Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontiolahti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontiolahti. Pokaż wszystkie posty

Kariera Larsa Bergera

Lata mijają, młodszy nie będę. Takim oto odkrywczym zdaniem wprowadzam Was do kolejnego tekstu, który tym razem będzie trochę sentymentalny. A co, sezon się skończył, więc wolno mi. Czas jest bezlitosny, nawet dla tych najlepszych, których bardzo lubimy. Ostatnio naszym bohaterem był Anders Soedergren, który ma problemy ze znalezieniem zespołu. Natomiast kilka dni temu Lars Berger zakończył sportową karierę. Norweski biathlonista i jednocześnie zawodnik Teamu LeasePlan Go postanowił zająć się czymś innym. A czym? Tego dowiecie się w dalszej części tekstu, a póki co, przypomnijmy sobie sylwetkę Bergera.

Lars Berger był bardzo barwną postacią, nie tylko w biathlonowym świecie. Większość kibiców kojarzy go pewnie z szybkiego biegania i zwykle wielu pudeł na strzelnicy. Potrafił zawalić sztafetę, ale też zaskoczyć wszystkich, wygrywając jakiś bieg lub meldując się na podium. A trochę tego było, przede wszystkim w biegach sprinterskich. Wiadomo, że przy dwóch strzelaniach "pędziwiatr" nie musiał aż tak bardzo martwić się każdą wizytą na strzelnicy. To właśnie w sprincie Berger stanął na podium pierwszy raz w karierze. Było to w Oestersund w sezonie 2002/2003. Swoje pierwsze zwycięstwo odniósł również w tej samej konkurencji w Hochfilzen (sezon 2003/2004). Zwyciężał również podczas próby przedolimpijskiej w Vancouver w 2009 roku. Pamiętam, jak bardzo zaskoczył mnie tym wynikiem, a dokładniej bezbłędnym strzelaniem. Wyprzedził dzięki temu Ole Einara Bjørndalena, który również nie spudłował ani razu. Warto przypomnieć, że ten bieg był pewnego rodzaju rewanżem na Królu, który kilka tygodni wcześniej pokonał Bergera na Mistrzostwach Świata w Pyeong Chang. I to właśnie tamten bieg sprinterski, rozegrany na niespecjalnej urody trasach oraz przy braku śniegu, zapamiętam na zawsze. Oprócz złotego medalu Bjørndalena i srebrnego Bergera, na trzecim stopniu podium znalazł się Halvard Hanevold. Jakby tego było mało, czwarte miejsce zajął Alexander Os, który zastępował wówczas przeziębionego Emila Hegle Svendsena. Piękne to były chwile, kiedy w pierwszej czwórce znalazło się wszystkich czterech startujących na Mistrzostwach Świata Norwegów. Od tego czasu taka sytuacja się nie powtórzyła.
Podium z Pyeong Chang: srebro- Lars Berger, złoto- Ole Eniar Bjørndalen i brąz- Halvard Hanevold (gimby nie znajo).
Jednak nie tylko w biathlonie potrafił zwyciężać Berger. Dzięki swojej sławnej szybkości startował również w biegach narciarskich. Początkowo odnosił sukcesy w sztafecie, wraz z kolegami z reprezentacji. Zdobył miedzy innymi złoto na Mistrzostwach Świata w Oberstdorfie w 2005 roku. Startował również na 15 km stylem dowolnym. I to właśnie na tym dystansie, dwa lata później odniósł swój największy sukces- został mistrzem świata. Trzeba przyznać, że w zdobyciu tego tytułu pomogła mu trochę pogoda, o czym pisałem już wcześniej. Zwycięzców jednak się nie sądzi, a szczególnie "pędziwiatra". Tuż po tym, jak Berger zakończył przygodę z zawodowym sportem, Simon Fourcade napisał o nim na facebooku: "Będąc w swojej najwyższej formie, był najszybszym zawodnikiem na dystansie 15 km". Trudno się z tym nie zgodzić.

Ostatnie dwa sezony były dla Bergera już nieco trudniejsze. Po tym, jak zakończył Puchar Świata 2010/2011 na 17. miejscu w klasyfikacji generalnej, zaczął spisywać się gorzej. Jednocześnie pojawiały się trudności z utrzymaniem miejsca w kadrze Norwegii, zwłaszcza przy naporze młodych zawodników. Jak pamiętamy, to wtedy największe sukcesy odnosił przecież Tarjei Bø. Stara gwardia z Pyeong Chang powoli odchodziła w zapomnienie, aż w końcu w 2013 roku Berger oraz Alexander Os nie zmieścili się nawet w szerokiej kadrze na nadchodzący sezon olimpijski. Tym samym musieli przygotowywać się samemu i znaleźć własnego sponsora. Obu zawodnikom się to udało do tego stopnia, że zostali wytypowani do startów w Pucharze IBU. Oprócz tego, Berger zajął również miejsce w kadrze na zawody Pucharu Świata w Hochfilzen, co było strzałem w dziesiątkę. "Pędziwiatr" zwyciężył w sprincie, który okazał się właśnie ostatnim wygranym biegiem w karierze tego zawodnika. Po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, które spędził na byciu rezerwowym, dołączył do Teamu LeasePlan Go z myślą o przygotowaniu się do startu na 15 km na Mistrzostwach Świata w biegach narciarskich w Falun oraz w biathlonowym sprincie na MŚ w Kontiolahti. Z najświeższej historii wiemy, że nie udało się osiągnąć żadnego z zakładanych celów. Berger nie znalazł miejsca w kadrze Norwegii. Poza tym, przewlekła kontuzja kolana nie pozwoliła na utrzymanie dobrej formy, co chyba stało się ostatecznym powodem podjętej decyzji o zakończeniu kariery.

I wreszcie odpowiedź na pytanie ze wstępu, na którą pewnie wszyscy czekali. Czym zajmie się Lars Berger po zakończeniu tak bogatej przygody ze startami w Pucharze Świata? Zostanie trenerem biegaczy narciarskich oraz biathlonistów, którzy będą startować na Igrzyskach Paraolimpijskich w Pyeong Chang. Tak więc znów Korea. Miejmy nadzieję, że okaże się ona tak samo szczęśliwa dla naszego bohatera, jak była poprzednim razem.

Lars Berger mimo wszystko nie przestanie biegać. Pamiętam, jak od razu po zawodach w Novym Mescie założył narty i udał się z powrotem na trasę. Właśnie takiego zapamiętam "pędziwiatra"- jako kogoś, komu sport sprawiał prawdziwą radość, bez względu na wynik. I jeszcze tak na koniec, choć wcale nie bez związku dodam, że jeden rok potrafi zmienić wszystko. Przypomnijcie sobie o tym w maju 2016, kiedy nawet Ole Einar Bjørndalen odwiesi swój karabin.

Bardzo chwytliwy tytuł

Muszę się przyznać, że ostatnio coś utrudnia mi pisanie, zabierając jednocześnie mnóstwo czasu. To coś to Biathlon Mania i nie mam tu na myśli ciągłego przeglądania wszystkich możliwych tekstów na temat biathlonu. Coś znacznie gorszego- coraz popularniejsza w internetach gra. Miałem zamiar sprawdzić, co to takiego, skoro większość biathlonistów zachęca do gry na swoich profilach facebookowych. I to był błąd, bo test zamienił się w "ciągłe nabijanie kolejnych leveli i ekspienie". Zgroza, ale jak ktoś ma dużo wolnego czasu, to polecam, całkiem fajna zabawa i wreszcie coś o biathlonie.

Wracając do rzeczy ważniejszych, to jesteśmy już po Mistrzostwach Świata w Kontiolahti. Niewątpliwie pięknych i udanych mistrzostwach, które przyniosły ze sobą wiele niespodziewanych rozstrzygnięć. Bo kto z Was mógł przypuszczać, że najwięcej medali zdobędzie Tarjei Bø? Kto spodziewał się medalu dla Kanady? Kto obstawiał, że liderka klasyfikacji generalnej Pucharu Świata- Darya Domracheva, nie zdobędzie w Finlandii ani jednego medalu? Nie wymieniłem wśród niespodzianek dwóch medali Weroniki Nowakowskiej- Ziemniak, ale nie jest to wynikiem niedopatrzenia. Osiągnięcia reprezentantki Polski były w pełni zasłużone, patrząc na to, jak często bywała w ścisłej czołówce. Podium uciekało z wielu przyczyn, czasem niezależnych od jej samej. Tak, czy inaczej na najważniejszej imprezie sezonu nic nie zawiodło, czego efektem był srebrny medal w sprincie i brązowy w biegu pościgowym. Mimo wszystko, podsumowując prawie dwa tygodnie zmagań, trudno znaleźć jakiś jednoznaczny punkt odniesienia, który nadałby im myśl przewodnią. To tak jakby pisać artykuł do jakiegoś pisma i szukać pomysłów na tytuł. Taki tytuł, który od razu dałby do zrozumienia, czym odbiły się na kibicu minione Mistrzostwa Świata w Kontiolahti.

Zastanówmy się więc wspólnie, co brać pod uwagę, aby było i prawdziwe, i chwytliwe, jak to mawiają spece od dziennikarstwa. Może by tak skupić się na tym, że Martin Fourcade skończył z "tylko" jednym złotem za bieg indywidualny? Słabe, przecież wspomniana wcześniej Domracheva wyjeżdża z niczym, poza tym każdemu życzę tak "nieudanych" mistrzostw. O, to może właśnie Darya, którą idącą za rękę z Bjørndalenem uchwycił ostatnio na swoim zdjęciu jakiś biathlonowy paparazzi? Zdjęcie krążyło w internetach i chyba stanowiło większą sensację od nieco słabszej postawy Białorusinki. Tak więc pomysł wyrzucamy do kosza. A Bjørndalen? Też bez medalu, a był blisko. Po 19. miejscu w sprincie, przyszło 5. w pościgowym, 6. w indywidualnym i wreszcie 4. ze startu wspólnego. Król mimo swojego wieku nadal potrafi zachwycać nie tylko świetną techniką biegu, ale także rezultatami. Niestety, trudny profil trasy w Kontiolahti nie sprzyjał biegowej formie Ole Einara, co wymownie pokazał ostatni występ na 15 km. Bjørndalen jako jedyny był w nim bezbłędny, a mimo to skończył bez medalu. Wcześniejsze wolne tempo grupy prowadzącej nie pozwoliło Norwegowi na ucieczkę w gronie innych bezbłędnych, przez co na rozstrzygającej rundzie znalazło się czterech chętnych do trzech medali. Taka sytuacja nigdy nie jest dobra, zwłaszcza że dwoje z nich to bardzo dobrzy biegacze- Jakov Fak i Ondrej Moravec. Chorwat w barwach Słowenii zrobił w końcu "fak dem ap" i zgarnął złoto, zaś Czech sięgnął po srebrny medal. Tarjei po swoich świetnych mistrzostwach przypomniał sobie najlepsze czasy i szybką końcówką odstawił 41- letniego Króla Biathlonu. Szkoda, znów zabrakło niewiele.
Ole Einar Bjørndalen po biegu ze startu wspólnego.
Podobnie może powiedzieć Simon Fourcade, który próbował zdobyć choćby jeden medal indywidualnie i wyjść z cienia młodszego brata. Widać, że forma przyszła we właściwym momencie, ale wystarczyło to tylko na 4. miejsce w sprincie i 4. w biegu indywidualnym. Od podium za każdym razem dzieliły go sekundy stracone w biegu. Ogromnie szkoda było oglądać tego sympatycznego biathlonistę gdy musi pogodzić się z faktem, że znowu przypada mu to najgorsze dla sportowca miejsce. Na pocieszenie zdobył z drużyną brąz w sztafecie, ale to nie to samo.

Zostawmy więc Simona w spokoju, a skoro wcześniej pojawił się starszy z braci Bø, to może by tak wykorzystać jego historię. Oczami wyobraźni widać tytuł "Po chorobie wróciłem silniejszy", czy coś podobnego, ja tam się nie znam. W każdym razie Tarjei rzeczywiście powrócił do siebie i choć w biegu nadal odstaje od najszybszych, to strzelanie było na bardzo wysokim poziomie. W swoich indywidualnych występach na tych MŚ spudłował tylko 4 razy. Dla porównania polecam wrócić do postu o Tiril Eckhoff i zobaczyć, ile niecelnych strzałów oddała ona lub Emil Hegle Svendsen. Bø do spółki ze swoim bratem rozniósł te mistrzostwa i chwała mu za to. Życzę mu jeszcze lepszego przyszłego sezonu.

Jeszcze inaczej wślizgnęła się na podium Ekatarina Yurlova. Rosjanka nie była nawet przewidziana do startu na MŚ, do składu wcielono ją w ostatniej chwili, zaś w biegu indywidualnym, w którym zdobyła złoty medal, startowała z dalekim numerem i nikt nie przypuszczał, jak wielką niespodziankę sprawi. Udało jej się to, aż za bardzo. Zrzuciła z podium Doro Wierer ku mojemu niezadowoleniu, zamieniła srebrny medal Makarainen, wywalczony w pięknej, heroicznej walce na ostatniej rudzie, na brązowy. Jednym słowem jakoś mi nie po drodze z radością z takiej niespodzianki. Poza tym, tytuł w stylu "Ostatnich gryzą psy" to numer stary jak sam świat. Zresztą, taka jest natura biegu indywidualnego, więc sensacji w czyimś bezbłędnym strzelaniu bym nie szukał. A ostatnia runda biegowa Karin Oberhofer w mass starcie? Wyprzedzić Domrachevą w walce o medal to było coś. Ale wciąż za mało, żeby trzymać się tego pojedynczego wyczynu w odniesieniu do całych mistrzostw. Włoszki ogólnie bardzo dobrze się spisały, o czym najlepiej świadczy brązowy medal w sztafecie.
Karin Oberhofer podczas konferencji prasowej po biegu ze startu wspólnego.
O dobrym strzelaniu Niemców też nie ma co mówić. Jak nie mogli drzwiami, to weszli oknem. Znaczy się, że przy słabym biegu ratowało ich szybkie i celne strzelanie. Różnie im to wyszło. Simon Schempp spróbował na przykład zrobić odwrotnie, dzięki czemu nie zakwalifikował się nawet do biegu pościgowego. Lesser postąpił według planu i wystrzelał sobie tytuł mistrza świata w biegu pościgowym. Jeszcze w sztafecie udało się przełamać dobrą passę Norwegów do wygrywania na MŚ, ale to tak jakby wbić mi nóż w plecy. Z przyczyn oczywistych dalej tematu nie rozwinę.

Czas leci, niedługo w Khanty- Mansiysku skończy się sezon Pucharu Świata, a ja wciąż nie będę miał tytułu dla podsumowania Mistrzostw Świata w Kontiolahti. Jeszcze chwila, a zapomnę szczegółów, pomylą się miejsca i tyle z tego będzie. I chyba tak to zostawię. Tytuł nie zawsze musi być "chwytliwy", bo to nie gazeta do kupienia w kiosku za rogiem. Trudno, pomysł nie przyszedł, a powody mogą być dwa. Albo te mistrzostwa były tak ciekawe, wielobarwne i zmienne, albo jestem idiotą. Wybór zostawiam Czytelnikowi i wracam grać w tę nieszczęsną Biathlon Manię...

Skąd się wzięły łzy Tiril Eckhoff?

Mistrzostwa Świata w Kontiolahti są już na ostatniej prostej. Dziś rozdano medale w biegu indywidualnym mężczyzn, zaś wczoraj tę samą konkurencję rozegrały panie. W pierwszym przypadku Emil Hegle Svendsen przełamał złą strzelecką passę, nękającą go dotychczas na tegorocznych mistrzostwach i zdobył srebrny medal. Niestety tego samego nie może powiedzieć inna gwiazda norweskiego zespołu- Tiril Eckhoff. W biegach, w których brała udział, na 16 wizyt na strzelnicy, popełniła aż 17 błędów. Skutkowało to oczywiście dalekimi miejscami: 19. w sprincie, 18. w pościgowym i 52. w biegu indywidualnym. Co się stało z tą zawodniczką?
Problemy zaczęły się już od fatalnego strzelania podczas sztafety mieszanej, co skutkowało karną rundą dla Norwegii.
Jak można łatwo zauważyć, większość pudeł Eckhoff padło podczas strzelania w postawie stojąc. Sama przyznaje, że stromy podbieg tuż przed strzelnicą i związane z jego pokonaniem zmęczenie, bardzo utrudnia jej utrzymanie prawidłowej pozycji na strzelnicy. To prawda, że trasa w Kontiolahti odznacza się właśnie tym wzniesieniem, z którym jednak mierzą się wszystkie zawodniczki, potrafiące później strzelać bezbłędnie. Pełniący obecnie rolę eksperta norweskiej telewizji NRK były biathlonista Halvard Hanevold wyjaśnia, że być może problem leży po stronie złego przygotowania do takich warunków. Według niego, najlepszym rozwiązaniem byłby trening strzelecki przy wyższym tętnie, niż zazwyczaj. Wszystko po to, aby możliwie najwierniej odwzorować sytuację, w jakiej znajdują się zawodnicy wbiegając na strzelnicę w Kontiolahti. Ostatecznie rozważane było również wolniejsze strzelanie. Tak postąpił Emil Hegle Svendsen w dzisiejszym biegu długim i najwyraźniej mu się to opłaciło. Tiril będzie mogła się jeszcze poprawić w jutrzejszej sztafecie oraz niedzielnym biegu masowym.

Innym problemem młodej Eckhoff może być presja, z którą najwyraźniej nie może sobie poradzić. Jeszcze przed mistrzostwami udzieliła długiego wywiadu telewizji NRK, podczas którego ze łzami w oczach mówiła o problemach związanych z byciem w centrum uwagi kibiców. Po zakończeniu kariery przez Torę Berger, większość namaściła właśnie Tiril na jej następczynię. Zwłaszcza po udanych Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, na których zdobyła złoto w sztafecie mieszanej, brąz w biegu masowym oraz brąz w sztafecie. Na początku obecnego sezonu również mogło się wydawać, że kolejna Norweżka na stałe zadomowiła się w czołówce Pucharu Świata. Po świetnych występach w Oestersund (m. in. zwycięstwo w sprincie) i dobrych w Hochfilzen pojawiły się problemy zdrowotne, po których wróciła na trasy jakby trochę zgaszona. W drugiej części sezonu było już nieco gorzej, aż w końcu na ostatnich zawodach przed Mistrzostwami Świata, czyli w Oslo, nastąpiło załamanie formy. Potwierdzeniem było 36. miejsce w biegu indywidualnym. W sprincie było już lepiej, bo zajęła 8. pozycję , choć nadal daleko od komfortu psychicznego przed najważniejszą imprezą sezonu. Jak przyznała podczas wywiadu: "Koniec z pokerową twarzą", ocierając jednocześnie łzy.

Problemy i łzy Tiril Eckhoff nie wzięły się znikąd. Jest to związane z obawą przejęcia odpowiedzialności przed kibicami za swoje wszystkie wyniki. Przy Berger, dobre wyniki "anonimowej" Eckhoff były miłą niespodzianką. Tymczasem nagle stało się to normalnością i wręcz obowiązkiem. I nawet, jeżeli nie jest tak w rzeczywistości i nikt nie chce wywierać presji na zawodniczkę, w jej głowie wygląda to właśnie w ten sposób. Ponadto nawet sama historia pokazuje, jak kolejne norweskie zawodniczki przejmowały po sobie pozycję najlepszej w reprezentacji. Pod koniec epoki świetnej Liv Grete Poiree (Skjelbreid), mistrzynią świata w 2005 roku została Gro Marit Istad Kristiansen. Później w 2007 przyszedł czas na sukcesy Lindy Grubben (Tjørhom), po której na piedestale znalazła się Tora Berger. Swojej pozycji nie opuściła przez wiele lat, mimo różnych problemów, o czym już kiedyś pisałem. Mam nadzieję, że zdolność do poradzenia sobie z przewodnictwem w kadrze pojawi się u Tiril Eckhoff. Nie musi to wcale nastąpić od razu. Takie rzeczy przychodzą po prostu z wiekiem i chyba w jej przypadku będzie tak samo. A jeżeli nie teraz, to za rok, bo Mistrzostwa Świata odbędą się wówczas w Oslo.

Najmłodszy mistrz świata i jego brat

Skoro zmiana nazwy wywołuje takie zdarzenia w biathlonie, to będę ją przeprowadzał codziennie. W dzisiejszych biegach sprinterskich na Mistrzostwach Świata w Kontiolahti nastąpiło tyle pięknych i historycznych chwil, że do opisania każdej z nich potrzebny by był osobny post. Trudno jednak pozostać wobec tego obojętnym i choćby drugie tyle wydarzyło się jutro, już teraz postanowiłem o tym napisać.

Zacznę od biegu mężczyzn, który odbył się jako pierwszy. Jeżeli ktoś nie przewidywał żadnej dramaturgii i twierdził, że kandydat do zwycięstwa jest tylko jeden, został zawiedziony przez pogodę. To właśnie warunki atmosferyczne dodały trochę dramaturgii do zawodów, czyniąc strzelanie tak trudnym, że równie dobrze biathloniści mogliby je wykonywać w pozycji tzw. "na Schwarzeneggera", nie patrząc w przyrządy celownicze. Odbiło się to na takich znakomitościach, jak Martin Fourcade, Ole Einar Bjoerndalen, czy Emil Hegle Svendsen. Dwaj pierwsi zakończyli rywalizację z trzema karnymi rundami, zaś ostatni z czterema w pakiecie z "naiwnie" wyglądającym upadkiem (film poniżej).



Trzeba przyznać, że trasa w Kontiolahti też nie należała dziś do najprzyjemniejszych. Wszystko razem złożyło się na selektywność, która jest ogromnie istotna podczas zawodów rangi mistrzowskiej. Dyspozycja dnia, wyśmienite przygotowanie, a czasem szczęście decyduje tu o sukcesie. Wszystkiego nie zabrakło dziś młodszemu z braci Boe. Johannes Thingnes nigdy nie przegrał w Kontiolahti przed dzisiejszym startem i na razie nie wygląda na to, aby miało się to zmienić. Dziś stał się najmłodszym w historii biathlonowym mistrzem świata. Jego starszy brat Tarjei zatroszczył się o inny rekord. Zdobywając brązowy medal wpisał rodzinę Boe jako pierwszych w historii braci na podium w indywidualnej konkurencji MŚ. Tomasz Jaroński jeszcze dawno temu powiedział, że Boe to skrót od "Bjoerndalen Ole Einar" i stąd bierze się talent tych zawodników. Dziś do tego wracam i odnoszę wrażenie, że w tej niewinnej grze słów kryje się jakaś prawda.
Szczęśliwi bracia na konferencji prasowej.
Ten, który znalazł się pomiędzy dwójką Boe, długo czekał na swoje pierwsze podium w karierze. Tym lepiej się złożyło, że nastąpiło ono na Mistrzostwach Świata. Nathan Smith, jak sam przyznał na konferencji prasowej, nigdy nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. A niepotrzebnie, bo już kilkukrotnie, nawet w tym sezonie, kręcił się blisko podium. Również rok temu na IO w Sochi notował dobre wyniki dla Kanady wraz ze swoim kolegą Jean- Philippem Leguellec. Dziś jego starania zostały ukoronowane srebrnym medalem, pierwszym w historii dla Kanadyjczyka. Wcześniej bowiem podobne sukcesy odnosiła tylko biathlonistka z tego kraju- Myriam Bédard. Od dziś również mężczyźni mogą się pochwalić wynikami na wielkich imprezach.
Nathan Smith podczas konferencji prasowej.
Bieg pań przebiegał w jeszcze trudniejszych warunkach. Do wiejącego wiatru dołączył padający śnieg. Pudeł na strzelnicy było więc jeszcze więcej, zwłaszcza podczas prób w postawie stojąc. Podobnie jak u panów, zupełnie pogubiły się faworytki. Darya Domracheva i Kaisa Makarainen zaliczyły po pięć karnych rund i zajęły dalekie miejsca. Nikt, oprócz jednej zawodniczki, nie był w stanie strzelać bezbłędnie. Na nasze szczęście tą jedyną celną biathlonistką była Weronika Nowakowska- Ziemniak. Wyśmienite strzelanie oraz dobry bieg, wbrew niechęci do trasy w Kontiolahti, przyniosły jej pierwsze podium w karierze, czyli srebrny medal Mistrzostw Świata. Historia podobna do Smitha, ale znacznie nam bliższa. Na konferencji prasowej zaznaczała, że być może jest najszczęśliwszą z medalistek. Wcześniej przypuszczała, że będą to jej ostatnie Mistrzostwa Świata. Tymczasem przy tym sukcesie może zmieni zdanie. Z pewnością liczy na to teraz każdy kibic biathlonu.

Weronika Nowakowska- Ziemniak na pierwszej konferencji prasowej dla podium.
Szybsza od reprezentantki Polski, mimo jednego pudła na strzelnicy, była tylko powracająca po przerwie macierzyńskiej Marie Dorin- Habert. Francuzka miała koszmarny poprzedni sezon. Przystępowała do niego w bardzo wysokiej formie, jednak złamana kostka podczas treningu przed pierwszymi zawodami w Oestersund pogrzebała wszelkie plany na starty. Kontuzja umożliwiła jej zajęcie się rodziną. I tak oto, niedługo po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, pojawiła się informacja o ciąży. Marie urodziła córkę we wrześniu, zaś do startów powróciła w tym sezonie w styczniu, nastawiając się przede wszystkim na Mistrzostwa Świata. Opłaciło się, co widać po złotym medalu wywalczonym w sprincie. Z pewnością takie "zadośćuczynienie" za odniesioną kontuzję ją usatysfakcjonuje. Tytuł mistrzyni świata jest jej pierwszym takim osiągnięciem w karierze. Francja tym samym ma kolejną zdobywczynię tego tytułu po Sylvie Becaert i Florence Baverel.
Marie Dorin- Habert.
Brązowy medal w sprincie zdobyła Valj Semerenko. Można powiedzieć, że to nazwisko tradycyjnie już zameldowało się na podium wielkiej imprezy. Zmienia się tylko imię, bo czasem jest to właśnie Valj, a czasem Vita. Tym razem pod nieobecność Vity, swoje zadanie wykonała druga z sióstr. Warto odnotować również 5. miejsce Krystyny Guzik z jedną karną rundą oraz 7. miejsce Magdaleny Gwizdoń z dwoma karnymi rundami. W pościgowym będzie się działo...

Tyle się działo, że nawet prawie zabrakło dnia na podsumowanie. Jeżeli dalej mają tak wyglądać Mistrzostwa Świata w Kontiolahti, to choćbym miał umrzeć z przepracowania, chcę takich emocji, o których warto pisać. A przecież jutro jeszcze ciekawsze biegi pościgowe i legendarny Bieg Wazów (Vasaloppet) o nieludzkiej porze (8 rano). Najwidoczniej dobre rozstrzygnięcia zapadają wtedy, gdy się ogląda biathlon z byłym zawodnikiem ;-)

Witam i zapraszam

Zmiany nastąpiły, dlatego miło mi powitać Was wszystkich na nowym- starym blogu. Od dziś piszę pod nazwą: Północny Punkt Widzenia. Adres też będzie nowy, inny i chyba trochę łatwiejszy do skojarzenia z tematyką bloga. Niech sobie więc każdy zapisze, że od teraz znajdzie mnie na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com. Zapraszam, będzie to, co zwykle.

Czyli co? Bo właściwie otwieram tu sobie jakiś nowy rozdział, a sam nie wiem, co w nim umieszczę. W takim razie zastanówmy się. Będzie biathlon, duuuużo biathlonu. Dość pomyśleć, że przed nami jeszcze całe Mistrzostwa Świata w Kontiolahti, które nam tak pięknie rozpoczęły od sztafet mieszanych. Już jutro sprinty, a w niedzielę biegi pościgowe. Jak szybko się zaczęło, tak szybko się zapewne skończy. Szczególnie jestem ciekaw formy Ole Einara Bjoerndalena, który przecież w Kontiolahti odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczymy Igrzyska Olimpijskie w Sochi). A skoro już wspomniałem o dużej imprezie, to od razu muszę zaznaczyć niesamowitą umiejętność przygotowania się Norwega na takie właśnie punkty sezonu. O tym, jak przygotował się do tych Mistrzostw Świata przekonamy się jutro o 13:17, kiedy z numerem #34 wyruszy na trasę. Pisząc to wszystko już wiem, że w nowej odsłonie będzie dużo Bjoerndalena (a na pewno do przyszłego roku, kiedy ma zamiar zakończyć karierę). Zaraz, a dlaczego nie Bjørndalena? Szczerze mówiąc, to przez te wszystkie lata takiej pisowni nazwiska Króla, jakoś nie potrafię przejść na poprawną ;-)

Nie zabraknie biegów narciarskich. W każdej formie, czyli po amatorsku i zawodowo, a czasem być może w obu naraz. Co do tej związanej z Pucharem Świata i innymi wielkimi imprezami, w niedzielę będziemy mogli obserwować Bieg Wazów (Vasaloppet). Polecam oglądać, bo na starcie zobaczymy między innymi mistrza świata z Falun Johana Olssona, znakomitego Andersa Soedergrena, zaś grono kobiet zasili Justyna Kowalczyk. Transmisja rozpocznie się o 7:45 na oficjalnej stronie Swix Ski Classics. Bieganie amatorskie też oczywiście cały czas trwa, postaram się coś ciekawego wkrótce na ten temat poopowiadać, a może sprawdzić jakieś trasy. To, że zaczął się marzec, wcale nie oznacza dla mnie końca zimy.

I wreszcie to, co zdeterminowało zmianę nazwy. Studia w Alcie, na Północy Norwegii, będą tematem, który już od sierpnia na stałe zagości na blogu. Stąd właśnie bierze się nowy punkt widzenia. Oprócz tego, wypadałoby zatroszczyć się o jakieś porządne logo. Na razie jest ono w przygotowaniu i jak mogliście się przekonać na profilu facebookowym, zostało "przyozdobione" pewnym niespodziewanym gościem.


To nie jest oczywiście wersja finalna. Właściwie to pod twarzą trollface kryje się coś innego. Co lub raczej kto to może być? A może Wy macie jakieś sugestie dotyczące tego, co powinno znaleźć się na miejscu nieszczęsnego mema? Jeżeli tak, śmiało umieszczajcie je w komentarzach pod tym postem. I to raczej tyle, jeżeli chodzi o wstęp do nowego rozdziału. Witam i zapraszam...

Wiosenne Kontiolahti

Przy takiej pogodzie, jaką mamy obecnie, trudno uciec od ciągłego powtarzania, że to już jest wiosna. Mówią tak w TV, w internetach, na ulicach. Nawet kolarstwo coraz śmielej wdziera się na antenę Eurosportu ze swoimi wyścigami "ku słońcu", czyli Paryż- Nicea oraz Tirreno- Adriatico, wypierając tym samym sporty zimowe. Kilka z nich będzie miało swój epilog już w ten weekend, przede wszystkim narciarstwo alpejskie oraz biegi narciarskie. Sezon, a wraz z nim zima zbliża się rzeczywiście ku końcowi i jest to trochę smutne. Zwykle tak było, że najpierw kończyły się zmagania pucharowe, a później dopiero ostatnie dni na śniegu. Jedno tylko tu nie pasuje. Jak może kończyć się coś, co nawet na dobre się nie zaczęło?

Ten sezon na pewno przejdzie do historii, jako najgorszy pod kątem pogody. Wystarczy tylko wspomnieć problemy ze śniegiem w praktycznie każdej zimowej dyscyplinie sportu. Wietrzne Oestersund, Oberhof bez śniegu i oczywiście gorące Sochi to tylko kilka problemów pucharowej rywalizacji. Tymczasem ucierpiały nie tylko zawody najwyższej rangi. Również znany cykl maratonów Worldloppet & FIS Marathon Cup stracił kilka biegów i dystansów przez złe warunki atmosferyczne. Jednym z biegów zaliczanych do FIS Marathon Cup był Bieg Piastów. W tym roku najdłuższy dystans 50 km został skrócony do zaledwie 8 km. Natomiast Demino Ski Marathon oraz Jizerská Padesatka z Worldloppet nie odbyły się wcale. To idealnie obrazuje, jak bardzo złe panują warunki. Nie piszę tego w czasie przeszłym, bo mimo wszystko nadal gdzieś w głębi wierzę, że coś się odmieni. Zima w kalendarzu jeszcze trwa i zawsze jakiś opad śniegu, który pozwoli na przygotowanie tras, może się zdarzyć. Tylko ta nadzieja, choć umiera ostatnia, w końcu będzie musiała ustąpić rezygnacji. Oby tak się nie stało i rzeczywiście udało się choć raz w tym miesiącu wreszcie użyć nowych One Way Premio 9. Światełkiem w tunelu są norweskie prognozy pogody z yr.no, które konsekwentnie zapowiadają opady śniegu w Jakuszycach w najbliższy weekend. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, biorąc pod uwagę, że tamtejsze trasy są już oficjalnie zamknięte.

Natomiast wracając do finałów Pucharu Świata, to już trwa narciarstwo alpejskie w Lenzerheide, zaś w weekend czekają nas zawody w Falun, po których poznamy zwyciężczynię dużej kryształowej kuli w biegach narciarskich. Celowo piszę tylko o zwyciężczyni, bo wśród mężczyzn kryształ już zapewnił sobie Martin Johnsrud Sundby. Jedno jest pewne. Obydwa trofea trafią do Norwegii, bo w rywalizacji liczą się jedynie Marit Bjoergen i Therese Johaug. Biorąc pod uwagę finałowe konkurencje, należy spodziewać się wygranej tej pierwszej, która dołożyłaby tym samym kolejny sukces do swojej pokaźnej galerii. Najbardziej szkoda Astrid Uhrenholdt Jacobsen, która po świetnym w jej wykonaniu Tour de Ski musiała zmierzyć się z osobistą tragedią, jaką była śmierć jej brata. Do tego podczas niedawnego biegu na 30 km w Oslo wypadła z trasy i doznała wstrząśnienia mózgu.

Jeżeli chodzi o biathlon, to tym razem Puchar Świata zawitał do fińskiego Kontiolahti. Na szczęście nie oznacza to rozstania się z emocjami, bo czekają nas jeszcze biegi w Oslo na zakończenie. Jednak nawet na północy panuje już aura podobna do wiosennej. Na bardzo wymagających trasach biathlonistów będzie dodatkowo męczył miękki śnieg. Temperatury utrzymują się powyżej zera. Trener reprezentacji USA, Fin Jonne Kähkönen powiedział nawet, że w tym rejonie Finlandii nigdy na początku marca podobnej pogody nie widział. Zapowiadają się więc kolejne zawody w atmosferze anomalii. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę, że to właśnie w Kontiolahti Ole Einar Bjoerndalen odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczyć Igrzyska Olimpijskie w Sochi). Był to bieg pościgowy, rozgrywany przy dużym mrozie, którego teraz chyba nikt nie potrafi sobie wyobrazić. Może więc zarówno mróz, jak i król przypomną o sobie znów w tym samym miejscu? Już jutro o 15:10 sprint mężczyzn, zaś o 17:45 pobiegną kobiety. Następnie w sobotę kolejne dwa sprinty (rekompensata za odwołane biegi) oraz biegi pościgowe w niedzielę. Przypuszczam, że do niedzielnych pościgów zostaną wzięte czasy z tego drugiego sprintu. To trochę nie fair. Osobiście wyciągnąłbym średnią czasów z obu sprintów każdego zawodnika i na tej podstawie ułożył listę startową. Roboty byłoby więcej, ale jakże ciekawie wyglądałaby rywalizacja! Przed wszystkim, polecam film z wycieczką po 2,5- kilometrowej pętli, po której oprowadza Marie Laukkanen.


Wiadomo było, że prędzej czy później rzeczywiście emocje związane ze startami Justyny Kowalczyk, zastąpią starty fantastycznego Michała Kwiatkowskiego, który obecnie ściga się w Tirreno- Adriatico. Szkoda tylko, że musiało to nastąpić znacznie prędzej i tak drastycznie. Nie chodzi tu o kontuzję naszej zawodniczki. Mam raczej na myśli, że przez obecną aurę, po zakończeniu wszystkich zimowych zmagań, po wszystkim pozostanie tylko wspomnienie. A zwykle było przecież inaczej... Ale o tym już kiedy indziej. Na razie w ramach rekompensaty za nietransmitowaną pięćdziesiątkę w Oslo, polecam sobie obejrzeć ten sam dystans w 2012 roku.

Refleksja po sezonie- "Król Ole bez zwycięstwa"

Na pewno każdy przeczuwał, że kiedyś może się to zdarzyć. Otóż, po raz pierwszy od sezonu 1995/1996, przeglądając listę zwycięzców poszczególnych zawodów biathlonowego Pucharu Świata, nie ujrzymy na niej Ole Einara Bjoerndalena. Dla jego zagorzałych fanów, w tym także i dla mnie, jest to pewnego rodzaju rozczarowanie. Ktoś, kogo uważamy za bohatera, powoli przestaje nim być. Stwierdzam to, czego bardzo się bałem: dziś zwycięstwo OEB byłoby już tylko miłą niespodzianką, nie zaś codziennością. Do tego jeszcze zakończony sezon 2012/2013 był jego najgorszym od 18 lat pod kątem miejsca w klasyfikacji generalnej PŚ, zajął bowiem dopiero 22. miejsce. Gorzej było tylko, gdy zaczynał przygodę wśród seniorów, czyli 30. miejsce w sezonie 1993/1994 oraz 62. w 1992/1993.  Każdy powie, że to wiek robi swoje i 39- letni biathlonista, nawet jeżeli jest żywą legendą, nie pokona znacznie młodszego Fourcade czy Svendsena. Owszem, jest to prawdą, ale nie w każdym calu.
Tym wyjątkiem odbiegającym od reguły były tegoroczne mistrzostwa świata w Nowym Mieście, a konkretnie bieg sprinterski. Tak się składa, że byłem tam na widowni i mogłem na żywo oglądać zmagania biathlonistów i biathlonistek. OEB był wówczas bardzo mocny, do tego stopnia, że zacząłem na prawdę wierzyć w jego zwycięstwo. Być może nie wszyscy pamiętają, dlatego przytoczę: pierwsze strzelanie bezbłędne i bardzo dobry bieg, co dało mu pierwsze miejsce na międzyczasie zamykającym pierwszą rundę. Na drugiej trochę stracił do Svendsena i Fourcade, lecz otworzyła się furtka w postaci ich pudła w "stójce". Doskonale o tym wiedział, bowiem biegł z 58. numerem i wszystkich, z którymi walczył, miał przed sobą. Powiedzmy sobie wszyscy szczerze, że jego bezbłędne strzelanie dałoby mu tytuł mistrza świata, a ja byłbym tego świadkiem... To nie jest takie "biathlonowe gdybanie", które wszyscy lubimy uprawiać, taka jest gorzka prawda. Pamiętamy przecież, co wydarzyło się później. OEB dobiegł do drugiego strzelania, wszystkie trybuny na Vysocinie Arenie wstrzymały oddech (ja omal nie umarłem), po czym oddał 4 celne strzały, którym towarzyszyły niezwykle gromkie okrzyki publiczności, zaś ten najważniejszy- piąty, chybił. Kolejna biathlonowa zasada się sprawdziła: nie ma niczego pewnego, dopóki nie przekroczysz linii mety. Jedyne, co mogło wyrazić niedowierzanie, jak blisko był złoty medal i jak szybko się oddalił, to mój i norweskich kibiców stojących nieopodal, jęk zawodu. Od tego momentu było wiadomo, że król będzie co najwyżej na trzecim miejscu, co też nie byłoby złym wynikiem. Wyprzedził go jednak Jakov Fak, chorwacki Słoweniec z nazwiskiem wyrażającym dokładnie moje emocje z tych chwil , który zawsze pojawia się w najmniej spodziewanym momencie i zdobywa medal. Tak było i tym razem, a Bjoerndalenowi przypadło najgorsze miejsce dla sportowca, czyli czwarte. Na "ceremonii kwiatów" był jednak bardzo zadowolony, swój bukiet rzucił nawet wśród publiczność, szkoda że nie w moją stronę.


Chyba najbardziej liczyło się dla niego (i w sumie też dla mnie), że nadal potrafi się doskonale przygotować do ważnej imprezy, co nie przekreśla go z listy faworytów przed IO w Sochi. Najgorzej jest jednak, gdy cały wkład w przygotowania niweczy ten jeden strzał. Taki już jest biathlon...
A ja i tak zawsze będę pamiętał wspaniałe (raczej tylko pod kątem występów OEB) Mistrzostwa Świata w Pyeong Chang w sezonie 2008/2009, kiedy to król wygrał prawie wszystko, co tylko się dało. To właśnie wtedy został pobity rekord pucharowych zwycięstw należący do Ingemara Stenmarka. Emocji było wiele, a na dowód przytaczam krótki filmik z ostatniej zmiany sztafety.


Skoro już tak sobie wspominam, to czas przypomnieć pierwsze zwycięstwo Bjoerndalena. Był to bieg indywidualny w Antholz- Anterselvie w sezonie 1995/1996. Ja byłem na świecie zaledwie od roku, a on już zwyciężał. Od tego momentu nie było takiego sezonu, w którym OEB nie wygrałby choć jednego biegu. Wtedy właśnie narodziła się legenda. Zwycięstw przybywało, aż w końcu ich liczba dobiła do 92.
Piękną serię zakończył bieg pościgowy w Kontiolahti w sezonie 2011/2012, co stanowiło 93. triumf w karierze Norwega. Już wtedy mówiono, że król niczego nie wygra, ale tamten bieg był swego rodzaju odpowiedzią na słowa sceptyków i być może na zwątpienie jego samego. Pamiętam tą wielką radość, jakiej  dawno nie było. OEB mógł wreszcie powiedzieć: "I still got it!". Dla przypomnienia również krótki filmik.


I tak oto powracamy do dnia dzisiejszego. Mimo braku zwycięstw, nie można powiedzieć, że "umarł król, niech żyje król" w osobie na przykład Martina Fourcade. Na miano legendy biathlonu należy zapracować wieloma udanymi sezonami. Po tylu latach, panowanie Ole Einara Bjoerndalena wcale się nie kończy i trwać będzie dopóki, dopóty startuje i do niego należy rekord liczby zwycięstw w Pucharze Świata. Ja zaś głęboko wierzę, że zwycięstwo z Kontiolahti nie okaże się jego ostatnim i mimo 40 lat na karku będzie w stanie wspiąć się na wyżyny swoich wielkich możliwości na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi. Na koniec kilka filmików z najbardziej efektownych zwycięstw OEB.