych teamach w klasie LMP1. Na starcie pojawiły się dwie Lole B12/60 zespołu Rebellion Racing oraz ulubione przez pana Grzegorza Gaca HPD ARX 03c należące do Strakka Racing. Oczywiście nie brakło uczestników w pozostałych klasach. Słabsze prototypy klasy LMP2 to przede wszystkim awaryjne Lotusy, jeden Zytek oraz modele Oreca i Morgan z silnikami Nissana. Obie klasy GTE stanowiły samochody Porsche 911 RSR, Aston Martin Vantage V8, Ferrari F458 Italia oraz Chevrolet Corvette C6-ZR1. Wyścigu rozgrywanego z taką stawką nie sposób było odpuścić.
Po starcie o godzinie 14:30 prowadzenie objęło Audi #2 z Loïcem Duvalem za kierownicą. Poważny błąd Andre Lotterera w #1 na pierwszym zakręcie zepchnął zdobywcę pole position na czwarte miejsce. Progres zanotowała Toyota #7, lądując na drugiej pozycji w walce na początku wyścigu. Czołówka wyglądała więc następująco: Audi #2, Toyota #7, Audi #3, Audi #1, Toyota #8, Rebelliony, Strakka i tak dalej. Lotterer szybko odzyskał jednak swoją nadludzką prędkość i na przestrzeni 30 minut powrócił na pierwsze miejsce w wyścigu. Nie brakowało również wypadków. Do pierwszego poważniejszego zdarzenia doszło po godzinie ścigania. Oreca 03- Nissan zespołu Delta- ADR z Antonio Pizzonią za kierownicą uderzył z całej siły w barierę przy zakręcie Eau Rouge. Jak się później okazało, utrata kontroli nad prototypem była spowodowana defektem tylnego zawieszenia.
Konieczna była neutralizacja, w związku z czym na torze ukazał się Safety Car. Jakby tego było mało, dyrekcja wyścigu zabroniła zjeżdżania do alei serwisowej. Wiele ekip, być może przez nieuwagę, złamało ten zakaz, za co pod koniec rywalizacji, po rozpatrzeniu sytuacji przez sędziów, posypały się kary stop & go. Kłopoty dopadły nawet lidera, który pod koniec okresu neutralizacji przebił oponę. Wymiana ogumienia była możliwa jedynie po zjechaniu SC, w związku z czym #1 straciła mnóstwo czasu i na pozycję lidera wstąpił ponownie Loïc Duval. Od tego czasu systematycznie na prowadzeniu następowała zmiana, po każdej wizycie w boxie aktualnego lidera. Za kierownicą zasiadali kolejni kierowcy, zaś różnice w czołówce nadal nie osiągały minuty. Walka o zwycięstwo była więc zacięta. Cały czas liczyła się w niej Toyota, szczególnie bardzo dobrze jadący zespół #7. Marzenia o wygranej skończyły się jednak nieco ponad dwie godziny przed końcem wyścigu. Nastąpiła awaria systemu przeniesienia napędu elektrycznego, w wyniku czego #7 musiała się wycofać z rywalizacji. Od tego czasu było jasne, że zwycięży Audi, lecz nie wiadomo było które. W LMP2 walczyła Oreca #49 zespołu PECOM Racing z Morganem #24 należącym do OAK Racing. Zaś w klasie LMGTE Pro zaciekły bój toczyły: Ferrari #51 AF Corse oraz Aston Martin #98. LMGTE Am to przede wszystkim walka duńskiej ekipy Astona #95, amerykańskiego Ferrari #81 i Corvetty #50. Oczywiście wciąż zdarzały się drobne wypadki.
Niemieckie maszyny pracowały jak zegarek, zjeżdżając na tankowanie dokładnie co 42 minuty. Można więc było pokusić się o wyliczenia, kto będzie musiał zameldować się w pit lane jako ostatni i jaka pozostanie mu przewaga nad resztą. Coraz więcej traciło Audi #3, które stanowiło raczej samochód testowy, niż pretendenta do triumfu końcowego. Przestała się liczyć Toyota #8, nie dając rady ze swoim "starym" body kitem. Zostały więc dwa e-trony: #1 i #2. Nastąpiła ostatnia zmiana kierowców, po której w samochodach zasiedli ponownie: Andre Lotterer i Loïc Duval. Wyścig przyszło więc kończyć tym, którzy go zaczynali. Andre zaczął kręcić niesamowicie szybkie okrążenia, czego efektem był najszybszy czas całego wyścigu: 2'00.435. W końcu o godzinie 19:52, po jedynie 34. minutach jazdy od ostatniego pit stopu, na ostatnie tankowanie zjechało Audi #1. Całość przebiegła tak szybko, że Lotterer zdążył wyjechać jeszcze przed Duvalem. Wtedy już tylko kataklizm mógł odebrać zwycięstwo ekipie Lotterer/Fassler/Treluyer. Jadące na miejscu drugim z kilkusekundową stratą Audi #2 musiało jeszcze ostatni raz zatankować. A stało się to o godzinie 19:55. Ponad pół godziny później, flagę w czarno- białą szachownicę jako pierwszy zobaczył Andre Lotterer w Audi R18 e-tron quattro #1. Na miejscu drugim uplasowali się Duval/McNish/Kristensen, zaś trzecie miejsce przypadło zespołowi Gene/Di Grassi/Jarvis. Jedyna Toyota, która dojechała do mety zajęła czwartą pozycję (kierowcy: Davidson, Buemi, Sarrazin). Wśród teamów prywatnych najlepszy okazał się Rebellion Racing #12 w składzie Prost/Jani/Heidfeld. Takie rozstrzygnięcie oznacza, że w klasyfikacji Mistrzostw Świata Endurance nastąpiła zmiana liderów. Zwycięzcy ze Spa zastąpili dotychczasowych liderów- McNisha, Kristensena i Duvala. W innych kategoriach zwyciężali:
LMP2- PECOM Racing Oreca 03 Nissan #49 ( Luis Perez Companc, Nicolas Minassian, Pierre Kaffer)
LMGTE Pro- AF Corse Ferrari F458 Italia #51 (Gianmaria Bruni, Giancarlo Fisichella)
LMGTE Am- 8 Star Motorsports Ferrari F458 Italia #81 (Vicente Potolicchio, Rui Aguas, Matteo Malucelli)
Szczególnie dramatyczną końcówkę zafundowali sobie zwycięzcy w kategorii LMGTE Pro, dojeżdżając do mety z przebitą oponą, będąc na tym samym okrążeniu, co Aston Martin #98 i Ferrari #71.
Skoro już wiadomo, jak przebiegł ostatni sprawdzian przed 24- godzinnym wyścigiem Le Mans, pozostaje nam już tylko poczekać, jakie wnioski wyciągną z niego poszczególne zespoły. Dla mnie, jako kibica, najważniejsze są emocje, nieoczekiwane zwroty akcji, dramaty, jak w 2010, kiedy to Peugeotom wybuchały silniki, czy w 2011, kiedy po serii wypadków przetrwało tylko jedno Audi i pokonało w pojedynkę koalicję czterech Peugeotów. Właśnie tego oczekuję po tegorocznej edycji legendarnego wyścigu. Dlatego po cichu dopinguję Toyotę, aby była w stanie zastąpić Peugeota i sprawić, że Niemcy zaczną się bać. Następny przystanek- Le Mans, już 22 czerwca. Zapraszam do zobaczenia zdjęć ze Spa na Endurance Info autorstwa Laurenta Chauveau. Na prawdę robią wrażenie.
P.S.: A wkrótce powrócę do tematyki przygotowań do zimy. KEEP NORDIC!