Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One Way. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One Way. Pokaż wszystkie posty

Narty na mrozie

Nawet się nie zorientowałem, gdy w Alcie zakończyła się noc polarna. Właściwie to tylko teoretycznie słońce wstaje ponad horyzont od kilku dni, jednak wciąż nie wychyla się zza gór po południowej stronie miasta. Jednak dzieci z okolicznego przedszkola już wesoło witały pierwszy prawdziwy dzień w tym roku, którym był 17. stycznia. Od tamtego czasu robi się coraz jaśniej i nawet pochmurne dni wydają się być dłuższe. Nic dziwnego, skoro z każdą dobą przybywa średnio około 15 minut. W powietrzu czuć niewielką zmianę na lepsze, a zimowe warunki zapraszają na narty, które cały czas czekają i nawołują do wyjścia na jakieś bieganie swoim wyzywającym żółtym kolorem. Pewnego dnia znajduję na to czas.


Choć na dworze jest około -20 stopni mrozu wychodzę na sprawdzenie jednej z tras biegowych. Na pierwszą próbę wybieram Sandfallet. Od akademika do jej początku mam może 500 m, bo zaczyna się ona w niedalekim sąsiedztwie uniwersytetu, w okolicach wschodniego skrzydła. Zatem ubrany możliwie jak najcieplej ruszam na trasę. Od początku prowadzi ona po płaskim terenie aż do jedynego, stromego podbiegu. Po jego pokonaniu jestem już na płaskowyżu, z którego po lewej stronie widać lotnisko, a po prawej dzielnicę Aronnes. Gdzieniegdzie dają się we znaki ślady po spacerowiczach chodzących tą drogą. Nie można im tu tego zabronić, bo zwykle jest to teren przeznaczony typowo pod rekreację. W końcu to nie są żadne wyczynowe pętle, na których trenują zawodnicy. Do takich mam trochę daleko, bo około 7 km, o czym już wcześniej wspominałem. Może jeszcze uda mi się wybrać na kompleks Kaiskuru. Śnieg jest tego dnia dość dobrze ubity i zmrożony, przez co nawet wspomniane ślady butów nie dają się we znaki. Przez drzewa prześwitują coraz to ciekawsze fragmenty miasta. Mniej więcej w połowie przebiegam pod skocznią narciarską. Pokryta szronem drewniana konstrukcja nie przypomina tych czasów, kiedy biegaliśmy z sąsiadem po jej schodach w ramach treningu interwałowego. Na końcu drogi czeka mnie widok na rzekę Altę i wschodnią część miasta. Choć jest niedługo po południu, miasto zapada w nocny tryb pracy. Na dole świecą się latarnie, zaś na jednym z parkingów zaczyna już pracować dobrze znana koparka do odgarniania śniegu. Patrząc na ten nieco leniwy obraz podkreślony charakterystycznym różowo- żółtym niebem łatwo się w tym zatracić. Zamarznięta rzeka mogłaby równie dobrze popłynąć szeroko jak Niemen, a ciężko pracujący na niej flisacy zamieniliby tych wszystkich zdrowych, pięknych i bogatych, którzy niczym mrówki kłębią się wokół rozmaitych interesów przemysłowej części Aronnes. Nawet śnieg mógłby stopnieć przez gorąc kolejnego lata pośród bezkresnych pól i prawdziwych lasów. "Każda rzecz przed oczami opływa jak ci oryle z tratwami". Tak samo jest z tą chwilą, bo wkrótce kolory nieba słabną i przestają już być tak wyjątkowe. Zimno daje o sobie znać i wracam do świata, w którym sklepy wyrzucają chleb do śmietnika, bo się nie sprzedał, a głównym ludzkim zmartwieniem jest zawartość w nim glutenu. Powoli znikają ostatnie dowody na istnienie słońca, przez co zapalają się nieliczne lampy ustawione wzdłuż trasy. Choć robi się coraz ciemniej, nie opłaca się biec szybciej, bo pęd powietrza powoduje fizyczny ból na każdej odsłoniętej części twarzy. Teraz doskonale rozumiem, czemu granicą rozgrywania zawodów biathlonowych i biegowych, jest temperatura -20 st. C. Poniżej tej wartości nie da się uprawiać sportu, o czym właśnie przekonuję się na własnej czerwonej od zimna skórze. Gdy dobiegam z powrotem do uniwersytetu jest już prawie całkiem ciemno. Ręce aż proszą o odrobinę ciepła, która za chwile ogarnie je w akademiku. Wbrew pozorom przede mną jeszcze druga połowa dnia.

"I ucicha wiatr, i milknie sowa,
Gdy nadchodzi pora księżycowa."

Na pętlę u podnóża góry Komsa wybieram się innego dnia o nieco późniejszej porze, z księżycem oświetlającym wieczorną okolicę. Temperatura nadal tak samo uwiera- jest nieco cieplej niż graniczne -20 st. C, choć nadal nieprzyjemnie. Narty zakładam tuż za drugim rondem przy głównej drodze w kierunku lotniska. Trasa jest oświetlona podobnie jak Sandfallet. Pojedyncze latarnie w odstępie kilkudziesięciu metrów dają wystarczającą widoczność. Wchodzę więc na świeżo przygotowany śnieg, noszący jeszcze piękne karbowane znaki działania ratraka. Od razu widać, że w tych okolicach trzeba przygotować się na więcej wrażeń, niż miało to miejsce poprzedniego razu. Dynamiczne podbiegi i zjazdy, dodatkowo uzupełniane momentami ciemności na zakrętach, przysparzają nawet nieco problemów. Wijąca się po wzgórzach jedna długa pętla ma, jak się okazało, około 5 km. Po kilku pierwszych zakrętach i podbiegach znalazłem się na najwyższym jej punkcie. Spoglądając na miasto, a w zasadzie jego zachodnią część, widzę coś, czego jeszcze nigdy nie miałem okazji doświadczyć podczas biegania na nartach. Setki świateł zdaje się pulsować w rytm mojego nieco podwyższonego już tętna, rysując ścieżkę aż do samych konturów groźnie wyglądających gór. Gdzieś tam na horyzoncie, w ciemności kryje się najwyższy ze szczytów gminy Alta- Haldde toppen (1149 m.n.p.m.). Zapewne z niego da się już zobaczyć słońce za dnia. Z perspektywy Alty jego względna wysokość równa się bezwzględnej. Dla porównania, Śnieżka względem centrum Jeleniej Góry ma około 1250 m, zatem dla siebie mogę nazwać Haldde jej imieniem. Gdy biegnę dalej, na niebie zaczyna majaczyć nieśmiało zorza polarna. Dziś trudno mi ją odróżnić od małych chmur podświetlonych światłem księżyca. Na zupełnie ciemnych odcinkach, które jak na ironię przypadają na najszybszych zjazdach, upewniam się jednak, że rzeczywiście jest to światło formujące na niebie widoczny, zielonkawy szlak. Tym samym ziściło się jedno z pomniejszych marzeń związanych z tym miejscem. Choć kosztuje ono tego dnia niemal odmrożeniem rąk, to wreszcie biegnę na nartach pod zorzą polarną w Alcie, na północy Norwegii, na moich Premio 9. Zupełnie jakby to było jakąś wymyśloną historią istniejącą tylko w mojej głowie. Teraz staje się to prawdą, która jednak nie zostaje zachowana na pamięci jakiegokolwiek urządzenia. Wiele bym dał, aby można było uwiecznić akurat ten moment na jakimś małym, przenośnym dysku w mojej kieszeni. Nie ma jednak jak zabrać ze sobą aparatu na narty, a o telefonie nawet nie myślę. Tym razem zostaje mi tylko własna pamięć. Chwilę po tym, jak zorza znikła, pokonuję kolejne zakręcone kilometry pętli. Pode mną wciąż znajduje się ten sam, idealnie zmrożony i ubity śnieg, o czym informuje znajomy dźwięk kijów przy każdym odepchnięciu. Po raz kolejny trudno mi uwierzyć, że to mnie pierwszemu przychodzi zostawiać ślady na tej ścieżce. Jest przecież już po zmroku, mniej więcej godzina 17. Jestem już blisko końca pętli, bo właśnie mijam domy mieszkalne i akademik Komsa. Gdybym mieszkał w którymś z tych miejsc, zapewne każdą wolną chwilę pożytkowałbym szybkim wyjściem na trasę. W końcu dzieliłaby mnie od niej ledwie minuta drogi. Na jednym ze zjazdów mijam trochę więcej małych, ośnieżonych drzew. Daleko im co prawda do widoków, które ostatnio można obserwować w Jakuszycach, ale przypominają mi o tym, że również w Polsce zapanowała prawdziwa zima. Tu jest ona jednak starsza o kilka dobrych tygodni. Całe szczęście, że nadmorski wiatr nie zdążył jeszcze zburzyć atmosfery, strącając białe czapy z gałęzi. Na trasie śnieg jest dość specyficzny i wbrew pozorom narty nie chcą ślizgać się tak idealnie w bardzo mroźnych temperaturach. Ich tarcie o podłoże nie generuje wystarczająco dużo mikroskopijnych kropelek wody, które niosłyby je przez kolejne kilometry. Moje jednak na dziś się kończą. Zdejmuję narty w tym samym miejscu, w którym zaczynałem i wracam do akademika. W drodze powrotnej z całych sił staram się zapamiętać każdy metr trasy, aby go tu opisać. Bez zdjęć, bo na to przyjdzie jeszcze czas, zanim "mój ostatni koncert dam w tej sali".

P.S.: Dziś (27 stycznia) Ole Einar Bjørndalen kończy 42 lata. Można śmiało powiedzieć, że w pewnej części to jego legenda zaprowadziła mnie na Północ. Oby trwała jak najdłużej!

Powrót na Północ

Samolot schodzi coraz niżej, przebijając się przez niskie piętro chmur. Słyszę dźwięk wypuszczania podwozia. Nerwowo spoglądając za okno szukam wieży telewizyjnej i reszty berlińskich zabudowań. Wreszcie są wszystkie, a niecałą minutę później lądujemy na lotnisku Tegel. Przyziemienie nie należy do najprzyjemniejszych, ale wraz z wytracaniem prędkości i spokojnym obwieszczeniem stewardesy "ladies and gentleman, welcome to Berlin" zamienia się w najsilniejsze emocje na świecie. Moja podróż dobiegła końca: dwugodzinny lot z Alty do Oslo z międzylądowaniem w Tromsø i natychmiastowa przesiadka z Oslo do Berlina, razem 3 starty i 3 lądowania. Po tym wszystkim i po czterech miesiącach jedynie kilka minut dzieli mnie od zobaczenia rodziców i zapakowania się do czerwonego Citroena. Nic już tego nie zatrzyma, a ciepłe powietrze w ten nieco jesienny dzień utwierdza mnie w przekonaniu o tym, gdzie jestem. Nawet los gra na moją korzyść, wykładając mój bagaż jako jeden z pierwszych na taśmie. Czas na święta, odpoczynek i wszystko inne, na co czekałem. Nie ma przyszłości, jest teraźniejszość, tylko ta chwila i ten moment, w którym wychodzę na płytę lotniska.

Znów samolot i znów zniżanie. Tym razem za oknem jest ciemno, więc nawet nie próbuję szukać świateł. Niektóre z latarni oświetlają pewnie ulice Alty. Zobaczę je w ostatnim momencie. Trochę turbulencji i przyziemienie z odbiciem "na dwa". Zaraz potem ostre hamowanie na krótkim pasie i jesteśmy na miejscu. Słyszane tego dnia po raz czwarty "ladies and gentleman, welcome to..." nie robi już wrażenia. Podróż dobiegła końca: lot z Wrocławia do Kopenhagi, przesiadka do Oslo i opóźniony ostatni etap do Alty. Na dworze jest -25 st. C i zorza polarna, które zdecydowanie uświadamiają mnie o tym, gdzie jestem. Na mój bagaż i narty przychodzi mi trochę poczekać. Na szczęście wszystko dotarło nienaruszone. Chwilę później z bezcenną pomocą kolegi z Niemiec ruszam do akademiku jego bawarskim pojazdem. Teraz już skończyły się moje święta i wszystko, z czego czerpałem całymi garściami przez te tygodnie w Polsce, które tak naprawdę zleciały szybciej niż jeden dzień na Północy. Nie ma przyszłości, jest przeszłość, tylko ta chwila i ten moment, w którym przeszedłem przez bramki na lotnisku we Wrocławiu. Czy chcę, czy nie, znowu zatrzymuję czas.

Okolice lotniska we Wrocławiu. Były nie tak dawno temu takie czasy, kiedy z pewnej górki robiło się takie zdjęcia, a nowy terminal był jeszcze w planach.  
Pierwszego dnia po przylocie na Północ niewiele można zrobić, poza rozpakowaniem walizek obficie wypełnionych polskim jedzeniem oraz przygotowaniem nart. Podczas tych czynności myślę o tym, jak to moje Premio 9 wreszcie będą w swoim naturalnym środowisku. Gdy jednak sprawdzimy stan przygotowania tras w okolicy, wygląda to tak: w pobliżu Komsy i Sandfallet tylko tory do klasyka, a warunki do łyżwy panują najbliżej na stadionie Kaiskuru, czyli jakieś 8 km od akademika. A bez samochodu taka wyprawa nie ma sensu. Dla takiego kogoś jak ja, dla kogo od zawsze liczyła się tylko łyżwa, takie wieści są, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Przecież mamy tu ponad metr śniegu, więc dlaczego założony jest tylko tor? Przypuszczam, że to przez wydarzenia sprzed mojego przyjazdu. Wtedy to w Alcie było małe ocieplenie, powyżej 0 st. C. Śnieg zaczął więc topnieć i był rozwiewany przez silny wiatr. Później przyszły od razu wielkie mrozy, efektem czego wszystko wokół przypomina typową lodowo- śnieżną skorupę znaną z filmów o misiach polarnych. Tory mocno się zakonserwowały, a część dowolna może być nieco pokiereszowana. Koniec końców może się na tym całkiem dobrze biegać, czego nie można powiedzieć choćby o bezśnieżnych Jakuszycach. Z drugiej jednak strony wciąż nie mam możliwości swobodnego łyżwowania. W takich warunkach zawsze pozostają mi półśrodki, czyli double poling na nartach do łyżwy, bo na pewno nie zgwałcę ich smarem na trzymanie. Takie coś byłoby jak pojechanie do Watykanu na koncert Behemotha. W następnych dniach ma spaść jeszcze trochę śniegu, dzięki czemu może ktoś poprawi te trasy. Temperatura też ma być wyższa niż ta, przy której szron pokrywa brwi, co zaś zachęca ludzi do robienia zdjęć swoich zamarzniętych twarzy i wrzucania ich na facebooka. Tak, czy inaczej mam zamiar wkrótce sprawdzić na własnych ślizgach, jak miewa się sytuacja. Póki co, wracam jednak do opróżniania walizki. Już prawie dotarłem na dno, wyciągnąłem wszystko, ale nadal nie znalazłem tam ani przyszłości, ani tej dodatkowej motywacji, o której wspominałem pod koniec pierwszego semestru.

Świat z reklamy Coca-Coli

"Czujesz się dobrze tylko tam, gdzie
pada i szaro, wieje ci w twarz"

Przyznam się do czegoś. Wyjeżdżając na tak daleką północ po cichu liczyłem, że świat będzie wyglądał jak w świątecznej reklamie   Coca-Coli. Nie oczekiwałem wprawdzie czerwonych ciężarówek ozdobionych lampkami choinkowymi, ale chociaż tego klimatu, który stamtąd bije. W końcu to Alta, miasto położone o dobrych kilkaset kilometrów na północ od koła podbiegunowego. Tu musi być mnóstwo śniegu, prawda? Więc tak siedzę i czekam, zachęcany dodatkowo przez ostatnie świąteczne akcenty z pierwszym śniegiem. Jednak wszystko wygląda na to, że ten pierwszy prawdziwy śnieg jest póki co wszystkim, na co stać tutejszą pogodę. Już poprzednio w pewnym sensie wyrażałem swoje zdziwienie ilością opadów w ostatnim czasie, która jest mniejsza niż choćby w Jakuszycach, gdzie w dwie noce napadało tyle śniegu, co u nas przez cały miesiąc. W trakcie pisania tego posta wyjechały już pierwsze ratraki na izerskie trasy, a na Północy jak brakowało śniegu, tak brakuje go nadal. Postanowiłem więc sprawdzić, czy to tylko okolice Alty skrzywdził los specjalnie dla mnie, czy ogólnie zima jest słaba. W to drugie nie bardzo chciałem wierzyć, zwłaszcza po zdjęciach, jakie na swoim blogu umieścił Noah Hoffman. Efektem tego w poprzedni czwartek wyruszyłem z trójką studentów z kursu norweskiego na przejażdżkę do Finlandii. Miałem się przekonać, gdzie schowała się prawdziwa Północ.

Samochód kierowała nasza koleżanka, z pochodzenia Finka, z wyglądu zwykła drobna dziewczyna, a z krwi kierowca rajdowy. W tym miejscu potwierdzam, że każdy mieszkaniec Finlandii potrafi prowadzić niezwykle pewnie w każdych warunkach. Lód na wąskiej drodze, wszechobecne renifery i ciemność to północna zimowa codzienność. Do tego wszystkiego potrzeba odpowiedniego doświadczenia i wyczucia samochodu na oponach z kolcami. Wystarczy przywołać sytuację studentów z wymiany, którym tego wszystkiego zabrakło podczas jednej ze swoich wycieczek, co poskutkowało skasowaniem samochodu. Ich van stoczył się z niewielkiego wzgórza wprost do jeziora. Wszyscy wyszli bez szwanku, lecz jednocześnie dostali bolesną lekcję jazdy po północnej Norwegii. Nam jednak nic takiego nie groziło za sprawą wspomnianej już zimnej krwi naszej koleżanki.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Wyścig ze słońcem.
Dzień wycieczki wypadł nam na sam początek nocy polarnej w Alcie. Jadąc na południe, urządziliśmy sobie wyścig ze słońcem.
Dla mnie ta podróż była jednocześnie odtworzeniem ostatniego etapu drogi z sierpnia, pokonanego w odwrotną stronę. Oglądanie tych samych widoków w zimowej szacie było przypomnieniem tego czasu, ale jednocześnie dowodem na napisane w poprzednim poście zdanie o odległości, jaka dzieli go od teraźniejszości. Okolice wyglądały znacznie spokojniej niż wtedy. Bezkresne białe tereny były jednak wciąż tak samo obce. Z każdym kilometrem pokonanym w kierunku granicy przybywało śniegu. Podobnie było ze światłem. Choć w Alcie panuje już noc polarna, to tego dnia ścigaliśmy się ze słońcem. Jadąc na południe mieliśmy szansę je zobaczyć.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Kautokeino w zimie.
Kautokeino w zimowej wersji. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie pierwsze norweskie miasto mijane w sierpniu. Tym razem poznałem w nim inną stronę Północy.
Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Kautokeino w zimie.
Specjalnie dla porównania zdjęcie kościoła w Kautokeino w zimie...
Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Kautokeino w lecie.
...i w lecie, na trochę mniejszym zoomie. Nawet nie byłem pewien, czy faktycznie miałem to zdjęcie z sierpnia.
Przejeżdżając przez Kautokeino widziałem tylko spokojne miasteczko zasypiające podczas nocy polarnej. Tę wizję zaburzyła nieco opowieść naszej pani kierowcy. "Widzicie ten dom tutaj? Kiedyś był za nim drugi, ale mieszkający tam gość, niewiele starszy od nas, powiesił się i podpalił dom." Ta mrożąca krew w żyłach historia jest tak naprawdę tylko jedną z wielu, które wydarzyły się w tym miejscu. Z racji swojej zmarginalizowanej roli, Kautokeino jest w rzeczywistości bardzo trudnym miejscem do mieszkania. To nie tak, że wszystko polega na hodowaniu reniferów i życiu długo i szczęśliwie. Młodzież, zostawiona bez dostępu do typowo miejskich atrakcji, często sięga po narkotyki. To jeden z powszechnych problemów "Teksasu Północy", jak zowie się Kauto. W tym miejscu panują nawet nieco inne zasady niż choćby w Alcie. Policja nie interesuje się wszystkim tak bardzo. Zdarzały się przypadki samosądów za niektóre przestępstwa, zaś fakt liczebnej przewagi Saamów na tym terenie również tworzy pewien problem. W tej kulturze mężczyzna wciąż musi być tym silnym, zapewniającym rodzinie byt. Okazywanie uczuć, takich jak strach, czy smutek, jest uważane za słabość. W związku z tym mężczyźni duszą swoje troski wewnątrz, co często prowadzi do samobójstw. Niestety w tej gminie wskaźnik samobójstw w skali roku jest dość spory. Dokładnych liczb nie podam, nie chcę nawet wiedzieć. Jedźmy już do tej Finlandii.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Ostatnie promienie słońca na Północy.
Zgodnie z oczekiwaniami, tuż za fińską granicą zobaczyliśmy ostatnie promienie słońca.
Po przekroczeniu granicy nagle po obu stronach jezdni pojawiły się drzewa, bogato oblepione śniegiem. Również droga zrobiła się bielsza. Minęliśmy miejsce, w którym nocowałem z rodzicami w sierpniu. Tym razem niepozorny zajazd z małą stacją benzynową zyskał sobie nowy charakter, głównie dzięki bożonarodzeniowym ozdobom w oknach. Jadąc jeszcze dalej od granicy zobaczyłem wreszcie świerki ze śnieżnymi czapami, których czubki oświetlały jeszcze ostatnie promienie ginącego za horyzontem słońca. Ten widok był tak bardzo podobny do jednego z moich wieczornych wypadów na narty do Jakuszyc. Brakowało mi tego i nadal brakuje. Fiński las zasypany śniegiem jest ogromnym kontrastem dla pustej i nawet nieco szarej Alty.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Prawdziwa fińska zima.
A tak wygląda prawdziwa zima, po którą musieliśmy jechać 150 km.
Naszym celem było Enontekiö, czyli pierwsza większa miejscowość w Finlandii. Gdy dojechaliśmy na miejsce, było już po zmroku. Mogliśmy więc przystąpić do tego, po co tak naprawdę w większości tu przyjechaliśmy, czyli do zakupów. Na pierwszy ogień poszedł sklep z pięknymi pamiątkami.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Enontekio
Srebro, ręcznie wyszywane ubrania oraz inne pamiątki to coś, co musieliśmy zobaczyć.
Później skierowaliśmy się do centrum miasta. Nie miałem okazji zobaczyć go w sierpniu, bo jadąc od strony Levi omijaliśmy jego najważniejszą część. Powolne zimowe życie, które tam zobaczyłem, przypomniało mi o tytułowej reklamie Coca-Coli. Tym razem to wszystko się zgadza. Jest Północ i mnóstwo śniegu. Są dzieci poruszające się na sankach, kilka sklepów, stary kościół i budynki przystrojone w światła choinkowe. Zatrzymaliśmy się przy jednym z marketów. Nie jest tajemnicą, że w Finlandii większość rzeczy jest tańsza niż w Norwegii. Stąd takie wypady za granicę skutkują często sporymi zakupami (coś jak u nas z Czechami). Wciąż muszę jednak przeliczać ceny, tym razem z euro. Wychodzi więc, że dla mnie wcale nie ma takiego szału z taniością. Najwięcej zyskuję na chlebie, który nagle nie kosztuje 15 zł, tylko 4 zł. W sklepie alkoholowym, najchętniej wybieranym przez Norwegów przyjeżdżających za granicę, znalazłem nawet moje ulubione piwo. Najprawdziwszy belgijski Lindemans Kriek stał sobie na półce. Cena mnie zaskoczyła, bo była nawet niższa niż w Polsce (3 EUR). A skoro już o naszym kraju mowa, to jakimś cudem wśród piw pod szyldem "zagraniczne" znalazło się również Tyskie, trochę odstając od craftowego towarzystwa. Tak, czy inaczej, każda z tamtejszych butelek jest tańsza nawet od najtańszego norweskiego Isbjørna, który smakiem nie grzeszy. Nic więc dziwnego, że specjalnie do tego sklepu alkoholowego przyjeżdżają całe wycieczki autokarami z Alty.

Północny Punkt Widzenia: Świat z reklamy Coca-Coli. Turystyka alkoholowa.
Pasażerowie tego autokaru wrócą do Alty z dobrymi zakupami, głównie wyrobów alkoholowych. Należy jednak uważać na dopuszczalną ilość przewożonego alkoholu przez granicę fińsko- norweską. Dla wyrobów spirytusowych limit na jedną osobę wynosi 1 litr, dla wina 1,5 litra, a dla piw 2 litry.
Paradoksalnie prawdziwą Północ znalazłem w odległości 150 km na południe od Alty. Nie ma w tym nic dziwnego, bo kiedyś już wspominałem, że ten termin, pisany specjalnie wielką literą, nie jest tylko szerokością geograficzną. Finlandia potwierdza moje słowa, porywając małomiasteczkową atmosferą, której w Alcie mi brakuje. Braki w śniegu wynikają natomiast z położenia nad morzem, oddziałującym na ilość opadów oraz fiordów, które niestety mnie od nich chronią. Również odczucie temperatury jest inne. Choć w Finlandii było -10 st. C, to nie czuć było tak tego zimna, jak dzieje się to w przypadku morskiego, wilgotnego powietrza. Wreszcie trzeba wspomnieć, że to w Finlandii znalazłem coś swojskiego. Może to fakt wydania na świat firmy One Way, a może te zaśnieżone drzewa. Nawet słońce postanowiło pożegnać się z nami właśnie w Enontekiö, świecąc ostatnimi promieniami, których nie zobaczymy już na naszej północy.

Pisząc ten post czuję posmak niedawno wypitego Lindemansa. To zaskakujące, jak za sprawą takiej małej rzeczy można przenieść się z pokoju w akademiku w Norwegii do jednego z wrocławskich multitapów. Nagle dźwięk startującego z pobliskiego lotniska samolotu zostaje zamieniony na charakterystyczny stukot kół tramwajów przejeżdżających główną ulicą. Brakuje tylko towarzystwa i zwyczajnych rozmów o głupotach bez językowej niepewności. Dopiero chwilę później okazuje się, że to znów Alta i Północ ze swoimi dwoma stronami. I nawet, gdy "wierzysz tak jak dziecko" lub "czujesz tak jak ja" nie możesz być tylko w tej reklamie Coca-Coli.

Dobranoc

Każdy, będąc jeszcze dzieckiem, miał zapewne koszmary nocne. Takie, których najbardziej w świecie się bał i nie do końca potrafił nawet wytłumaczyć ich pochodzenie. Jednym z moich złych snów, który pamiętam do dziś, było coś takiego: szedłem sobie ze szkoły podstawowej do domu w normalny dzień i nagle robiło się ciemno. Noc następowała jakby znikąd. I właśnie to mnie najbardziej niepokoiło. A skoro już podzieliłem się faktem, że byłem dziwnym dzieckiem, to musi coś z niego wynikać. Powiązaniem jest więc Alta, w której właśnie tak zmienia się pora dnia. Choć ciemność nie nadchodzi nagle, to jednak sytuacja, w której po wyjściu z zajęć o godzinie 13 robiła się noc, zdarzała się w ostatnim czasie bardzo często. Celowo używam "zdarzała", bo w chwili publikowania tego postu dzień jest tylko teorią. Tak, Proszę Państwa, nie ma już z nami słońca. Jego obecność gdzieś za górami sygnalizuje tylko żółtawa poświata na niebie w okolicach godziny 11 rano i względna jasność na dworze w tymże czasie. Oficjalnie noc polarna zacznie się w środę.
Tak było zaledwie dwa tygodnie temu. Odbijające się w oknach słońce chyliło się ku zachodowi po około dwóch godzinach od zagoszczenia na niebie. Ujęcie nie do powtórzenia przez najbliższych kilka miesięcy, dlatego warto było je popełnić nawet telefonem w przerwie zajęć z norweskiego.
Ciemność zwiastuje też jednak coś dobrego. Przykładowo zaczyna się sezon Pucharu Świata w sportach zimowych. Już wkrótce dni (a raczej noce) zostaną zapełnione przez bogaty kalendarz zawodów, na które czekałem od marca. W ubiegły weekend biathloniści ogłosili zimę startując treningowo w Sjusjøen. Wśród obecnych największych gwiazd pojawił się również on- Król Biathlonu, Ole Einar Bjørndalen. Tej zimy każdy jego bieg będzie wyjątkowy z racji na planowane zakończenie kariery po Mistrzostwach Świata w Oslo. Teraz to już pewne, że koniec pewnej ery zbliża się wielkimi krokami.

Najważniejsze jest jednak to, że za miesiąc będę już w domu. Pierwszy semestr w Alcie minął zaskakująco szybko, choć nie powiem, że sierpniowa droga na Północ wydaje się wydarzeniem z "wczoraj". Od momentu, w którym czerwony Citroen odjechał z parkingu przy akademikach Nyland, działo się wiele dobrych i nieco gorszych rzeczy, których pewnością wystarczyłoby na znacznie dłużej niż moich prawie 5 miesięcy. Mógłbym pokusić się o jakieś podsumowanie, ale nie ma to większego sensu. Po pierwsze, jest na to za wcześnie, a po drugie ostatnie napady lenistwa czynią przewijanie aktualności w internetach najciekawszą rozrywką. Czasem tylko zastanawiam się, gdzie jest ten entuzjasta, chcący przeżyć noc polarną. Szukam go głównie dlatego, by móc uderzyć go prosto w twarz. Może to trochę ostudziłoby te zapały. Noc polarna nie jest zabawą, lecz raczej efektem ubocznym mieszkania na Północy. A najgorszy jej element stanowi niewyspanie, które czuje się nawet po 9 godzinach snu. Organizm zawsze będzie w szoku po usłyszeniu budzika, który staje się jedynym strażnikiem planu dnia.

Takie konkursy ze zgadywaniem pory, jak ostatnio na profilu facebookowym, wkrótce nie będą miały sensu. Dla przypomnienia, na ujęciu jest godzina 10:22, 15 listopada.
Studenci i mieszkańcy Alty też powoli wchodzą w tryb nocny. Moi sąsiedzi prawie przestali gotować, wybierając jedynie gotowe produkty. Sam nie jestem lepszy, bo ostatnio robię to samo. Energia na wymyślanie potraw gdzieś jakby uleciała. Poza tym trzeba szykować miejsce na te wszystkie przysmaki, które czekają na mnie w Polsce. Szczególnie mam na myśli czas Bożego Narodzenia, którego nie wyobrażam sobie nigdzie indziej. Wystarczy spojrzeć, że popularnym daniem na wigilijnym stole w Norwegii jest dorsz w ługu sodowym, zwany "lutefisk". Sama nazwa, jak i sposób przygotowania, nie budzą mojej chęci do jedzenia. Na razie wolę więc korzystać z pojawienia się w sklepach pączków "polarnonocnych" (Mørketidsboller).

Miało już nie być żadnych zdjęć jedzenia, ale nie mogłem się powstrzymać. Oto oblany czekoladą, z budyniem w środku, pączek nocy polarnej. Zupełnie taki, jak w polskich piekarniach. Co prawda kosztuje w przeliczeniu (błąd!) prawie 8 zł, ale raz na jakiś czas warto.
Na szczęście cały czas jest z nami zima, choć nigdzie nie widać jeszcze tras biegowych zrobionych z chodników i ścieżek. W sklepach sportowych przybywa najwyższej klasy nart i sprzętu serwisowego wartego tysiące koron. Tak na marginesie, ostatnio dowiedziałem się, jak wygląda kultura sportu według Norwegów. Jak twierdzi mój znajomy, każdy mniej więcej zna biegi narciarskie i biathlon, lecz nie każdy jest zapalonym sportowcem. Co więcej, niektórzy praktykują bieganie na nartach jedynie na Wielkanoc (trochę podobna tradycja jak u mnie, kiedy zawsze kończyłem sezon w Wielkanocny Poniedziałek). Jednocześnie ci sami ludzie uwielbiają kupować co roku najnowszy sprzęt z najwyższej półki. Świetnie, skoro ich stać. Mniejsza o to, że prawdziwe właściwości takiego zestawu dla zawodowców można poznać w określonych warunkach i z odpowiednimi umiejętnościami. Będąc więc ostatnio po raz kolejny w sklepie z tymi wszystkimi obiektami pożądania pomyślałem o tym jeszcze raz i wysnułem wniosek, że wcale nie potrzebuje najnowszych Fischerów z butami Alpiny. Nie chcę najwyższego modelu kijów Swix. Ja chcę wziąć na Północ moje Premio 9, które przyjechały do mnie z Dusznik- Zdroju i tam również poprowadziły mnie po trasie mistrzostw Polski amatorów i mastersów w biathlonie. Co prawda raz zabiły niewinną mysz na trasie, ale to był wypadek, o którym nie chcę przypominać. Natomiast tym, o czym zawsze będę pamiętał jest fakt, że tylko na nich widnieje napis, który świetnie opisuje narciarstwo biegowe. "Nordic sports is a spirit. It's about doing the things you want and looking the way you want". Więcej nie potrzebuję. I w tym momencie na forum czytelników przysięgam, że zdania nie zmienię. Nie ma sensu uganiać się za trendami każdego roku. Po co wydawać mnóstwo pieniędzy na sprzęt, którego tak naprawdę nie potrzebuję? Nawet nie chcę mieć takiego dylematu na zasadzie: "nowe Fischery, czy jednak Madshus?". Od przybytku może czasem zaboleć głowa. I to chyba część norweskiej mentalności, która już mi nie imponuje. Wiem, że możliwość pozwolenia sobie na wszelkie zachcianki może być pociągająca, ale dla mnie powinna mieć swoje granice. Mam wrażenie, że nie wyszedłbym z tym na dobre. A skoro takie rzeczy mówi największy spalacz sprzętowy, jakiego znacie, to już musi być poważnie. Może to ze zmęczenia, a może to już ten etap siedzenia na Północy, że nawet w książce od norweskiego znajduję taką samą lampę, jaka stoi w moim pokoju w Polsce.
Podobieństwo tej lampy jest pewnie spowodowane tym, że mam w pokoju typowy model z Ikei. A z Norwegii blisko do Szwecji itd. Dobrze wytłumaczyłem?
Stawiam jednak na obie te rzeczy. W końcu czasem można zupełnie przez przypadek zobaczyć coś w inny sposób. Poza tym to już dwunasta godzina ciemności, więc czas na sen. Zatem, dobranoc.

Egzamin z Norwegii

"Teraz stary śnieg
Odchodzi gdzieś
A Ty
Masz garnitur pełen wielkich dziur"

Czwartek, 6 listopada 2014 roku. Jak co tydzień pobudka przed 6 rano, aby zdążyć na autobus, który znów przyjeżdża nieco spóźniony w prawie całkowitych ciemnościach. Na dworze panuje typowa jesienna szaruga, dlatego widok cieplejszego wnętrza pojazdu przynosi ulgę. Później jazda przez Wrocław, bo już czeka algebra na 7:30, czyli największa krzywda, jaką o tej porze można wyrządzić studentowi. Mózg jeszcze nie kojarzy, że tego dnia w świat zostanie wypuszczony "Mamut"- album, który odmieni wszystko. Kilka godzin później staje to się jasne wraz z chwilą, gdy w słuchawkach rozbrzmiewają pierwsze fragmenty utworów. Koncert Tworzywa w następny czwartek tylko utwierdza w tym przekonaniu. "Mamut" będzie grał tak jeszcze przez okrągły rok: w porannym pociągu z Jeleniej Góry do Wrocławia, na wieczór przed biathlonem dla amatorów na Jamrozowej Polanie i 2800 km stamtąd, czyli w Alcie.
Północny Punkt Widzenia: Egzamin z Norwegii. Egzamin z języka norweskiego, norweskie jedzenie, narty w norweskim sklepie sportowym
Jedna z najbardziej wartościowych rzeczy, które zabrałem ze sobą do Alty. Podpisy zdobyte w lejącym deszczu, który pozostawił po sobie ślady na kartkach, zdobią "Mamuta" leżącego dumnie na półce w pokoju.
Przyszedł więc 6 listopada 2015- dzień z egzaminem ustnym z norweskiego. Przed tą częścią nie sposób uniknąć stresu, podobnie jak w przypadku matury z angielskiego. Tak wiele zależy od kilku szczegółów- od pogody za oknem, aż po siłę związania sznurówek. Na szczęście poprzedniej nocy spadło trochę śniegu, zupełnie jakby zima wysłuchała moich próśb w ostatnim poście. To niesamowite, jak jeden dzień potrafi zmienić nastawienie. Z jesiennej szarości nagle wszystko przybrało zimowe biało- niebieskie barwy. Zza chmur wychodzi nieśmiało słońce, któremu już ledwie udaje się unieść ponad góry na horyzoncie. Właśnie w takiej scenerii idę na egzamin. Nie potrzebuję garnituru, podobnie jak podczas części pisemnej poprzedniego dnia. Tu zwyczajnie nie praktykuje się formalnego ubioru na takie okazje. Choć mam mnóstwo czasu na swoją kolej, do budynku uniwersytetu wchodzę dość wcześnie, bo niecałą godzinę przed zaplanowanym początkiem. Czekają mnie więc długie minuty narastającego stresu w specjalnym pokoju dla oczekujących. Z takim przekonaniem trafiam na miejsce, gdzie okazuje się, że ktoś przede mną nie przyszedł, a reszta poszła bardzo sprawnie. Pan T, będący tego dnia również egzaminatorem proponuje mi więc rozpoczęcie egzaminu. "Lepiej wcześniej, niż później"- pomyślałem i wszedłem do sali nawet nie zdążając się stresować. Sam proces egzaminowania polega na zwyczajnej rozmowie na różne tematy. Na poziomie pierwszym, do którego pochodziłem, wszystko dotyczyło głównie osoby zdającej
(np. pochodzenie, zainteresowania, studia, plany na przyszłość). W takim obszarze należało móc swobodnie się wypowiadać i prowadzić dialog z egzaminatorem oraz obserwatorem. Formuła jest więc podobna, jak w przypadku matury, lecz nie zawiera konkretnych zadań. Tak, czy inaczej, po dosłownie 10 minutach wyszedłem z sali otrzymując zapewnienie, że było "veldig bra" i mogłem iść do domu. 

To byłoby jednak zbyt proste. Taka oszczędność czasu nie może zostać zmarnowana na siedzenie w pokoju. Zwłaszcza, że słońce znów ośmiela się chylić ku zachodowi. Wybieram więc inną drogę i udaję się w kierunku dzielnicy szklanych domów. W końcu nie byłem tam jeszcze w zimowej scenerii. Wokół jest cicho i spokojnie, co zawsze jest efektem takiej aury. Ubity śnieg na drodze utwierdza w przekonaniu, że tu nie odśnieża się ulic przy tak niewielkich opadach. Lekki poślizg pod butami przypomina czasy, kiedy tak wyglądała zima w kotlinie. Chodziło się wtedy na pobliską górkę ciągnąc za sobą sanki. I tak było zawsze- zima była normalnością, a nie zaskoczeniem. Idąc jedną z ulic dolatuje do mnie zapach, którego nie mogę w żaden sposób opisać, choć wiem, że jest to zapach Świąt. Tak, jak szybko przemknął przede mną, tak zaraz zniknął. Zupełnie jakby nagle za zakrętem schował się Mikołaj z całym stadem reniferów. Po powrocie do akademika wyczuwam w kuchni inny zapach. Ktoś przygotowuje coś z cynamonem, przez co znów czuję wigilię. Sam decyduję się na łososia, by dopełnić bożonarodzeniowy klimat. Tym samym przechodzę do tematu, którego w życiu bym się tu nie spodziewał. Tak, będzie coś o jedzeniu. Ale tylko przez chwilę.

Północny Punkt Widzenia: Egzamin z Norwegii. Egzamin z języka norweskiego, norweskie jedzenie, narty w norweskim sklepie sportowym
Zwykły północny łosoś mojego wykonania. A teraz proszę o 1000 lajków za zdjęcia jedzenia.
Jak wiadomo, najlepiej dla studenta jest gotować sobie samemu. I nie mam wcale na myśli stereotypowej bułki posmarowanej nożem, czy chińskiej zupki. Z drugiej też strony, wspomniany wyżej łosoś nie jest absolutnym luksusem. Na Północy można kupić opakowania mrożonych filetów za około 70 koron. Starcza to na 4 dobre obiady. A przygotowujemy je tak: odmrażamy łososia, dodajemy soli i pieprzu cytrynowego, następnie rozgrzewamy piekarnik do... no chyba nie myślicie, że będę pisał cały przepis. Przygotowanie jest proste jak budowa czołgu T55 i niech to zapewnienie wystarczy. I tak dość się postarałem, idąc w tę stronę. Natomiast najczęściej wybieranym norweskim jedzeniem jest... pizza z piekarnika, co jednocześnie pokazuje, jakie wyżyny kulinarne stanowi dla statystycznego norweskiego studenta przyprawienie łososia. Co ciekawsze, ten sam łosoś potrafi być czasem tańszy niż niektóre rodzaje mrożonej pizzy, których jest bardzo wiele w każdym sklepie. Rynek mrożonek ma się więc wspaniale w Norwegii.
Północny Punkt Widzenia: Egzamin z Norwegii. Egzamin z języka norweskiego, norweskie jedzenie, narty w norweskim sklepie sportowym
Obiecuję, to już ostatnie zdjęcie jedzenia na tym blogu. Zawiera ono jednak 100% Norwegii. Mamy tu tzw. spekeskinke, która jest wspaniale delikatna, jak również ser brązowy, który najlepiej smakuje w połączeniu z dżemem. A chleb norweski również nie jest zły, choć, jak wiadomo, polski zawsze najlepszy. Mniej więcej tak wygląda każda moja kolacja.
Skoro łosoś już przygotowany (lub pizza wyjęta z zamrażarki, co kto woli), trzeba przejść trochę do tematu nart, by zaprzestać tego gwałtu na treściach bloga. Skoro sezon zimowy zbliża się wielkimi krokami, postanowiłem przejść się po okolicznych sklepach sportowych i sprawdzić, jakie narty biegowe mają do zaoferowania. Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że w Alcie nie ma typowego sklepu z nartami. Można tu jednak znaleźć kilka norweskich "sieciówek", które ja nazywam sklepami dla typowych Januszów sportu. No bo tam, gdzie znajdziesz prawie wszystko, nie kupisz zwykle specjalistycznego sprzętu. Z takim nastawieniem wchodzę więc do pierwszego januszowego i od samego wejścia szczęka opada mi do samej podłogi. W części z nartami biegowymi stoi kilkadziesiąt nowiutkich par najwyższych modeli Fischerów, Madshusów i Rossignoli. Jakim cudem można kupić narty dla profesjonalistów w sklepie dla Januszów? Jakby tego było mało, na stoisku nie ma żadnych innych modeli, tylko te najlepsze. W dodatku pracownik sklepu właśnie zaczyna mierzyć parametry każdej z nart, badając ich sztywność (a Madshus empower tego nie potrzebuje). Coś musi być nie tak. Albo pieprz cytrynowy okazał się czymś mocniejszym i trafiłem do innego świata, albo w Norwegii nie ma Januszów sportu. Albo jeszcze gorzej! Każdy Janusz kupuje takie narty, bo go stać. Nie, to chyba niemożliwe. Przecież Norwegowie rodzą się podobno z nartami na nogach. Podchodzę więc bliżej do egzemplarzy, których nawet jeszcze nie widziałem na żywo. Dla takiego spalacza sprzętowego jak ja, to jest jak wizyta w ogromnym sklepie ze słodyczami, do którego każdy chciał trafić w dzieciństwie. Tym widokiem wprost nie mogę się nacieszyć. Sprawdzam również ceny i tu nie ma zaskoczenia. Niektóre z modeli sięgają 7000 NOK, a przecież trzeba zaopatrzyć się jeszcze w resztę sprzętu. A skoro mowa o innych częściach biegowego ekwipunku, to buty też są z innej galaktyki. Alpina, Fischer, Madshus- same najlżejsze i najlepsze modele. Patrząc na wszystko wokół zauważam jedną istotną rzecz: Norwegia jest krajem systemu NNN. Tu nie ma nawet marek związanych z SNS, ani śladu Salomona i (niestety) One Way. W sumie nie jestem zaskoczony takim rozkładem sił, biorąc pod uwagę jedno z moich wcześniejszych porównań.

Prawie dobiegamy już do końca posta numer 200 na tym blogu i otwieramy kolejną setkę. Tak samo ja zacząłem drugi poziom nauki norweskiego po zdaniu egzaminu na wymowną ocenę AAAAA. Jesień stała się (znów) zimą, poniekąd przeskakując z dnia, kiedy wydano "Mamuta", aż do jego pierwszych "urodzin". I choć minął rok, dla mnie wygląda on jak jeden dzień. A czasem jeden dzień jak rok. Podobnie jest ze słońcem, które ciągle bawi się ze mną w chowanego. Powoli wygrywa, jak choćby dzisiaj, kiedy cały dzień świeciły się nocne lampy na parkingu pod akademikiem. Nawet wtedy, gdy usiłowałem wstać około 9 rano. I nagle na ten sam parking zajechał w pełnym poślizgu na ręcznym bus pracownika administracji. To będzie dobry dzień (albo przynajmniej wieczór).

Test: buty i narty One Way Premio 9

"Witam Państwa w ometkowanym świecie...". Tym razem sprawdzimy, jak spisują się najnowsze buty One Way Premio 9 Skate. Mówiąc szczerze, to razem z ich pierwszym użyciem, swoją szansę na prawdziwy test dostały również narty tego samego modelu fińskiego producenta. Czekały długo, bo od stycznia zeszłego roku. Cierpliwość się opłaciła? Zobaczmy.


6 stycznia, Polana Jakuszycka. Słonecznie i mroźno, a ostatnio o podobną pogodę nawet w Jakuszycach było trudno. Takie warunki oraz dzień wolny od pracy z pewnością przyciągnęły turystów, którzy wylegli na trasy w tak dużej liczbie, że miejscami ciężko było się przebić. Sprawy nie ułatwiało wciąż dające o sobie znać kolano. Czego jednak nie robi się dla chwil na nartach? Zawsze można spędzić trochę mniej czasu, wybrać bardziej płaski teren, przechodzić co jakiś czas na double poling. Wszystko to pozwoliło sprawdzić zestaw Premio 9. Pierwsze, co rzuca się w oczy ze strony butów to ich sztywność. Wcześniej biegałem w Salomonach Equipe 8 Skate, o segment niższych od obecnych. Trudno więc porównywać cokolwiek, bo przy Premio 9 ich sztywność przypomina kapcie. Zastosowanie twardszego korpusu oraz podeszwy z włókna węglowego powoduje, że zmiana jest zauważalna. Obecnie stopa jest odpowiednio trzymana, dzięki czemu każdy ruch może być odpowiednio kontrolowany. Podobnie jest z pozycją. System podeszwy, o który tak się martwiłem wcześniej, to SNS Pilot 3. Dokładnie jak przypuszczałem, nie odczułem zmiany w kontroli nart, podobnie jak w wygodzie wyprowadzania kroków. Jest po prostu dobrze. Jedynie przy wpinaniu do wiązań można było stwierdzić, że rzeczywiście belka mocująca została przesunięta w tył. Sporą poprawę natomiast odczuły moje piszczele. Sławne problemy, które przeżywa Justyna Kowalczyk, w moim przypadku rozwiązały się za sprawą lepszych butów. Choć trzeba przyznać, że w lecie pracowałem trochę nad techniką, co mogło wspomóc usunięcie tej przypadłości. Tak czy inaczej, w funkcji przytrzymywania części ponad kostką, Premio 9 spisują się również bardzo dobrze.


Narty miały okazję dotknąć śniegu pod koniec zeszłego beznadziejnego sezonu. Nie było jednak mowy o czymś więcej poza pierwszymi odczuciami. Tu możecie je przeczytać. Podczas normalnych warunków mogłem wykorzystać ich zalety w stu procentach. Wciąż najbardziej cieszy mnie ich niska masa. Czuć to przede wszystkim na podbiegach. W połączeniu z właściwymi butami, wszystko idzie znacznie lepiej niż dawniej.

Kończąc, mogę tylko zapytać sam siebie, dlaczego wybrałem akurat buty Premio 9. Odpowiedź nie może być prostsza niż taka, że pasują do nart. Czegokolwiek od nich oczekiwałem, dostałem to. Są wygodne, lekkie, z urzekającym designem i logo... Czego chcieć więcej?
"Bo to ważne, żeby mieć logo 
Stać dumnie wyprostowany, 
A nie garbić się jak Quasi Modo."

Mikołaj przychodzi z Finlandii

Ależ odkrywcze stwierdzenie w tytule. Każdy przecież wie, że Święty Mikołaj ma swoją siedzibę w Finlandii na dalekiej Północy. Gdzie dokładnie? W Vantaa, bo tam mieści się oficjalny sklep One Way Sport ;). Poza tym adresem, można spróbować jeszcze na owstore.fi. Właśnie stamtąd przyszły do mnie pierwsze bożonarodzeniowe prezenty. A jak powszechnie wiadomo, najbardziej trafione prezenty to te, które sami sobie wybieramy. I tak oto kilka dni po zamówieniu, otrzymałem solidną paczkę prosto z Finlandii. W niej zaś nowe buty Premio 9 Skate oraz T- shirt z najnowszej kolekcji ubrań Endless Winter.
One Way Polar T- shirt.
Nie będzie to zaskoczenie, że nie udało mi się jeszcze przetestować moich nowych butów w akcji. Po przymiarce mogę jedynie powiedzieć, że są bardzo sztywne, co zapewne wpłynie na lepszą kontrolę nart. O tym przekonamy się jednak później, gdy wyleczę drobny uraz stopy i przede wszystkim spadnie wreszcie śnieg. Nie wiem, czy ktoś z Was zdążył zauważyć, że mamy już końcówkę grudnia, a wciąż rozpoczęcie sezonu w każdym możliwym miejscu w Polsce jest odkładane na później. Sytuacja co najmniej dziwna i niepokojąca. Dlatego zostawiam Wam jedynie zdjęcia moich Premio 9 w świątecznej oprawie.




Więcej można powiedzieć natomiast o T- shircie. Polar, bo tak brzmi jego nazwa, należy do nowej kolekcji ubrań Endless Winter od One Way. Dla wszystkich, którzy jeszcze nie słyszeli o tym rodzaju produktów, należy się wyjaśnienie. Fińskiej marce zależało na stworzeniu ubrań codziennego użytku, które nawiązują do skandynawskich, północnych klimatów. Stąd na kurtkach, swetrach i bluzach, znalazły się charakterystyczne dla Skandynawii wzory. Trzeba przyznać, że wygląda to ciekawie. Więcej produktów, jak i szczegółowy opis kolekcji Endless Winter, znajdziecie tu. Wracając do koszulki, jej design oddaje dokładnie zamierzenia One Way. Nadruk ze zdjęciami polarnych krajobrazów oraz wyhaftowana mapa Półwyspu Skandynawskiego to esencja Endless Winter. W oczy rzuca się również pewnego rodzaju odznaka z napisem "Nordic Champion 2014". Całość jest wykonana w bardzo dobrej jakości, zaś materiał stanowi bawełna. Cena 29,90 EUR jest porównywalna do T- shirtów innych producentów. Jeżeli jeszcze nie masz prezentu dla bliskiej osoby, która lubi skandynawskie klimaty lub po prostu nie lubisz stać w sklepowych kolejkach, może warto wybrać właśnie coś z Endless Winter? T- shirt Polar możecie zamówić przez Internet tu. W sklepie znajdziecie również inne ubrania z kolekcji. Radzę się spieszyć, bo Święta coraz bliżej. Ponadto One Way wprowadziło z tej okazji darmową wysyłkę dla wszystkich zamówień w obrębie całej Unii Europejskiej. Aby dowiedzieć się więcej i poznać kod promocyjny, potrzebny przy składaniu zamówienia, polecam odwiedzić profil facebookowy One Way tu. Nie przegapcie okazji na podarowanie czegoś unikalnego.

W pogoni za niską wagą

Spokojnie, to nie będzie post o anoreksji. Korzystając z okazji, że sezon za pasem, rozwinę jeszcze bardziej temat butów biegowych, który poruszyłem wcześniej. Jakoś nie daje mi to spokoju, szczególnie, że niedługo mam zamiar wyposażyć się w nową parę. Tym razem przyjrzymy się technologiom zastosowanym w najnowszych modelach butów do techniki dowolnej, które są dostępne na rynku. Jaki jest ich cel? Zapewne niska masa przy jednoczesnej maksymalnej sztywności buta. Zobaczmy, który z producentów jest najbliżej ideału.

Zaczynamy od Salomona, który przebojem postanowił zdobyć rynek, wypuszczając model Carbon Skate LAB. Wiele emocji budzi limitowana edycja 800 egzemplarzy na cały świat, odznaczająca się odważnym designem, nietypowym dla francuskiego producenta. Tak więc, prawdopodobnie w momencie, w którym to czytasz, modelu nie ma już w sprzedaży. Zresztą i tak nikogo normalnego nie byłoby na taki stać, bowiem jego cena wynosi 849,95 EUR! Wiem, że to najlżejszy but na rynku (para waży jedynie 860g) i limitowana edycja, ale to chyba przesada. Przecież poza tym jest wyposażony w zwykłą podeszwę SNS Pilot (nie wygląda mi to na Pilot 3) i dwa zapięcia. Zastosowanie karbonu, jako głównego materiału obniżyło masę i zapewniło sztywność, co potwierdziły testy znanych sportowców. Najbardziej zastanawia mnie jednak, co będzie po wyczerpaniu zapasów tego modelu. Czy Salomon pomaluje go w swoje zwykłe barwy i ponownie wypuści na sprzedaż, czy też powróci do modelu S- LAB Skate Pro, który już niską masą nie grzeszy (1230g/para)? Zobaczcie poniżej, jak bardzo różnią się te dwa modele.
Po lewej Salomon S- LAB Skate Pro, po prawej Salomon Carbon Skate LAB Worldwide 800.
Było coś z systemem SNS, to teraz może coś z oferty NNN. Fischer ze swoim modelem RCS Skate Carbon nie odbiega znacznie masą od poprzedniego konkurenta i może być dla niego alternatywą. Para waży bowiem jedynie 930g. Niestety, cena jest adekwatnie wysoka- wynosi 699,95 EUR. Porównując to z Salomonem, różnica 70g "kosztuje" 150 EUR mniej, co daje około 2,1 EUR/g. Austriacki producent może jednak pochwalić się szeregiem systemów, które wpływają na wygodę użytkowania. Jest to między innymi potrójna membrana, która zapewni ciepło i suchość w każdych warunkach oraz dwuczęściowa najlżejsza podeszwa Super Skate Race. Poniżej możecie zobaczyć, co zmienił Fischer w stosunku do poprzedniej wersji swojego flagowego modelu.
Po lewej Fischer RCS Carbonlite Skate 2013/2014, po prawej Fischer RCS Skate Carbon 2014/2015.
Czas na odpowiedź kolejnego producenta pod system SNS. One Way może się w tej dziedzinie pochwalić modelem Premio 10, który opisałem we wcześniejszym poście o butach. I tutaj niespodzianka, bo propozycja fińskiej firmy jest najtańsza w stawce, kosztuje "jedynie" 289,00 EUR. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest niestety waga, która wynosi 1200g na parę. W tym przypadku różnica 340g do Salomona wyniosła 560,95 EUR, co daje około 1,6 EUR/g. Jeżeli zaś chodzi o resztę udogodnień, to OW nie odstaje od konkurentów. Co ciekawe, poprzednia wersja modelu Premio 10 ważyła nieznacznie mniej (1150g/para), mimo że w nowej odsłonie widoczny jest minimalizm. Można to tłumaczyć użyciem dodatkowej warstwy karbonu dla lepszej sztywności, co dodało kilka gramów. Zobaczcie tę różnicę w wyglądzie na poniższym obrazku.
Dwie wersje One Way Premio 10 Skate.
Pozostajemy w Skandynawii, bo oto propozycja od norweskiego Madshusa. Jego kosmicznie wyglądający model RED Super Nano Skate z systemem NNN waży 1138g/para. Wartość może i niezbyt imponująca, ale za to ten but może pochwalić się wykonaniem z jednego kawałka karbonu, co minimalizuje ilość materiału między stopą a nartami i zapewnia pełną kontrolę. Cena wynosi 499,95 EUR. Licząc stosunek wagi do ceny, jak w poprzednich przypadkach, mamy różnicę 278g za 350 EUR, co daje około 1,3 EUR/g.
Madshus RED Super Nano Skate.
Czas więc na kolejnego producenta z podeszwą SNS Pilot 3. Atomic proponuje nam model Worldcup Skate w cenie 329,95 EUR. Sposób zapięcia przypomina nieco poprzednią wersję modelu Premio 9 Skate od One Way. Waga pary wynosi 1180g, przy zastosowaniu karbonowej podeszwy i wielu rozwiązań podobnych do reszty zaprezentowanych butów. Daje nam to różnicę 320g przy cenie niższej o 520 EUR od Salomona. Zatem w tym przypadku "dociążenie" buta o 1 gram powoduje spadek ceny o około 1,6 EUR.
Atomic Worldcup Skate.
Propozycje SNS już nam się wyczerpały (właściwie to jest jeszcze czeski Botas, ale nigdzie nie znalazłem danych o masie butów tego producenta). Czas zatem na Alpinę. Słoweńska firma od lat specjalizuje się w wyrobie tylko i wyłącznie butów. W swojej ofercie ma między innymi znakomity model do techniki łyżwowej- ESK PRO Racing Elite Skate. Zastosowany system karbonowej podeszwy NNN X- celerator Skate odpowiada za najlepszy przekaz sił odbicia. W oczy rzuca się również silne nachylenie buta do przodu w stosunku do poprzedniej wersji (obrazek poniżej). Waga pary wynosi 1100g, zaś cena 399,95 EUR. Wskazuje to, że za różnicę 240g więcej zapłacimy o 450 EUR mniej, czyli około 1,9 EUR/g.
Zobaczcie, jak zmienił się model ESK Skate od Alpiny.
Ostatnia propozycja, podobnie jak pierwsza, pochodzi z Francji. Model X- IUM Premium Skate od Rossignola może pochwalić się wagą 980g/para. Karbonowa podeszwa X- celerator systemu NNN dba o przekaz siły odbicia, zaś szkielet wykonany z tego materiału zapewnia dobrą sztywność. Mamy więc wszystko, czego potrzeba w cenie 449,95 EUR. Różnica do Salomona wynosi równe 400 EUR, za jedyne 120g masy więcej. Tak więc w tym przypadku za możliwie najlżejszy but zapłacimy najmniej, bo dodanie 1g wagi skutkuje obniżeniem ceny aż o około 3,3 EUR. Poniżej zobaczcie, jak zmienił się model X- IUM Skate od poprzedniego sezonu.
Po lewej model X- IUM Skate dostępny do końca sezonu 2013/2014, zaś po prawej nowa wersja która weszła do sprzedaży na początku 2014 roku. 
Ile kosztuje lekkość? O tym przekonaliśmy się na przykładzie zaprezentowanych modeli. Jeżeli zależy nam na najlepszym stosunku wagi do ceny, powinniśmy zdecydować się na zakup butów Rossignola. Jest to jednak propozycja z systemem NNN, a Salomon, do którego porównywaliśmy wszystkie egzemplarze, posiada podeszwę SNS. Z uwagi na jej inną konstrukcję (m.in. dwie belki mocujące) osiągnięcie niskiej masy może być trudniejsze. Tym większe brawa należą się Salomonowi za model Carbon Skate LAB. Jeżeli jednak poszukujemy dla niego alternatywy, pozostaje nam kwestia wyboru pomiędzy propozycją marek Atomic i One Way. Nie musicie mnie pytać, którą bym wybrał. Premio 10 Skate jest po prostu najtańszym i jednocześnie najlepiej wyglądającym modelem w stawce SNSów. Osobiście mogę zdradzić, że mam zamiar kupić jego poprzednią wersję. 

Nie sposób jednak pominąć Alpiny. Ta marka najlepiej zna się na butach. Taki, a nie inny wygląd modelu ESK PRO Elite Skate jest dobrze przemyślany. Zapewnia świetną kontrolę w każdych warunkach. Ponadto ulepszono wiele w stosunku do i tak bardzo udanej poprzedniej wersji. Mimo nie najlepszego stosunku wagi do ceny, warto się zastanowić nad propozycją słoweńskiego producenta. Szczerze mówiąc, gdybym miał zdecydować się na buty z systemem NNN, wybrałbym właśnie Alpinę. 

Przyszłością butów biegowych możemy nazwać model Carbon Skate LAB od Salomona, któremu udało się zachować sztywność przy bardzo niskiej masie. Pozostaje tylko pytanie, jak daleko da się pójść w pogoni za niską wagą i czy 860 gramów jest tego granicą, czy dopiero początkiem. Należy bowiem pamiętać, że w narciarstwie biegowym nie liczy się tylko lekkość...

Jakie buty biegowe wybrać?

Zima jest już coraz bliżej, więc może warto pomyśleć o zmianie kilku rzeczy w nadchodzącym sezonie? Można przykładowo zainwestować w nowe buty biegowe. Tym bardziej, że na rynku pojawiło się ostatnio kilka ciekawych modeli w systemie SNS. A jako, że uwielbiam wszystko związane za sprzętem, czuję się zobligowany, aby je ogarnąć i Wam tu przedstawić. Jakie będą najodpowiedniejsze dla amatorów, a jakie dla zawodowców? Dzięki otrzymanemu niedawno katalogowi One Way, postaram się odpowiedzieć na wszystkie możliwe pytania.

Wraz z sezonem 2014/2015 do sprzedaży wchodzą odświeżone modele butów narciarskich firmy One Way. Dotychczas znane nam Premio 9, Premio 10 oraz Tigara zmieniły nieco design oraz technologię. Na pierwszy rzut oka te zmiany mogą wydawać się kosmetyczne, w rzeczywistości jednak różnica może okazać się bardziej widoczna w porównaniu do poprzednich wersji. Mam na myśli przede wszystkim model Premio 9, w którym zastosowano nowe zapięcie system podeszwy SNS Pilot 3 Racing. W swojej pierwszej wersji korzystał on ze standardowego SNS Pilot Sport. Oznacza to, że belki, którymi but mocuje się do wiązania, zostały cofnięte w porównaniu do wcześniejszego rozwiązania. Buty nie przestaną być jednak kompatybilne ze starszymi wiązaniami, takimi jak SNS Pilot SK Premio, SNS Pilot Sport SK/CL oraz SNS Propulse Premio CL. Warto zauważyć, że wersja skate będzie mogła korzystać z zupełnie nowego wiązania do stylu łyżwowego SNS Pilot RS Carbon, które wymaga podeszwy Pilot 3.
Buty One Way Premio 9 (po lewej wersja Skate, po prawej Classic).

Nowe wiązanie RS Carbon waży jedynie 254 gramy i jest wyposażone między innymi w zabezpieczenie zapobiegające samoistnemu otwarciu zapięcia.
Wiązanie One Way SNS Pilot RS Carbon
Skoro już mowa o najwyższym modelu wiązania, to nie sposób nie wspomnieć o butach Premio 10. To produkt flagowy fińskiego producenta, stąd nie dziwi zastosowanie najlepszego materiału. But posiada całkowicie karbonową cholewkę i podeszwę oraz specjalną piankę 3D, pozwalającą na możliwie najdokładniejsze dopasowanie buta do stopy. System podeszwy to oczywiście Pilot 3, który w przypadku tego modelu znajdował się już w jego starszej wersji. Premio 10 są dostępne w konfiguracji do stylu dowolnego (kompatybilne wiązania: Pilot SK Premio, Pilot RS Carbon), klasycznego (Propulse CL Premio, Pilot Sport CL) oraz skiathlonu (Pilot SK Premio, Propulse CL Premio, Pilot RS Carbon).
Buty One Way Premio 10 (po lewej wersja Skate, po prawej Classic).
Godny uwagi jest również nieco niższy model butów, a mianowicie Tigara. W tym przypadku mamy do czynienia ze standardową podeszwą Pilot Sport. Praktycznie oznacza to, że przednia belka mocująca jest umieszczona na wysokości naszych palców. Co ciekawe, takie rozwiązanie jest stosowane we wszystkich butach z systemem NNN. Poza tym, cena butów Tigara jest znacznie bardziej przystępna, niż w przypadku modeli Premio. Wszystkie biegające panie powinny być natomiast zainteresowane damską wersją, która ma nieco inną, łagodną kolorystykę. Dostępne są egzemplarze do stylu dowolnego (wiązania Pilot SK Premio, Pilot Sport SK, Pilot Universal), klasycznego (Pilot Sport CL, Profil CL) oraz skiathlonu.
Buty One Way Tigara Skate w wersji męskiej (z lewej) oraz damskiej (z prawej).

Buty One Way Tigara Classic w wersji męskiej (z lewej) oraz damskiej (z prawej).
Zastanawiając się, który model wybrać, należy wziąć pod uwagę przede wszystkim nasze osobiste preferencje. Gdybym miał to zrobić teraz, najprawdopodobniej zdecydowałbym się na Premio 9 lub Tigarę. Jedyną kwestią do rozstrzygnięcia byłaby właśnie podeszwa. Z jakiegoś powodu system SNS Pilot ewoluował do modelu z oznaczeniem 3, cofając belki mocujące. Według producenta, właśnie ta odmiana zapewnia najlepsze czucie nart i przekaz sił odbicia, co, obok wprowadzenia drugiej belki, ma stanowić przewagę nad systemem NNN. Trudno jednak mi wytłumaczyć, dlaczego przykładowo limitowana edycja niedorzecznie drogich butów Salomon Carbon Skate LAB korzysta mimo wszystko ze "zwyczajnego" Pilota Sport, podczas gdy niższy model już z Pilota 3. Ponadto, ścigający się na sprzęcie od One Way Sami Jauhojärvi, w sezonie 2012/2013 używał do stylu łyżwowego butów Premio 9, których poprzednia wersja posiadała podeszwę Pilot Sport, zamiast najwyższych Premio 10. Biorąc to pod uwagę, być może rzeczywiście umiejscowienie przedniej belki mocującej na samym czubie buta jest najbardziej wygodne i naturalne. Jeżeli kierować się tymi przesłankami, to pozostaje nam wybór modelu Tigara lub po prostu pierwszej wersji Premio 9. Natomiast ja powstrzymałbym się od jednoznacznej oceny, który system jest lepszy. Prawdopodobnie ta różnica nie będzie aż tak bardzo wyczuwalna dla zwykłego amatora. Podobnie jak masa, która jest większa w przypadku Premio 9 o 60g, przez zastosowanie solidniejszych materiałów. Poza tym, oba modele nie różnią się znacznie technologią zapewniającą wysoki komfort. Warto wziąć jednak pod uwagę fakt, że być może w przyszłości wiązania typu SNS Pilot RS Carbon zaczną być powszechnie stosowane, przez co buty z niekompatybilnym systemem podeszwy wyjdą z użytku.

Wszystko zależy od tego, czego oczekujemy od naszych nowych butów. Dla zawodowców ważna jest niska masa i jednocześnie wygoda, dlatego w tym przypadku najlepszym wyborem byłyby Premio 10. Ambitni amatorzy mogą natomiast zdecydować się na Premio 9, które zapewnią doskonałe czucie zbliżone do najwyższego modelu. Jeżeli zależy nam jedynie na dobrej jakości w rozsądnej cenie, Tigara w zupełności wystarczy. Tak więc zakup odpowiedniego modelu powinien zadowolić nawet najbardziej wymagających ludzi północy. A jeżeli już mowa o kupowaniu, to produkty One Way znajdziecie oczywiście w PR-Sport.

Uzależniony od treningu

Dobrze jest wrócić po przerwie i znów coś napisać. Muszę się przyznać, że nigdy do końca nie wierzyłem w to, co kiedyś opublikował na swojej stronie One Way. Chodzi o motywujące zdanie, które mówi, że najtrudniejszą rzeczą w treningu jest to, aby zacząć. Później, przy regularnym wykonywaniu ćwiczeń, najtrudniej jest przestać to robić. Poniżej zresztą możecie zobaczyć to w oryginale. Dziś jednak przyznaję, że jest to stuprocentowa prawda, czego jestem przykładem.


Nie myślałem o tym wcześniej, kiedy miałem czas, miejsce i warunki do treningu. Zwykle przecież tak jest, że nie doceniamy tego, co mamy. Wszystko zyskuje na wartości dopiero wtedy, gdy rozmaite okoliczności zabierają nam jedną z tych rzeczy, albo nawet wszystkie naraz. Tak samo było ze mną, gdy niedawno musiałem zmierzyć się z trudem życia w wielkim mieście, o którym jak na ironię zawsze marzyłem. Do tego studia, które wbrew pozorom nie polegają na nieustannym posiadaniu wolnego czasu na przeróżne rzeczy. Jakoś nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć. Może to kwestia przyzwyczajenia się do innych warunków. W końcu nie powinno być żadnych ograniczeń w treningu, lecz cały czas nie mogę sobie wyobrazić biegania wśród zatłoczonych ulic, zamiast pustych, rozległych łąk i lasów. Wcześniej trening równał się zazwyczaj z odkrywaniem coraz to nowszych i piękniejszych miejsc. W wielkim mieście nie widzę takiej możliwości.
Od razu przepraszam za jakość zdjęć, ale na bieganie nie wezmę ze sobą lustrzanki.
A wewnętrzny głos wciąż wymaga treningu. Najwyraźniej przez długie SadurSummer zdążyłem się od tego uzależnić i jednocześnie przyzwyczaić do niezliczonych opcji miejsc. Wcale nie jest to zła sytuacja. Zmusiła mnie ona jednak do kilku przemyśleń, które mnie samego trochę przeraziły. Czasem może po prostu trzeba się przebudzić i zapytać, czy droga, którą wybrałem dla mojego dalszego życia, jest najlepszym wyjściem. I dlatego postanowiłem kilka rzeczy pozmieniać i mam nadzieję, że wyjdzie mi to na dobre...  

Niby mamy jesień, ale podczas dzisiejszego biegu było bardzo ciepło.
Natomiast jaki jest cel tego, co tutaj do Ciebie piszę, Drogi Czytelniku? Chciałbym, abyś zawsze potrafił się cieszyć każdą wolną chwilą przeznaczoną na trening oraz każdym pojedynczym widokiem, jakiego wtedy doświadczysz. Postaraj się szanować to, co masz, odwiedzaj swoje ulubione miejsca, bo kiedyś możesz za nimi tęsknić. A gdy tylko możesz, pobiegnij po prostu przed siebie, jak najdalej. Nie ograniczaj się, bo tak naprawdę tylko Ty możesz pokonać swoje własne limity. Spraw, aby każdy udany trening stał się najlepszym momentem dnia, a nie koniecznością. I korzystaj z tego wszystkiego, tak jak ja za każdym razem, gdy mogę wyrwać się na weekend do domu. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy czegoś zabraknie... 

Pulsometr dla amatora?

Zbliża się jesień, pogoda już coraz częściej o tym przypomina. Taki czas sprzyja przemyśleniom. Ostatnio przy okazji kolejnego szarego dnia przypomniałem sobie o napisie na moich nartach, który dumnie głosi: "Nordic sports is a spirit. It's about doing the things you want and looking the way you want", przywołując prawdziwą wolność płynącą z biegania. Hipokryzjo, imię twoje SadurSky- pomyślałem. Przecież na każdy trening zabieram ze sobą telefon z włączoną aplikacją, która ma liczyć pokonany dystans, czas, tempo itd. I żeby jeszcze robiła to skutecznie. Zwykle albo GPS straci zasięg, albo telefon się zawiesi. Wtedy radość z biegania zmienia się w irytację z powodu telefonu. Dlatego zacząłem myśleć o pulsometrze. Ale czy mimo wszystko warto sobie tym zaprzątać głowę? To zależy...

Najważniejsze jest to, do czego potrzebujemy pulsometru. Jeżeli startujesz w zawodach i podczas każdego treningu potrzebujesz danych, a szczególnie tętna, jest to zrozumiałe. Jednak gdy bieganie na nartach ma postać czysto rekreacyjną, a na zawodach pojawiasz się rzadko, to warto przemyśleć zakup jeszcze raz. Tym bardziej, że jest to wydatek rzędu 400 zł, jak w przypadku modelu RS300X firmy Polar, który ma wszystkie potrzebne funkcje.
Polar RS300X.
Pytanie brzmi, po co zaprzątać sobie głowę ciągłym patrzeniem na zegarek i zastanawianiem się, czemu danego dnia przebiegłem ten sam dystans wolniej niż innego? Z drugiej jednak strony obserwowanie własnych postępów i zwiększanie wydolności, które pokaże nam internetowy profil na stronie producenta, jest zawsze czymś budującym. Zwłaszcza, gdy ktoś określił sobie cel do osiągnięcia, jak na przykład przebiegnięcie Jizerskiej 50. Wyjściem z sytuacji może być również zakup nadajnika Bluetooth, kompatybilnego z naszym telefonem i używaną aplikacją, który po umieszczeniu na klatce piersiowej będzie przesyłał dane o tętnie do aplikacji. W tym przypadku wydatek jest mniejszy, bo około 200 zł. Trzeba jednak uważać, aby nie wpaść w studnię bez dna, proponowaną na przykład przez Endomondo. Ma ona świetne funkcje, z planem treningowym włącznie, pod warunkiem używania wersji Premium, co zaś wiąże się z comiesięczną opłatą. Poza tym, dzisiejsze telefony mają co najwyżej dwuletni okres przydatności do użytku. Przy takim zestawieniu, inwestycja w droższy pulsometr wydaje się rozsądniejsza.
Nadajnik Bluetooth firmy Polar.
Kolejna rzecz to wygoda. Z telefonem jest ten problem, że nie zawsze łatwo go ze sobą zabrać. Zwykle ciąży nam w kieszeni, uwiera i przeszkadza. A przecież nie ma nic bardziej irytującego w trakcie treningu. Wiem, że są na rynku przeróżne akcesoria, jak na przykład pokrowce pozwalające umieścić telefon w opasce na ramieniu. Ostatnio zrobiło się to modne, zwłaszcza wśród ludzi, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze sportem w postaci wieczornego joggingu i uwielbiają się tym chwalić wszystkim swoim znajomym na facebooku. Jeżeli zaś chodzi o mnie, to telefon chowam do kieszeni w swoim termo- bidonie na pasku na biodrach. A to dlatego, że wszystko, co zakłada się na rękę, bardzo mi przeszkadza, tak jakoś mam. Nie lubię nosić nawet zegarków, stąd również do pulsometru musiałbym się długo przyzwyczajać. Wiadomo, że nie zawsze zabiera się ze sobą termo- bidon, dlatego wtedy jestem zmuszony biec bez żadnej wiedzy o swoim treningu. I muszę się przyznać, że mi z tym dobrze. Nie słucham przynajmniej denerwującego głosu Endomondo. Wiem, że można go wyłączyć, ale wtedy jakaś instynktowna psychoza każe mi się zastanawiać, czy już przebiegłem te kilometry, czy jeszcze nie.

I gdybym miał teraz zdecydować, czy kupować pulsometr, dałbym sobie z tym spokój. Oczywiście ma on funkcje, bez których wiele treningów nie może się obejść, jak na przykład interwały i fartlek. Osobiście wolę jednak tę samą kwotę wydać na jakieś ładne ubranie od One Way. Tym bardziej, że do sprzedaży weszła oczekiwana kolekcja Endless Winter. A do liczenia kilometrów, pozostanę przy pełnym wad Endomondo Pro (nigdy w życiu nie zakupując Premium), z tym że postaram się nie wpadać w złość za każdym razem, gdy GPS odmówi współpracy. Bo na nartach najważniejsza jest niczym niezmącona radość ze świetnych warunków. I takich właśnie wszystkim życzę w nadchodzącym sezonie.