Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakuszyce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakuszyce. Pokaż wszystkie posty

Ostatni etap

W dzień trzecich urodzin bloga melduję się już z Alty. Po przerwie świątecznej powróciłem na Północ, by dokończyć to, co rozpocząłem w sierpniu. Przede mną dwa ostatnie miesiące kursu norweskiego, które zwieńczy najważniejszy egzamin. To również końcowy etap północnego życia, którego dni są już policzone. Gdy 31 maja wsiądę do samolotu z Alty do Oslo i dalej aż do Wrocławia, nie będę miał kupionego biletu w drugą stronę. O tym, co będzie dalej, jeszcze nie pora mówić, bo zostało jeszcze trochę czasu. Póki co, pora rozejrzeć się wokół i zobaczyć, jak przywitała mnie Północ.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Alta wiosną.

Opuszczając lotnisko późnym wieczorem nie byłem przygotowany na zobaczenie szarego asfaltu, pokrytego pewnego rodzaju pyłem ze wszystkich rzeczy, które były sypane na drogi w czasie zimy. Tak wygląda teraz każda ulica w Alcie. Zniknęły już charakterystyczne, ubite przez samochody koleiny w śniegu. Podobnie parking pod moim akademikiem stracił swoją śnieżną powłokę, odsłaniając nawierzchnię, o której istnieniu w tym miejscu nie miałem pojęcia. Gdy się tu wprowadzałem była w końcu sroga zima, a latem nie gościłem na Komsie zbyt często. Również temperatura na zewnątrz nie odbiegała znacznie od tej, którą zostawiłem kilka godzin temu we Wrocławiu. Jeszcze więcej zmian zobaczyłem za dnia, gdy wyjrzałem za okno. Najwyraźniej powstało tam małe jezioro, którego śladu nigdy nie widziałem.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Wiosna w Alcie
Widok na jeziorko z bliska. Pierwsze okno z prawej na parterze jest moje i to przez nie zauważyłem te dość pokaźne mokradło. 
Widząc taki stan pogody, który można nazwać pewnego rodzaju północną wiosną, musiałem udać się na trasy biegowe, by sprawdzić ich stan. Kiedyś byłem przyzwyczajony do kończenia sezonu biegowego w okolicach Wielkanocnego Poniedziałku. Zwykle wtedy w Jakuszycach można było po raz ostatni znaleźć warunki do biegania. Tak było i w tym roku, kiedy na dwa dni przed moim powrotem na Północ wybrałem się jeszcze na poświąteczne narty. Widok płynących obok tras strumyków wcale mnie nie dziwił, a wręcz cieszył, że przychodzi łagodna i słoneczna wiosna. Nie spodziewałem się jednak, że w oddalonej o ponad 2800 km Alcie zastanę bardzo podobne warunki do tych sprzed kilku dni.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Trasa biegowa w Alcie
Oto jeden z odcinków pętli w okolicach góry Komsa. Widać ślady torów, poza którymi nic nie wskazuje na to, że oglądamy trasę biegową.
Przy temperaturze sporo powyżej zera spodziewałem się czegoś w rodzaju śnieżnej brei na większej części pętli w okolicach Komsy. Tymczasem prawie wszędzie czekała na mnie wciąż ubita i straszliwie zmrożona pokrywa. Tory trzymają się mocno i lśnią od ślizgów niczym najazd na skoczni narciarskiej. Zaskakujące, że nawet w najbardziej nasłonecznionych miejscach próżno było szukać znanej i lubianej "kaszy", która nadaje leniwego klimatu typowej, wiosennej przejażdżce. Tutaj jednak byłaby to walka o przetrwanie na twardym lodzie, co znacznie zniechęciło mnie do założenia nart. W dodatku, jak widać na zdjęciu, trasa jest mocno naruszona przez spacerowiczów. Dziury, szyszki i gałęzie w śniegu nie są elementami, z którymi człowiek chciałby się zmagać na trudnych podbiegach i szybkich zjazdach. Jakby tego było mało, znalazłem również płynące strumyki. To w końcu stały element wiosennego biegania. Problem pojawia się, gdy taki strumyk nie płynie obok trasy, lecz w poprzek niej.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Strumyk na trasie biegowej.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Strumyk na trasie biegowej.
Tutaj nawet widać, jak za strumykiem "wyrastają" sobie tory do klasyka jak gdyby nigdy nic.
Przy takiej pięknej, słonecznej pogodzie trudno jednak na cokolwiek narzekać. Nie dziwię się, że warunki do biegania znacznie się pogorszyły, bo przed moim przyjazdem w Alcie można było uświadczyć temperaturę w okolicach 10 st. C. To musiało odbić się na jakości śniegu, który trzyma się ostatkiem sił, bo było (i wciąż jest) go całkiem sporo. By się o tym przekonać, wystarczyło zejść w bok trasy. Tam, gdzie śnieg wydawał się być twardą, ciekawie pofałdowaną skorupą, zapadłem się prawie po kolana po próbie wejścia na to coś. Nie było łatwo się wydostać, zwłaszcza że druga noga została jak gdyby nigdy nic na ubitym odcinku trasy. Ostatecznie wyszedłem z opresji i od tego czasu bardzo ostrożnie zbliżałem się do każdego wątpliwego odcinka, który mógł oznaczać rychłą utratę ponad pół metra wzrostu.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Śnieg "lodowcowy"
Niczym niezmącona powierzchnia wygląda zachęcająco. Gdzieś kiedyś czytałem, że można na tym biegać na nartach i całkiem fajnie to wychodzi. Nie wiem tylko, czy nie musi do tego złapać jakiś niewielki mróz.
Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Widok na Haldde.
Wbrew pozorom przejście tego krótkiego odcinka pomiędzy miejscem wykonania zdjęcia a widocznym na pierwszym planie kamieniem mogłoby się nie udać.
Mówi się, że w Finnmarku nie ma wiosny. Do czerwca utrzymuje się śnieg oraz zmiany pogody, które opisywałem przed wylotem z Alty, po czym od razu jednego dnia wszystko rozkwita i zaczyna się lato. Nie istnieje podobno możliwość obserwowania powolnych zmian, podczas których ta surowa natura budzi się do i tak już skróconego przez pory roku życia. Na mojej drodze znalazłem jednak oznaki tego, że teraz mamy tak naprawdę północną odmianę wiosny. To prawda, że śniegu jest jeszcze dużo, a mróz wciąż może zahamować ambicje do ściągania czapek i kurtek, lecz dłuższy dzień, najlepiej słoneczny, robi swoje. Poza tym, te pokryte pyłem i piachem drogi to znany jeszcze z Polski element dni, w których człowiek lubił wyjść już na rower, zamiast rozpamiętywania zimy. I wreszcie najważniejsze, czyli dawno nie widziana roślinność, która nagle wyłoniła się spod zasp śnieżnych w otoczeniu drzew. W takich warunkach mogę nawet pogodzić się z myślą, że wyjście na narty muszę zawiesić "do odwołania" i trochę pobiegać na nogach. W końcu jest "wiosna, panie sierżancie".

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Strumyk na trasie biegowej.
Jeszcze zamarznięta, ale już widoczna mała sadzawka.
Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Oznaki wiosny w Alcie.
Jest i znaleziony kawałek suchej ziemi i prawdziwych porostów. Pod tym drzewem panuje lato, jak nic!

W domu: test nart Fischer Speedmax Skate

"Nie rzucam kości, nie losuję kuponu
Zwykle to za czym tęsknię to powroty do domu"

Po takich przygodach z północną pogodą dobrze było dotrzeć do domu dokładnie o czasie. To aż dziwne, że wystarczyło zaledwie kilka godzin, by z zamieci w Alcie znaleźć się w słonecznej Jeleniej Górze. Jeszcze lepsze było to, że już następnego dnia wybrałem się do Jakuszyc na narty. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że cały mój sprzęt został w Alcie. Na szczęście z pomocą przyszło Centrum Testowe Fischer, które ma swoją siedzibę na Polanie Jakuszyckiej, wypożyczając mi na ten dzień najnowsze narty Fischer RCS Speedmax w wersji Plus- idealne na te słoneczne, zwiastujące wiosnę warunki. Czas podzielić się z Wami wrażeniami, jak wspominam jazdę na tym wyjątkowym sprzęcie, którego używają tacy mistrzowie jak Martin Johnsrud Sundby, czy Johannes Thingnes Bø. Taka informacja już zapowiada, że mamy do czynienia z najwyższą klasą nart, o jakiej dotychczas mogłem tylko marzyć.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Narty Fischer Speedmax Skate Plus


Gdy tylko odebrałem z wypożyczalni narty, buty i kije wyruszyłem na trasy, których dawno nie widziałem. Z początku znanym i lubianym zjazdem na Polanę Maliszewskiego, bo tam zawsze jest najwięcej słońca, gdy zbliża się wiosna. Po drodze zacienione miejsca nadają od razu szybkości za sprawą zmrożonego śniegu. Mimo to, nie straciłem nawet na moment czucia podłoża, o co niełatwo przy nieco twardszych warunkach. Być może jest to zasługa systemu NNN, z którym od dawna nie miałem styczności. A już na pewno nigdy z wiązaniami XCELERATOR Pro, zamontowanymi na płycie NIS tych nart. To właśnie wrażenie pełnej kontroli wypełniło pierwsze minuty na trasie. Było to potrzebne, bo z szybkiego śniegu w cieniu od razu wyjechałem na pełne słońce, gdzie podłoże raczej zatrzymywało, niż zachęcało do współpracy. I choć w tych miejscach wyglądało to jak zakończenie Pucharu Świata w Canmore, ze śniegiem przypominającym piasek na plaży i podobnie grzejącym słońcem, to właśnie taka sytuacja odpowiadała mi najbardziej. Po powrocie z Północy nie marzyłbym o czymkolwiek innym niż lekkim treningu w ciepłej atmosferze. Sprzęt jednak zobowiązał mnie do mocniejszej pracy, by sprawdzić jego możliwości przy bardziej wymagającej jeździe. Gdy zagłębiłem się w leśne odcinki w kierunku Szklarskiej Poręby, postanowiłem wykorzystać szybki śnieg w cieniu drzew.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Marcowa zima w Jakuszycach
Dolna część Polany Maliszewskiego i charakterystyczny strumień, nad którym wiedzie most (niewidoczny na zdjęciu) i trasa w kierunku Szklarskiej Poręby.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Narty Fischer Speedmax Skate Plus

Wtedy przekonałem się o kolejnej zalecie flagowego modelu Fischera do łyżwy. Na łagodnych podbiegach lekkość otoczonych wypełnieniem z włókna węglowego dziobów nart, z ich charakterystycznymi otworami, sprzyja efektywnemu używaniu techniki V2 (odepchnięcie kijami przy każdym poślizgu). Przy zmianie kroków również nie ma jakichkolwiek problemów, nie mówiąc już o bólu, który czasem pojawia się u mnie na dłuższych podbiegach. Będąc jednak na urywku trasy Biegu Piastów i mając założone buty combi (zarówno do łyżwy, jak i klasyka), postanowiłem sprawdzić, jak Speedmax radzi sobie z coraz częściej stosowaną w maratonach techniką double polingu. Dotychczas nie zawsze byłem zadowolony z możliwości mojego systemu wiązań SNS i jego pracy przy pchaniu. Szczególnie na wzniesieniach brakowało mi swobodniejszego wejścia wysoko na palce, co bardzo przydaje się w zyskaniu dodatkowej siły. Dodatkowa belka mocująca w bucie nie służyła akurat tej technice, ograniczając nieco ruch. W przypadku wiązań NNN, z którymi współpracuje Fischer, jest inaczej. Wpychając się pod górę mogę bez problemu wstać na palce. Ponadto wykończenie każdego odbicia jest bardziej płynne, co jest zapewne zasługą idealnego ślizgu egzemplarza Speedmax Plus, przystosowanego do warunków powyżej -5 st. C. Jedynie nieliczne grudki śniegu przedostają się przez otwory w dziobach, dodając nieco wagi na te ultralekkie narty. To jednak normalne przy wyższej temperaturze i miękkim śniegu, roztopionym przez górskie słońce.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Narty Fischer Speedmax Skate Plus, buty Fischer RC7 Combi

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Widok z kopalni Stanisław
Widok z okolic kopalni Stanisław.
W taki sposób dotarłem do kopalni Stanisław na krótką przerwę na opalanie. Słońce, które świeciło tego dnia nad Jakuszycami, było zupełnie inne niż te na Północy. Tym razem ono nie wymaga czegokolwiek, nie zmusza do wykorzystania momentu na jakieś zdjęcia, tylko po prostu zapewnia dobrą pogodę na jeszcze lepszy trening. Z kopalni wyruszyłem już lekkim zjazdem w kierunku Rozdroża pod Cichą Równią. Na zacienionych zjazdach znów zyskiwałem prędkość, by stracić jej część na otwartych odcinkach. Wciąż opadający teren zachęcił do kontynuowania Dolnym Duktem. Niegdyś nielubiany przeze mnie monotonny i wznoszący się teren tym razem stanowił dla mnie szybki i przyjemny zjazd aż do samej Polany Jakuszyckiej. Wciąż używając tylko double polingu, mijałem kolejnych turystów, którzy zawsze cenią właśnie te trasy do swoich wędrówek. Wbrew pozorom brakowało mi sytuacji, w której nie jestem jedyny w torach przez całą drogę. Miło zobaczyć znów tych wszystkich ludzi, którzy bez wyjątku lubią biegać na nartach i korzystają z zimowej pogody w połowie marca w Jakuszycach. W takich warunkach i na takich nartach chciałbym biec jeszcze długo, lecz z pustego i Fischer nie naleje. Po przerwie od biegania i niedawnej chorobie nie mnie pokonywać długie kilometry, których tego dnia mogło być nawet 50, biorąc pod uwagę wszystkie przygotowane trasy w okolicy.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Druga strona Polany Jakuszyckiej
Widok na przystanek kolejowy Jakuszyce. Teraz jeździ tędy pociąg ze Szklarskiej Poręby aż do Liberca.
Na koniec skorzystałem jeszcze z szybkości Fischerów Speedmax i z rozpędu trafiłem po raz kolejny na Polanę Maliszewskiego. Zwykle tam kończyłem sezon na ostatnich skrawkach śniegu. Tym razem jest go całkiem sporo, a dla mnie to pierwszy raz na nartach w Jakuszycach tej zimy. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś spotkają mnie takie okoliczności. Stałem tak chwilę w pełnym słońcu na nartach światowej klasy i myślałem nad wrażeniami z jazdy. Gdy zaczynałem przygodę z moimi osobistymi Premio 9 był to dla mnie duży szok, jak lekka może być narta. Gdy wziąłem do ręki Speedmax nie mogłem uwierzyć, że lekkość może zyskać jeszcze inne, zupełnie mi obce znaczenie. Ten model waży tylko około 1000g (dokładnie 1.020g dla długości 186 cm, w moim przypadku narty były krótsze). Dla porównania, waga moich Premio 9 wynosi 1270g/186 cm, co też nie jest złym wynikiem. Lepsze jest jednak wrogiem dobrego i nie sposób nie zauważyć tej różnicy. Podobnie jest z systemami wiązań. Używany przeze mnie SNS od zawsze był solidny i pewny. Coś jednak musi być powodem, dla którego cała Norwegia oraz większość światowej czołówki biegów narciarskich i biathlonu używa wiązań NNN, co sprawdzałem już jakiś czas temu tutaj. Tego dnia przekonałem się, dlaczego popularność wyrobów Rottefelli jest tak duża. Największą zaletą tego systemu jest bowiem większa powierzchnia styku buta z nartą, co zapewnia świetne czucie podłoża, a co za tym idzie lepszą kontrolę. Tam, gdzie SNS Pilot ma swoją drugą belkę mocującą, NNN dotyka zupełnie płytkiej części wiązania. Dzięki temu czułem się bardzo pewnie podczas każdego ruchu na Fischerach. Ta zaleta bardzo przypadła mi do gustu, podobnie zresztą jak model Speedmax sam w sobie. Prawdą jest, że to oczy człowieka dokonują zakupu i w tej kwestii również należą się słowa uznania dla austriackiego producenta. W porównaniu z poprzednimi generacjami topowego modelu, ostatni zdecydowanie góruje nad resztą przyciągającym designem. Nie sposób nie polubić tych nart, których obecna cena wynosi niemal 1600 zł. W moim przypadku należałoby doliczyć jeszcze cenę wiązań oraz nowych butów, tym razem z podeszwą NNN. Oczywiście możliwe jest dostosowanie do systemu SNS nawet takich egzemplarzy, jak Speedmax, które posiadają płytę NIS. Z podobnego rozwiązania korzysta niemiecki biathlonista Arnd Peiffer. Ja jednak jestem pod ciągłym wrażeniem świetnego czucia śniegu, jakie zapewniły mi wiązania Fischera, dlatego byłbym raczej skory do zmiany systemu, niż do jego adaptowania na tego typu nartach. Cóż, pomarzyć zawsze można o ewentualnej wygranej w kości, czy na loterii, zaś kilka minut później zwróciłem Speedmaxy do Centrum Testowego po niezwykle udanym treningu i wróciłem do domu.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Pełna ekipa testowa.

Najważniejsza ulica miasta

Jedyna taka niedziela w roku. Najważniejsza ulica Szwedzkiego miasteczka Mora. Dochodzi południe, a na gęsto usypanym śniegu rozciągają się tory do klasyka. Za kilka minut po tych torach przejedzie prawdziwy pociąg złożony z prawie trzydziestu najlepszych maratończyków tego dnia, na co żywiołowo zareagują zgromadzeni wzdłuż ostatniej prostej mieszkańcy. Właśnie w taki sposób, sprintem na ostatnich kilkuset metrach, zakończy się 92. edycja legendarnego Biegu Wazów. Gdy nadjeżdżają bohaterowie ostatniej rozgrywki wszystko jakby zwalnia, a moje serce zaczyna bić szybciej. Zastanawiam się, jak wielkie emocje muszą towarzyszyć każdemu z tych zawodników. Wśród nich są przecież takie nazwiska jak Dario Cologna, John Kristian Dahl, Petter Eliassen i Sondre Turvoll Fossli, dotychczas znany tylko jako sprinter. I wszyscy oni, bez względu na wiek, doświadczenie i nagrody, rozpoczynają finałowy sprint. Zupełnie jak w końcówce płaskiego etapu na Tour de France. Znaleźć się w samym centrum tego bałaganu to coś, czego najbardziej chciałbym doświadczyć w tym momencie, szczególnie zamiast siedzenia na sofie w kuchni norweskiego akademiku i ciągłego kaszlenia. Jestem jak mały chłopiec, który w tym momencie mówi do swojego taty: "Popatrz, ja też kiedyś wygram Vasaloppet". Tylko, że ja nie wygram.

Pogodzenie się z tym, że niektórych rzeczy już nie zrobię może być trudne. Patrząc na te wszystkie autorytety, za którymi od dawna podążałem, muszę przyznać z podniesioną głową, że nie będę już taki, jak one. Pociąg o nazwie Vasaloppet odjechał w nieznanym kierunku ze zwycięzcą tegorocznej edycji- Johnem Kristianem Dahlem na czele. I gdy tak o tym myślę, czasem żałuję, że nigdy nie spróbowałem pójść w tę stronę. Tak jest zresztą z większością rzeczy, których wcześniej nie potrafiłem zauważyć na czas. Wszystkiego jednak mieć nie można, a często nawet nie warto. Bo ta wspaniała wizja narciarskich maratonów, w których najważniejsza wydaje się tradycja, emocje i siła ramion do double polingu, to w rzeczywistości kolejny brutalny biznes. Szczególnie rosnącej ostatnio w siłę serii Visma Ski Classics, skupiającej wszystkie najważniejsze wyścigi i wszystkie gwiazdy tego sportu, kierunek nadaje pieniądz. Wystarczy tylko wspomnieć, że w poprzednich latach transmisję z każdego biegu można było śledzić za darmo w internetach, a dziś za taką przyjemność trzeba słono zapłacić lub posiadać jedną z telewizji, która dysponuje prawami do nadawania tej serii. Może to być na przykład norweska stacja TV2, która podobno zainwestowała w całą zabawę całkiem sporo pieniędzy, po czym ostatnio zrezygnowała z przedłużenia kontraktu na następny sezon. Podobnie jest z zespołami, które działają trochę tak, jak wygląda to w kolarstwie. Wszystko jest w rękach prywatnych, zaś zawodnicy są zatrudniani w danym klubie, a później rozlicza się ich z wyników. Tam, gdzie jest widowisko, tam muszą być i sponsorzy. To po prostu naturalna kolej rzeczy. A biegacze, którzy są tylko małymi trybikami tej machiny mimo wszystko mogą być zadowoleni, że mają pracę, o jakiej wielu mogłoby tylko pomarzyć. Gorzej, gdy nie mogą być pewni swojego następnego sezonu, tak jak zwycięzca Vasaloppet, którego zespół zaczyna mieć problemy finansowe i zastanawia się nad cięciem kosztów.

Mimo wszystko po głowie wciąż chodzi znane pytanie "co by było gdyby?". Bo przecież nie trzeba wcale być zawodowcem, by doświadczyć tych emocji bycia w centrum walki. Cała rzesza amatorów przewija się przez trasy tego typu biegów, często łamiąc sobie kije lub przebijając się przez tłumy maruderów. Zgaduję, że choć nie jest to ten sam prestiż, co w przypadku zawodowców, to jednak wciąż można znaleźć najważniejszy element rywalizacji z samym sobą i innymi. Od najmłodszych lat coś mnie ku temu kierowało, gdy co roku obiecywałem sobie, że kiedyś wystartuję w Biegu Piastów, aby się sprawdzić. Właśnie przyszło to "kiedyś", a ja wciąż tego nie zrobiłem. Tymczasem drugiego może już nie być. Zatem tym razem obiecam nie tylko sobie, ale i Wam wszystkim, że za rok faktycznie wystartuję w Jakuszycach. Na początek spróbuję czegoś, co ostatnio bardzo mnie nurtuje. Wybiorę dystans 25 km stylem klasycznym. A jako, że nie dysponuję żadnymi nartami do tej techniki, wyjście jest tylko jedno- double poling na nartach do łyżwy. Przepcham więc sobie cały bieg, bo czuję, że się da. Zdarzało mi się przecież robić takie rzeczy w Jakuszycach, a po zobaczeniu tegorocznej trasy jestem przekonany o słuszności swojego wyboru. Będę tylko potrzebował dobrego treningu na drodze ku temu, jeszcze lepszego nastawienia i oczywiście smarowania. O to ostatnie będzie chyba najtrudniej. Na pewno mam przed sobą kolejne ciekawe doświadczenie, jakiego akurat na próżno szukać w CV kogoś "zorientowanego na klienta". A jedną z rzeczy, która ostatnio popchnęła mnie do takiej decyzji, jest pewnego rodzaju lokalny patriotyzm. Kiedyś mi brakowało, a dziś po raz kolejny przyznaję, że owszem wspaniałe są te wyścigi w telewizji, lecz to Bieg Piastów gdzieś zaszczepił we mnie tę pierwszą myśl o bieganiu. Pora spłacić swój dług.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Zorza polarna nad Altą
Takiego widoku dawno tu w Alcie nie było. Zorza polarna wróciła w środę takim widowiskiem.
Lokalny patriotyzm, o którym mówię, widoczny jest w ostatnich dniach wśród mieszkańców Alty, tłumnie zaangażowanych w organizację najważniejszej imprezy sezonu. Mowa o największym w Europie wyścigu psich zaprzęgów. Finnmarksløpet wchodzi w decydującą fazę na koronnym dystansie 1000 km. Przyjazd zwycięzców jest przewidywany na piątek. Zapewne ciężko to wszystko sobie wyobrazić, więc z chęcią wytłumaczę, choć dla mnie to też pewna egzotyka. W centrum Alty ustawiona jest meta całego wyścigu, która w ostatnią sobotę służyła także za start wszystkich kategorii.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet
Widok na ostatnią prostą i metę Finnmarksløpet.
Natomiast dystanse są trzy: juniorski 200 km, 500 km będący również otwartymi Mistrzostwami Norwegii oraz najdłuższy 1000 km, okalający praktycznie cały Finnmark. Jak już wspominałem, w sobotę wszystko wystartowało, czego niestety nie widziałem z powodu ciągłej choroby. Kupując leki w pobliskiej aptece słyszałem jednak charakterystyczne szczekanie i skowyt psów gotowych do podróży, co kojarzyłem jeszcze z zawodów tego typu rozgrywanych w Jakuszycach. Później wszyscy zniknęli gdzieś w bezkresnych przestrzeniach całego okręgu. Wystarczyło więc czekać na pierwsze zaprzęgi na mecie, śledząc zawodników na mapie GPS. Najkrócej trwało to w klasie juniorskiej, której zwyciężczyni, miejscowa dziewczyna, przybyła do Alty już w niedzielę. We wtorek o 6 rano przyjechał zaś zwycięzca większego dystansu, czyli 500 km. Sam proces przybywania na metę jest dość ciekawy. Ostatnie metry wyścigu wiodą bowiem przez okolice uniwersytetu, by następnie minąć akademiki Nyland i wpaść na ostatnią prostą na deptaku w cantrum Alty. W tym celu przygotowana jest specjalna śnieżna ścieżka wiodąca przez miasto. Wciąż jednak trzeba przejechać przez ulicę, na której ruch wstrzymywany jest w momencie przejeżdżania zaprzęgu. Na mecie czeka zaś uroczysta muzyka i wywiady z każdym, który przyjechał właśnie na metę. A odległości pomiędzy zawodnikami są spore. Tak jak pierwszy na mecie na dystansie 500 km zameldował się we wtorek, tak miejsce poza czołową pięćdziesiątką mogłem powitać w środę po południu, w pełnym słońcu i wśród rzeźb lodowych festiwalu Borealis.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet, psie zaprzęgi
Pieski mają swój zasłużony odpoczynek po przebyciu 500 km.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Borealis Festival
Tematem tegorocznej edycji festiwalu Borealis jest "inside, outside", co uczniowie miejscowej szkoły podstawowej przekazali właśnie w taki sposób.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Borealis Festival
Nie zabrakło też Alicji w Krainie Czarów.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet
Po przybyciu na metę czas na krótki wywiad.
Finałowa prosta ozdobiona banerami reklamowymi sponsorów stanowi więc stały element krajobrazu Alty w ostatnim czasie. Podobnie jest z nieco wiosenną pogodą, bo chyba takim mianem można nazwać temperatury w okolicach zera i mocno świecące słońce. Po raz pierwszy słyszę tu śpiewające ptaki w trakcie pokonywania drogi na uniwersytet. Charakterystyczny świergot sikorek zdaje się zapowiadać rychłe odejście zimy, co pewnie jest tylko złudzeniem. Choć z drugiej strony zupełnie realny był widok topniejącego śniegu w nasłonecznionych miejscach i brak lodu na zatoce w okolicy lotniska. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że taki stan rzeczy na Północy przyjmuję z pewnego rodzaju radością. Jestem po prostu przyzwyczajony do sezonu, który kończy się wielkanocnym bieganiem na nartach w poniedziałek, po czym nastaje trudny, choć zasłużony odpoczynek od zimy. Tutaj ma być jednak nieco inaczej, tym bardziej, że przez chorobę wcale nie mam dość nart. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że również w Jakuszycach warunki pozwalają na bieganie, co mam zamiar wykorzystać już za tydzień, kiedy wrócę do Polski na przerwę świąteczną. A tak się złożyło, że Centrum Testowe Fischer ma coś ciekawego w zanadrzu, co najprawdopodobniej będę mógł zobaczyć. Mam zatem kolejny powód do niecierpliwego oczekiwania na mój czwartkowy lot. Póki co, pozostało mi jednak tych kilka lekko wiosennych dni w Alcie, które będą mijały wraz z kolejnymi uczestnikami Finnmarksløpet kończącymi swój wyścig. Jedna rzecz nie daje mi tylko spokoju. Gdy tak stoję przy samej mecie na dobrze mi znanej ulicy w centrum miasta wciąż nie mogę uwierzyć, że dla niektórych znaczy ona tyle samo, co dla mnie ta ostatnia prosta w szwedzkim mieście Mora, o której wspominałem we wstępie.

Boskie narty

"Trwa szalony bieg
By coraz więcej mieć
By każdą starą rzecz 
Na nową zmienić (...)"

Luty od zawsze był miesiącem szczególnych wspomnień ze sportowego świata. Z kilku powodów lubię wracać w tym czasie do dawnych wielkich imprez, zdobytych na nich medali i wylanych łez po spektakularnych porażkach. To właśnie w tej części zimy działo się coś specjalnego, do czego warto wracać. Wydarzenia te odświeżają się w zaskakujący sposób, zupełnie jakby w głowie wyświetlał się ten dziwny komunikat z facebooka o tym, co opublikowałem na swojej tablicy lata temu. Ostatnio jednak coś w tej kwestii zawiodło, gubiąc się w północnej codzienności, która znacznie się zmieniła. Wraz z przyjściem słońca i przeprowadzką tempo życia znów wzrosło, przez co trudniej się czasem zatrzymać, usiąść wygodnie w fotelu i obejrzeć choćby jedną retransmisję z Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Zamiast tego sąsiedzi z góry czasem zaproszą na moment, a innym razem pojawia się okazja spróbowania nepalskiej kuchni. Dni zaś zmieniają się w kalendarzu nie mając większego znaczenia, poza zbliżaniem się do marca i przerwy świątecznej. Trwa szalony bieg, nad którego tempem powoli tracę kontrolę, oddając ją w ręce jakiegoś niesamowicie silnego pacemakera. Nic więc dziwnego, że mogę niemal zapomnieć o tak ważnych wydarzeniach, jak przykładowo złoty medal Ole Einara Bjørndalena na IO w Sochi 8 lutego dwa lata temu. Na szczęście są gdzieś po drugiej stronie internetów ludzie, którzy potrafią przypomnieć o tym fantastycznym dniu.

Podobnie jest z codziennym życiem w Alcie, które potrafi zaskoczyć czymś nowym nawet mnie. Zdążyłem przyzwyczaić się już do wyścigów ze słońcem podczas popołudniowych wypadów na narty. Podobnie przyjąłem do wiadomości, że trasa w okolicach mojego nowego akademika jest szczególnie lubiana i niestety niszczona przez spacerowiczów. Nie dziwi mnie nawet, że ratrak przejeżdża tamtędy najwyżej raz na tydzień, a rozmaite przeszkody na śniegu przysparzają kolejnych rys na ślizgach moich nart. Przywykłem do tego, zupełnie jak do całkiem miłego faktu, że prawie zawsze warunki są niemal idealne. Temperatury poniżej zera, czasem niewielkie opady śniegu i ogólnie suche powietrze to coś, co można określić mianem nudy. "Tu niczym nie da się zaskoczyć", myślałem jeszcze do niedawna. Nagle jednak los dał mi w prezencie wspólny wypad na narty z nowym pastorem z Katedry Zorzy Polarnej (Nordlyskatedralen). Z pochodzenia jest Niemcem, a pracę w Alcie dostał całkiem niedawno, więc chciał potrenować trochę na trasach znanego mi z opowieści kompleksu Kaiskuru. Taka okazja była dla mnie dosłownie darem z niebios, więc z radością do niego dołączyłem. Dzień, który wybraliśmy na trening, był zaskakująco ciepły. Porywisty wiatr i temperatura niewiele powyżej zera zapowiadały dość trudną przeprawę. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się być jednak zupełnie inaczej.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta
Oto główny budynek centrum Kaiskuru. Prawdopodobnie znajdują się tam szatnie i garaż dla prawdziwego ratraka (a nie takiego małego, który przygotowuje trasy w mojej okolicy).
Na szeroki, oświetlony stadion wchodzimy od strony niewielkiego parkingu. Obok stoi jedynie kilka samochodów, co zapewne wynika z tego, że mamy poniedziałek. Po chwili znajdujemy się już w centrum biegowym z prawdziwego zdarzenia, którego uzupełnienie stanowi strzelnica biathlonowa z 31 stanowiskami. Aż chciałoby się rzucić tekstem z Kilera, bo faktycznie widać, że "mają rozmach...". Na całej szerokości stadionu widać świeży "sztruks" powstały po fryzie ratraka. Pastor proponuje sprawdzenie najdłuższej dostępnej pętli, czyli 5,5 km. Po opuszczeniu stadionu trasa widzie nieco pod górę, ale wciąż dotrzymuję kroku towarzyszowi odpychając się jedynie rękoma. Narty niosą idealnie. 3 stopnie ciepła nieco roztopiły śnieg, ale zmrożone wcześniej podłoże nie daje za wygraną, w efekcie czego biegnę pierwszy raz w tym sezonie na prawdziwie twardej i niosącej narty trasie. Na płaskich odcinkach, których nie brakuje, łatwo utrzymać prędkość, a szerokość pętli robi wrażenie. Biegniemy jednokierunkową trasą, której szerokość jest porównywalna przykładowo do dwukierunkowej drogi z Jakuszyc do schroniska Orle. Na stromych zjazdach prędkość momentami przeraża wraz z ciemnością i faktem kompletnej nieznajomości tego, co czeka mnie za kolejnym zakrętem. Czasem zdaję się więc na prowadzenie duchownego. A trzeba przyznać, że gość jest mocny. Na krótkich, stromych podbiegach zyskuje nawet przewagę używając klasycznego, naprzemianstronnego kroku, podczas gdy ja ciągle zdaję się na siłę ramion. Wszystko przez oglądany w weekend kolejny maraton narciarski, tym razem trudny Kaiser Maximilian Lauf, na którym znów kilku najlepszych zawodników przepchało całe pofałdowane 65 km. Podobna jest pętla, po której się poruszamy. Po zjazdach i podbiegach następuje chwila płaskiego terenu lub stopniowego podjazdu. Za każdą trudność zostajemy wynagradzani natychmiast, co szczególnie ceni w tej pętli mój dzisiejszy towarzysz. I tak mijają kolejne kilometry, które podczas pokonywania wydają się prowadzić w zupełnie nieznanym kierunku. Za zjazdem jest kolejny podbieg, później płaskie i tak dalej. Gdzieś obok widać część powrotnej pętli, a my ciągle biegniemy przed siebie. Po naszej lewej widać małe rozświetlone domy i ciemne góry, które rysują linię horyzontu. Na próżno szukać tu morza, które stanowiłoby kontrast do tego nieco górskiego krajobrazu. Są to tereny dotychczas kompletnie nieznajome, a dziś w tej ciemności odbieram je tak naprawdę najlepiej. Wszystko, czego nie widać, dopisuje wyobraźnia. Ciemność wzniesień uzupełniana jest przez gwiazdy i świecący gdzieś na niebie księżyc. Cała nasza trasa jest bardzo dobrze oświetlona, znacznie lepiej niż Komsa i Sandfallet razem wzięte. Po chwili wybiegamy z leśnego terenu na ogromną i ciemną polanę. Z prawej strony wyłania się coś, co wygląda jak elektrownia. Wszędzie jest spokojnie, choć nieopodal słychać znajome strzały. Nieco zaskoczony biegnę przez ostatni krótki podbieg i chwilę płaskiego, po czym trafiam znów na stadion. Początkowo nie mogę uwierzyć, że rzeczywiście pokonaliśmy pętlę. Nic nie wskazywało na to, że w jakiś sposób okrążyliśmy stadion. Po sprawdzeniu GPSa przez nas obu mam jednak tego potwierdzenie. Strzały słyszane z oddali okazały się być treningiem bardzo młodych biathlonistów. Stanowiska strzeleckie rozświetliły się niczym na zawodach Pucharu Świata i zaczęły się ćwiczenia.
Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta, trening biathlonistów
Trening młodych biathlonistów. Zastanawia mnie, kiedy w Polsce młodzi adepci tego sportu operują bronią w podobnych ćwiczeniach.
Przeznaczamy krótką chwilę na oglądanie treningu. Każdy z czwórki małych biathlonistów celuje przy pomocy podstawki i trenerów, po czym udaje się na krótką rundę wokół stadionu. I tak cały czas przez kilka minut. Zaciekawiony całym procesem staję bliżej, co budzi uwagę trenerów. "No tak"- myślę sobie- "zaraz mi ktoś powie, żebym się wyniósł". Jest jednak inaczej. Pani trener rzeczywiście do nas podchodzi, pytając, czy jeden z nas nie jest czasem dumnym ojcem jednego ze strzelających dzieciaków. Oboje stanowczo zaprzeczamy, po czym pastor dodaje o mnie, że jako przybysz z daleka piszę coś w internetach o Północy i chcę zaobserwować, jak wygląda szkolenie młodzieży. Na to zaciekawiona pani pyta, czy kiedykolwiek widziałem biathlon. To zmiotło mnie z nóg, ale odpowiadam dość zdezorientowany, że oczywiście, rzucając kilkoma nazwiskami, których jestem fanem. Dumnie dodaję coś o Jamrozowej Polanie w Dusznikach- Zdroju, żeby nie pomyśleli, że w Polsce biathlon nie istnieje.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta

Po chwili ruszamy na kolejną pętlę po tej samej trasie. Świetne warunki powodują, że nie muszę się nawet zastanawiać nad kontynuowaniem biegu. Wręcz przeciwnie. Znając trasę biegnę już pewniej, odważniej zjeżdżając i pokonując podbiegi. Pastor nie pozostaje jednak dłużny. Widać, że oboje wzięliśmy się do mocniejszej pracy. Już nawet rozmowa nieco przycicha, ustępując miejsca miarowym uderzeniom kijów o śnieg. Miejscami warunki stają się odrobinę wolniejsze, choć nie stanowi to jakiegokolwiek utrudnienia. Znów mijamy te same domki i te same góry, a na końcu elektrownię. Wszystko zmienia się szybciej, a ja staram się czerpać jak najwięcej z tej wycieczki. Dostrzegam wcześniej niezauważone inne warianty trasy z ogromnymi podbiegami i zjazdami. Są one oznaczone mianem "konkurranse", choć na naszej pętli też nie można narzekać na brak trudności. Wszystkie są jednak pokonywane z dosłownym uśmiechem na twarzy. Zawsze powtarzam, że bieganie na nartach to nie tylko siła i technika, ale też głowa. Jeżeli narty niosą idealnie, a towarzystwo jest równie dobre, można z łatwością pokonywać kolejne kilometry. Dzięki temu od razu rodzi się sugestia, że "dziś mogę wszystko, dajcie mi numer startowy i pobiegnę pięćdziesiątkę". Nie ma bowiem nic lepszego niż sytuacja, w której śnieg jest sprzymierzeńcem, a nie przeszkodą. Właśnie tak jest tego razu, którego przychodzi mi biec po trasach Kaiskuru. To mogłoby trwać jeszcze dłużej, ale kończy się nam czas tego dnia i trzeba wracać do domu. Kiedy wyjeżdżamy z parkingu rzucam jeszcze okiem na trenującą młodzież. Tym razem przyszedł czas na sprinty wokół stadionu. Każdy z dzieciaków ma narty i buty lepsze i droższe niż moje. Każdy z dzieciaków prawdopodobnie pobawi się tak jeszcze kilka ładnych lat. Część z nich może zastąpi lokalnego bohatera- Finna Hågen Krogha, i zrobi karierę. Tego nie wie nikt, ale nie sposób się nie zastanawiać, co by było, gdybym to na przykład ja był jednym z nich i gdyby narty zawsze tak dobrze jechały. Wśród tych rozważań nawinęło się pytanie pastora, czy nie chciałbym czasem wstąpić do domu, w którym jego żona przygotowałaby dla nas coś do jedzenia.

Oboje wprowadzili się do niewielkiego, białego domu całkiem niedawno. Jak sam przyznaje, nie wszystko jest jeszcze poukładane, co zresztą po części widać. Urządzenie mieszkania budzi jednak od razu skojarzenia ze wcześniejszymi szklanymi domami. W zasadzie nie ma lepszego słowa, niż norweskie "koselig", na opisanie wnętrza. Wszystko jest właśnie takie "przytulne", o czym wspominam w rozmowie. Nie kryję jednocześnie odkrycia odpowiedzi na pytanie, dlaczego Norwegowie tak często używają tego określenia, co wręcz doprowadza mnie do szału. Co ciekawe, gospodarz przyznaje mi rację i tłumaczy, że z początku jego również denerwowało nazywanie wszystkiego w ten sposób przez ludzi z Północy. Widocznie jest to bardzo typowe. I tak w sumie wszystko idzie perfekcyjnie, prawie wychodzę obronną ręką z całej sytuacji nie kierując rozmowy na tematy religijne. W końcu jednak nie wytrzymuję i muszę zapytać, jak to jest, że "ksiądz jest taki normalny", nie żyje na uboczu i przypomina raczej fikcyjnego Ojca Mateusza (w sumie rower też już ma), a nie prawdziwego Rydzyka. Może to kwestia innego wyznania? W końcu protestantyzm dopuszcza małżeństwo i właśnie normalne życie, które wiedzie duchowny. To samo przyznaje pastor. Tłumaczy w dodatku, że jego funkcja jest ściśle związana z parafią, w której pracuje. Dopiero przed rozpoczęciem regularnej pracy zostaje "zaprzysiężony" na pastora, nie otrzymuje więc stałych święceń w takim sensie, jaki my przez to rozumiemy. Poza tym, jak dodaje, ta funkcja nie czyni go innym (lepszym od reszty), dlaczego więc miałby rezygnować z codziennego życia i jego przyjemności, takich jak narty? Od razu przypomina mi się też inny pastor, który zwykle pokonywał z nami jesienią całą pętlę porannego, sobotniego biegu. I tak rozmawiając, nie poruszając wcale kwestii wiary, dowiaduję się sporo innych ciekawych rzeczy. A przede wszystkim jednak znów odkopuję tę autentyczną, dobrą stronę Północy. Tego jednego wieczora sacrum naprawdę wygrywa w Alcie nad profanum, dzięki czemu choć na moment zapominam o tym szalonym biegu, który czeka mnie już następnego dnia.

Powrót na Północ

Samolot schodzi coraz niżej, przebijając się przez niskie piętro chmur. Słyszę dźwięk wypuszczania podwozia. Nerwowo spoglądając za okno szukam wieży telewizyjnej i reszty berlińskich zabudowań. Wreszcie są wszystkie, a niecałą minutę później lądujemy na lotnisku Tegel. Przyziemienie nie należy do najprzyjemniejszych, ale wraz z wytracaniem prędkości i spokojnym obwieszczeniem stewardesy "ladies and gentleman, welcome to Berlin" zamienia się w najsilniejsze emocje na świecie. Moja podróż dobiegła końca: dwugodzinny lot z Alty do Oslo z międzylądowaniem w Tromsø i natychmiastowa przesiadka z Oslo do Berlina, razem 3 starty i 3 lądowania. Po tym wszystkim i po czterech miesiącach jedynie kilka minut dzieli mnie od zobaczenia rodziców i zapakowania się do czerwonego Citroena. Nic już tego nie zatrzyma, a ciepłe powietrze w ten nieco jesienny dzień utwierdza mnie w przekonaniu o tym, gdzie jestem. Nawet los gra na moją korzyść, wykładając mój bagaż jako jeden z pierwszych na taśmie. Czas na święta, odpoczynek i wszystko inne, na co czekałem. Nie ma przyszłości, jest teraźniejszość, tylko ta chwila i ten moment, w którym wychodzę na płytę lotniska.

Znów samolot i znów zniżanie. Tym razem za oknem jest ciemno, więc nawet nie próbuję szukać świateł. Niektóre z latarni oświetlają pewnie ulice Alty. Zobaczę je w ostatnim momencie. Trochę turbulencji i przyziemienie z odbiciem "na dwa". Zaraz potem ostre hamowanie na krótkim pasie i jesteśmy na miejscu. Słyszane tego dnia po raz czwarty "ladies and gentleman, welcome to..." nie robi już wrażenia. Podróż dobiegła końca: lot z Wrocławia do Kopenhagi, przesiadka do Oslo i opóźniony ostatni etap do Alty. Na dworze jest -25 st. C i zorza polarna, które zdecydowanie uświadamiają mnie o tym, gdzie jestem. Na mój bagaż i narty przychodzi mi trochę poczekać. Na szczęście wszystko dotarło nienaruszone. Chwilę później z bezcenną pomocą kolegi z Niemiec ruszam do akademiku jego bawarskim pojazdem. Teraz już skończyły się moje święta i wszystko, z czego czerpałem całymi garściami przez te tygodnie w Polsce, które tak naprawdę zleciały szybciej niż jeden dzień na Północy. Nie ma przyszłości, jest przeszłość, tylko ta chwila i ten moment, w którym przeszedłem przez bramki na lotnisku we Wrocławiu. Czy chcę, czy nie, znowu zatrzymuję czas.

Okolice lotniska we Wrocławiu. Były nie tak dawno temu takie czasy, kiedy z pewnej górki robiło się takie zdjęcia, a nowy terminal był jeszcze w planach.  
Pierwszego dnia po przylocie na Północ niewiele można zrobić, poza rozpakowaniem walizek obficie wypełnionych polskim jedzeniem oraz przygotowaniem nart. Podczas tych czynności myślę o tym, jak to moje Premio 9 wreszcie będą w swoim naturalnym środowisku. Gdy jednak sprawdzimy stan przygotowania tras w okolicy, wygląda to tak: w pobliżu Komsy i Sandfallet tylko tory do klasyka, a warunki do łyżwy panują najbliżej na stadionie Kaiskuru, czyli jakieś 8 km od akademika. A bez samochodu taka wyprawa nie ma sensu. Dla takiego kogoś jak ja, dla kogo od zawsze liczyła się tylko łyżwa, takie wieści są, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Przecież mamy tu ponad metr śniegu, więc dlaczego założony jest tylko tor? Przypuszczam, że to przez wydarzenia sprzed mojego przyjazdu. Wtedy to w Alcie było małe ocieplenie, powyżej 0 st. C. Śnieg zaczął więc topnieć i był rozwiewany przez silny wiatr. Później przyszły od razu wielkie mrozy, efektem czego wszystko wokół przypomina typową lodowo- śnieżną skorupę znaną z filmów o misiach polarnych. Tory mocno się zakonserwowały, a część dowolna może być nieco pokiereszowana. Koniec końców może się na tym całkiem dobrze biegać, czego nie można powiedzieć choćby o bezśnieżnych Jakuszycach. Z drugiej jednak strony wciąż nie mam możliwości swobodnego łyżwowania. W takich warunkach zawsze pozostają mi półśrodki, czyli double poling na nartach do łyżwy, bo na pewno nie zgwałcę ich smarem na trzymanie. Takie coś byłoby jak pojechanie do Watykanu na koncert Behemotha. W następnych dniach ma spaść jeszcze trochę śniegu, dzięki czemu może ktoś poprawi te trasy. Temperatura też ma być wyższa niż ta, przy której szron pokrywa brwi, co zaś zachęca ludzi do robienia zdjęć swoich zamarzniętych twarzy i wrzucania ich na facebooka. Tak, czy inaczej mam zamiar wkrótce sprawdzić na własnych ślizgach, jak miewa się sytuacja. Póki co, wracam jednak do opróżniania walizki. Już prawie dotarłem na dno, wyciągnąłem wszystko, ale nadal nie znalazłem tam ani przyszłości, ani tej dodatkowej motywacji, o której wspominałem pod koniec pierwszego semestru.

Ostatnie pary rękawiczek

Do wylotu z Alty pozostał mniej niż tydzień. Czas przyspieszył, zmieniając dni jak rękawiczki. Z drugiej strony nie mam pojęcia, skąd wzięło się to powiedzenie, skoro zwykle każdy z nas ma ulubioną parę rękawiczek, którą zakłada zwykle na każdą okazję, ewentualnie jedne sportowe, drugie wyjściowe. Dlaczego nie ma przykładowo powiedzenia "zmieniać coś jak bieliznę". Nikt nie zmienia bielizny tak często jak rzeczone rękawiczki? Dziwne. W ogóle o czym ja piszę? Zastanawiam się nad czymś totalnie nieistotnym, a przecież koniec semestru niesie ze sobą widmo drugiego równie trudnego pod kątem poradzenia sobie z północnym życiem. Z drugiej strony może to już ten etap, w którym myślę tylko o świętach i nadchodzącej podróży do domu, przez co gubię sens wypowiedzi? Wcale nie jest to wykluczone. Ale zdobędę się na kolejny tekst. W sumie czemu nie, skoro będzie to zapewne jeden z ostatnich tegorocznych meldunków z Alty.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie pary rękawiczek. Najjaśniejsza pora w Alcie
Najjaśniejsza pora w Alcie. Gdzieś pomiędzy śniadaniem a zajęciami.
W przerwie między pakowaniem walizki, chodzeniem na zajęcia i oglądaniem biathlonu trzeba znaleźć trochę czasu na treningi, które w ostatnim czasie idą bardzo dobrze. Wszystko za sprawą towarzystwa znajomego Saama, który uczęszczał dawniej do szkoły o profilu sportowym. To, czego nauczył się w czasie zwykłych zajęć szkolnych, okazuje się być niesamowicie pomocne. I choć zawodowo nie poszedł w stronę sportu, to jego wiedza o odpowiednim treningu siłowym wykracza poza wszystko, co znałem do tej pory. Do pełni szczęścia brakuje więc tylko biegania na nartach, co powinno nastąpić całkiem niedługo. Wystarczy tylko odpowiednia ilość śniegu w Jakuszycach 19 grudnia, na kiedy planowane jest otwarcie sezonu. A skoro już mowa o zimowej pogodzie, to również pod tym względem jest nieco lepiej. W Alcie spadło ostatnio trochę śniegu i w najbliższym czasie opadów ma być jeszcze więcej. Dzięki temu sceneria zaczyna wyglądać przyjemnie. Patrząc choćby na zawody biathlonowe w Hochfilzen i na warunki tam panujące, nie mogę powiedzieć o Północy złego słowa. W porównaniu do bezśnieżnych Alp, Finnmark jest ostoją zimy, a Finlandia prawdziwym rajem. Widocznie tegoroczna zima jeszcze się nie rozkręciła, wszystkim skąpiąc śniegu.

Zanim oświetli mnie berlińskie słońce zaraz po wyjściu z terminala lotniska, dość mocno odczuwam jego brak na Północy. Obudzenie się o jakiejkolwiek godzinie stanowi spory problem, a wieczorami po całym dniu walki z dziwnym zmęczeniem przychodzi zwykle moment zyskania takiej energii, że za nic w świecie nie chce się zasnąć. Na nieszczęście jest to około północy, przez co często zupełnie przypadkowo zdarza mi się "zapomnieć pójść spać" o odpowiedniej porze, co skutkuje problemami z zasypianiem. Jednak trzeba zasnąć, nie można być na nogach jeszcze dłużej, bo następnego dnia czekają zajęcia przed południem. Podobnie nie polecam zasypiania w chwilach zmęczenia. Tu nie działa takie coś na zasadzie "zdrzemnę się na godzinę", bo wtedy również zwiększa się ryzyko bezsenności w normalnej porze snu. Kompletną porażką i czymś, co ja nazywam błędem początkującego, jest przypadkowe przestawienie sobie zegara biologicznego w taki sposób, że człowiek chodzi spać o 6 rano, a wstaje o 15. Niektórzy studenci praktykują takie coś, co w moim przypadku zrujnowałoby cały rytm życia. Poza tym rozpoczynanie dnia o porze, w której już większość zawodów dawno się skończyła, byłoby dla mnie strzałem w kolano, albo nawet w głowę. Słyszałem też o innej stronie tego problemu. Ktoś zaczął kłaść się spać w chwili pierwszego kryzysu, czyli około 18, co skutkowało wstawaniem o 3 nad ranem. Co robić z czasem tak wcześnie? Tego nie wiem, ale całkiem możliwe, że można spotkać kilku ludzi w centrum Alty o podobnej porze. Choćby brygadę odśnieżającą drogi i chodniki. Składa się ona z koparki/buldożera, która dokładnie odgarnia śnieg, a później umieszcza go na ciężarówkę, która zaś wywozi śnieg i zsypuje go do morza. Obserwowanie odśnieżania może być dobrym zajęciem dla kogoś, kto nie może zasnąć. Z drugiej strony zasypianie przy pracy tej koparki może być trochę trudne z uwagi na znajomy dźwięk jej sygnału cofania. Na szczęście proces odśnieżania nie trwa długo i trafia się zwykle po większych opadach śniegu.

Niedobory światła i idące za tym złe samopoczucie można zwalczyć na wiele sposobów, z których najłatwiejszym jest skorzystanie z solarium. Tutaj działa ono na bardzo prostej zasadzie samoobsługi, co miałem okazję sprawdzić na własne oczy. Zwykle nawet 15 minut pod lampą wystarczy, aby nabrać odpowiedniej energii. Można próbować wszystkiego innego: wychodzić na dwór, trenować, pić na umór, ale tylko imitacja słońca prawdziwie poprawia samopoczucie. Ponadto nie potrzeba tyle energii, by pójść do pobliskiego punktu ze słońcem na szyldzie i trochę się opalić (bo nie będę ukrywał, że można nabrać przy okazji trochę koloru). Prawdopodobnie z tego powodu mogę zdobyć się teraz na napisanie kilku zdań, bo było naprawdę ciężko po tym, jak pewnego dnia nie odróżniłem wydarzeń ze snu od tych prawdziwych (było dziwnie, wierzcie mi). Wszystkie opisywane tu dobre akcenty w ciągu ostatnich dni pierwszego semestru są tak naprawdę sprawą miłych ludzi z kursu norweskiego. Kolejnym przykładem może być własnoręcznie zrobiony kalendarz adwentowy w formie paczuszek na każdy dzień, który dostałem od jednej ze studentek. Nigdy bym się takiego czegoś nie spodziewał, podobnie jak trzech kilogramów protein w formie prezentu bożonarodzeniowego od kolegi z siłowni i jego partnerki (jednocześnie studentki na "moim" norweskim). Za takie gesty zwykle ciężko się odpowiednio odwdzięczyć.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie pary rękawiczek. Stół adwentowy.
Wraz ze zwykłym kalendarzem adwentowym oraz tym stworzonym ręcznie, mam teraz prawdziwy stół adwentowy.
Czas zmienić kolejną parę rękawiczek i spojrzeć na ostatnie kilka dni na Północy przed świąteczną przerwą. I pomyśleć, że następnej Listy Przebojów Trójki będę już słuchał w Jeleniej Górze, zapewne przy robieniu bożonarodzeniowych pierniczków. Język polski będzie słyszany codziennie na ulicy i nie będzie wywoływał takiego samego zaskoczenia, jak wtedy, gdy jeden z klientów stojących przy mojej kasie (tak, pracuję w sklepie, ale o tym będzie później) okazał się Polakiem. Punkt widzenia zmieni się diametralnie, a sfera wspomnień powiększy się o ten semestr, który niewątpliwie mocno zamieszał mi w głowie. Kiedyś będzie jeszcze czas, by to wszystko uporządkować. Obiecuję.

Świat z reklamy Coca-Coli

"Czujesz się dobrze tylko tam, gdzie
pada i szaro, wieje ci w twarz"

Przyznam się do czegoś. Wyjeżdżając na tak daleką północ po cichu liczyłem, że świat będzie wyglądał jak w świątecznej reklamie   Coca-Coli. Nie oczekiwałem wprawdzie czerwonych ciężarówek ozdobionych lampkami choinkowymi, ale chociaż tego klimatu, który stamtąd bije. W końcu to Alta, miasto położone o dobrych kilkaset kilometrów na północ od koła podbiegunowego. Tu musi być mnóstwo śniegu, prawda? Więc tak siedzę i czekam, zachęcany dodatkowo przez ostatnie świąteczne akcenty z pierwszym śniegiem. Jednak wszystko wygląda na to, że ten pierwszy prawdziwy śnieg jest póki co wszystkim, na co stać tutejszą pogodę. Już poprzednio w pewnym sensie wyrażałem swoje zdziwienie ilością opadów w ostatnim czasie, która jest mniejsza niż choćby w Jakuszycach, gdzie w dwie noce napadało tyle śniegu, co u nas przez cały miesiąc. W trakcie pisania tego posta wyjechały już pierwsze ratraki na izerskie trasy, a na Północy jak brakowało śniegu, tak brakuje go nadal. Postanowiłem więc sprawdzić, czy to tylko okolice Alty skrzywdził los specjalnie dla mnie, czy ogólnie zima jest słaba. W to drugie nie bardzo chciałem wierzyć, zwłaszcza po zdjęciach, jakie na swoim blogu umieścił Noah Hoffman. Efektem tego w poprzedni czwartek wyruszyłem z trójką studentów z kursu norweskiego na przejażdżkę do Finlandii. Miałem się przekonać, gdzie schowała się prawdziwa Północ.

Samochód kierowała nasza koleżanka, z pochodzenia Finka, z wyglądu zwykła drobna dziewczyna, a z krwi kierowca rajdowy. W tym miejscu potwierdzam, że każdy mieszkaniec Finlandii potrafi prowadzić niezwykle pewnie w każdych warunkach. Lód na wąskiej drodze, wszechobecne renifery i ciemność to północna zimowa codzienność. Do tego wszystkiego potrzeba odpowiedniego doświadczenia i wyczucia samochodu na oponach z kolcami. Wystarczy przywołać sytuację studentów z wymiany, którym tego wszystkiego zabrakło podczas jednej ze swoich wycieczek, co poskutkowało skasowaniem samochodu. Ich van stoczył się z niewielkiego wzgórza wprost do jeziora. Wszyscy wyszli bez szwanku, lecz jednocześnie dostali bolesną lekcję jazdy po północnej Norwegii. Nam jednak nic takiego nie groziło za sprawą wspomnianej już zimnej krwi naszej koleżanki.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Wyścig ze słońcem.
Dzień wycieczki wypadł nam na sam początek nocy polarnej w Alcie. Jadąc na południe, urządziliśmy sobie wyścig ze słońcem.
Dla mnie ta podróż była jednocześnie odtworzeniem ostatniego etapu drogi z sierpnia, pokonanego w odwrotną stronę. Oglądanie tych samych widoków w zimowej szacie było przypomnieniem tego czasu, ale jednocześnie dowodem na napisane w poprzednim poście zdanie o odległości, jaka dzieli go od teraźniejszości. Okolice wyglądały znacznie spokojniej niż wtedy. Bezkresne białe tereny były jednak wciąż tak samo obce. Z każdym kilometrem pokonanym w kierunku granicy przybywało śniegu. Podobnie było ze światłem. Choć w Alcie panuje już noc polarna, to tego dnia ścigaliśmy się ze słońcem. Jadąc na południe mieliśmy szansę je zobaczyć.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Kautokeino w zimie.
Kautokeino w zimowej wersji. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie pierwsze norweskie miasto mijane w sierpniu. Tym razem poznałem w nim inną stronę Północy.
Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Kautokeino w zimie.
Specjalnie dla porównania zdjęcie kościoła w Kautokeino w zimie...
Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Kautokeino w lecie.
...i w lecie, na trochę mniejszym zoomie. Nawet nie byłem pewien, czy faktycznie miałem to zdjęcie z sierpnia.
Przejeżdżając przez Kautokeino widziałem tylko spokojne miasteczko zasypiające podczas nocy polarnej. Tę wizję zaburzyła nieco opowieść naszej pani kierowcy. "Widzicie ten dom tutaj? Kiedyś był za nim drugi, ale mieszkający tam gość, niewiele starszy od nas, powiesił się i podpalił dom." Ta mrożąca krew w żyłach historia jest tak naprawdę tylko jedną z wielu, które wydarzyły się w tym miejscu. Z racji swojej zmarginalizowanej roli, Kautokeino jest w rzeczywistości bardzo trudnym miejscem do mieszkania. To nie tak, że wszystko polega na hodowaniu reniferów i życiu długo i szczęśliwie. Młodzież, zostawiona bez dostępu do typowo miejskich atrakcji, często sięga po narkotyki. To jeden z powszechnych problemów "Teksasu Północy", jak zowie się Kauto. W tym miejscu panują nawet nieco inne zasady niż choćby w Alcie. Policja nie interesuje się wszystkim tak bardzo. Zdarzały się przypadki samosądów za niektóre przestępstwa, zaś fakt liczebnej przewagi Saamów na tym terenie również tworzy pewien problem. W tej kulturze mężczyzna wciąż musi być tym silnym, zapewniającym rodzinie byt. Okazywanie uczuć, takich jak strach, czy smutek, jest uważane za słabość. W związku z tym mężczyźni duszą swoje troski wewnątrz, co często prowadzi do samobójstw. Niestety w tej gminie wskaźnik samobójstw w skali roku jest dość spory. Dokładnych liczb nie podam, nie chcę nawet wiedzieć. Jedźmy już do tej Finlandii.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Ostatnie promienie słońca na Północy.
Zgodnie z oczekiwaniami, tuż za fińską granicą zobaczyliśmy ostatnie promienie słońca.
Po przekroczeniu granicy nagle po obu stronach jezdni pojawiły się drzewa, bogato oblepione śniegiem. Również droga zrobiła się bielsza. Minęliśmy miejsce, w którym nocowałem z rodzicami w sierpniu. Tym razem niepozorny zajazd z małą stacją benzynową zyskał sobie nowy charakter, głównie dzięki bożonarodzeniowym ozdobom w oknach. Jadąc jeszcze dalej od granicy zobaczyłem wreszcie świerki ze śnieżnymi czapami, których czubki oświetlały jeszcze ostatnie promienie ginącego za horyzontem słońca. Ten widok był tak bardzo podobny do jednego z moich wieczornych wypadów na narty do Jakuszyc. Brakowało mi tego i nadal brakuje. Fiński las zasypany śniegiem jest ogromnym kontrastem dla pustej i nawet nieco szarej Alty.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Prawdziwa fińska zima.
A tak wygląda prawdziwa zima, po którą musieliśmy jechać 150 km.
Naszym celem było Enontekiö, czyli pierwsza większa miejscowość w Finlandii. Gdy dojechaliśmy na miejsce, było już po zmroku. Mogliśmy więc przystąpić do tego, po co tak naprawdę w większości tu przyjechaliśmy, czyli do zakupów. Na pierwszy ogień poszedł sklep z pięknymi pamiątkami.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Enontekio
Srebro, ręcznie wyszywane ubrania oraz inne pamiątki to coś, co musieliśmy zobaczyć.
Później skierowaliśmy się do centrum miasta. Nie miałem okazji zobaczyć go w sierpniu, bo jadąc od strony Levi omijaliśmy jego najważniejszą część. Powolne zimowe życie, które tam zobaczyłem, przypomniało mi o tytułowej reklamie Coca-Coli. Tym razem to wszystko się zgadza. Jest Północ i mnóstwo śniegu. Są dzieci poruszające się na sankach, kilka sklepów, stary kościół i budynki przystrojone w światła choinkowe. Zatrzymaliśmy się przy jednym z marketów. Nie jest tajemnicą, że w Finlandii większość rzeczy jest tańsza niż w Norwegii. Stąd takie wypady za granicę skutkują często sporymi zakupami (coś jak u nas z Czechami). Wciąż muszę jednak przeliczać ceny, tym razem z euro. Wychodzi więc, że dla mnie wcale nie ma takiego szału z taniością. Najwięcej zyskuję na chlebie, który nagle nie kosztuje 15 zł, tylko 4 zł. W sklepie alkoholowym, najchętniej wybieranym przez Norwegów przyjeżdżających za granicę, znalazłem nawet moje ulubione piwo. Najprawdziwszy belgijski Lindemans Kriek stał sobie na półce. Cena mnie zaskoczyła, bo była nawet niższa niż w Polsce (3 EUR). A skoro już o naszym kraju mowa, to jakimś cudem wśród piw pod szyldem "zagraniczne" znalazło się również Tyskie, trochę odstając od craftowego towarzystwa. Tak, czy inaczej, każda z tamtejszych butelek jest tańsza nawet od najtańszego norweskiego Isbjørna, który smakiem nie grzeszy. Nic więc dziwnego, że specjalnie do tego sklepu alkoholowego przyjeżdżają całe wycieczki autokarami z Alty.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Turystyka alkoholowa.
Pasażerowie tego autokaru wrócą do Alty z dobrymi zakupami, głównie wyrobów alkoholowych. Należy jednak uważać na dopuszczalną ilość przewożonego alkoholu przez granicę fińsko- norweską. Dla wyrobów spirytusowych limit na jedną osobę wynosi 1 litr, dla wina 1,5 litra, a dla piw 2 litry.
Paradoksalnie prawdziwą Północ znalazłem w odległości 150 km na południe od Alty. Nie ma w tym nic dziwnego, bo kiedyś już wspominałem, że ten termin, pisany specjalnie wielką literą, nie jest tylko szerokością geograficzną. Finlandia potwierdza moje słowa, porywając małomiasteczkową atmosferą, której w Alcie mi brakuje. Braki w śniegu wynikają natomiast z położenia nad morzem, oddziałującym na ilość opadów oraz fiordów, które niestety mnie od nich chronią. Również odczucie temperatury jest inne. Choć w Finlandii było -10 st. C, to nie czuć było tak tego zimna, jak dzieje się to w przypadku morskiego, wilgotnego powietrza. Wreszcie trzeba wspomnieć, że to w Finlandii znalazłem coś swojskiego. Może to fakt wydania na świat firmy One Way, a może te zaśnieżone drzewa. Nawet słońce postanowiło pożegnać się z nami właśnie w Enontekiö, świecąc ostatnimi promieniami, których nie zobaczymy już na naszej północy.

Pisząc ten post czuję posmak niedawno wypitego Lindemansa. To zaskakujące, jak za sprawą takiej małej rzeczy można przenieść się z pokoju w akademiku w Norwegii do jednego z wrocławskich multitapów. Nagle dźwięk startującego z pobliskiego lotniska samolotu zostaje zamieniony na charakterystyczny stukot kół tramwajów przejeżdżających główną ulicą. Brakuje tylko towarzystwa i zwyczajnych rozmów o głupotach bez językowej niepewności. Dopiero chwilę później okazuje się, że to znów Alta i Północ ze swoimi dwoma stronami. I nawet, gdy "wierzysz tak jak dziecko" lub "czujesz tak jak ja" nie możesz być tylko w tej reklamie Coca-Coli.

Zima idzie do Alty

"Idzie zimno, chytro z lodem
Kurze łapki chowa w kieszeń
Bez niespodzianek, fajerwerków
Kieszeń pełna ludożerców"

Idzie zima. Dzienna temperatura przestała przekraczać 5 st. C. Wciąż nie mogę się nadziwić, że pogoda w Alcie tak szybko się zmienia. We wrześniu miałem przekrój trzech polskich miesięcy jesiennych: od prawdziwie ciepłego końca lata, przez złoty październik, aż do smutnego listopada. Czekam więc na grudzień w październiku, który powinien trwać aż do maja. W prognozie pogody co jakiś czas pojawiają się nieśmiałe zapowiedzi opadów śniegu, który już przyprószył wyższe okoliczne szczyty. Na ulicach powoli zaczyna panować charakterystyczny dźwięk opon z kolcami, których używanie jest zalecane w tym regionie od 15 października do 1 maja. Wszystkie znaki zapowiadają więc przyjście prawdziwej zimy, a wraz z nią możliwości biegania na nartach. Aż dziwnie wygląda perspektywa rozpoczęcia sezonu tak wcześnie, choć jednocześnie bardzo kusi. W końcu lepsze to, niż ostatnie deszczowo- zimne dni. Na szczęście weekend był w miarę znośny, a zasada o korzystaniu z ostatnich promieni słońca wyciągnęła mnie w niedzielę na krótki spacer po Alcie.
"Kristian Birkeland (1867 - 1917) fizyk, który rozwiązał zagadkę zorzy polarnej".
Powietrze było zupełnie jak w Polsce w czasie późnego listopada lub grudnia. Choć nie miałem pod ręką termometru, to odczuwalna temperatura wahała się z pewnością w okolicach 4 st. C. Słońce co pewien czas wychodziło zza niewielkich chmur. Natomiast puste ulice Alty zdawały się być jakby zmęczone tym, co działo się sobotniej imprezowej nocy. Jednocześnie życie na nich panujące, a raczej jego brak, odsłaniało kolejne oblicze miasta. Z katedry zorzy polarnej (Nordlyskatedralen) wychodzili elegancko ubrani Norwegowie. Przed momentem zakończyła się tam msza. Choć nie są to tak liczne tłumy, jakie widuje się w Polsce, nie można powiedzieć, że Norwegia jest krajem ludzi zupełnie niewierzących. Większość stanowią tu protestanci, którzy w każdą niedzielę gromadzą się w katedrze.

Nordlyskatedralen od strony wejścia głównego.
Nordlyskatedralen raz jeszcze, tym razem od strony popiersia Birkelanda.
Wystarczy oddalić się nieco od centrum, by trafić między "szklane domy". W takich leniwych niedzielnych okolicznościach najlepiej chodzi się właśnie po tych dzielnicach. Wtedy nie widać w nich tego, co wcześniej tak bardzo przyciągało. Tym razem przysypane żółtymi liśćmi podwórka wyglądają trochę zaniedbanie. Gdzieniegdzie miniaturowe płoty lub uginające się siatki wyznaczają przestrzeń ogrodu, który i tak jest w zasadzie tylko trawnikiem. Reszta oznacza swoją przestrzeń roślinnością albo dekoracjami, na przykład w postaci drewnianej werandy. Wszystkie z nich nie opierają się jesieni, przykryte przez cienką warstwę brązowych liści.
Blok mieszkalny po norwesku. W okolicy jest kilka podobnych apartamentowców, które wyglądają jeszcze lepiej od tego egzemplarza.
Dopiero przy obróbce tego zdjęcia zauważyłem, że tak naprawdę zaprzecza temu, co pisałem powyżej. Na przykład drzewa i krzewy jeszcze trochę zielone.
Typowe podwórka. W tle część morza i pokryte śniegiem szczyty.
Niedaleko jest również niewielki cmentarz. Tu zdecydowanie widać praktyczność i estetykę. W dodatku jesienna aura dodaje uroku. Podobnie jest u nas, gdy przychodzi Wszystkich Świętych. Na cmentarzu stoi niewielka kaplica. Nie wiem, jakie tym razem jest to wyznanie, lecz jej wygląd, tak bardzo różny od nowoczesnej katedry w centrum, doskonale komponuje się z okolicą.

Przyjść tu w Halloween w nocy, to by było coś. Choć i nawet bez tego gołe drzewa dodają klimatu.
Podczas gdy tak spaceruję po Alcie, patrzę na domy i nie spotykam na swojej drodze praktycznie nikogo, uświadamiam sobie, że przecież w Polsce zaczął się dopiero rok akademicki. Kiedy Wrocław i PWr zapełniają się tysiącami studentów, z moimi znajomymi na czele, tu życie toczy się tak samo spokojnie, jak przed tygodniem. A może nawet jeszcze spokojniej. W dodatku im będzie ciemniej, tym tempo będzie zwalniać jeszcze bardziej. I choć do rozpoczęcia Pucharu Świata w biathlonie i biegach narciarskich pozostało jeszcze trochę czasu, to mimowolnie, wraz z chwilą spadania liści na trasę ostatniego kolarskiego klasyka Il Lombardia, gdzieś w głowie budzi się chęć zobaczenia zmagań Bjørndalena i reszty. Takie już są uroki Północy, które szybko przypominają o zimie. W końcu tego chciałem i o tym marzyłem. To właśnie tu sporty zimowe rozkwitają i dają szansę młodym talentom na zostanie drugą Therese Johaug. Z ciekawości postanowiłem się więc dowiedzieć, ile kosztuje przynależność do jednego z klubów narciarstwa biegowego w Alcie. Otóż, w cenę 3000 NOK (około 1500 zł) zawartych jest 26 treningów grupowych, 2 tygodniowe szkolenia, wyścig sprawdzający, testy w laboratorium UiT, opieka trenera i własny program treningowy. W to wchodzi również posiadanie nart klubowych i odzieży. Czy to drogo? Jak na takie zaplecze raczej nie, biorąc pod uwagę, że w Polsce za podobny serwis trzeba by było zapłacić zapewne zbliżoną, jeśli nie wyższą cenę. Klub organizuje również zgrupowania wyjazdowe, zwykle odbywające się w weekendy. Udział w nich kosztuje zwykle 1000 NOK, jeżeli oczywiście jest się już jednym z członków. System jest więc całkiem przemyślany. Używa się w pełni tego, co ma się pod ręką: centrum testowego na uniwersytecie, tras wokół miasta i mnóstwa innych rzeczy. Niczego nie brakuje. Gdyby tak wprowadzić podobny system szkolenia dla juniorów w nawet małych klubach w Polsce, wystarczyłoby to do zrównania się z Norwegami. Oczywiście do tego potrzeba też chęci i jednak całej masy pieniędzy. Nie każdy klub stać na zakup dobrego sprzętu dla zawodników. Nie każdy zawodnik może sobie pozwolić na pokrywanie wszystkich kosztów samemu i tak koło się zamyka. Zresztą, o czym ja mówię, skoro na Polanie Jakuszyckiej planuje się wybudować boisko do piłki nożnej, zamiast przeznaczyć więcej miejsca na trasy. Tak właśnie miałoby wyglądać nowoczesne centrum narciarstwa biegowego według wizualizacji inwestycji, czego moja głowa nie potrafi pojąć już od kilku dni. Nie mam pojęcia, czym się kierowano przygotowując ten projekt, ale na pewno nie rozsądkiem. Przecież równie dobrze te same pieniądze można by było przeznaczyć na przykład na złote toalety w ośrodku i zaryzykuję stwierdzenie, że wciąż byłby to pożyteczniejszy wydatek. W tym (nie w złotej toalecie) tkwi powód, dla którego Ole Einar Bjørndalen ma swoją własną ciężarówkę w roli centrum treningowego, a my tysiące intencji, z których ostatecznie nie wynika nic dobrego. Po prostu zajmują się tym nieodpowiedni ludzie. Dlatego też mam wrażenie, że to właśnie w Alcie muszę szukać miejsca do uczenia się i pracowania przy sporcie, zamiast robić to samo w Polsce. Całe szczęście, że przynajmniej Jamrozowa Polana, której odpowiednikiem jest tu Kaiskuru, nie ma zamiaru zmienić profesji na piłkarską. A tak na marginesie, chcecie zobaczyć ciężarówkę Króla Biathlonu? Wygląda imponująco, choć najprawdopodobniej nie ma złotych toalet. Reportaż do obejrzenia tu.