Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sochi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sochi. Pokaż wszystkie posty

Takk, Ole Einar!

Marzec. Na pulpicie mojego komputera znajduje się ta sama tapeta, jak każdego roku o tej porze. To stare jak mój biathlonowy świat zdjęcie przedstawiające trzech wielkich konkurentów dawnych czasów. W środku stoi Sven Fischer, po jego lewej Ole Einar Bjørndalen, a po prawej Raphael Poiree. Zachodzące słońce oświetla ich uśmiechnięte twarze, dając wrażenie jakby to wiosna towarzyszyła zakończeniu sezonu na wzgórzu Holmenkollen. Od zawsze ten obrazek kojarzył mi się właśnie w ten sposób, tymczasem okazało się, że były to grudniowe zawody Pucharu Świata rozpoczynające dopiero zimę na dobre. W każdym razie bohaterowie zdjęcia wyglądają dość młodo. Za kilka lat od tego momentu karierę zakończy Francuz. Kto by nie pamiętał jego ostatniego biegu? Sezon 2006/2007, Oslo i bieg ze startu wspólnego. Trójka ze wspomnianego zdjęcia dobiega razem do ostatnich metrów starego stadionu Holmenkollen. Ostatecznie wygrywa Bjørndalen o kilka milimetrów przed swoim wielkim rywalem- Raphaelem Poiree. Norweg zapisuje tym samym kolejne zwycięstwo w swojej bogatej już kolekcji, a Francuz kończy karierę czując gorzki smak przegranej o włos w swoim ostatnim biegu, w co jeszcze długo nie może uwierzyć. Nie pojedzie już do Khanty- Mansiyska by zamknąć sezon. Tak zrobi Sven Fischer, zostawiając po tym już tylko OEB na polu walki. Przyjdą nowi, aby mierzyć się z Królem, który wypełni jeszcze złotymi literami kilka pięknych kart historii biathlonu. Aż w końcu nastąpi ten dzień- 13 marca 2016 roku. Znów bieg ze startu wspólnego, znów Oslo, z tym że 9 lat od ostatniego starcia trzech mistrzów.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Wielcy mistrzowie 2004: Raphael Poiree, Sven Fischer, Ole Einar Bjoerndalen
12 grudnia 2004 roku. Sven Fischer jako zwycięzca biegu pościgowego. Raphael Poiree zajął wówczas drugie miejsce, zaś Ole Einar Bjørndalen stanął na najniższym stopniu podium. Fot.: Thea Liberg
Tego dnia dwaj pozostali mistrzowie są zupełnie inni. Jeden to zdobywca czterech złotych medali w Oslo- Martin Fourcade, zaś drugi to Johannes Thingnes Bø, który po trzech czwartych miejscach ma ogromną motywację do wejścia na podium. Znów wszystko rozstrzyga się na ostatniej rundzie biegowej, która w wykonaniu 22- letniego Norwega jest wprost niesamowita. Gdy odrobił stratę 7 sekund do Francuza, stało się jasne, że będzie atakował po złoto na najważniejszym, ostatnim podbiegu na stadionie, zwanym górką Northuga. Tuż za nimi biegnie Bjørndalen i wydawać by się mogło, że Ole Einar będzie tylko przyglądał się walce o Mistrzostwo Świata, zupełnie jak Emil Hegle Svendsen, który aż zatrzymał się na trasie, by obejrzeć końcówkę. Tymczasem dzięki świetnie przygotowanym nartom niemal złapał głównych zainteresowanych na ostatniej prostej. To jest jednak wszystko i na mecie oglądam już nowego mistrza świata- młodego Bø, pokonującego dominatora Fourcade ku uciesze kibiców. Brązowy medal, który zdobył OEB jest tak cenny jak jeden ze złotych wywalczonych za dawnych lat.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Trzej mistrzowie 2016: Martin Fourcade, Johannes Thingnes Boe, Ole Einar Bjoerndalen
Oslo, marzec 12 lat później. Ole Einar Bjørndalen znów staje na najniższym stopniu podium, które jednocześnie oznacza zdobycie 44. medalu Mistrzostw Świata przez Króla Biathlonu. Nowym mistrzem zostaje Johannes Thingnes Bø, który w momencie wykonania poprzedniego zdjęcia miał zaledwie 10 lat. Srebro przypada Martinowi Fourcade- dominatorowi wszelkich zawodów biathlonowych ostatniego czasu.
Tym biegiem Król w pięknym stylu żegna wzgórze Holmenkollen i swoje ostatnie Mistrzostwa Świata zgodnie z tym, co założył wcześniej. Nie przewidział jednak, jak wiele wydarzy się na przestrzeni tych dni, po których dziś cały biathlonowy świat zapytał, czy Bjørndalen rzeczywiście ma zamiar kończyć karierę. A jest to pytanie jak najbardziej na miejscu, bo wyniki, jakie osiągnął w Oslo, wcale na to nie wskazują. Gdy po dwóch konkurencjach indywidualnych i dwóch srebrach jego całkowity dorobek wyniósł 42 medale w wieku 42 lat, chyba każdy zaniemówił z wrażenia. Później przyszło jeszcze upragnione złoto na norweskiej ziemi wywalczone w sztafecie. Wraz z Emilem Hegle Svendsenem i braćmi Bø osiągnął to, co dzień wcześniej udało się Norweżkom. Oba te biegi przyniosły chyba najwięcej emocji w całych Mistrzostwach, głównie ze względu na dwa wspaniałe sukcesy gospodarzy. Wszystko to miałem okazję oglądać "od wewnątrz" i była to ogromna przyjemność. Norwegowie naprawdę kochają biathlon i swoją reprezentację, o czym świadczyły tłumy, które każdego dnia wypełniały Plac Uniwersytecki w stolicy, by oglądać ceremonię wręczania medali. Nic dziwnego, że celem całej norweskiej kadry było pokazanie się z jak najlepszej strony przed tymi wszystkimi ludźmi. W dodatku pod względem medialnym wszystko było zorganizowane tak, jak na najważniejszą imprezę przystało. Rozmowy z medalistami w studio, koncerty, transmisje nawet z przestrzeliwania broni przed startem i specjalny program Helt Ramm, który późnym wieczorem kończył każdy dzień Mistrzostw w nieco humorystyczny sposób. (Był tam między innymi łoś, który wybierając odpowiednią przekąskę "wskazywał" zwycięzcę nadchodzących zawodów. Jego typ ani razu się nie sprawdził.) Być tak blisko tej atmosfery choćby w sposób korespondencyjny, za pośrednictwem telewizji NRK, to niesamowite uczucie. W takich chwilach miałem wrażenie, że rzeczywiście coś łączy mnie ze świętującymi gdzieś w Oslo Norwegami. Biathlon, z osobą Bjørndalena na czele sprawił, że podczas oglądania zawodów krzyczałem: "Kom igjen, Ole!", a po wszystkim prawie przyłączałem się do śpiewania "Ja, vi elsker dette landet". Pod kątem ogólnie pojętej atmosfery były to najlepsze Mistrzostwa Świata, jakie przeżyłem. Szkoda, że najprawdopodobniej ostatnie tak dobre.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Złota sztafeta norweska: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Boe, Tarjei Boe, Ole Einar Bjoerndalen.
Złota drużyna: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Bø, Tarjei Bø, Ole Einar Bjørndalen. Na tym obrazku wszyscy są jednakowo młodzi.
Niewątpliwie bez Bjørndalena biathlon straci pewną bardzo ważną część. Przynajmniej dla mnie i dla innych fanów, którzy wręcz wychowali się na legendzie Norwega. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale o nim opowiadałem w swoim liście motywacyjnym o przyjęcie na uczelnię. On znalazł się również w kilku moich pisemnych pracach na zaliczenie zajęć z języka norweskiego. I wreszcie to on stanowił symbol całego mojego dzieciństwa, które teraz najwyraźniej dobiega końca. Skoro nawet Król Biathlonu znajdzie sobie "normalną pracę", to i na mnie przyjdzie czas, by zmienić swój system wartości. Odejdą bezpowrotnie czasy, kiedy warto było urwać się z zajęć na oglądanie biathlonu. Czasem uświadamiałem sobie, że niektóre zawody Pucharu Świata śledziłem tylko po to, by mu kibicować. Bo jego występy oznaczają coś więcej niż tylko kolejną liczbę w imponującej karierze. Każdy bieg i sezon jest potwierdzeniem, że sport jest nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy, ale też piękną ideą z wartościami ważniejszymi niż sława. Jego motywacja do startów jest wciąż tak samo wysoka mimo upływu lat. Nic więc dziwnego, że Ole Einar stanowi dobrego ducha drużyny Norwegii, służąc za wzór dla swoich kolegów, co szczególnie było widać podczas minionych Mistrzostw Świata. To prawdziwy przywódca, który wielokrotnie wskazuje drogę do właściwego treningu. Idealnym tego potwierdzeniem jest cały ten sezon, w którym wielokrotnie Bjørndalen widniał w wynikach jako najwyżej sklasyfikowany Norweg.

A najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że gdyby nie istniał Martin Fourcade, to odchodzący na emeryturę Król Biathlonu byłby niekwestionowaną gwiazdą tych Mistrzostw. Aż trudno to sobie wyobrazić, że po tylu latach wciąż stać go na takie przygotowanie do docelowych zawodów. Widząc 42- letniego Bjørndalena na ceremonii wręczania medali dla norweskiej sztafety mam wrażenie, że nie ma żadnej różnicy wieku pomiędzy członkami tej złotej drużyny. To samo przyznał zresztą Ole Einar mówiąc, że teraz wcale nie czuje tych wszystkich lat i znów jest młody nie tylko duchem, o czym świadczy jego wysoka forma. Aż chciałoby się powiedzieć, że on nigdy nie zostawi biathlonu. Kiedy jednak może przyjść lepszy czas na postawienie kropki w tej pięknej legendzie wielkiego Norwega, jeśli nie teraz? Sam się dziwię, że to piszę, ale odchodząc po tak udanych Mistrzostwach Świata, które każdy zapamięta jeszcze na długo, OEB zakończy karierę na własnych zasadach. Nie zmuszą go do tego słabe wyniki i fakt, że już nie mieści się w kadrze. Z drugiej strony gdyby to samo powiedzieć po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, nie przeżyłbym tak wielu emocji w minionym tygodniu. Nikt nie chce jednak widzieć Bjørndalena w roli tła. On chyba też nie widzi dla siebie takiego miejsca, choć też i nie wyobraża sobie innego życia niż to, które wiódł prze te wszystkie sezony, poświęcając dla biathlonu całe swoje życie. A dziś Król wyjeżdża na swój ostatni zaplanowany etap Pucharu Świata w Khanty- Mansiysku i, jak sam twierdzi, stara się żyć teraźniejszością, nie myśląc o czymś, co będzie później. Dobiega tym samym do mety swojej kariery, zamykając jednocześnie wspaniały rozdział w życiu swoich wielkich fanów. Z Holmenkollen odchodzi wielki, tak samo jak wtedy w 2007 roku i na tym prehistorycznym dla mnie zdjęciu, które już zawsze będzie się pojawiać na pulpicie mojego komputera w marcu, choć od teraz prawdopodobnie wszyscy jego bohaterowie będą na emeryturze. Ja, vi elsker denne idretten...

Boskie narty

"Trwa szalony bieg
By coraz więcej mieć
By każdą starą rzecz 
Na nową zmienić (...)"

Luty od zawsze był miesiącem szczególnych wspomnień ze sportowego świata. Z kilku powodów lubię wracać w tym czasie do dawnych wielkich imprez, zdobytych na nich medali i wylanych łez po spektakularnych porażkach. To właśnie w tej części zimy działo się coś specjalnego, do czego warto wracać. Wydarzenia te odświeżają się w zaskakujący sposób, zupełnie jakby w głowie wyświetlał się ten dziwny komunikat z facebooka o tym, co opublikowałem na swojej tablicy lata temu. Ostatnio jednak coś w tej kwestii zawiodło, gubiąc się w północnej codzienności, która znacznie się zmieniła. Wraz z przyjściem słońca i przeprowadzką tempo życia znów wzrosło, przez co trudniej się czasem zatrzymać, usiąść wygodnie w fotelu i obejrzeć choćby jedną retransmisję z Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Zamiast tego sąsiedzi z góry czasem zaproszą na moment, a innym razem pojawia się okazja spróbowania nepalskiej kuchni. Dni zaś zmieniają się w kalendarzu nie mając większego znaczenia, poza zbliżaniem się do marca i przerwy świątecznej. Trwa szalony bieg, nad którego tempem powoli tracę kontrolę, oddając ją w ręce jakiegoś niesamowicie silnego pacemakera. Nic więc dziwnego, że mogę niemal zapomnieć o tak ważnych wydarzeniach, jak przykładowo złoty medal Ole Einara Bjørndalena na IO w Sochi 8 lutego dwa lata temu. Na szczęście są gdzieś po drugiej stronie internetów ludzie, którzy potrafią przypomnieć o tym fantastycznym dniu.

Podobnie jest z codziennym życiem w Alcie, które potrafi zaskoczyć czymś nowym nawet mnie. Zdążyłem przyzwyczaić się już do wyścigów ze słońcem podczas popołudniowych wypadów na narty. Podobnie przyjąłem do wiadomości, że trasa w okolicach mojego nowego akademika jest szczególnie lubiana i niestety niszczona przez spacerowiczów. Nie dziwi mnie nawet, że ratrak przejeżdża tamtędy najwyżej raz na tydzień, a rozmaite przeszkody na śniegu przysparzają kolejnych rys na ślizgach moich nart. Przywykłem do tego, zupełnie jak do całkiem miłego faktu, że prawie zawsze warunki są niemal idealne. Temperatury poniżej zera, czasem niewielkie opady śniegu i ogólnie suche powietrze to coś, co można określić mianem nudy. "Tu niczym nie da się zaskoczyć", myślałem jeszcze do niedawna. Nagle jednak los dał mi w prezencie wspólny wypad na narty z nowym pastorem z Katedry Zorzy Polarnej (Nordlyskatedralen). Z pochodzenia jest Niemcem, a pracę w Alcie dostał całkiem niedawno, więc chciał potrenować trochę na trasach znanego mi z opowieści kompleksu Kaiskuru. Taka okazja była dla mnie dosłownie darem z niebios, więc z radością do niego dołączyłem. Dzień, który wybraliśmy na trening, był zaskakująco ciepły. Porywisty wiatr i temperatura niewiele powyżej zera zapowiadały dość trudną przeprawę. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się być jednak zupełnie inaczej.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta
Oto główny budynek centrum Kaiskuru. Prawdopodobnie znajdują się tam szatnie i garaż dla prawdziwego ratraka (a nie takiego małego, który przygotowuje trasy w mojej okolicy).
Na szeroki, oświetlony stadion wchodzimy od strony niewielkiego parkingu. Obok stoi jedynie kilka samochodów, co zapewne wynika z tego, że mamy poniedziałek. Po chwili znajdujemy się już w centrum biegowym z prawdziwego zdarzenia, którego uzupełnienie stanowi strzelnica biathlonowa z 31 stanowiskami. Aż chciałoby się rzucić tekstem z Kilera, bo faktycznie widać, że "mają rozmach...". Na całej szerokości stadionu widać świeży "sztruks" powstały po fryzie ratraka. Pastor proponuje sprawdzenie najdłuższej dostępnej pętli, czyli 5,5 km. Po opuszczeniu stadionu trasa widzie nieco pod górę, ale wciąż dotrzymuję kroku towarzyszowi odpychając się jedynie rękoma. Narty niosą idealnie. 3 stopnie ciepła nieco roztopiły śnieg, ale zmrożone wcześniej podłoże nie daje za wygraną, w efekcie czego biegnę pierwszy raz w tym sezonie na prawdziwie twardej i niosącej narty trasie. Na płaskich odcinkach, których nie brakuje, łatwo utrzymać prędkość, a szerokość pętli robi wrażenie. Biegniemy jednokierunkową trasą, której szerokość jest porównywalna przykładowo do dwukierunkowej drogi z Jakuszyc do schroniska Orle. Na stromych zjazdach prędkość momentami przeraża wraz z ciemnością i faktem kompletnej nieznajomości tego, co czeka mnie za kolejnym zakrętem. Czasem zdaję się więc na prowadzenie duchownego. A trzeba przyznać, że gość jest mocny. Na krótkich, stromych podbiegach zyskuje nawet przewagę używając klasycznego, naprzemianstronnego kroku, podczas gdy ja ciągle zdaję się na siłę ramion. Wszystko przez oglądany w weekend kolejny maraton narciarski, tym razem trudny Kaiser Maximilian Lauf, na którym znów kilku najlepszych zawodników przepchało całe pofałdowane 65 km. Podobna jest pętla, po której się poruszamy. Po zjazdach i podbiegach następuje chwila płaskiego terenu lub stopniowego podjazdu. Za każdą trudność zostajemy wynagradzani natychmiast, co szczególnie ceni w tej pętli mój dzisiejszy towarzysz. I tak mijają kolejne kilometry, które podczas pokonywania wydają się prowadzić w zupełnie nieznanym kierunku. Za zjazdem jest kolejny podbieg, później płaskie i tak dalej. Gdzieś obok widać część powrotnej pętli, a my ciągle biegniemy przed siebie. Po naszej lewej widać małe rozświetlone domy i ciemne góry, które rysują linię horyzontu. Na próżno szukać tu morza, które stanowiłoby kontrast do tego nieco górskiego krajobrazu. Są to tereny dotychczas kompletnie nieznajome, a dziś w tej ciemności odbieram je tak naprawdę najlepiej. Wszystko, czego nie widać, dopisuje wyobraźnia. Ciemność wzniesień uzupełniana jest przez gwiazdy i świecący gdzieś na niebie księżyc. Cała nasza trasa jest bardzo dobrze oświetlona, znacznie lepiej niż Komsa i Sandfallet razem wzięte. Po chwili wybiegamy z leśnego terenu na ogromną i ciemną polanę. Z prawej strony wyłania się coś, co wygląda jak elektrownia. Wszędzie jest spokojnie, choć nieopodal słychać znajome strzały. Nieco zaskoczony biegnę przez ostatni krótki podbieg i chwilę płaskiego, po czym trafiam znów na stadion. Początkowo nie mogę uwierzyć, że rzeczywiście pokonaliśmy pętlę. Nic nie wskazywało na to, że w jakiś sposób okrążyliśmy stadion. Po sprawdzeniu GPSa przez nas obu mam jednak tego potwierdzenie. Strzały słyszane z oddali okazały się być treningiem bardzo młodych biathlonistów. Stanowiska strzeleckie rozświetliły się niczym na zawodach Pucharu Świata i zaczęły się ćwiczenia.
Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta, trening biathlonistów
Trening młodych biathlonistów. Zastanawia mnie, kiedy w Polsce młodzi adepci tego sportu operują bronią w podobnych ćwiczeniach.
Przeznaczamy krótką chwilę na oglądanie treningu. Każdy z czwórki małych biathlonistów celuje przy pomocy podstawki i trenerów, po czym udaje się na krótką rundę wokół stadionu. I tak cały czas przez kilka minut. Zaciekawiony całym procesem staję bliżej, co budzi uwagę trenerów. "No tak"- myślę sobie- "zaraz mi ktoś powie, żebym się wyniósł". Jest jednak inaczej. Pani trener rzeczywiście do nas podchodzi, pytając, czy jeden z nas nie jest czasem dumnym ojcem jednego ze strzelających dzieciaków. Oboje stanowczo zaprzeczamy, po czym pastor dodaje o mnie, że jako przybysz z daleka piszę coś w internetach o Północy i chcę zaobserwować, jak wygląda szkolenie młodzieży. Na to zaciekawiona pani pyta, czy kiedykolwiek widziałem biathlon. To zmiotło mnie z nóg, ale odpowiadam dość zdezorientowany, że oczywiście, rzucając kilkoma nazwiskami, których jestem fanem. Dumnie dodaję coś o Jamrozowej Polanie w Dusznikach- Zdroju, żeby nie pomyśleli, że w Polsce biathlon nie istnieje.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta

Po chwili ruszamy na kolejną pętlę po tej samej trasie. Świetne warunki powodują, że nie muszę się nawet zastanawiać nad kontynuowaniem biegu. Wręcz przeciwnie. Znając trasę biegnę już pewniej, odważniej zjeżdżając i pokonując podbiegi. Pastor nie pozostaje jednak dłużny. Widać, że oboje wzięliśmy się do mocniejszej pracy. Już nawet rozmowa nieco przycicha, ustępując miejsca miarowym uderzeniom kijów o śnieg. Miejscami warunki stają się odrobinę wolniejsze, choć nie stanowi to jakiegokolwiek utrudnienia. Znów mijamy te same domki i te same góry, a na końcu elektrownię. Wszystko zmienia się szybciej, a ja staram się czerpać jak najwięcej z tej wycieczki. Dostrzegam wcześniej niezauważone inne warianty trasy z ogromnymi podbiegami i zjazdami. Są one oznaczone mianem "konkurranse", choć na naszej pętli też nie można narzekać na brak trudności. Wszystkie są jednak pokonywane z dosłownym uśmiechem na twarzy. Zawsze powtarzam, że bieganie na nartach to nie tylko siła i technika, ale też głowa. Jeżeli narty niosą idealnie, a towarzystwo jest równie dobre, można z łatwością pokonywać kolejne kilometry. Dzięki temu od razu rodzi się sugestia, że "dziś mogę wszystko, dajcie mi numer startowy i pobiegnę pięćdziesiątkę". Nie ma bowiem nic lepszego niż sytuacja, w której śnieg jest sprzymierzeńcem, a nie przeszkodą. Właśnie tak jest tego razu, którego przychodzi mi biec po trasach Kaiskuru. To mogłoby trwać jeszcze dłużej, ale kończy się nam czas tego dnia i trzeba wracać do domu. Kiedy wyjeżdżamy z parkingu rzucam jeszcze okiem na trenującą młodzież. Tym razem przyszedł czas na sprinty wokół stadionu. Każdy z dzieciaków ma narty i buty lepsze i droższe niż moje. Każdy z dzieciaków prawdopodobnie pobawi się tak jeszcze kilka ładnych lat. Część z nich może zastąpi lokalnego bohatera- Finna Hågen Krogha, i zrobi karierę. Tego nie wie nikt, ale nie sposób się nie zastanawiać, co by było, gdybym to na przykład ja był jednym z nich i gdyby narty zawsze tak dobrze jechały. Wśród tych rozważań nawinęło się pytanie pastora, czy nie chciałbym czasem wstąpić do domu, w którym jego żona przygotowałaby dla nas coś do jedzenia.

Oboje wprowadzili się do niewielkiego, białego domu całkiem niedawno. Jak sam przyznaje, nie wszystko jest jeszcze poukładane, co zresztą po części widać. Urządzenie mieszkania budzi jednak od razu skojarzenia ze wcześniejszymi szklanymi domami. W zasadzie nie ma lepszego słowa, niż norweskie "koselig", na opisanie wnętrza. Wszystko jest właśnie takie "przytulne", o czym wspominam w rozmowie. Nie kryję jednocześnie odkrycia odpowiedzi na pytanie, dlaczego Norwegowie tak często używają tego określenia, co wręcz doprowadza mnie do szału. Co ciekawe, gospodarz przyznaje mi rację i tłumaczy, że z początku jego również denerwowało nazywanie wszystkiego w ten sposób przez ludzi z Północy. Widocznie jest to bardzo typowe. I tak w sumie wszystko idzie perfekcyjnie, prawie wychodzę obronną ręką z całej sytuacji nie kierując rozmowy na tematy religijne. W końcu jednak nie wytrzymuję i muszę zapytać, jak to jest, że "ksiądz jest taki normalny", nie żyje na uboczu i przypomina raczej fikcyjnego Ojca Mateusza (w sumie rower też już ma), a nie prawdziwego Rydzyka. Może to kwestia innego wyznania? W końcu protestantyzm dopuszcza małżeństwo i właśnie normalne życie, które wiedzie duchowny. To samo przyznaje pastor. Tłumaczy w dodatku, że jego funkcja jest ściśle związana z parafią, w której pracuje. Dopiero przed rozpoczęciem regularnej pracy zostaje "zaprzysiężony" na pastora, nie otrzymuje więc stałych święceń w takim sensie, jaki my przez to rozumiemy. Poza tym, jak dodaje, ta funkcja nie czyni go innym (lepszym od reszty), dlaczego więc miałby rezygnować z codziennego życia i jego przyjemności, takich jak narty? Od razu przypomina mi się też inny pastor, który zwykle pokonywał z nami jesienią całą pętlę porannego, sobotniego biegu. I tak rozmawiając, nie poruszając wcale kwestii wiary, dowiaduję się sporo innych ciekawych rzeczy. A przede wszystkim jednak znów odkopuję tę autentyczną, dobrą stronę Północy. Tego jednego wieczora sacrum naprawdę wygrywa w Alcie nad profanum, dzięki czemu choć na moment zapominam o tym szalonym biegu, który czeka mnie już następnego dnia.

Legenda żyje, duch umiera

"Gdy się nie wysypiam mam szczurzą twarz.
Niebo jest czarne, nie ma na nim gwiazd. (...)
I chodzę przez sen, pracuję przez sen,
Setki kilometrów robię kiedy śpię"

3 grudnia 2009 roku. Rozpoczyna się kolejny, długo oczekiwany sezon Pucharu Świata w biathlonie. Na starcie do biegu indywidualnego staje Ole Einar Bjørndalen- zwycięzca klasyfikacji generalnej za poprzedni sezon i zarazem dumny posiadacz żółtej koszulki lidera. Niestety, 20 km i cztery naprzemienne strzelania nie przynoszą mu szczęścia, przez co traci zaszczytny trykot, chciałoby się napisać "na zawsze". Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że za 6 lat znów będę oglądał wygrywającego i liderującego Króla Biathlonu, będąc jednocześnie gdzieś na północy Norwegii, kazałbym mu zmienić dilera, bo tak się też mówiło w czasach gimnazjalnych. Obie rzeczy stały się jednak faktem i 2 grudnia 2015 roku 41- letnia już legenda wygrywa wspomniany bieg indywidualny na otwarciu sezonu, dzięki czemu znów zakłada żółtą koszulkę. Przez wieczne niewyspanie spowodowane nocą polarną wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że 96. zwycięstwo pucharowe Ole Einara Bjørndalena to sen.


Doskonale wiem, że internety podają różne liczby na temat Króla Biathlonu, często nie licząc ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Sochi. Dla mnie jednak nie ma to aż takiego znaczenia. Biathlonowe fakty, historie i wspomnienia zapisane w mojej głowie od zawsze kojarzą się z osobą Bjørndalena. To właśnie ta postać przesądziła o moim "wyborze" biathlonu. Nie będzie przesadą powiedzenie, że on jest jedną z przyczyn zdecydowania się na wyjazd do Norwegii, a jego obecność w moim liście motywacyjnym o dostanie się na obecne studia mogła mi nawet pomóc w zdobyciu miejsca na UiT. Wszystko to zbudowane jest na prawdziwej legendzie, wzorze do naśladowania i autorytecie, którego nigdy nie znałem, a który jednocześnie jest mi bardzo bliski. Wciąż nie potrafię sobie wyobrazić biathlonu bez niego. Był w nim od zawsze, od moich najmłodszych lat. Teraz, jak na ironię, kiedy muszę dorosnąć w Norwegii, wcale nie chcę tego robić. Pamięć cofa się do "dobrych czasów", w których Król zaznaczał swoją pozycję nieco częściej niż teraz, a jedynym zmartwieniem było złe wytypowanie wyników na biathlon.pl. Niby świat się zmienia i wszystko wokół nas się starzeje będąc zastępowanym przez coś nowego, lecz jednocześnie nie dotyczy to OEB. Wystarczy spojrzeć, ile tekstów z tą etykietą znajduje się na tym blogu. I tak długo, jak będzie ich przybywało, tak długo będzie to miało sens. Pozostanę taki sam, bo niektórzy ludzie mówią, że jak przestajesz się interesować tym, co dotychczas było dla ciebie najważniejsze, to dorastasz. W takim razie ja nie chcę dorosnąć.


A najlepsze jest to, że nie będzie drugiego Bjørndalena. Nawet Norwegia nie będzie w stanie wydać na świat tak zmotywowanego człowieka w dzisiejszych czasach. Kojarzycie może takie powiedzenie, że Norwegowie rodzą się z nartami na nogach? Każdy tak myśli o tej nacji, będąc przekonanym o jej wielkiej miłości do biegówek (jak ja nie lubię tego słowa...). Tak było może kilka, kilkanaście lat temu. W piątek, gdy pani D. od norweskiego pytała nas, czym jest dla nas "typisk norsk", opowiedziałem właśnie o zasłyszanym powiedzeniu. Ku mojemu zaskoczeniu zaprzeczyła, tłumacząc obecną sytuację z punktu widzenia nauczyciela młodzieży na poziomie gimnazjalnym. Choć sport zajmuje w Norwegii ważną pozycję, patrząc na codzienną liczbę tematycznych artykułów w gazetach, to nie koniecznie jest to zawsze sport zimowy. Znana ze swojego wysokiego poziomu szkoła średnia w Alcie o profilu sportowym zrzesza coraz więcej piłkarzy w ostatnim czasie niż przedstawicieli innych dyscyplin. Ponadto młodzież nie jest już tak chętna do uprawiania narciarstwa biegowego. Choć pozostaje tradycja dalekich wypraw i zakładania nart na Wielkanoc, to brakuje prawdziwych, wytrwałych talentów. Sam system szkolenia też nie współpracuje z dzisiejszymi "trendami". Młodzież często traktowana jest na jednym poziomie, bez względu na stopień umiejętności i zaangażowania. Trener nie ma prawa powiedzieć do jednego z uczniów: "ty jesteś jednym z najlepszych, przyłóż się bardziej, trenuj więcej, to będą z ciebie ludzie". Przez to nie ma odpowiedniej stymulacji do działania młodego człowieka, skoro i tak wszyscy dostaną to samo. Jednocześnie porównywanie się z innymi tkwi w ludzkiej naturze, więc nie da się tego zatrzymać zasadami. Owszem istnieje granica pomiędzy zdrową a niezdrową rywalizacją i to na ten aspekt powinno zwracać się uwagę, ucząc właściwych zachowań. Dopiero w przypadku dostawania ewentualnego miejsca w kadrze zaczyna się pewna selekcja, ale z powodu sporego finansowania wciąż nie trzeba być tym "naj", aby znaleźć się w zespole. To z jednej strony dobrze, że nie brakuje Norwegom pieniędzy, tak jak choćby my mamy z tym problemy, ale z drugiej strony brakuje elementu jakim jest odpowiednia konkurencyjność.  "Po co mam być najlepszy, skoro bycie dobrym wystarcza?". A powodem, dla którego rywalizacja jest szczególnie ważna w dzisiejszych czasach, jest ogromna popularność gier komputerowych i niestety używek, zwłaszcza nikotynowego wyrobu zwanego snus. Wszystko to, w połączeniu z faktem, że młodzieży zwykle nie brakuje funduszy na takie przyjemności, wpływa na spadek zainteresowania sportem. Wystarczy przypomnieć, że Bjørndalen pochodził z biednej rodziny, więc biathlon był dla niego sposobem na zrealizowanie się w lepszym życiu. Ponadto starty i treningi są dla niego wszystkim, przysłaniając czasem nawet życie osobiste i rodzinę. Jego małżeństwo z Nathalie Santer nie było udane, najprawdopodobniej z wielu powodów, a skłonność do samotniczego trybu życia jest cechą ludzi szczególnie silnych i zmotywowanych do osiągnięcia prawdziwego sukcesu. Siedząc w swoim pokoju na Północy wiem, że raczej nie jest to moją mocną stroną.


Obym nie miał racji, ale po odejściu braci Bø, co na szczęście jeszcze długo nie nastąpi, Norwegia może mieć spory problem z wynikami nawiązującymi do starych, dobrych czasów. I nie pomoże nawet przypomnienie sobie starego i nieznanego już wtedy powiedzenia, że Norwegowie rodzą się z nartami na nogach. Będzie zwyczajnie za późno, by naprawić błędy z przeszłości. Nowoczesne, rozwinięte społeczeństwa, do których z pewnością należy Norwegia, mogą kiedyś przeżywać regres kultury sportowej. W tym całym "dobrym życiu", gdzie niczego nie brakuje, spada w ludziach chęć sięgania po więcej, przez co długodystansowa motywacja jest raczej czymś nieosiągalnym. Jednocześnie tym samym społeczeństwom nie brakuje pracowitości. Część twierdzi, że pracuje, bo chce, a nie musi. Pieniądze nie są jedynym wyznacznikiem poszukiwań pracy, a pierwszym pytaniem zadawanym przez twoich znajomych po znalezieniu nowej posady jest "trives du?", czyli zwyczajnie: "podoba ci się tu?". Paradoksalnie więc taka sytuacja nie zawsze musi współpracować z ważną rolą sportu, przez co kolejne bogate pokolenia nie będą aż tak chętne do poświęcenia CAŁEGO życia dla czegoś, co wcale nie musi się udać, a dobre rezultaty często nie przychodzą od razu. Bo przecież zawodowstwo to nieustanna walka o swoje i nikt nie wręcza medali każdemu, kto przyjechał na zawody Pucharu Świata. To nie norweskie przedszkole, żeby tak robić.


I tym samym dochodzimy do konkluzji rozważań na temat wielkiego biathlonisty, która szokuje samego mnie, wybudzając z ciągłej senności. Za kilka lat, gdy już "dorosnę", a po Bjørndalenie pozostaną statystyki i wspomnienia, wraz z nim może odejść dobry duch sportu i nawet Norwegia wale nie musi pozostać rajem, w którym na pewno zrealizuję swoje plany ściśle związane z tą dziedziną. Świat zawsze był chory na niesprawiedliwość, a jest to szczególnie widoczne w czasach niewyobrażalnego rozwoju, kiedy praktycznie co sezon zmieniają się konstrukcje nart i waga butów. Wystarczy znów przywołać Króla Biathlonu, którego kariera trwała przez dwie rewolucyjne dla tej dyscypliny dekady. Pytanie tylko brzmi: jak daleko jesteśmy w stanie zajść, nie tracąc tego, co najważniejsze? Spróbujmy więc dotować polskie sporty zimowe, zaangażujmy się i wyłówmy następców Tomasza Sikory i Justyny Kowalczyk. Jesteśmy o tyle w dobrej sytuacji, że potrzebujemy tylko finansów, bo nie musimy naprawiać naszej młodzieży (jeszcze...), choć kto wie, co przyniesie czas. A jak będzie trzeba, to i ja pomogę, przyjadę i wejdę cały w to bagno, by zrobić z niego rafinerię. I nawet Norwegów czasem uda się pokonać, bo drugiego Bjørndalena już nie będzie, co właśnie udowodniłem. Choć nie jestem pewien, czy nie pisałem tego przez sen.

Kariera Larsa Bergera

Lata mijają, młodszy nie będę. Takim oto odkrywczym zdaniem wprowadzam Was do kolejnego tekstu, który tym razem będzie trochę sentymentalny. A co, sezon się skończył, więc wolno mi. Czas jest bezlitosny, nawet dla tych najlepszych, których bardzo lubimy. Ostatnio naszym bohaterem był Anders Soedergren, który ma problemy ze znalezieniem zespołu. Natomiast kilka dni temu Lars Berger zakończył sportową karierę. Norweski biathlonista i jednocześnie zawodnik Teamu LeasePlan Go postanowił zająć się czymś innym. A czym? Tego dowiecie się w dalszej części tekstu, a póki co, przypomnijmy sobie sylwetkę Bergera.

Lars Berger był bardzo barwną postacią, nie tylko w biathlonowym świecie. Większość kibiców kojarzy go pewnie z szybkiego biegania i zwykle wielu pudeł na strzelnicy. Potrafił zawalić sztafetę, ale też zaskoczyć wszystkich, wygrywając jakiś bieg lub meldując się na podium. A trochę tego było, przede wszystkim w biegach sprinterskich. Wiadomo, że przy dwóch strzelaniach "pędziwiatr" nie musiał aż tak bardzo martwić się każdą wizytą na strzelnicy. To właśnie w sprincie Berger stanął na podium pierwszy raz w karierze. Było to w Oestersund w sezonie 2002/2003. Swoje pierwsze zwycięstwo odniósł również w tej samej konkurencji w Hochfilzen (sezon 2003/2004). Zwyciężał również podczas próby przedolimpijskiej w Vancouver w 2009 roku. Pamiętam, jak bardzo zaskoczył mnie tym wynikiem, a dokładniej bezbłędnym strzelaniem. Wyprzedził dzięki temu Ole Einara Bjørndalena, który również nie spudłował ani razu. Warto przypomnieć, że ten bieg był pewnego rodzaju rewanżem na Królu, który kilka tygodni wcześniej pokonał Bergera na Mistrzostwach Świata w Pyeong Chang. I to właśnie tamten bieg sprinterski, rozegrany na niespecjalnej urody trasach oraz przy braku śniegu, zapamiętam na zawsze. Oprócz złotego medalu Bjørndalena i srebrnego Bergera, na trzecim stopniu podium znalazł się Halvard Hanevold. Jakby tego było mało, czwarte miejsce zajął Alexander Os, który zastępował wówczas przeziębionego Emila Hegle Svendsena. Piękne to były chwile, kiedy w pierwszej czwórce znalazło się wszystkich czterech startujących na Mistrzostwach Świata Norwegów. Od tego czasu taka sytuacja się nie powtórzyła.
Podium z Pyeong Chang: srebro- Lars Berger, złoto- Ole Eniar Bjørndalen i brąz- Halvard Hanevold (gimby nie znajo).
Jednak nie tylko w biathlonie potrafił zwyciężać Berger. Dzięki swojej sławnej szybkości startował również w biegach narciarskich. Początkowo odnosił sukcesy w sztafecie, wraz z kolegami z reprezentacji. Zdobył miedzy innymi złoto na Mistrzostwach Świata w Oberstdorfie w 2005 roku. Startował również na 15 km stylem dowolnym. I to właśnie na tym dystansie, dwa lata później odniósł swój największy sukces- został mistrzem świata. Trzeba przyznać, że w zdobyciu tego tytułu pomogła mu trochę pogoda, o czym pisałem już wcześniej. Zwycięzców jednak się nie sądzi, a szczególnie "pędziwiatra". Tuż po tym, jak Berger zakończył przygodę z zawodowym sportem, Simon Fourcade napisał o nim na facebooku: "Będąc w swojej najwyższej formie, był najszybszym zawodnikiem na dystansie 15 km". Trudno się z tym nie zgodzić.

Ostatnie dwa sezony były dla Bergera już nieco trudniejsze. Po tym, jak zakończył Puchar Świata 2010/2011 na 17. miejscu w klasyfikacji generalnej, zaczął spisywać się gorzej. Jednocześnie pojawiały się trudności z utrzymaniem miejsca w kadrze Norwegii, zwłaszcza przy naporze młodych zawodników. Jak pamiętamy, to wtedy największe sukcesy odnosił przecież Tarjei Bø. Stara gwardia z Pyeong Chang powoli odchodziła w zapomnienie, aż w końcu w 2013 roku Berger oraz Alexander Os nie zmieścili się nawet w szerokiej kadrze na nadchodzący sezon olimpijski. Tym samym musieli przygotowywać się samemu i znaleźć własnego sponsora. Obu zawodnikom się to udało do tego stopnia, że zostali wytypowani do startów w Pucharze IBU. Oprócz tego, Berger zajął również miejsce w kadrze na zawody Pucharu Świata w Hochfilzen, co było strzałem w dziesiątkę. "Pędziwiatr" zwyciężył w sprincie, który okazał się właśnie ostatnim wygranym biegiem w karierze tego zawodnika. Po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, które spędził na byciu rezerwowym, dołączył do Teamu LeasePlan Go z myślą o przygotowaniu się do startu na 15 km na Mistrzostwach Świata w biegach narciarskich w Falun oraz w biathlonowym sprincie na MŚ w Kontiolahti. Z najświeższej historii wiemy, że nie udało się osiągnąć żadnego z zakładanych celów. Berger nie znalazł miejsca w kadrze Norwegii. Poza tym, przewlekła kontuzja kolana nie pozwoliła na utrzymanie dobrej formy, co chyba stało się ostatecznym powodem podjętej decyzji o zakończeniu kariery.

I wreszcie odpowiedź na pytanie ze wstępu, na którą pewnie wszyscy czekali. Czym zajmie się Lars Berger po zakończeniu tak bogatej przygody ze startami w Pucharze Świata? Zostanie trenerem biegaczy narciarskich oraz biathlonistów, którzy będą startować na Igrzyskach Paraolimpijskich w Pyeong Chang. Tak więc znów Korea. Miejmy nadzieję, że okaże się ona tak samo szczęśliwa dla naszego bohatera, jak była poprzednim razem.

Lars Berger mimo wszystko nie przestanie biegać. Pamiętam, jak od razu po zawodach w Novym Mescie założył narty i udał się z powrotem na trasę. Właśnie takiego zapamiętam "pędziwiatra"- jako kogoś, komu sport sprawiał prawdziwą radość, bez względu na wynik. I jeszcze tak na koniec, choć wcale nie bez związku dodam, że jeden rok potrafi zmienić wszystko. Przypomnijcie sobie o tym w maju 2016, kiedy nawet Ole Einar Bjørndalen odwiesi swój karabin.

Skąd się wzięły łzy Tiril Eckhoff?

Mistrzostwa Świata w Kontiolahti są już na ostatniej prostej. Dziś rozdano medale w biegu indywidualnym mężczyzn, zaś wczoraj tę samą konkurencję rozegrały panie. W pierwszym przypadku Emil Hegle Svendsen przełamał złą strzelecką passę, nękającą go dotychczas na tegorocznych mistrzostwach i zdobył srebrny medal. Niestety tego samego nie może powiedzieć inna gwiazda norweskiego zespołu- Tiril Eckhoff. W biegach, w których brała udział, na 16 wizyt na strzelnicy, popełniła aż 17 błędów. Skutkowało to oczywiście dalekimi miejscami: 19. w sprincie, 18. w pościgowym i 52. w biegu indywidualnym. Co się stało z tą zawodniczką?
Problemy zaczęły się już od fatalnego strzelania podczas sztafety mieszanej, co skutkowało karną rundą dla Norwegii.
Jak można łatwo zauważyć, większość pudeł Eckhoff padło podczas strzelania w postawie stojąc. Sama przyznaje, że stromy podbieg tuż przed strzelnicą i związane z jego pokonaniem zmęczenie, bardzo utrudnia jej utrzymanie prawidłowej pozycji na strzelnicy. To prawda, że trasa w Kontiolahti odznacza się właśnie tym wzniesieniem, z którym jednak mierzą się wszystkie zawodniczki, potrafiące później strzelać bezbłędnie. Pełniący obecnie rolę eksperta norweskiej telewizji NRK były biathlonista Halvard Hanevold wyjaśnia, że być może problem leży po stronie złego przygotowania do takich warunków. Według niego, najlepszym rozwiązaniem byłby trening strzelecki przy wyższym tętnie, niż zazwyczaj. Wszystko po to, aby możliwie najwierniej odwzorować sytuację, w jakiej znajdują się zawodnicy wbiegając na strzelnicę w Kontiolahti. Ostatecznie rozważane było również wolniejsze strzelanie. Tak postąpił Emil Hegle Svendsen w dzisiejszym biegu długim i najwyraźniej mu się to opłaciło. Tiril będzie mogła się jeszcze poprawić w jutrzejszej sztafecie oraz niedzielnym biegu masowym.

Innym problemem młodej Eckhoff może być presja, z którą najwyraźniej nie może sobie poradzić. Jeszcze przed mistrzostwami udzieliła długiego wywiadu telewizji NRK, podczas którego ze łzami w oczach mówiła o problemach związanych z byciem w centrum uwagi kibiców. Po zakończeniu kariery przez Torę Berger, większość namaściła właśnie Tiril na jej następczynię. Zwłaszcza po udanych Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, na których zdobyła złoto w sztafecie mieszanej, brąz w biegu masowym oraz brąz w sztafecie. Na początku obecnego sezonu również mogło się wydawać, że kolejna Norweżka na stałe zadomowiła się w czołówce Pucharu Świata. Po świetnych występach w Oestersund (m. in. zwycięstwo w sprincie) i dobrych w Hochfilzen pojawiły się problemy zdrowotne, po których wróciła na trasy jakby trochę zgaszona. W drugiej części sezonu było już nieco gorzej, aż w końcu na ostatnich zawodach przed Mistrzostwami Świata, czyli w Oslo, nastąpiło załamanie formy. Potwierdzeniem było 36. miejsce w biegu indywidualnym. W sprincie było już lepiej, bo zajęła 8. pozycję , choć nadal daleko od komfortu psychicznego przed najważniejszą imprezą sezonu. Jak przyznała podczas wywiadu: "Koniec z pokerową twarzą", ocierając jednocześnie łzy.

Problemy i łzy Tiril Eckhoff nie wzięły się znikąd. Jest to związane z obawą przejęcia odpowiedzialności przed kibicami za swoje wszystkie wyniki. Przy Berger, dobre wyniki "anonimowej" Eckhoff były miłą niespodzianką. Tymczasem nagle stało się to normalnością i wręcz obowiązkiem. I nawet, jeżeli nie jest tak w rzeczywistości i nikt nie chce wywierać presji na zawodniczkę, w jej głowie wygląda to właśnie w ten sposób. Ponadto nawet sama historia pokazuje, jak kolejne norweskie zawodniczki przejmowały po sobie pozycję najlepszej w reprezentacji. Pod koniec epoki świetnej Liv Grete Poiree (Skjelbreid), mistrzynią świata w 2005 roku została Gro Marit Istad Kristiansen. Później w 2007 przyszedł czas na sukcesy Lindy Grubben (Tjørhom), po której na piedestale znalazła się Tora Berger. Swojej pozycji nie opuściła przez wiele lat, mimo różnych problemów, o czym już kiedyś pisałem. Mam nadzieję, że zdolność do poradzenia sobie z przewodnictwem w kadrze pojawi się u Tiril Eckhoff. Nie musi to wcale nastąpić od razu. Takie rzeczy przychodzą po prostu z wiekiem i chyba w jej przypadku będzie tak samo. A jeżeli nie teraz, to za rok, bo Mistrzostwa Świata odbędą się wówczas w Oslo.

Najmłodszy mistrz świata i jego brat

Skoro zmiana nazwy wywołuje takie zdarzenia w biathlonie, to będę ją przeprowadzał codziennie. W dzisiejszych biegach sprinterskich na Mistrzostwach Świata w Kontiolahti nastąpiło tyle pięknych i historycznych chwil, że do opisania każdej z nich potrzebny by był osobny post. Trudno jednak pozostać wobec tego obojętnym i choćby drugie tyle wydarzyło się jutro, już teraz postanowiłem o tym napisać.

Zacznę od biegu mężczyzn, który odbył się jako pierwszy. Jeżeli ktoś nie przewidywał żadnej dramaturgii i twierdził, że kandydat do zwycięstwa jest tylko jeden, został zawiedziony przez pogodę. To właśnie warunki atmosferyczne dodały trochę dramaturgii do zawodów, czyniąc strzelanie tak trudnym, że równie dobrze biathloniści mogliby je wykonywać w pozycji tzw. "na Schwarzeneggera", nie patrząc w przyrządy celownicze. Odbiło się to na takich znakomitościach, jak Martin Fourcade, Ole Einar Bjoerndalen, czy Emil Hegle Svendsen. Dwaj pierwsi zakończyli rywalizację z trzema karnymi rundami, zaś ostatni z czterema w pakiecie z "naiwnie" wyglądającym upadkiem (film poniżej).



Trzeba przyznać, że trasa w Kontiolahti też nie należała dziś do najprzyjemniejszych. Wszystko razem złożyło się na selektywność, która jest ogromnie istotna podczas zawodów rangi mistrzowskiej. Dyspozycja dnia, wyśmienite przygotowanie, a czasem szczęście decyduje tu o sukcesie. Wszystkiego nie zabrakło dziś młodszemu z braci Boe. Johannes Thingnes nigdy nie przegrał w Kontiolahti przed dzisiejszym startem i na razie nie wygląda na to, aby miało się to zmienić. Dziś stał się najmłodszym w historii biathlonowym mistrzem świata. Jego starszy brat Tarjei zatroszczył się o inny rekord. Zdobywając brązowy medal wpisał rodzinę Boe jako pierwszych w historii braci na podium w indywidualnej konkurencji MŚ. Tomasz Jaroński jeszcze dawno temu powiedział, że Boe to skrót od "Bjoerndalen Ole Einar" i stąd bierze się talent tych zawodników. Dziś do tego wracam i odnoszę wrażenie, że w tej niewinnej grze słów kryje się jakaś prawda.
Szczęśliwi bracia na konferencji prasowej.
Ten, który znalazł się pomiędzy dwójką Boe, długo czekał na swoje pierwsze podium w karierze. Tym lepiej się złożyło, że nastąpiło ono na Mistrzostwach Świata. Nathan Smith, jak sam przyznał na konferencji prasowej, nigdy nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. A niepotrzebnie, bo już kilkukrotnie, nawet w tym sezonie, kręcił się blisko podium. Również rok temu na IO w Sochi notował dobre wyniki dla Kanady wraz ze swoim kolegą Jean- Philippem Leguellec. Dziś jego starania zostały ukoronowane srebrnym medalem, pierwszym w historii dla Kanadyjczyka. Wcześniej bowiem podobne sukcesy odnosiła tylko biathlonistka z tego kraju- Myriam Bédard. Od dziś również mężczyźni mogą się pochwalić wynikami na wielkich imprezach.
Nathan Smith podczas konferencji prasowej.
Bieg pań przebiegał w jeszcze trudniejszych warunkach. Do wiejącego wiatru dołączył padający śnieg. Pudeł na strzelnicy było więc jeszcze więcej, zwłaszcza podczas prób w postawie stojąc. Podobnie jak u panów, zupełnie pogubiły się faworytki. Darya Domracheva i Kaisa Makarainen zaliczyły po pięć karnych rund i zajęły dalekie miejsca. Nikt, oprócz jednej zawodniczki, nie był w stanie strzelać bezbłędnie. Na nasze szczęście tą jedyną celną biathlonistką była Weronika Nowakowska- Ziemniak. Wyśmienite strzelanie oraz dobry bieg, wbrew niechęci do trasy w Kontiolahti, przyniosły jej pierwsze podium w karierze, czyli srebrny medal Mistrzostw Świata. Historia podobna do Smitha, ale znacznie nam bliższa. Na konferencji prasowej zaznaczała, że być może jest najszczęśliwszą z medalistek. Wcześniej przypuszczała, że będą to jej ostatnie Mistrzostwa Świata. Tymczasem przy tym sukcesie może zmieni zdanie. Z pewnością liczy na to teraz każdy kibic biathlonu.

Weronika Nowakowska- Ziemniak na pierwszej konferencji prasowej dla podium.
Szybsza od reprezentantki Polski, mimo jednego pudła na strzelnicy, była tylko powracająca po przerwie macierzyńskiej Marie Dorin- Habert. Francuzka miała koszmarny poprzedni sezon. Przystępowała do niego w bardzo wysokiej formie, jednak złamana kostka podczas treningu przed pierwszymi zawodami w Oestersund pogrzebała wszelkie plany na starty. Kontuzja umożliwiła jej zajęcie się rodziną. I tak oto, niedługo po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, pojawiła się informacja o ciąży. Marie urodziła córkę we wrześniu, zaś do startów powróciła w tym sezonie w styczniu, nastawiając się przede wszystkim na Mistrzostwa Świata. Opłaciło się, co widać po złotym medalu wywalczonym w sprincie. Z pewnością takie "zadośćuczynienie" za odniesioną kontuzję ją usatysfakcjonuje. Tytuł mistrzyni świata jest jej pierwszym takim osiągnięciem w karierze. Francja tym samym ma kolejną zdobywczynię tego tytułu po Sylvie Becaert i Florence Baverel.
Marie Dorin- Habert.
Brązowy medal w sprincie zdobyła Valj Semerenko. Można powiedzieć, że to nazwisko tradycyjnie już zameldowało się na podium wielkiej imprezy. Zmienia się tylko imię, bo czasem jest to właśnie Valj, a czasem Vita. Tym razem pod nieobecność Vity, swoje zadanie wykonała druga z sióstr. Warto odnotować również 5. miejsce Krystyny Guzik z jedną karną rundą oraz 7. miejsce Magdaleny Gwizdoń z dwoma karnymi rundami. W pościgowym będzie się działo...

Tyle się działo, że nawet prawie zabrakło dnia na podsumowanie. Jeżeli dalej mają tak wyglądać Mistrzostwa Świata w Kontiolahti, to choćbym miał umrzeć z przepracowania, chcę takich emocji, o których warto pisać. A przecież jutro jeszcze ciekawsze biegi pościgowe i legendarny Bieg Wazów (Vasaloppet) o nieludzkiej porze (8 rano). Najwidoczniej dobre rozstrzygnięcia zapadają wtedy, gdy się ogląda biathlon z byłym zawodnikiem ;-)

Witam i zapraszam

Zmiany nastąpiły, dlatego miło mi powitać Was wszystkich na nowym- starym blogu. Od dziś piszę pod nazwą: Północny Punkt Widzenia. Adres też będzie nowy, inny i chyba trochę łatwiejszy do skojarzenia z tematyką bloga. Niech sobie więc każdy zapisze, że od teraz znajdzie mnie na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com. Zapraszam, będzie to, co zwykle.

Czyli co? Bo właściwie otwieram tu sobie jakiś nowy rozdział, a sam nie wiem, co w nim umieszczę. W takim razie zastanówmy się. Będzie biathlon, duuuużo biathlonu. Dość pomyśleć, że przed nami jeszcze całe Mistrzostwa Świata w Kontiolahti, które nam tak pięknie rozpoczęły od sztafet mieszanych. Już jutro sprinty, a w niedzielę biegi pościgowe. Jak szybko się zaczęło, tak szybko się zapewne skończy. Szczególnie jestem ciekaw formy Ole Einara Bjoerndalena, który przecież w Kontiolahti odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczymy Igrzyska Olimpijskie w Sochi). A skoro już wspomniałem o dużej imprezie, to od razu muszę zaznaczyć niesamowitą umiejętność przygotowania się Norwega na takie właśnie punkty sezonu. O tym, jak przygotował się do tych Mistrzostw Świata przekonamy się jutro o 13:17, kiedy z numerem #34 wyruszy na trasę. Pisząc to wszystko już wiem, że w nowej odsłonie będzie dużo Bjoerndalena (a na pewno do przyszłego roku, kiedy ma zamiar zakończyć karierę). Zaraz, a dlaczego nie Bjørndalena? Szczerze mówiąc, to przez te wszystkie lata takiej pisowni nazwiska Króla, jakoś nie potrafię przejść na poprawną ;-)

Nie zabraknie biegów narciarskich. W każdej formie, czyli po amatorsku i zawodowo, a czasem być może w obu naraz. Co do tej związanej z Pucharem Świata i innymi wielkimi imprezami, w niedzielę będziemy mogli obserwować Bieg Wazów (Vasaloppet). Polecam oglądać, bo na starcie zobaczymy między innymi mistrza świata z Falun Johana Olssona, znakomitego Andersa Soedergrena, zaś grono kobiet zasili Justyna Kowalczyk. Transmisja rozpocznie się o 7:45 na oficjalnej stronie Swix Ski Classics. Bieganie amatorskie też oczywiście cały czas trwa, postaram się coś ciekawego wkrótce na ten temat poopowiadać, a może sprawdzić jakieś trasy. To, że zaczął się marzec, wcale nie oznacza dla mnie końca zimy.

I wreszcie to, co zdeterminowało zmianę nazwy. Studia w Alcie, na Północy Norwegii, będą tematem, który już od sierpnia na stałe zagości na blogu. Stąd właśnie bierze się nowy punkt widzenia. Oprócz tego, wypadałoby zatroszczyć się o jakieś porządne logo. Na razie jest ono w przygotowaniu i jak mogliście się przekonać na profilu facebookowym, zostało "przyozdobione" pewnym niespodziewanym gościem.


To nie jest oczywiście wersja finalna. Właściwie to pod twarzą trollface kryje się coś innego. Co lub raczej kto to może być? A może Wy macie jakieś sugestie dotyczące tego, co powinno znaleźć się na miejscu nieszczęsnego mema? Jeżeli tak, śmiało umieszczajcie je w komentarzach pod tym postem. I to raczej tyle, jeżeli chodzi o wstęp do nowego rozdziału. Witam i zapraszam...

Pewnych rzeczy się nie zmienia

Każdy gdzieś w głębi serca lubi rzeczy, które się nie zmieniają. Wybieramy Merce, bo nie zmienia się ich jakość i renoma, tak samo jak Johana Olssona niezmiennie dręczą choroby, pozwalając na zwyciężanie tylko na wielkich imprezach. Podobnie jest z niesłabnącą klasą takich zawodników, jak Anders Soedergren. Oznacza to po prostu pewność, a przecież czasem nam jej potrzeba. Zwłaszcza, gdy na przykład bierzemy udział w konkursie, wybierając 8 zawodniczek do drużyny, która podczas MŚ będzie dla nas zbierać punkty. Mogły one dać wygraną nawet w postaci nart Madshus Nanosonic Skate za pierwsze miejsce. Wszystko to zorganizował Noah Hoffman wraz ze swoimi sponsorami. Zwycięski team wyglądał tak: Marit Bjørgen, Maiken Caspersen Falla, Therese Johaug, Charlotte Kalla, Stina Nilsson, Kerttu Niskanen, Ingvild Flugstad Østberg i Heidi Weng. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że miałem prawie wszystkie te zawodniczki w swoim zespole. Zabrakło w nim jedynie Stiny Nilsson, którą, jak się okazało, niesłusznie zastąpiłem Justyną Kowalczyk. Tak więc jej nieudana "trzydziestka" była również moją, choć muszę też przyznać się do błędu. Zwiodło mnie sugerowanie się nazwiskiem, zamiast realnymi szansami na punkty.

Wróćmy jednak do sedna, czyli wspomnianego wcześniej Soedergrena. 37- letniego Szweda mogliśmy oglądać wczoraj podczas królewskiego dystansu 50 km stylem klasycznym, zamykającego Mistrzostwa Świata w Falun. Kto ogląda biegi męskie dłużej niż od tygodnia doskonale wie, jakie dokonania godne podziwu posiada on na swoim koncie. Dla tych drugich przypomnę, że Anders wygrał w 2008 roku pięćdziesiątkę stylem dowolnym w Oslo. I to nie byle jaką, bo ostatnią w historii rozegraną w formule startu indywidualnego. O ile nadal dla wielu biegaczy zwycięstwo w tym konkretnym biegu na Holmenkollen jest cenniejsze niż zdobycie mistrzostwa świata, o tyle wcześniej było to jeszcze większe osiągnięcie. Wystarczy wyobrazić sobie, jak to jest biec w pojedynkę przez 50 km. Wczoraj natomiast, parę dobrych lat po tym wydarzeniu, Soedergren pojawił się na starcie, choć wielu wróżyło mu już zniknięcie z tras. Takiemu doświadczeniu na wielkich imprezach nie można jednak odmówić. Tym bardziej, że wraz z broniącym tytułu z 2013 roku Johanem Olssonem, Szwedzi mogli wystawić 5 zawodników. Dzięki temu obejrzeliśmy świetną akcję około 40. kilometra, kiedy to Anders próbował oderwać się od reszty stawki. Nie była to żadna nowość, bo widywaliśmy go na czele również rok temu w Sochi i w wielu podobnych biegach. Nie zaskoczyła więc także słabsza końcówka w jego wykonaniu. Lata nie pozwalają na walkę na ostatnich metrach w stylu Northuga.
Typowy Northug na mecie.
Inny 37- latek poradził sobie lepiej. Lukas Bauer wykazał się niesamowitym doświadczeniem w ciężkich warunkach, które panowały wczoraj w Falun. Dzięki atakowi na około 2 kilometry przed metą zdobył srebrny medal. Na ostatnich metrach nie miał oczywiście szans z wystrzelonym jak z procy Petterem. Nadrobiona przewaga pozwoliła mu jednak stanąć na podium. Bardzo miło było zobaczyć kolejnego weterana w akcji, tym razem udanej. Tak się sentymentalnie i czesko zrobiło, że tylko Nohavicy brakuje. A jeżeli ktoś nie oglądał tej świetnej końcówki w wykonaniu Northuga, może obejrzeć ją na poniższym filmie.


Pięćdziesiątka w Falun już zapisała się w historii narciarstwa biegowego, jako jedna z najtrudniejszych i najwolniejszych. Czas zwycięzcy wyniósł ponad 2 godziny i 26 minut. Dla porównania, dwa lata temu w Val di Fiemme, bieg tą samą techniką na tym dystansie zajął Johanowi Olssonowi prawie 15 minut mniej. Tym razem Szwedowi starczyło siły na brązowy medal.

Cały tekst się produkowałem, że brak zmian jest dobry i lubimy wracać do przeszłości. Tymczasem na samym końcu chciałbym powiadomić, że ten post był ostatnim napisanym na blogu o nazwie SadurSky. Następny ukaże się już pod nazwą: Północny Punkt Widzenia. Adres na razie pozostanie ten sam, ale wkrótce również się to zmieni. Mam nadzieję, że mimo tego, pozostaniecie przy czytaniu nowych postów. A dlaczego zmieniam nazwę? Odpowiedź w tym linku ;-).

Amerykański kopciuszek

To, co wydarzyło się na trasie wtorkowego biegu kobiet na 10 km techniką dowolną w Falun, pozostanie w mojej pamięci jako wielka niespodzianka. Choć z pewnością Norwegowie woleliby określenia typu "tragedia" lub "katastrofa". Trudno im się dziwić, bowiem na tym dystansie przez cały sezon zawsze bywała na podium przynajmniej jedna reprezentantka tego kraju. Tymczasem na Mistrzostwach Świata próżno szukać Norweżek w pierwszej, a nawet w drugiej dziesiątce! "Co się stało?", zapyta pewnie każdy, kto nie widział tego biegu. "Czyżby zamknęli wszystkie apteki z lekami na astmę?", zapytają złośliwcy. Odpowiedź zna jednak najbardziej obiektywne źródło, czyli historia.

Zna ona już takie przypadki, w których faworyci zajmowali dalekie miejsca. Książkowym wręcz przykładem takiej sytuacji jest bieg na 15 km techniką dowolną w Sapporo na MŚ w 2007 roku. Wówczas startujący z niższymi numerami zawodnicy, a wśród nich znany nam doskonale biathlonista Lars Berger, biegli w zupełnie normalnych warunkach. Tymczasem tuż przed startem grupy faworytów, rozstawionych z wysokimi numerami, rozpętało się prawdziwe piekło dla serwisantów przygotowujących narty. Zaczął padać gęsty i mokry śnieg. Każdy, kto choć trochę biega na nartach, doskonale wie, co to oznacza. I tak oto, biegnący w normalnych warunkach Lars Berger, został mistrzem świata, a faworyci, tacy jak Vincent Vittoz (i startujący wtedy również Ole Einar Bjoerndalen), nie mieli najmniejszych szans na równą walkę. Ktoś powie, że smarowanie jest rzeczą drugorzędną i jak ktoś jest mocny, to wygra nawet ze słabymi nartami. Niestety, nie na tym poziomie rywalizacji, gdzie stawka jest naprawdę wyrównana. Dla przypomnienia, film poniżej.


Wróćmy jednak do Falun, 24 lutego 2015. Śnieg zaczyna padać nieco po starcie pierwszych zawodniczek. Przy dzisiejszych prognozach pogody, takie coś nie powinno być zaskoczeniem. A na pewno nie dla zespołu najlepszych smarowaczy na świecie, jakim może pochwalić się Norwegia. Jak się jednak okazało, nawet 15 osób znających doskonale swój fach, jest w stanie popełnić błąd. Åge Skinstad, szef kadry Norwegii twierdzi jednak, że tak nieszczęśliwe dobranie sprzętu (struktur i smarów) jest mało prawdopodobne. Inni myślą zupełnie inaczej. Były norweski biegacz- Sindre Wiig Nordby, zdecydowanie obwinia zespół techników, wytykając im błąd niesprawdzenia szczegółowej prognozy pogody. Według serwisu yr.no, z którego korzysta kadra Norwegii, śnieg miał zacząć padać zaraz po starcie zawodów. O ile można było mieć co do tego wątpliwości, bo wcale tak nie wyglądało, o tyle nieprzygotowanie "planu B" jest mocno zastanawiające. Tym bardziej, że norweskie zawodniczki szczególnie odstawały od reszty. Można powiedzieć, że biegły w podobnych warunkach, jak zwyciężczyni Charlotte Kalla. Nie było nawet tak drastycznej zmiany pogody, jaką widzieliśmy w Sapporo przed laty. Tak, czy inaczej, skutek był opłakany- 22. miejsce Heidi Weng, 27. Therese Johaug, 29. Ragnhild Hagi, 31. Marit Bjoergen i 33. Astrid Uhreholdt Jacobsen. Norwegia nie była jedyną nacją, która zaliczyła nieudany występ. Również serwismeni Niemiec popełnili błąd przy doborze smarów.
Te nieprawdopodobne wyniki pozostaną na zawsze w pamięci Norwegów.
Czy można było tego uniknąć? Oczywiście, a najlepszym dowodem jest postawa Amerykanek. Potwierdzają to wiadomości z obozu techników USA oraz, rzecz jasna, wyniki. Startująca z numerem #3, brązowa medalistka Caitlin Gregg nie dość, że miała świetnie przygotowane narty, to jeszcze biegła w dobrych warunkach, kiedy padający śnieg nie zdążył spowolnić trasy. Kolejną medalistką zza oceanu była Jessica Diggins, startująca nieco później, z numerem #37. Jej narty również świetnie jechały, zwłaszcza pod koniec biegu. Ostatnia z reprezentantek USA na liście startowej- Elizabeth Stephen (#53) uplasowała się na 10. miejscu. Biegła już w gorszych warunkach, a mimo to znalazła się w pierwszej dziesiątce, jako ostatnia z zawodniczek z wysokim numerem startowym.
Trzy reprezentantki USA w pierwszej dziesiątce, a czwarta na 15. miejscu (Kikkan Randall). Również niecodzienny widok.
Poza konkurencją wydawała się być we wtorek Charlotte Kalla. Od samego początku narzuciła wysokie tempo i utrzymała je do końca. Nawet warunki jej nie przeszkodziły, a narty były tego dnia przygotowane prawidłowo. Być może nie tak dobrze, jak w przypadku Amerykanek, ale ewentualne niedociągnięcia nadrobiła swoją formą. Wszystko wyglądało podobnie, jak w ostatnim biegu przed Mistrzostwami Świata. W Oestersund Kalla również nie dała szans rywalkom. Tym razem zmieniła się tylko ich narodowość. Norweżki zostały zastąpione przez Amerykanki.
Szczęśliwe podium. Od lewej: Diggins, Kalla, Gregg.
Wielkie imprezy uwielbiają zaskakiwać. Tym razem o zwrot akcji rodem z baśni zatroszczyła się pogoda. Mimo to, kolejna po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi wpadka serwisantów Norwegii może zastanawiać. Najwidoczniej czasem nawet najlepszych opuszcza szczęście. Wtedy na nic zdają się gigantyczne nakłady finansowe przeznaczane każdego sezonu na badania śniegu i smarów. Podobnie jak ogromna ciężarówka techników przygotowujących narty, która tym razem przegrała z ciasnym kontenerem Amerykanów.

Stres niejedno ma imię

Było już o motywacji, depresji i modelu katastrofy. Teraz czas na coś, co niejako łączy się ze wszystkimi tymi aspektami. Chodzi o stres. Wiemy, że jest on wszędzie, więc także i w sporcie. Potrafi zmobilizować człowieka, ale również go zniszczyć. Jakie oblicze przyjmuje wobec sportowców i jak na nich wpływa? Postaram się to Tobie wyjaśnić, Drogi Czytelniku, w tym poście.

Na pomysł takiego tekstu wpadłem po usłyszeniu wiadomości o braku motywacji Emila Hegle Svendsena. Co prawda ten temat poruszyłem już wcześniej. W ogóle, jak się przyjrzeć, to w tekstach z psychologią sportu w tle często pojawia się EHS. Widocznie tak sobie go upodobałem, jak dobry przykład sportowca trapionego różnego rodzaju problemami. Poprzednio zabrakło jednak tego czynnika sprawczego, którym zazwyczaj jest stres. Można go wiązać z rolą pobudzenia, które opisywałem w modelu katastrofy. Lecz również można odnieść do reszty tematów, a nawet do depresji. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia sportowca i reakcji jego organizmu. Czasem może z tym być naprawdę ciężko.


Logiczne jest, że im większa popularność, tym większy stres. Przykładowo z występami Emila Hegle Svendsena związane są ogromne oczekiwania. Tak było na przykład na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi. Nie twierdzę, że tylko to doprowadziło do pamiętnego zawalenia sztafety męskiej na ostatniej zmianie. Tak samo również nie mam zamiaru wmawiać nikomu, że w obecnej sytuacji EHS zwyczajnie boi się kontaktu z wizją zawodu na następnych IO. Myślę, że tak ceniony sportowiec nie ma z tym problemu. A gdybym jednak się mylił? Wtedy cała historia nabiera innego obrotu dobrze znanego dla każdego, kto zna stres jak swojego brata...

Stres zablokował Svendsena w Sochi podczas ostatniego strzelania sztafety. Pewny medal dla Norwegii został zamieniony na najgorsze możliwe czwarte miejsce. Takie coś jeszcze nie wydarzyło się w jego karierze. Zwykle panował nad sobą, utrzymując optymalny poziom pobudzenia, a tym razem wszystko poszło nie tak. Nie wiedział, dlaczego sprawy tak się potoczyły i za nic w świecie nie chce, żeby sytuacja się powtórzyła. Wciąż powtarza sobie w myślach: "Jeg er SuperSvendsen...", lecz umysł podpowiada raczej: "Det var min feil". Koledzy jakoś stawiają EHS na nogi, kończy się sezon, więc wszyscy udają się na imprezę, gdzie rzeczywiście odreagowuje. Przychodzą letnie treningi z kadrą. Patrząc na króla Bjoerndalena podziwia jego niesłabnącą motywację, mimo tylu lat startów. Już wie, że nie będzie taki, jak Ole Einar. Co więcej, boi się jego odejścia. Wtedy przewodnictwo kadry spadnie na niego, tak jak wzrok całej Norwegii. Jako najbardziej doświadczony nie będzie już "rozgrzeszany" ze słabszych występów, a tym bardziej nie zatuszuje ich zainteresowanie postacią OEB. Ma obok siebie kolegów, ale ciągłe współzawodnictwo o miejsce w kadrze nawet dla Emila Hegle nie jest wesołą perspektywą. I tak oto w lecie, kiedy dużo mówi się o planach na przyszłość, on nie chce wcale tego czynić. Jest ambitny, dlatego nie odpuści, ale stres związany z zainteresowaniem jego osobą odbiera mu motywację. Biathlon, który uwielbiał od najmłodszych lat stał się uosobieniem presji udowadniania samemu sobie, że jest najlepszy. Każdy następny start widzi więc jak rutynę tych samych czynności z lękiem przed porażką w tle. Aż wreszcie psychika powiedziała nie...

Poniosło mnie, prawda? Drastyczny przykład niszczenia sportowca przez stres i tak nie został dokończony. W ekstremalnym wydaniu pojawiłyby się reakcje obronne przeciążonego organizmu, prowadzące do kompletnej blokady w chwilach zwiększonego lęku. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo są one nieprzyjemne. Ta w większości dopisana w myślach historia z życia Svendsena miała tylko jeden cel. Ukazać, że takie problemy mogą dotknąć każdego. Równie dobrze może je mieć jakiś młody sportowiec, którego potencjał miał zaprowadzić do światowej czołówki. A przez "jedynie" stres to wszystko zostaje przekreślone. Z tego stanu wraca się zwykle po terapii, pracy nad sobą, zmianie stylu życia i przede wszystkim myślenia. Tak więc nie jest to niemożliwe. Mimo wszystko, nie życzę nikomu podobnych problemów, bez względu na to, czy jest zawodowcem, czy nie. Nie wierzysz? To polecam obejrzeć sobie film "Całkiem zabawna historia" ("It's kind of a funny story"). Pamiętaj o tym, Drogi Czytelniku. A wracając do samego Svendsena mam nadzieję, że wszystko będzie z nim w porządku. Odzyskanie motywacji będzie łatwiejsze, niż pokonanie własnej presji. A przede wszystkim liczę, że problemy EHS i Martina Fourcade nie przysłonią nam ich pięknych pojedynków w nadchodzącym sezonie.

Macierewicz potrzebny od zaraz

Spokojnie, ten post nie będzie o polityce. Chodzi o to, co obecnie dzieje się "za kurtyną" polskiej kobiecej kadry biathlonowej. Jak pamiętamy, w biegu sztafetowym- ostatniej konkurencji Igrzysk Olimpijskich w Sochi, na pierwszym strzelaniu Krystyna Pałka spudłowała aż 7 razy. Skutkiem tego były cztery karne rundy i koniec szans polskiej drużyny na jakiekolwiek dobre miejsce. Wydawałoby się, że zdarzył się wypadek przy pracy lub zawiodła psychika zawodniczki. Sprawa okazuje się jednak na tyle splątana i nieprzyjemna, że nawet tytułowy polityk znany ze swoich teorii spiskowych miałby problem z jej rozwiązaniem.

Krystyna Pałka na mecie biegu pościgowego w Novym Mescie, 2012

Wszystko zaczęło się jeszcze przed wyjazdem do Sochi. Jedna z naszych zawodniczek- Paulina Bobak, udzieliła bardzo kontrowersyjnego wywiadu na łamach onetu. Żaliła się tam na rzekome złe traktowanie jej przez trenera i swoją pozycję w kadrze. Do tego doszły jeszcze problemy zdrowotne i mamy gotową historię, w której wyraźnie zaznaczono, kto jest pokrzywdzony. Dla ludzi nie mających styczności z biathlonem na co dzień, jest jasne, że trener, prezes i wszyscy wokół postępują niewłaściwie. Tymczasem fakty były takie, że o zdanie w tej sprawie nie zapytano ani trenerów, ani prezesa Polskiego Związku Biathlonowego. Do tego, jeżeli ktoś od dawna śledzi występy polskich biathlonistek, doskonale wie, że Paulina Bobak nigdy nie należała do wybitnych i stąd jej pozycja w kadrze nie mogła być lepsza. To zrozumiałe. Na Igrzyskach sprawa ucichła, bo każdy skupiał się na wypatrywaniu naszych szans medalowych.

Gdy się okazało, że o medale w biathlonie będzie trudno, onetowy dziennikarz przypomniał sobie o swoim idealnym modelu na sensację. I tak powstał kolejny tekst z Pauliną Bobak w roli głównej. Tym razem chodziło o jej problemy w Sochi. Podobno nie znała terminów treningów, nie mieszkała z resztą kadry i nie była przewidziana do startów olimpijskich. W tym ostatnim nie ma nic zaskakującego, ponieważ od początku było wiadomo, że Bobak jedzie na IO w charakterze rezerwowej. Zawodniczka posunęła się jednak jeszcze dalej. Odmówiła startu w sztafecie mieszanej. Tłumaczyła swoją decyzję faktem, że jej stan psychiczny na to nie pozwalał. I teraz ciężko się w tym wszystkim odnaleźć, bo biathlonistka, która pojechała na Igrzyska, powinna być gotowa do startu. Poza tym występ na takiej imprezie jest czymś szczególnym, co stanowi marzenie niejednego sportowca. Tymczasem Paulina Bobak odrzuciła taką możliwość, choć znalazła się w Sochi, wykorzystując miejsce kogoś innego, kto mógłby w tym czasie to swoje marzenie spełnić.

I teraz sedno sprawy, czyli wydarzenie z właściwej sztafety. Pudła Krystyny Pałki podczas pierwszego strzelania nie były spowodowane stresem, czy też zwyczajnym błędem. Otóż, przyrządy celownicze w jej karabinie zostały przestawione o kilka skoków, co wskazuje na działanie z premedytacją. Przy przestrzeliwaniu broni przed biegiem wszystko było w porządku, po czym karabin został odstawiony, a zawodniczka udała się na rozgrzewkę. Co stało się później, nie wiadomo. Wiemy natomiast, czym to skutkowało. Po sztafecie rozpoczęła się więc prawdziwa burza na temat tego, kto przestawił przyrządy celownicze i dlaczego to zrobił. Atmosferę dodatkowo podgrzała sama Pałka, pisząc na swoim profilu facebookowym:
"Przykro mi to mówić ,ale już jest pewne ,że przed biegiem sztafetowym ktoś przekręcił przyrządy w moim karabinie. Jeśli się potwierdzi przypuszczenie odnośnie osoby która to zrobiła będzie to wielki szok dla wszystkich:("
Już po samym przeczytaniu tego wpisu można było spodziewać się fali komentarzy z przewidywaniami, kto to zrobił. Spekulacje zostały nakręcone przez samą zainteresowaną, a nie powinno to nastąpić. Tym bardziej, że po ostatnich ekscesach wszystkie oczy biathlonowych kibiców zwróciły się ku Paulinie Bobak. Ta jednak zapewnia, że z przestawieniem przyrządów nie ma nic wspólnego. Popełniła jednak błąd, bo początkowo twierdziła, że nie była na ani jednym biegu podczas IO, a później potwierdziła swoją obecność w "ogródku" dla zawodników przed startem sztafety. Wylicza co prawda dokładnie, gdzie była o konkretnej godzinie i co robiła, lecz budzi to pewne wątpliwości. I w takiej atmosferze znów odzywa się Krystyna Pałka:
"Przestańcie komentować! Skąd możecie wiedzieć kto mógł to zrobić? Jeśli sprawa się wyjaśni to będzie super.Na razie zostaje ocena Pani Ekspert Magdaleny Grzywy o fatalnej postawie.Igrzyska zakończone ,wyniku nic nie zmieni.Nikt nie wie jakby sztafeta się potoczoczyła gdyby moje strzelanie było normalne.Teraz tylko mozna gdybać.Prosze nie oskarżać osób jak nie jesteście pewni!!!! Napisałam ,ze karabin został przekręcony-bo tak było.Nie napisałam kto to zrobił!!! Mam jednak trop.Jeśli potwierdzą się dowody to będzie wiadomo. Dlaczego to ważne dla mnie? Dlatego,ze jestem pewna że nie było błędu postawy.8-10 skoków to różnica zmiany skupienia,która jest niemożliwa. Nie chcę by ponownie coś takiego miało miejsce.Sprawa z Francją się łączy. Takie samo przestawienie karabinu. Więc proszę nie komentować i nie oskarżać jak nie jesteście pewni.Sprawa zamknięta!"
A właśnie, że nie zamknięta. Dodatkowo jeszcze odnajdujemy tu pewien żal do Magdaleny Grzywy- byłej biathlonistki bez znaczących sukcesów, która po zakończeniu kariery została "ekspertem" od biathlonu w TVP. Odnośnie całej sytuacji wypowiedziała się tutaj. Ale mnie samemu trudno brać słowo pani Grzywy za autorytet w tej sprawie. Ważnym krokiem był wniosek o przekazanie PZBiath zapisu nagrań z kamer ustawionych w pobliżu "ogródka" dla zawodników. To wyjaśniłoby wszystko, ale jednocześnie nie uciszyło spekulacji. Krystyna Pałka znów zakomunikowała:
"Jeszcze raz informuje. Nie oskarżam konkretnej osoby. Jest pewne że przyrządy zostały przekręcone. Nie jest pewne co przestawiło przyrządy . Są przypuszczenia ,ale trzeba je sprawdzić. Nie wykluczone ,że mogło dojść do uderzenia w przyrządy celownicze."
To już kompletnie nie rozumiem. Z początku było "pewne", że ktoś przestawił przyrządy celownicze z premedytacją, a teraz pojawiła się możliwość uderzenia. Według mnie jedno jest pewne. Cała ta sprawa jest bardzo zawiła i oby rozwiązała się jak najprędzej, bo budzi wiele negatywnych emocji, a nie o to chodzi w tym sporcie. Sam biathlon pojawił się na stronach głównych wielu portali. Czy jest to pewnego rodzaju "promocja"? Rzecz jasna nie, bo przede wszystkim atmosfera w kadrze stała się niepotrzebnie napięta, a dodatkowo ten sport przedstawiany jest w kontekście pod tytułem "zły PZBiath i skrzywdzona Paulina Bobak". Niepotrzebnie wszystko rozwiązywane jest przez media. Wtedy zawsze powstają spekulacje i sprzeczne zdania. Prędzej, czy później poznamy prawdę. Ja takich spraw nie lubię i powiem tylko, że podobno w trakcie sztafety słychać było strzały i to w wykonaniu wszystkich zawodniczek. Bądź tu teraz mądry, kto zawinił...

Od skiathlonu do pięćdziesiątki, czyli podsumowanie Igrzysk Olimpijskich w Sochi

Bardzo szybko przeminęły te dwa tygodnie. Znicz już zgaszony, a tym samym 22. Zimowe Igrzyska Olimpijskie przeszły do historii. Sochi opuszczają już wszyscy bohaterowie, zarówno pozytywni, jak i negatywni, tego wydarzenia. Teraz czas na podsumowanie, bo od skiathlonu do pięćdziesiątki działo się naprawdę wiele. Wielkie dokonania, skandale, porażki- bez tego nie obejdzie się żadna sportowa impreza. Tak było i w przypadku Igrzysk. Wyliczymy więc wszystkie "naj-" tej imprezy.

  • Największy skandal: niestety w trakcie trwania Olimpiady przyłapano kilku zawodników na stosowaniu niedozwolonych środków. U niemieckiej biathlonistki Evi Sachenbacher- Stehle wykryto metyloheksanoaminę, zaś u austriackiego biegacza narciarskiego Johannesa Duerra erytropoetynę. W przypadku Evi można uznać to za niedopatrzenie, bo zabroniony składnik znajduje się w różnego rodzaju odżywkach i napojach energetycznych, zaś jego stosowanie poza zawodami nie jest w ogóle sankcjonowane. Przez swoją wpadkę, biathlonistka straciła czwarte miejsce zdobyte w biegu ze startu wspólnego oraz pozbawiła swoją drużynę również czwartej lokaty w sztafecie mieszanej. Natomiast Duerr był okrzyknięty (również przeze mnie) za rewelację Tour de Ski i zaliczany do grona faworytów biegów długich na IO. W skiathlonie zajął 8. miejsce, po czym udał się do Obertilliach trenować przed startem na 50 km. Właśnie w Austrii pobrano próbkę, w której wykryto EPO. Duerr przyznał się do stosowania dopingu z determinacją i jednocześnie nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to robił. W tym momencie możemy skreślić jego wszystkie wyniki z tego sezonu, jak i cofnąć wszelkie zdania o tym, że niby stanowił wielki talent w Pucharze Świata.
  • Największy przegrany: na pewno rozczarowany swoim występem na Igrzyskach jest Petter Northug. Nie dość, że bez miejsca na podium, to jeszcze we wszystkich biegach okazywał słabość. Brakowało wytrzymałości i szybkości, którą kiedyś zachwycał. Przyczyną takiej formy jest choroba, która w okresie przygotowawczym nie pozwoliła mu na wystarczające obciążenie w treningu. Ale nie zapominajmy, że Dario Cologna stracił jeszcze więcej treningów z powodu kontuzji. Przez większą część sezonu w ogóle nie startował, a w Sochi pokazał ogromną siłę, zdobywając dwa złote medale. Miał też trochę pecha. Najpierw przewrócił się dwukrotnie w sprincie, a w dzisiejszym biegu na 50 km, gdzie był zdecydowanym faworytem, złamał nartę. 
  • Najgorszy dramat: Igrzyska Emila Hegle Svendsena można tylko opisać jako drogę z piekła do nieba i z powrotem. Początkowo występy były nieudane, nie przynosiły medalu, aż do biegu ze startu wspólnego, w którym EHS strzelał bezbłędnie i wyprzedził na sprinterskim finishu Martina Fourcade. Później jeszcze lepsza sztafeta mieszana, gdzie Norwegia pokazała swoją prawdziwą siłę. Na to samo zanosiło się we wczorajszej sztafecie mężczyzn po świetnych zmianach braci Boe i dobrej postawie Bjoerndalena, który jednak nieco stracił biegowo z powodu złego samopoczucia. Tak, czy inaczej, Svendsen, nazywany księciem biathlonu i następcą OEB, wybiegł na swoją zmianę na pierwszym miejscu, tuż przed Niemcami. Dalej byli Rosjanie i Austiacy, którzy dogonili liderów po pierwszym strzelaniu. O wszystkim miała zadecydować ostatnia próba strzelecka. Było wiadomo, że ktoś z tej czwórki zostanie bez medalu, ale nikt nie przypuszczał, że będzie to Norwegia. EHS najwyraźniej nie wytrzymał presji i zaczął pudłować. Nie pomogło dobieranie, skutkiem czego musiał biegać karną rundę. Tymczasem rywale wybiegli na trasę. Wygrali Rosjanie przed Niemcami i Austriakami. Svendsen przyprowadził sztafetę Norwegii na 4. miejscu. Mówiło się o tym, że pozbawił medalu braci Boe i Bjoerndalena, zawalił sztafetę, zepsuł Norwegii zakończenie Igrzysk oraz wiele innych rzeczy. Tak się stało, ale nie można winić Svendsena w ten sposób. Każdemu mogło się to zdarzyć i niestety padło na niego.
  • Największy heroizm: przed Igrzyskami istniało wiele niewiadomych dla Justyny Kowalczyk i jej kibiców. Kontuzja stopy budziła wiele wątpliwości co do dyspozycji Polki. Po biegu łączonym okazało się, że jest to wielowarstwowe złamanie. Nie przeszkodziło to jednak w żaden sposób zdobyć złota na jej koronnym dystansie- 10 km stylem klasycznym. Ponadto startowała jeszcze w sztafecie, sprincie drużynowym i biegu na 30 km stylem dowolnym. W ostatnim biegu zaczepiła się nartami z Anio Kaisą Saarinen, przez co nadwyrężyła kontuzjowaną stopę i nie dała rady kontynuować rywalizacji. Mimo to, pokazała, że jest niezwykle silną i zdeterminowaną zawodniczką.
  • Największa legenda: o zwycięstwie Ole Einara Bjoerndalena w sprincie pisałem już wcześniej. Tym złotem wyrównał rekord zdobytych medali, należący wówczas do Bjoerna Daehliego. Kolejne złoto w sztafecie mieszanej dało mu samodzielne prowadzenie w tej klasyfikacji. Dodatkowo jeszcze bardzo dobre występy w pozostałych biegach tych Igrzysk oraz wygrane wybory do Komitetu Zawodniczego przy MKOl świadczą o legendzie tego sportowca. Drugiego takiego nie będzie.
  • Największa dominacja: zdobywając trzy złote medale Darya Domracheva udowodniła, że świetnie się przygotowała do Igrzysk. Na trudnych trasach kompleksu Laura wykorzystała idealnie wszystkie swoje biegowe umiejętności. Przypomnijmy, że pierwsze złoto pojawiło się w biegu pościgowym, do którego startowała z 32 sekundami straty do Anastasyi Kuzminy- mistrzyni olimpijskiej w sprincie. Popełniła tylko jeden błąd na strzelnicy, co przy tak szybkim biegu dało pewne zwycięstwo. Bieg indywidualny poszedł również po jej myśli. Potwierdziła tym samym wynik uzyskany przed rokiem na próbie przedolimpijskiej, którą wygrała. W ostatniej konkurencji indywidualnej, czyli w biegu masowym, zostawiała rywalki daleko w tyle na rundach biegowych i, podobnie jak wcześniej, spudłowała tylko raz. Zawodniczka z innej ligi- tak mówią o niej inne biathlonistki.
  • Największy problem: pogoda znacznie utrudniała rywalizację na stokach i trasach narciarskich. Było nadzwyczajnie ciepło, czasem ponad 10 stopni powyżej zera, przez co śnieg zmieniał się w wodnistą breję. Długo jeszcze zapamiętamy widok biegaczy ubranych w koszulki z krótkim rękawem. Szczególnie reprezentantki USA korzystały z tego rozwiązania. Ponadto były problemy ze smarowaniem nart na taką nawierzchnię, jak choćby w kadrze Norwegii. Organizatorzy bardzo ciężko pracowali, aby utrzymać trasy w dość dobrej kondycji. Wolontariusze sypali sól na trasy biegowe i utwardzali stoki. I trzeba przyznać, że spełnili swoje zadanie.
  • Najbardziej obwiniany człowiek: Ante Kostelić był autorem ustawienia bramek do drugiego przejazdu slalomu mężczyzn. Było to wiadome przed Igrzyskami i już wtedy pojawiły się obawy. Trzeba bowiem wiedzieć, że chorwacki trener, ojciec Ivicy i Janicy, ustawia bardzo trudne i arytmiczne przejazdy. Tak było i tym razem. Na dodatek przy panujących warunkach, trasa nie wybaczała błędów. Straciło na tym wielu alpejczyków, między innymi Szwedzi- Andre Myhrer i Mattias Hargin, którzy mieli szansę na medal i pogrzebali ją złym drugim przejazdem. Nazwano nawet Kostelica idiotą.
  • Największy bezsens: transmisje w TVP od początku imprezy budziły moje zastrzeżenia. Potwierdziły się one kilka razy. Przede wszystkim komentarz wielu dyscyplin pozostawiał wiele do życzenia. Oglądając narciarstwo alpejskie miało się wrażenie, że ekipa nie ma styczności z tą dyscypliną na przestrzeni całego sezonu i komentuje ją tylko przy okazji Igrzysk. Zawiódł trochę biathlon, bo bez Tomasza Jarońskiego pan Krzysztof Wyrzykowski nie mógł krzyknąć swojego słynnego "rach ciach ciach!" (pan Tomasz zabronił, ale też specjalnych okazji do okrzyku nie było) oraz nie zgrał się z Piotrem Sobczyńskim (zazwyczaj TJ ogarnia wyniki na bieżąco, a KW czyni dygresje, w Sochi natomiast mieliśmy dwóch lubiących gawędzić bez przejmowania się wynikami). Nie zabrakło również "złotych cytatów", które zapamiętamy po łyżwiarstwie szybkim. Piotr Dębowski, cały rozemocjonowany, wykrzykiwał takie piękności: "Polacy jadą teraz wolniej, ale szybciej" albo "Biegną po ten medal zostawiając na lodzie piękną biało- czerwoną smugę". Przynajmniej można było się pośmiać. Do śmiechu nie było natomiast wtedy, gdy TVP zmieniała dyscyplinę sportu nadawaną na antenie. Zazwyczaj robiła to w najmniej odpowiednim momencie, a już szczytem wszystkiego było wyłączenie ostatniego strzelania ostatniej zmiany w biathlonowej sztafecie, aby pokazać dekorację drużyny polskich panczenistów. Wiem, że to medal dla nas i mogę sobie oglądać transmisję w internecie, ale żeby wyłączać w trakcie najważniejszych rozstrzygnięć, podczas gdy dekorację można by było pokazać z odtworzenia po zawodach? Tak się nie robi...
  • Największe odkrycie: reprezentacja Czech w biathlonie pokazała, jaki rozwój poczyniła na przestrzeni kilku sezonów. Na tych Igrzyskach zdobyła aż 5 medali. Ondrej Moravec przyznał, że o tak udanym występie na tej imprezie kadra czeska nawet nie śniła. Rzeczywistość okazała się dużo lepsza od oczekiwań. Wyrasta nam nowa potęga biathlonowa? 
  • Największa wpadka: pierwsze strzelanie Krystyny Pałki w sztafecie kobiet było katastrofalne. Cztery karne rundy, przy ośmiu wykorzystanych nabojach to prawdziwa tragedia, z której nie da się wyjść na jakiekolwiek dobre miejsce. Nasz zespół ukończył ten bieg na 10. pozycji mimo dalszej zadowalającej postawy reszty zawodniczek. Różne teorie starają się wytłumaczyć takie zachowanie na strzelnicy doświadczonej zawodniczki. Podobno przyrządy celownicze zostały mocno przestawione po przestrzeliwaniu broni i ktoś musiał zrobić to celowo. Niedobrze się dzieje w kadrze, skoro taka wersja jest brana pod uwagę. Być może coś wyjaśni się po Igrzyskach. W dodatku ostatnie ekscesy z Pauliną Bobak i jej skargami na sztab trenerski nie służą atmosferze. Natomiast patrząc na same wyniki, to źle nie jest. Najwyższe miejsce 5. Moniki Hojnisz to wyrównanie najlepszego wyniku polskiej biathlonistki na IO i daje bardzo dobre spojrzenie na przyszłość tej zawodniczki. Trochę tylko zawiodła gorsza dyspozycja biegowa Krystyny Pałki i Magdaleny Gwizdoń, bo w przypadku tej pierwszej bezbłędny wynik na strzelnicy w biegu indywidualnym na 15 km powinien zapewnić miejsce w pierwszej piątce, a tymczasem starczył jedynie na 10. pozycję.
To wszystko, co udało się nazwać "naj-". Oczywiście nie z samych "naj-" składały się te Igrzyska i właśnie to stanowi o wielkości tego wydarzenia. Dla każdego sportowca Olimpiada jest czymś szczególnym i było to widać po poziomie zmagań oraz po emocjach wypisanych na twarzach medalistów. Natomiast dla każdego kibica przyniosła ona to, co jest najważniejsze, czyli dawkę prawdziwego, trzymającego w napięciu sportu. Klasyfikację medalową wygrała Rosja, z liczbą 13 złotych medali, 11 srebrnych i 9 brązowych. Za gospodarzami uplasowała się Norwegia i Kanada. Polska zaliczyła swój najlepszy występ w historii, zdobywając 4 złote medale oraz po jednym srebrnym i brązowym. Odchodząc od wszelkich prób upolityczniania tego wydarzenia, stwierdzam, że Igrzyska Olimpijskie w Sochi były po prostu ładne i udane. Oczywiście szkoda, że się kończą, ale przed nami jeszcze kilka zawodów Pucharu Świata. Teraz można udać się na krótki odpoczynek.

P.S.: Pamiętacie może, że kiedyś pięćdziesiątka rozgrywana była metodą startu indywidualnego z przerwami między zawodnikami? Tę formułę zmieniono po 2008 roku, zaś ostatnimi zawodami rozegranymi w ten sposób był bieg na 50 km stylem dowolnym w Oslo. Wygrał Anders Soedergren, przed Lukasem Bauerem i Remo Fischerem. Co ciekawe, biegło wówczas dwóch biathlonistów- Frode Andresen (zajął 8. miejsce) oraz Lars Berger (35. miejsce).