Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ski Classics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ski Classics. Pokaż wszystkie posty

Ostatnie narty na Północy

"Przyszłość? Nie jestem jej mocno ciekaw,
Jeszcze się poodszczekuję prześladowcom i uciekam"

Dobra, poopowiadalim i pobawilim się w poprzednim poście, ale ostatnio to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, jak patrzy się przez okno. A jako, że zwykle preferuję to pierwsze, wyszło takie coś, jak ostatnim razem. Bo na dworze na przemian pada śnieg do tego stopnia, że świata nie widać, a zaraz potem wychodzi ciepłe wiosenne słońce, dając zupełnie inny widok. Pogoda nie wie, czy jest jeszcze zima, czy już wiosna, a może nawet lato. Dlatego i ja nie wiem, czy raczej pójść pobiegać, czy spróbować jeszcze załapać się na ostatnie chwile na nartach. Kierując się jednak narciarskim sercem i zbiegiem okoliczności, dzięki któremu mogłem pojechać znów ze znajomym pastorem na trasy Kaiskuru, skorzystałem z okazji i przedłużyłem nieco nieoczekiwanie sezon zimowy.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Śnieżny kwiecień
Widok z okna całkiem niedawno. Zaraz potem wyszło słońce, które wdarło mi się do pokoju niczym uchodźcy do Kirkenes.
Ale zanim to nastąpiło, minął cały tydzień właśnie tak zwariowanej pogody, jak zaznaczałem we wstępie. Gdyby opisać to jakoś bardziej obrazowo, to sytuacja za oknem zmieniała się częściej niż kolor włosów Michała Wiśniewskiego. Ale oprócz tego zauważyłem również lepszą stronę kwietnia. Dzień wydłużył się do tego stopnia, że jeszcze o 21 nie potrzeba zapalać światła w pokoju. No chyba, że się czyta, to wtedy co innego. I tak na przykład mając do przeczytania książkę na zajęcia z norweskiego, każdego wieczoru powinienem właśnie korzystać z dobrodziejstw lampki z Ikei, którą jak na ironię przywiozłem sobie z Polski. Gdybym mieszkał w Szwecji, to mógłbym powiedzieć, że przywiozłem drzewo do lasu. A tak to mogę tylko pochwalić się przywiezieniem tegoż drzewa na skraj leśnego parkingu, na który podróżujący samochodami przywożą coś zupełnie innego. Wracając jednak do tej lampki pomagającej przy czytaniu (bo przy pisaniu to już nie, bo przez fakt bycia leworęcznym zasłaniam sobie całe światło- odkryłem to po dwóch miesiącach), to używam ją właśnie w tym celu, by przyswajać kolejne strony książki "Ski i Norge". Zgodnie z nazwą czytam (niestety nie zgadliście- nie o wpływie polsko brzmiących nazwisk na sytuację ekonomiczną Norwegii) o historii nart w tym kraju, co swoją drogą jest ciekawe. Zwłaszcza, że dziś typowo sportowe i rekreacyjne ich przeznaczenie ustępowało kiedyś roli środka komunikacji, tak ważnego dla daleko od siebie oddalonych osad. Już około 130 r.p.n.e używano nart w okolicach Alty, a w XIX wieku zorganizowano pierwsze zawody, również na Północy. Stąd mamy wszystkie te maratony, które co roku odbywają się w przeróżnych częściach Norwegii i ogólnie pojętą tradycję, będącą od wieków pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym krainy fiordów. Kto wie, może kiedyś zostanie wydana podobna publikacja o batoniku Kvikk Lunsj, który przez wielu obywateli tego kraju jest obecnie uznawany za taki prawdziwy wyznacznik ich świadomości narodowej. Podobno jak się im powie o istnieniu KitKata, to dostają dziwnego wyrazu twarzy, a z ich głowy wydobywa się dym i zapach spalenizny.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Wieczorne słońce.
Mniej więcej tak wygląda godzina 19 w Alcie. I właśnie widoczne słońce lubi mi się wdzierać do pokoju o tej porze.
Na razie zmierzamy z tematem wszędzie, tylko nie na narty, ale spokojnie, ja też tak myślałem w poprzednim tygodniu. Patrząc na okolicę, obserwując coraz to jaśniejsze niebo późnym wieczorem i bardziej niebieskie niż czarne noce wciąż dziwiłem się, że śnieg ma jeszcze prawo leżeć za moim oknem. Mało tego, o 2 rano znów zaczyna się robić jaśniej, co jest już znaczną różnicą choćby w porównaniu z tą komedią sprzed dwóch tygodni. Wszystko to zwiastuje nadejście pory ze względną jasnością przez całą dobę, a co za tym idzie dnia polarnego. Podobną zapowiedzią jest unoszący się w okolicy każdej ze szkół zapach dwusuwu. Bierze się on oczywiście z crossowych motocykli, którymi dojeżdża na zajęcia każdy szanujący się norweski uczeń. Wraz z przyjściem lepszych warunków do jazdy wszyscy wyciągnęli na ulice swoje maszyny, które dostali jako prezent na konfirmację. Póki jednak mamy coś takiego jak zachód słońca, często wyznacza on pewnego rodzaju rutynę. Na przykład zwykle wtedy pojawia się za moim oknem biały zając, szyderczo patrzy na to, jak zrywam się po aparat niczym rażony piorunem, po czym kica do swojej kryjówki na herbatę z Alicją w krainie czarów. Z tym ostatnim to przesadziłem, bo on raczej kwietniowy niż marcowy, ale reszta rzeczywiście miała miejsce już kilka razy i za każdym razem mi uciekł. To jednak daje mi pewne odczucie o tym, która to już jest godzina i jak bardzo zmarnowałem dzień, zapominając o włączeniu swojej lampki do poczytania. Spirala porażki nie mogła kręcić się w nieskończoność i w końcu mój los się odmienił, gdy w ostatnią sobotę w pięknym przedpołudniowym słońcu wybrałem się z pastorem na Kaiskuru.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Stacja elektroenergetyczna Kaiskuru
Stacja elektroenergetyczna Kaiskuru. Trasa biegowa przebiega dokładnie obok niej.
Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Widok z Kaiskuru
Po jednej stronie energetyka, a po drugiej taki widok.
Pierwszy raz widziałem tak naprawdę te trasy za dnia, z racji na wcześniejsze ciemne wieki. A był to widok jeszcze bardziej zachwycający. Pętla 5- kilometrowa pozostała bez zmian, ale za to po jej lewej stronie z mroku wyłoniła się dzielnica Tverrelvdalen, w której mieszka Finn Hågen Krogh (trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w biegach narciarskich). Domki o wiejskim wyglądzie zdobiły okolicę, którą wieńczyły dodatkowo strzeliste góry. Pokonywaliśmy kolejne kilometry, wydające się dla mnie czymś zupełnie nowym. Również stacja elektroenergetyczna, która mijana ostatnim razem w nocy robiła wrażenie ogromnej, tego dnia wyglądała na niewielkie pole kilku słupów wysokiego napięcia, podobne do tego w Kowarach. W niektórych miejscach śniegu było bardzo niewiele, choć wciąż był on dość dobrze ubity. Podobnie bywało w Polsce w okolicach lutego, czy marca. Biegnąc po trasie i mijając gołe kamienie tuż obok niej, mogło się mieć wrażenie, że zaraz samemu się na nie wypadnie. W północnym słońcu nic jednak nie mogło popsuć tego dobrego treningu. Mimo typowo posezonowej pory, udało się jeszcze wysilić na tyle, na ile pozwolił odzwyczajony w ostatnim czasie od większych aktywności organizm.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Trasa Kaiskuru
Oczywiście nie wszędzie było jednakowo dużo śniegu, jak na przykład na tym odcinku prowadzącym przez drogę dojazdową do stacji elektroenergetycznej.
Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Trasa Kaiskuru
Dopiero teraz zauważyłem te ciekawe drewniane drogowskazy. Zdjęcie wykonałem o godzinie 19, więc widać, jak jasno wtedy było mimo braku słońca.
Tego było jednak za mało, bo po przerwie na obiad znów odwiedziłem Kaiskuru, tym razem z kolegą z kursu norweskiego. Niemiec nie dość, że nie grzeszy doświadczeniem na biegówkach, to jeszcze kupił sobie tu narty dla profesjonalistów (Madshus do klasyka z serii Redline), ale i profesjonalnego traktowania wymagające. Brak smarowania na trzymanie, czy jakiejkolwiek łuski grał na jego niekorzyść przy pokonywaniu każdego ze stromych podbiegów, których tym bardziej nie dało się przepchać. Bez treningu nie da się po prostu od tak zyskać siły Pettera Eliassena (zwycięzca klasyfikacji generalnej serii maratonów Visma Ski Classics), który nawiasem mówiąc też mieszka w Alcie. Na zjazdach za to narty przeznaczone do zimnych warunków śniegowych radziły sobie aż za dobrze, niosąc po zmrożonym śniegu tak szybko, że momentami bałem się o zdrowie kolegi. Z trudem, bo z trudem, ale wyszedł na szczęście z każdej opresji. W dodatku pogoda zmieniła się nie do poznania. Słońce ustąpiło gęstym chmurom i zaczął sypać symboliczny śnieg (czyli taki, którego płatki wpadają do oczu a nie na ziemię). Warunki jak na początek zimy, a nie na posezonową przebieżkę, która w rezultacie bardzo się udała. Po takiej serii nart jednego dnia nie sposób było spodziewać się innego zakończenia niż kolejnej, tym razem nieporównywalnie lepszej niż ostatnio imprezy aż do rana, zwieńczonej wizytą w saunie o 6 rano. Na jej wcześniejszym etapie byłem prawie pewien, że widziałem pod wejściem do dyskoteki TEGO Krogha, ale być może była to zasługa nadmiaru nart lub polskiej wódki. Którejś z tych dwóch rzeczy na pewno. Teraz i tak tego nie sprawdzę, bo już muszę lecieć, honyszke kojok.

Najważniejsza ulica miasta

Jedyna taka niedziela w roku. Najważniejsza ulica Szwedzkiego miasteczka Mora. Dochodzi południe, a na gęsto usypanym śniegu rozciągają się tory do klasyka. Za kilka minut po tych torach przejedzie prawdziwy pociąg złożony z prawie trzydziestu najlepszych maratończyków tego dnia, na co żywiołowo zareagują zgromadzeni wzdłuż ostatniej prostej mieszkańcy. Właśnie w taki sposób, sprintem na ostatnich kilkuset metrach, zakończy się 92. edycja legendarnego Biegu Wazów. Gdy nadjeżdżają bohaterowie ostatniej rozgrywki wszystko jakby zwalnia, a moje serce zaczyna bić szybciej. Zastanawiam się, jak wielkie emocje muszą towarzyszyć każdemu z tych zawodników. Wśród nich są przecież takie nazwiska jak Dario Cologna, John Kristian Dahl, Petter Eliassen i Sondre Turvoll Fossli, dotychczas znany tylko jako sprinter. I wszyscy oni, bez względu na wiek, doświadczenie i nagrody, rozpoczynają finałowy sprint. Zupełnie jak w końcówce płaskiego etapu na Tour de France. Znaleźć się w samym centrum tego bałaganu to coś, czego najbardziej chciałbym doświadczyć w tym momencie, szczególnie zamiast siedzenia na sofie w kuchni norweskiego akademiku i ciągłego kaszlenia. Jestem jak mały chłopiec, który w tym momencie mówi do swojego taty: "Popatrz, ja też kiedyś wygram Vasaloppet". Tylko, że ja nie wygram.

Pogodzenie się z tym, że niektórych rzeczy już nie zrobię może być trudne. Patrząc na te wszystkie autorytety, za którymi od dawna podążałem, muszę przyznać z podniesioną głową, że nie będę już taki, jak one. Pociąg o nazwie Vasaloppet odjechał w nieznanym kierunku ze zwycięzcą tegorocznej edycji- Johnem Kristianem Dahlem na czele. I gdy tak o tym myślę, czasem żałuję, że nigdy nie spróbowałem pójść w tę stronę. Tak jest zresztą z większością rzeczy, których wcześniej nie potrafiłem zauważyć na czas. Wszystkiego jednak mieć nie można, a często nawet nie warto. Bo ta wspaniała wizja narciarskich maratonów, w których najważniejsza wydaje się tradycja, emocje i siła ramion do double polingu, to w rzeczywistości kolejny brutalny biznes. Szczególnie rosnącej ostatnio w siłę serii Visma Ski Classics, skupiającej wszystkie najważniejsze wyścigi i wszystkie gwiazdy tego sportu, kierunek nadaje pieniądz. Wystarczy tylko wspomnieć, że w poprzednich latach transmisję z każdego biegu można było śledzić za darmo w internetach, a dziś za taką przyjemność trzeba słono zapłacić lub posiadać jedną z telewizji, która dysponuje prawami do nadawania tej serii. Może to być na przykład norweska stacja TV2, która podobno zainwestowała w całą zabawę całkiem sporo pieniędzy, po czym ostatnio zrezygnowała z przedłużenia kontraktu na następny sezon. Podobnie jest z zespołami, które działają trochę tak, jak wygląda to w kolarstwie. Wszystko jest w rękach prywatnych, zaś zawodnicy są zatrudniani w danym klubie, a później rozlicza się ich z wyników. Tam, gdzie jest widowisko, tam muszą być i sponsorzy. To po prostu naturalna kolej rzeczy. A biegacze, którzy są tylko małymi trybikami tej machiny mimo wszystko mogą być zadowoleni, że mają pracę, o jakiej wielu mogłoby tylko pomarzyć. Gorzej, gdy nie mogą być pewni swojego następnego sezonu, tak jak zwycięzca Vasaloppet, którego zespół zaczyna mieć problemy finansowe i zastanawia się nad cięciem kosztów.

Mimo wszystko po głowie wciąż chodzi znane pytanie "co by było gdyby?". Bo przecież nie trzeba wcale być zawodowcem, by doświadczyć tych emocji bycia w centrum walki. Cała rzesza amatorów przewija się przez trasy tego typu biegów, często łamiąc sobie kije lub przebijając się przez tłumy maruderów. Zgaduję, że choć nie jest to ten sam prestiż, co w przypadku zawodowców, to jednak wciąż można znaleźć najważniejszy element rywalizacji z samym sobą i innymi. Od najmłodszych lat coś mnie ku temu kierowało, gdy co roku obiecywałem sobie, że kiedyś wystartuję w Biegu Piastów, aby się sprawdzić. Właśnie przyszło to "kiedyś", a ja wciąż tego nie zrobiłem. Tymczasem drugiego może już nie być. Zatem tym razem obiecam nie tylko sobie, ale i Wam wszystkim, że za rok faktycznie wystartuję w Jakuszycach. Na początek spróbuję czegoś, co ostatnio bardzo mnie nurtuje. Wybiorę dystans 25 km stylem klasycznym. A jako, że nie dysponuję żadnymi nartami do tej techniki, wyjście jest tylko jedno- double poling na nartach do łyżwy. Przepcham więc sobie cały bieg, bo czuję, że się da. Zdarzało mi się przecież robić takie rzeczy w Jakuszycach, a po zobaczeniu tegorocznej trasy jestem przekonany o słuszności swojego wyboru. Będę tylko potrzebował dobrego treningu na drodze ku temu, jeszcze lepszego nastawienia i oczywiście smarowania. O to ostatnie będzie chyba najtrudniej. Na pewno mam przed sobą kolejne ciekawe doświadczenie, jakiego akurat na próżno szukać w CV kogoś "zorientowanego na klienta". A jedną z rzeczy, która ostatnio popchnęła mnie do takiej decyzji, jest pewnego rodzaju lokalny patriotyzm. Kiedyś mi brakowało, a dziś po raz kolejny przyznaję, że owszem wspaniałe są te wyścigi w telewizji, lecz to Bieg Piastów gdzieś zaszczepił we mnie tę pierwszą myśl o bieganiu. Pora spłacić swój dług.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Zorza polarna nad Altą
Takiego widoku dawno tu w Alcie nie było. Zorza polarna wróciła w środę takim widowiskiem.
Lokalny patriotyzm, o którym mówię, widoczny jest w ostatnich dniach wśród mieszkańców Alty, tłumnie zaangażowanych w organizację najważniejszej imprezy sezonu. Mowa o największym w Europie wyścigu psich zaprzęgów. Finnmarksløpet wchodzi w decydującą fazę na koronnym dystansie 1000 km. Przyjazd zwycięzców jest przewidywany na piątek. Zapewne ciężko to wszystko sobie wyobrazić, więc z chęcią wytłumaczę, choć dla mnie to też pewna egzotyka. W centrum Alty ustawiona jest meta całego wyścigu, która w ostatnią sobotę służyła także za start wszystkich kategorii.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet
Widok na ostatnią prostą i metę Finnmarksløpet.
Natomiast dystanse są trzy: juniorski 200 km, 500 km będący również otwartymi Mistrzostwami Norwegii oraz najdłuższy 1000 km, okalający praktycznie cały Finnmark. Jak już wspominałem, w sobotę wszystko wystartowało, czego niestety nie widziałem z powodu ciągłej choroby. Kupując leki w pobliskiej aptece słyszałem jednak charakterystyczne szczekanie i skowyt psów gotowych do podróży, co kojarzyłem jeszcze z zawodów tego typu rozgrywanych w Jakuszycach. Później wszyscy zniknęli gdzieś w bezkresnych przestrzeniach całego okręgu. Wystarczyło więc czekać na pierwsze zaprzęgi na mecie, śledząc zawodników na mapie GPS. Najkrócej trwało to w klasie juniorskiej, której zwyciężczyni, miejscowa dziewczyna, przybyła do Alty już w niedzielę. We wtorek o 6 rano przyjechał zaś zwycięzca większego dystansu, czyli 500 km. Sam proces przybywania na metę jest dość ciekawy. Ostatnie metry wyścigu wiodą bowiem przez okolice uniwersytetu, by następnie minąć akademiki Nyland i wpaść na ostatnią prostą na deptaku w cantrum Alty. W tym celu przygotowana jest specjalna śnieżna ścieżka wiodąca przez miasto. Wciąż jednak trzeba przejechać przez ulicę, na której ruch wstrzymywany jest w momencie przejeżdżania zaprzęgu. Na mecie czeka zaś uroczysta muzyka i wywiady z każdym, który przyjechał właśnie na metę. A odległości pomiędzy zawodnikami są spore. Tak jak pierwszy na mecie na dystansie 500 km zameldował się we wtorek, tak miejsce poza czołową pięćdziesiątką mogłem powitać w środę po południu, w pełnym słońcu i wśród rzeźb lodowych festiwalu Borealis.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet, psie zaprzęgi
Pieski mają swój zasłużony odpoczynek po przebyciu 500 km.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Borealis Festival
Tematem tegorocznej edycji festiwalu Borealis jest "inside, outside", co uczniowie miejscowej szkoły podstawowej przekazali właśnie w taki sposób.
Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Borealis Festival
Nie zabrakło też Alicji w Krainie Czarów.

Północny Punkt Widzenia: Najważniejsza ulica miasta. Meta Finnmarksløpet
Po przybyciu na metę czas na krótki wywiad.
Finałowa prosta ozdobiona banerami reklamowymi sponsorów stanowi więc stały element krajobrazu Alty w ostatnim czasie. Podobnie jest z nieco wiosenną pogodą, bo chyba takim mianem można nazwać temperatury w okolicach zera i mocno świecące słońce. Po raz pierwszy słyszę tu śpiewające ptaki w trakcie pokonywania drogi na uniwersytet. Charakterystyczny świergot sikorek zdaje się zapowiadać rychłe odejście zimy, co pewnie jest tylko złudzeniem. Choć z drugiej strony zupełnie realny był widok topniejącego śniegu w nasłonecznionych miejscach i brak lodu na zatoce w okolicy lotniska. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że taki stan rzeczy na Północy przyjmuję z pewnego rodzaju radością. Jestem po prostu przyzwyczajony do sezonu, który kończy się wielkanocnym bieganiem na nartach w poniedziałek, po czym nastaje trudny, choć zasłużony odpoczynek od zimy. Tutaj ma być jednak nieco inaczej, tym bardziej, że przez chorobę wcale nie mam dość nart. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że również w Jakuszycach warunki pozwalają na bieganie, co mam zamiar wykorzystać już za tydzień, kiedy wrócę do Polski na przerwę świąteczną. A tak się złożyło, że Centrum Testowe Fischer ma coś ciekawego w zanadrzu, co najprawdopodobniej będę mógł zobaczyć. Mam zatem kolejny powód do niecierpliwego oczekiwania na mój czwartkowy lot. Póki co, pozostało mi jednak tych kilka lekko wiosennych dni w Alcie, które będą mijały wraz z kolejnymi uczestnikami Finnmarksløpet kończącymi swój wyścig. Jedna rzecz nie daje mi tylko spokoju. Gdy tak stoję przy samej mecie na dobrze mi znanej ulicy w centrum miasta wciąż nie mogę uwierzyć, że dla niektórych znaczy ona tyle samo, co dla mnie ta ostatnia prosta w szwedzkim mieście Mora, o której wspominałem we wstępie.

Boskie narty

"Trwa szalony bieg
By coraz więcej mieć
By każdą starą rzecz 
Na nową zmienić (...)"

Luty od zawsze był miesiącem szczególnych wspomnień ze sportowego świata. Z kilku powodów lubię wracać w tym czasie do dawnych wielkich imprez, zdobytych na nich medali i wylanych łez po spektakularnych porażkach. To właśnie w tej części zimy działo się coś specjalnego, do czego warto wracać. Wydarzenia te odświeżają się w zaskakujący sposób, zupełnie jakby w głowie wyświetlał się ten dziwny komunikat z facebooka o tym, co opublikowałem na swojej tablicy lata temu. Ostatnio jednak coś w tej kwestii zawiodło, gubiąc się w północnej codzienności, która znacznie się zmieniła. Wraz z przyjściem słońca i przeprowadzką tempo życia znów wzrosło, przez co trudniej się czasem zatrzymać, usiąść wygodnie w fotelu i obejrzeć choćby jedną retransmisję z Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Zamiast tego sąsiedzi z góry czasem zaproszą na moment, a innym razem pojawia się okazja spróbowania nepalskiej kuchni. Dni zaś zmieniają się w kalendarzu nie mając większego znaczenia, poza zbliżaniem się do marca i przerwy świątecznej. Trwa szalony bieg, nad którego tempem powoli tracę kontrolę, oddając ją w ręce jakiegoś niesamowicie silnego pacemakera. Nic więc dziwnego, że mogę niemal zapomnieć o tak ważnych wydarzeniach, jak przykładowo złoty medal Ole Einara Bjørndalena na IO w Sochi 8 lutego dwa lata temu. Na szczęście są gdzieś po drugiej stronie internetów ludzie, którzy potrafią przypomnieć o tym fantastycznym dniu.

Podobnie jest z codziennym życiem w Alcie, które potrafi zaskoczyć czymś nowym nawet mnie. Zdążyłem przyzwyczaić się już do wyścigów ze słońcem podczas popołudniowych wypadów na narty. Podobnie przyjąłem do wiadomości, że trasa w okolicach mojego nowego akademika jest szczególnie lubiana i niestety niszczona przez spacerowiczów. Nie dziwi mnie nawet, że ratrak przejeżdża tamtędy najwyżej raz na tydzień, a rozmaite przeszkody na śniegu przysparzają kolejnych rys na ślizgach moich nart. Przywykłem do tego, zupełnie jak do całkiem miłego faktu, że prawie zawsze warunki są niemal idealne. Temperatury poniżej zera, czasem niewielkie opady śniegu i ogólnie suche powietrze to coś, co można określić mianem nudy. "Tu niczym nie da się zaskoczyć", myślałem jeszcze do niedawna. Nagle jednak los dał mi w prezencie wspólny wypad na narty z nowym pastorem z Katedry Zorzy Polarnej (Nordlyskatedralen). Z pochodzenia jest Niemcem, a pracę w Alcie dostał całkiem niedawno, więc chciał potrenować trochę na trasach znanego mi z opowieści kompleksu Kaiskuru. Taka okazja była dla mnie dosłownie darem z niebios, więc z radością do niego dołączyłem. Dzień, który wybraliśmy na trening, był zaskakująco ciepły. Porywisty wiatr i temperatura niewiele powyżej zera zapowiadały dość trudną przeprawę. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się być jednak zupełnie inaczej.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta
Oto główny budynek centrum Kaiskuru. Prawdopodobnie znajdują się tam szatnie i garaż dla prawdziwego ratraka (a nie takiego małego, który przygotowuje trasy w mojej okolicy).
Na szeroki, oświetlony stadion wchodzimy od strony niewielkiego parkingu. Obok stoi jedynie kilka samochodów, co zapewne wynika z tego, że mamy poniedziałek. Po chwili znajdujemy się już w centrum biegowym z prawdziwego zdarzenia, którego uzupełnienie stanowi strzelnica biathlonowa z 31 stanowiskami. Aż chciałoby się rzucić tekstem z Kilera, bo faktycznie widać, że "mają rozmach...". Na całej szerokości stadionu widać świeży "sztruks" powstały po fryzie ratraka. Pastor proponuje sprawdzenie najdłuższej dostępnej pętli, czyli 5,5 km. Po opuszczeniu stadionu trasa widzie nieco pod górę, ale wciąż dotrzymuję kroku towarzyszowi odpychając się jedynie rękoma. Narty niosą idealnie. 3 stopnie ciepła nieco roztopiły śnieg, ale zmrożone wcześniej podłoże nie daje za wygraną, w efekcie czego biegnę pierwszy raz w tym sezonie na prawdziwie twardej i niosącej narty trasie. Na płaskich odcinkach, których nie brakuje, łatwo utrzymać prędkość, a szerokość pętli robi wrażenie. Biegniemy jednokierunkową trasą, której szerokość jest porównywalna przykładowo do dwukierunkowej drogi z Jakuszyc do schroniska Orle. Na stromych zjazdach prędkość momentami przeraża wraz z ciemnością i faktem kompletnej nieznajomości tego, co czeka mnie za kolejnym zakrętem. Czasem zdaję się więc na prowadzenie duchownego. A trzeba przyznać, że gość jest mocny. Na krótkich, stromych podbiegach zyskuje nawet przewagę używając klasycznego, naprzemianstronnego kroku, podczas gdy ja ciągle zdaję się na siłę ramion. Wszystko przez oglądany w weekend kolejny maraton narciarski, tym razem trudny Kaiser Maximilian Lauf, na którym znów kilku najlepszych zawodników przepchało całe pofałdowane 65 km. Podobna jest pętla, po której się poruszamy. Po zjazdach i podbiegach następuje chwila płaskiego terenu lub stopniowego podjazdu. Za każdą trudność zostajemy wynagradzani natychmiast, co szczególnie ceni w tej pętli mój dzisiejszy towarzysz. I tak mijają kolejne kilometry, które podczas pokonywania wydają się prowadzić w zupełnie nieznanym kierunku. Za zjazdem jest kolejny podbieg, później płaskie i tak dalej. Gdzieś obok widać część powrotnej pętli, a my ciągle biegniemy przed siebie. Po naszej lewej widać małe rozświetlone domy i ciemne góry, które rysują linię horyzontu. Na próżno szukać tu morza, które stanowiłoby kontrast do tego nieco górskiego krajobrazu. Są to tereny dotychczas kompletnie nieznajome, a dziś w tej ciemności odbieram je tak naprawdę najlepiej. Wszystko, czego nie widać, dopisuje wyobraźnia. Ciemność wzniesień uzupełniana jest przez gwiazdy i świecący gdzieś na niebie księżyc. Cała nasza trasa jest bardzo dobrze oświetlona, znacznie lepiej niż Komsa i Sandfallet razem wzięte. Po chwili wybiegamy z leśnego terenu na ogromną i ciemną polanę. Z prawej strony wyłania się coś, co wygląda jak elektrownia. Wszędzie jest spokojnie, choć nieopodal słychać znajome strzały. Nieco zaskoczony biegnę przez ostatni krótki podbieg i chwilę płaskiego, po czym trafiam znów na stadion. Początkowo nie mogę uwierzyć, że rzeczywiście pokonaliśmy pętlę. Nic nie wskazywało na to, że w jakiś sposób okrążyliśmy stadion. Po sprawdzeniu GPSa przez nas obu mam jednak tego potwierdzenie. Strzały słyszane z oddali okazały się być treningiem bardzo młodych biathlonistów. Stanowiska strzeleckie rozświetliły się niczym na zawodach Pucharu Świata i zaczęły się ćwiczenia.
Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta, trening biathlonistów
Trening młodych biathlonistów. Zastanawia mnie, kiedy w Polsce młodzi adepci tego sportu operują bronią w podobnych ćwiczeniach.
Przeznaczamy krótką chwilę na oglądanie treningu. Każdy z czwórki małych biathlonistów celuje przy pomocy podstawki i trenerów, po czym udaje się na krótką rundę wokół stadionu. I tak cały czas przez kilka minut. Zaciekawiony całym procesem staję bliżej, co budzi uwagę trenerów. "No tak"- myślę sobie- "zaraz mi ktoś powie, żebym się wyniósł". Jest jednak inaczej. Pani trener rzeczywiście do nas podchodzi, pytając, czy jeden z nas nie jest czasem dumnym ojcem jednego ze strzelających dzieciaków. Oboje stanowczo zaprzeczamy, po czym pastor dodaje o mnie, że jako przybysz z daleka piszę coś w internetach o Północy i chcę zaobserwować, jak wygląda szkolenie młodzieży. Na to zaciekawiona pani pyta, czy kiedykolwiek widziałem biathlon. To zmiotło mnie z nóg, ale odpowiadam dość zdezorientowany, że oczywiście, rzucając kilkoma nazwiskami, których jestem fanem. Dumnie dodaję coś o Jamrozowej Polanie w Dusznikach- Zdroju, żeby nie pomyśleli, że w Polsce biathlon nie istnieje.

Północny Punkt Widzenia: Boskie narty. Kaiskuru Alta

Po chwili ruszamy na kolejną pętlę po tej samej trasie. Świetne warunki powodują, że nie muszę się nawet zastanawiać nad kontynuowaniem biegu. Wręcz przeciwnie. Znając trasę biegnę już pewniej, odważniej zjeżdżając i pokonując podbiegi. Pastor nie pozostaje jednak dłużny. Widać, że oboje wzięliśmy się do mocniejszej pracy. Już nawet rozmowa nieco przycicha, ustępując miejsca miarowym uderzeniom kijów o śnieg. Miejscami warunki stają się odrobinę wolniejsze, choć nie stanowi to jakiegokolwiek utrudnienia. Znów mijamy te same domki i te same góry, a na końcu elektrownię. Wszystko zmienia się szybciej, a ja staram się czerpać jak najwięcej z tej wycieczki. Dostrzegam wcześniej niezauważone inne warianty trasy z ogromnymi podbiegami i zjazdami. Są one oznaczone mianem "konkurranse", choć na naszej pętli też nie można narzekać na brak trudności. Wszystkie są jednak pokonywane z dosłownym uśmiechem na twarzy. Zawsze powtarzam, że bieganie na nartach to nie tylko siła i technika, ale też głowa. Jeżeli narty niosą idealnie, a towarzystwo jest równie dobre, można z łatwością pokonywać kolejne kilometry. Dzięki temu od razu rodzi się sugestia, że "dziś mogę wszystko, dajcie mi numer startowy i pobiegnę pięćdziesiątkę". Nie ma bowiem nic lepszego niż sytuacja, w której śnieg jest sprzymierzeńcem, a nie przeszkodą. Właśnie tak jest tego razu, którego przychodzi mi biec po trasach Kaiskuru. To mogłoby trwać jeszcze dłużej, ale kończy się nam czas tego dnia i trzeba wracać do domu. Kiedy wyjeżdżamy z parkingu rzucam jeszcze okiem na trenującą młodzież. Tym razem przyszedł czas na sprinty wokół stadionu. Każdy z dzieciaków ma narty i buty lepsze i droższe niż moje. Każdy z dzieciaków prawdopodobnie pobawi się tak jeszcze kilka ładnych lat. Część z nich może zastąpi lokalnego bohatera- Finna Hågen Krogha, i zrobi karierę. Tego nie wie nikt, ale nie sposób się nie zastanawiać, co by było, gdybym to na przykład ja był jednym z nich i gdyby narty zawsze tak dobrze jechały. Wśród tych rozważań nawinęło się pytanie pastora, czy nie chciałbym czasem wstąpić do domu, w którym jego żona przygotowałaby dla nas coś do jedzenia.

Oboje wprowadzili się do niewielkiego, białego domu całkiem niedawno. Jak sam przyznaje, nie wszystko jest jeszcze poukładane, co zresztą po części widać. Urządzenie mieszkania budzi jednak od razu skojarzenia ze wcześniejszymi szklanymi domami. W zasadzie nie ma lepszego słowa, niż norweskie "koselig", na opisanie wnętrza. Wszystko jest właśnie takie "przytulne", o czym wspominam w rozmowie. Nie kryję jednocześnie odkrycia odpowiedzi na pytanie, dlaczego Norwegowie tak często używają tego określenia, co wręcz doprowadza mnie do szału. Co ciekawe, gospodarz przyznaje mi rację i tłumaczy, że z początku jego również denerwowało nazywanie wszystkiego w ten sposób przez ludzi z Północy. Widocznie jest to bardzo typowe. I tak w sumie wszystko idzie perfekcyjnie, prawie wychodzę obronną ręką z całej sytuacji nie kierując rozmowy na tematy religijne. W końcu jednak nie wytrzymuję i muszę zapytać, jak to jest, że "ksiądz jest taki normalny", nie żyje na uboczu i przypomina raczej fikcyjnego Ojca Mateusza (w sumie rower też już ma), a nie prawdziwego Rydzyka. Może to kwestia innego wyznania? W końcu protestantyzm dopuszcza małżeństwo i właśnie normalne życie, które wiedzie duchowny. To samo przyznaje pastor. Tłumaczy w dodatku, że jego funkcja jest ściśle związana z parafią, w której pracuje. Dopiero przed rozpoczęciem regularnej pracy zostaje "zaprzysiężony" na pastora, nie otrzymuje więc stałych święceń w takim sensie, jaki my przez to rozumiemy. Poza tym, jak dodaje, ta funkcja nie czyni go innym (lepszym od reszty), dlaczego więc miałby rezygnować z codziennego życia i jego przyjemności, takich jak narty? Od razu przypomina mi się też inny pastor, który zwykle pokonywał z nami jesienią całą pętlę porannego, sobotniego biegu. I tak rozmawiając, nie poruszając wcale kwestii wiary, dowiaduję się sporo innych ciekawych rzeczy. A przede wszystkim jednak znów odkopuję tę autentyczną, dobrą stronę Północy. Tego jednego wieczora sacrum naprawdę wygrywa w Alcie nad profanum, dzięki czemu choć na moment zapominam o tym szalonym biegu, który czeka mnie już następnego dnia.

Pogodowy koszmar Północy

"Jak chcesz zobaczyć globalne ocieplenie, przyjedź na północ". Takie zdanie usłyszałem ostatnio od pewnego Saama, czyli rdzennego mieszkańca tych terenów. Wszystko przez fakt, że obecnie panującą pogodę można określić jako anomalię. Śnieg, o którym pisałem ostatnio, został już zupełnie rozmyty przez padający deszcz i temperatury powyżej zera. Brak zimowej aury w listopadzie to niecodzienna sytuacja w Alcie. Niestety w ostatnich latach potrafi ona występować. Wszystko przez oddziaływanie Prądu Zatokowego, który "wysyła" ciepło znad Zatoki Meksykańskiej. Im więcej go prześle, tym bardziej jesienna i deszczowa będzie pogoda na północnym wybrzeżu, co ostatecznie opóźni przyjście normalnych, mroźnych warunków. Natomiast coraz mniejsza liczba dni z temperaturą poniżej 20 stopni mrozu powoduje, że larwy szkodników leśnych mogą przetrwać zimę. Więc kiedy przychodzi lato, drzewa wyglądają jakby właśnie strawił je pożar. Oczywiście w okolicach Alty trudno cokolwiek nazwać lasem, zatem problem dotyczy raczej terenów północnej Finlandii, która zaś ma szczęście w postaci oddalenia od morza i zyskiwania napływów mroźnego powietrza z Rosji. I choć nie jestem geografem ani klimatologiem, widzę skutki tych oddziaływań za oknem w postaci ciągłej mżawki, która dodatkowo w nocy lubi sobie zamarznąć. W takich warunkach trudno zmusić się do wyjścia na zewnątrz, by choć przez chwilę korzystać z ostatnich dni ze światłem. Czasem jednak trzeba coś załatwić w mieście, jak na przykład kartę podatkową potrzebną do pracy.

O systemie podatkowym w Norwegii każdy wie mniej więcej tyle, że płaci się dużo. Moja wiedza na ten temat też nie jest jakoś specjalnie rozbudowana, ale cóż, karta powinna być wyrobiona. Do jej otrzymania i w konsekwencji płacenia podatków, konieczne jest złożenie specjalnego formularza, na którym podajemy informacje takie, jak na przykład ile będziemy zarabiali rocznie w Norwegii. Wszystko po to, aby później można było określić wysokość podatku do zapłacenia. Oczywiście trudno jest dokładnie wyliczyć sumę zarobków, szczególnie mając pracę dorywczą. Nie stanowi to jednak problemu. W przypadku, gdy zapłacimy zbyt duży podatek, możemy później liczyć na zwrot. Tyle mogę powiedzieć we wstępie, bo jeszcze nie odczułem działania tego systemu w praktyce.

Idę więc do urzędu podatkowego z wypełnionym formularzem i umową o pracę. Znów nie czekam ani minuty, aby przystąpić do składania dokumentów. Na szczęście w mieście liczącym około         20 000 ludzi trudno o kolejki w urzędach. Pani urzędniczka szybko przegląda papiery i robi ich kserokopie. W tym czasie mogę rozejrzeć się po biurze. Na biurku stoi kilka zdjęć jakichś ludzi, pewnie jej rodziny. Jedno jednak przykuwa moją uwagę na dłużej. Niby taki zwykły portret, jaki robi się na potrzeby dowodu osobistego, ale zawiera jeden istotny element. Postać jest ubrana w tradycyjny strój ludowy, który w Norwegii nazywa się "bunad". Po jego niebieskim kolorze rozpoznaję, że ta osoba również reprezentuje Saamów. Te stroje są bardzo ważne nie tylko dla kultury tej mniejszości, lecz również całej Norwegii. Regiony mają swoje wzory oraz kolory bunadów, które muszą być ściśle przestrzegane przy szyciu. W przeciwnym razie nie można takiego stroju nazwać bunadem, tylko draktem. Ludzie ubierają się na ludowo tylko na specjalne okazje. Niemal na każdej niedzielnej mszy można zaobserwować przynajmniej jedną rodzinę w bunadach, która obchodzi chrzciny. Podobnie jest z weselami i najważniejszym świętem państwowym, czyli Dniem Konstytucji.
17-go maja każdego roku przez Oslo przechodzi korowód zwany "barnetog", którego uczestnicy są ubrani w stroje ludowe obowiązujące w zamieszkiwanym okręgu. Oprócz tego śpiewa się piosenki i macha flagami, co trochę różni się od naszych polskich pochodów przykładowo na Święto Niepodległości, podczas których wyrywa się kostkę brukową i podpala tęczę. Co kraj, to obyczaj. Choć nie ukrywam, że nagła myśl o narodowcach ubranych w stroje łowickie i rzucających racami w policję, wywołuje lekki uśmiech niedowierzania. Chwilę po usunięciu jej z głowy, otrzymuję informację od urzędniczki, że wszystko w porządku i kopie dokumentów zostaną przesłane do Hammerfestu. Kartę podatkową otrzymam w formie elektronicznej, jak niemal wszystko w Norwegii. Po pewnym czasie będę więc posiadał kolejny element potrzebny do poznania tutejszego życia.

Północny Punkt Widzenia: Pogodowy koszmar Północy. Saami, pogoda w północnej Norwegii, Kowalczyk w Team Santander
Jeżeli kiedyś pojadę do Kautokeino, muszę zrobić podobne zdjęcie. Tak na marginesie, życie na tamtych terenach jest zupełnie inne niż w Alcie, zyskując jeszcze bardziej północny charakter.
Photo credit: godutchbaby / Foter.com / CC BY-NC-ND
A gdy dzień kończy się zaraz po obiedzie, mam mnóstwo wieczoru na naukę przed nadchodzącym egzaminem. Sprzyja temu czytanie artykułów sportowych w norweskich mediach. Jeden z nich szczególnie wpadł mi w oczy. TV2 pisze o niedawnym podpisaniu kontraktu Justyny Kowalczyk z Teamem Santander. W ostatnim czasie był to dość głośny temat również w polskich mediach, co zauważa autor. I nagle natrafiam na takie coś: "Kowalczyk nazwana zdrajczynią przez polskie media". No tak, fakt bycia zawodniczką prywatnego zespołu braci Aukland oznacza dla wielu reprezentowanie norweskich barw w Pucharze Świata, o czym pisałem już dawniej. Mało kto wie, że istnieje takie coś, jak Visma Ski Classics, w którego program wchodzą najważniejsze maratony narciarskie. Nikt nie patrzy przede wszystkim na informację, że nasza reprezentantka wystąpi najprawdopodobniej w Marcialondze, Birkebeinerrennet i Årefjellsloppet. I chyba tylko ja będę korzystał z otwartej możliwości oglądania tych imprez zupełnie za darmo w internetach. Niewiedza czasem rodzi błędy, które zaś potrafią niepotrzebnie krzywdzić człowieka. Na szczęście ten sam artykuł donosi, że w końcu ktoś się połapał w sprawie (albo sama zainteresowana udzieliła kilku wywiadów) i teraz nastroje na temat planów Kowalczyk są dobre. Dziwi mnie jednak to, jak niewiele trzeba zrobić, by spojrzeć na coś z innej strony, a jak jednocześnie jest do dla niektórych trudne. W końcu tylko w niektórych przypadkach potrzeba "jedynie swego samolotu".

10 klasyków w kalendarzu

Kilka dni temu został opublikowany kalendarz serii Ski Classics na sezon 2016. Tym razem na maratończyków czeka 10 etapów, czyli 10 wspaniałych biegów techniką klasyczną w najpiękniejszych lokalizacjach. Wszystko rozpocznie się relatywnie krótkim prologiem (15 km) w Livigno 5 grudnia 2015, zaś zakończy, podobnie jak było w minionym sezonie, w Åre. Co czeka nas podczas nadchodzącej zimy? Zapewniam, że wiele i na pewno warto będzie śledzić zmagania za pośrednictwem internetowych relacji.

Kalendarz Ski Classics na nadchodzący sezon. Kliknij, aby powiększyć.
Ważną zmianą jest dodanie jednego etapu. Będzie nim coś znanego z Tour de Ski, czyli bieg z Toblach do Cortiny d'Ampezzo. Jak wspominałem w którymś z poprzednich postów, w kalendarzu przyszłorocznej edycji TdS zabrakło 35- kilometrowego biegu pościgowego stylem dowolnym pomiędzy tymi dwoma włoskimi miejscowościami. Moje ubolewania nad tą stratą zostały wynagrodzone, bo 13 lutego 2016 w ramach 7. etapu Ski Classics będzie można zobaczyć 50- kilometrowy bieg techniką klasyczną, którego trasa będzie zawierała fragmenty znane z pucharowego cyklu. Profil nie jest wyjątkowo trudny, więc zapowiada walkę bez smarów na trzymanie, co nie wyróżnia nowego maratonu spośród innych klasyków. Oczywiście sam bieg Toblach - Cortina był już rozgrywany corocznie od bardzo długiego czasu, jeżeli jednak chodzi o Ski Classics, będzie to jego debiut w tej serii. Pozostaje liczyć, że warunki śniegowe pozwolą na przygotowanie całej długości trasy i zapewnią interesujące zmagania.

Reszta kalendarza obfituje w biegi znane z poprzednich edycji. Jak już wspomniałem, sezon rozpocznie się we Włoszech, prologiem w Livigno. Dzień później zacznie się już prawdziwe ściganie, czyli 35- kilometrowa La Sgambeda. W styczniu czeka nas Jizerska Padesatka w pobliskim Bedrichovie, gdzie chętnie bym się wybrał tuż przed swoim powrotem do Alty na semestr wiosenny. Z biegiem czasu będzie coraz trudniej i dłużej. Najpierw 23 stycznia czeka na zawodników dystans 65 km w Szwajcarii, czyli La Diagonela, a tydzień później słynna Marcialonga (70 km). Oczywiście te wartości są podane z założeniem, że pogoda nie wymusi żadnego skrócenia trasy, jak choćby było w tym roku. Wówczas oba etapy skrócono do nieco ponad pięćdziesięciu kilometrów. Luty będzie natomiast miesiącem dwóch etapów o długości 50 km. Na początku niemiecki König Ludwig Lauf, zaś później wspomniany bieg Toblach - Cortina. Najważniejszy, koronny Bieg Wazów (Vasaloppet) odbędzie się tradycyjnie na początku marca, a dokładniej 6.03. Później pozostanie jeszcze trudny, górski Birkebeinerrennet. Na zakończenie sezonu zawodnicy udadzą się do Szwecji, gdzie w pierwszą sobotę kwietnia zostanie rozegrany Årefjällsloppet.

Poprzedni sezon pokazał, że bardzo ważnym czynnikiem w maratonach jest umiejętność pokonania dystansu bez smarowania nart na trzymanie. Z pewnością tak będzie i w nadchodzącym roku. Komu uda się przygotować najsilniejsze i najbardziej wytrzymałe ramiona? Petter Eliassen był niesamowicie mocny, wygrywając cztery ostatnie etapy. Myślę jednak, że pozostali ciężko przepracują lato i będą w stanie pokonać Norwega. Liczę przede wszystkim na dobrą postawę Øysteina Pettersena nie tylko w kontekście walki o tytuł najlepszego sprintera. Również Tord Asle Gjerdalen może być silny, o czym świadczy wygrana tegoroczna Marcialonga i równa walka z Eliassenem w Årefjällsloppet podczas swojego pierwszego pełnego sezonu w maratonach. Wśród pań sytuacja będzie jeszcze bardziej otwarta. Katerina Smutna, czyli zwyciężczyni poprzedniej edycji, znów będzie walczyła z mocnymi rywalkami, czyli Brittą Johansson Norgren i Serainą Boner. W przypadku kobiet nie można jeszcze mówić o dominacji double polingu, choć niektóre zawodniczki próbowały już używać wyłącznie tej techniki nawet na trudniejszych trasach. Być może niedługo stanie się to kluczem do zwycięstwa, podobnie jak ma to miejsce w rywalizacji mężczyzn. Wszystkie wątpliwości na pewno rozwieją biegi w nadchodzącym sezonie. Polecam oglądać!

Vive la France!

Czerwiec i lipiec to znakomite miesiące dla sportu. Po pierwsze, piękna pogoda zachęca do treningów na zewnątrz, a po drugie mamy w tym czasie trzy wspaniałe imprezy do oglądania, paradoksalnie nie związane z codzienną tematyką bloga. Wszystkie odbywają się we Francji i wszystkie darzę ogromnym sentymentem. Na samym początku Roland Garros- turniej na słynnych paryskich kortach, którego finał oglądam obowiązkowo każdego roku, choć na co dzień w ogóle nie śledzę poczynań tenisistów. Mimo to, uwielbiam emocjonować się takimi spektaklami, jak tegorocznym, którego role dzielnie odegrali Stan Wawrinka i Novak Djoković. Następnie przychodzi czas na jeszcze bardziej legendarny 24- godzinny wyścig Le Mans. Tutaj zwykle jestem związany ze wszystkim, co dzieje się wokół serii World Endurance Championship w ciągu roku, zaś teraz szczególnie zwracam swoją uwagę tylko w stronę toru Circuit de la Sarthe. Już w tym tygodniu po raz kolejny usiądę w fotelu na pełne 24 godziny, wypiję kilka kaw i będę delektował się wydarzeniem, które zapewne znów zapisze się w mojej pamięci czymś szczególnie wyjątkowym. Wreszcie w lipcu przychodzi czas na start Tour de France- wielkiego kolarskiego święta, którego 21 etapów napisze bogatą w emocje historię. Dodatkowego smaku doda komentarz niezastąpionych w tej dziedzinie: Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego. Wymienione wydarzenia, oprócz kraju ich organizowania, łączy jedno- bogata historia, która na stałe wpisała je do listy najważniejszych w roku. Dodatkowo są one otoczone specjalną tradycją, która podpowiada, żeby na przykład nie budować oświetlenia nad kortem Philippe'a Chatriera, nie skracać pętli La Sarthe, czy nie zmieniać koloru koszulek TdF. Dzięki temu, nawet laik bez problemu dowie się, z jakiej rangi imprezą ma do czynienia. Francuzi mają najwyraźniej szczęście do takich legend, choć trzeba przyznać, że potrafią również zadbać o odpowiednią otoczkę.
W takiej pięknej scenerii kończyła się setna edycja Tour de France.
Po co ten obszerny wstęp? Trochę był mi on potrzebny, bo oprócz Ski Classics, brakuje mi trochę takich imprez na biathlonowym, czy biegowym podwórku. W biathlonie mamy co prawda coroczne Mistrzostwa Świata, ale zmieniają one za każdym razem lokalizację, przez co wypadają z porównania. W przypadku biegów narciarskich od razu na myśl przychodzi Tour de Ski i może być to dobry trop. Impreza ma jednak dość krótką historię i chyba jeszcze nie osiągnęła swojej ostatecznej postaci. Co roku coś zmienia się w etapach, choć już do rangi najważniejszych urosły dwa z nich. Mam na myśli oczywiście długi bieg pościgowy mężczyzn z Cortiny d'Ampezzo do Dobiacco oraz finałową wspinaczkę pod Alpe Cermis. Niestety, pierwszy z wymienionych muszę (przynajmniej dziś) wykreślić. A to dlatego, że po spojrzeniu na potwierdzony niedawno kalendarz FIS na sezon 2015/2016 nie znajdziemy już tego pięknego etapu. Biorąc pod uwagę poprzednią wersję, można wyciągnąć wniosek, że organizator nie spełnił jakichś wymagań dotyczących transmisji TV. Być może chodziło o zmianę rejestrowania obrazu przez skuter i helikopter na rzecz kamer stojących, co byłoby absurdalne w przypadku biegu "z punktu A do B". I tak oto FIS pozbył się jednego z najciekawszych biegów sezonu. Wspinaczka zostaje, jednak i tak w mojej opinii nigdy nie dorównywała odwołanej trzydziestce piątce łyżwą. Dobrze, że przynajmniej zostawiono moją ukochaną pięćdziesiątkę w Oslo w spokoju. Odłożono jednak próbę powrócenia metody startu interwałowego na kolejne sezony. Tak, czy inaczej, ten bieg stanowi konkretną biegową alternatywę dla moich francuskich przykładów.

A co z wymienionymi już maratonami, nazywanymi również klasykami? Dotychczas nosiły nazwę Swix Ski Classics, zaś od następnego sezonu ich tytularnym sponsorem będzie Madshus. Nie zmienia to wiele, oprócz konieczności wprowadzenia przeze mnie nowego tagu, lub zmiany istniejącego. Przyszły sezon będzie kluczowy dla tej maratońskiej serii. Na pewno warto ją śledzić, choćby z powodu wciąż rosnącego zainteresowania. Oczywiście prestiż takiego biegu, jak Vasaloppet, który jest najważniejszym tego typu wydarzeniem roku, nie podlega wątpliwości. Podobnie jest z Marcialongą i Birkebeinerrennet. Każdy z nich stanowi "wielki szlem" dla najznakomitszych gwiazd narciarstwa biegowego. Przykład zwycięzcy z minionego sezonu- Pettera Eliassena dobitnie pokazuje, jak wiele można wygrać dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu siły odepchnięcia. Wyczuł to już biznes narciarski i obecnie najważniejsi gracze na rynku opracowują narty dedykowane do double polingu. Wszystko po to, aby najefektywniej wykorzystać siłę rąk przy odpychaniu oraz brak smarowania na trzymanie. Zalecam zajrzeć ponownie do poprzednich tematów o znaczeniu tej techniki. Jak doczytałem na stronie Caldwell Sport, być może już w przyszłym roku ujrzymy narty przeznaczone specjalnie do "przepychania" maratonów.

I tylko do biathlonu nie mogę dopasować takiego znaku firmowego, absolutnej ikony najważniejszej w całym roku. Może to dlatego, że każde zawody wpisują się w ten klimat? Wszystkie ogląda się z takim samym zaciekawieniem, na wszystkie biegi oczekuje się z takim samym zniecierpliwieniem, a przede wszystkim każde z nich przynoszą coś nieprzewidywalnego. Za to właśnie uwielbiam biathlon. A jak potrzeba jednak czegoś podniosłego i z tradycją, pozostaje poczekać na lipcowe Tour de France. Komentatorzy ci sami, emocje podobne, jedynie śniegu brak.

Zróbmy sobie widły

Siedzę przed komputerem i oczom nie wierzę. Miałem sobie zrobić krótki odpoczynek od pisania i przejść na opisywanie tego, co wiąże się z wyjazdem na studia do Norwegii. Jednak szybko poległem w swoich zamierzeniach. A wszystko przez "kontrowersyjne" wydarzenia wokół Justyny Kowalczyk, o których dowiedziałem się z artykułu na NRK Sport. O co chodzi? Ogólnie rzecz biorąc robi się małe zamieszanie, a dokładniej wygląda to tak, jak opiszę w dalszej części postu.

Wszystko przez artykuł, który pierwotnie opublikowała Gazeta Wyborcza. Według niego, jak czytałem już na portalu NRK, Justyna Kowalczyk podpisała kontrakt z norweskim Teamem Santander braci Aukland. Oznacza to więc, że ma poważne plany wobec startów w maratonach, wybierając solidną, czołową drużynę w imprezach z cyklu Swix Ski Classics. Pomyślałem sobie, że dobrze się stało i mógłbym spokojnie żyć dalej. Nie to jednak okazało się najistotniejsze. Jak sama zainteresowana pisze w swoim felietonie na sport.pl:
"W następnym sezonie w biegach długich będę startować w barwach norweskiej zawodowej drużyny. Jej szefami są doskonale znani w biegówkowym świecie bracia Aukland. Ja z Norwegami. Chichot losu, prawda? Zdecydowałam się na norweski team, bo to gwarantuje profesjonalizm na najwyższym poziomie."
Jak widać, oprócz trochę niepotrzebnej wstawki z tym chichotem losu, wszystko jest zrozumiałe. Dalej możemy dowiedzieć się więcej o przyczynach takiej decyzji. Wszystko oczywiście przez pieniądze, których wciąż u nas brakuje nawet dla kadry startującej w Pucharze Świata. Ale przecież w maratonach obecne są tylko zespoły prywatne, stąd trudno w ogóle oczekiwać finansowania takich występów przez PZN. Trochę więc nie rozumiem dalszej próby pokazania czegoś na kształt: "Proszę bardzo, skoro u nas jest beznadziejnie, to idę do konkurencji". Nie zmienia to jednak faktu, że i przy tej okazji czołowa polska zawodniczka mogła pożalić się trochę na złą sytuację naszych biegów. I wszystko byłoby dobrze, gdyby większość internautów potrafiła czytać ze zrozumieniem. Zapewne Was nie zaskoczę, jak powiem, że było dokładnie odwrotnie. Już można zobaczyć pierwsze wpisy na profilu facebookowym zawodniczki niosące treść w stylu: "JAK MOŻESZ STARTOWAĆ DLA NORWEGÓW, JUŻ cI ASTMA NIE PRZESZKADZA///?" (pisownia zamierzona, prawie oryginalna ;-)) i oczywiście kolejne artykuły na portalach, które o sporcie wiedzą tyle, ile ja o szydełkowaniu. Tytuł też musi być odpowiedni, dla przykładu wymienię pierwsze z brzegu: Kowalczyk zaskakuje. "Będę startować w norweskich barwach". I tak oto, z jednego akapitu felietonu zrobił się materiał na newsy o "zaskakującej i kontrowersyjnej" decyzji. Zaobserwowaliśmy zatem tradycyjny przykład posiadania przez kogoś zupełnie nieużywanego mózgu, jak mawiał mój nauczyciel matematyki. Ktoś sobie go będzie mógł później wystawić na aukcję i spieniężyć, ale ile przedtem narobi szkód, to już inna sprawa. Ręce opadają, choć sama Kowalczyk też trochę sprowokowała takie wypowiedzi dodając zaraz po tej informacji fragment krytykujący sponsorów i PZN.
Photo credit: oskarlin / Modern Chairs / CC BY-SA
Pewnie trudno w to uwierzyć, ale to jeszcze nie koniec robienia z igły wideł. Jak sprawdziła redakcja NRK Sport, Kowalczyk nie podpisała (jeszcze) żadnego kontraktu z braćmi Aukland. Menadżer Teamu Santander- Nils Marius Otterstad potwierdził, że były prowadzone rozmowy z Polką, lecz nie doszło do ostatecznego zawarcia jakiegoś porozumienia. I bądź tu teraz człowieku mądry. Czy była to jakaś próba pewnego rodzaju wymuszenia przez Kowalczyk wsparcia dla jej startów w maratonach? A może po prostu Justyna jeszcze nie podpisała kontraktu, ale wszystko ku temu prowadzi? Przypomnijmy, że tegoroczny Vasaloppet wygrała w barwach Russian Marathon Team, więc już wtedy dysponowała poniekąd odpowiednim zapleczem. Nie jest to jednak porównywalne jakością Teamu Santander. Wystarczy tylko wymienić nazwiska zawodników, którzy znajdują się w tym zespole: Tord Asle Gjerdalen- zwycięzca Marcialongi 2015, wspomniani już bracia Aukland, a już w przyszłym sezonie Johan Olsson- niedawny mistrz świata z Falun. Nawiasem mówiąc, o kontrakcie Szweda też ostatnio czytałem i wszystko przeszło znacznie łagodniej oraz bez niepotrzebnych sensacji, mimo znanych antagonizmów pomiędzy Norwegami i Szwedami. A jeżeli ktoś bardzo chce poznać jakieś nazwisko w tym zespole, które nie ma związku ze Skandynawią, to też służę pomocą. Amerykanka Holly Brooks przeżyła w minionym sezonie piękną przygodę z maratonami (była m.in. na Biegu Piastów), korzystając kilka razy ze wsparcia braci Aukland. Swoje starty opisała na blogu hollyskis.blogspot.com, który przy okazji gorąco polecam.

Tak właśnie rodzi się sensacja z czegoś, co nawet nie nastąpiło. Wystarczy tylko odpowiedni nagłówek na stronie internetowej i już mamy gwarantowaną burzę komentarzy od tych, którzy nie czytają ze zrozumieniem lub w ogóle nie czytają niczego poza tytułem. To ja też napiszę sobie taki tytuł, że każdy będzie w to klikał. I będę miał swoje własne widły. Chociaż nie, po co mi one... Zapomniałem, że nie jestem dziennikarzem i nikt mi za takie coś nie płaci.

Zwalniam pana

Tytułowe zdanie można usłyszeć nawet w biegach narciarskich. Od niedawna może to potwierdzić nie kto inny, jak Anders Soedergren. Szwed zakończył karierę w Pucharze Świata zaraz po biegu na 50 km w Oslo, lecz do końca sezonu ścigał się jeszcze w biegach długodystansowych w barwach Team LeasePlan Go. Starty w podobnych zmaganiach miał pewnie w planie na przyszłą zimę. Niestety będzie musiał je zmienić lub przynajmniej poważnie przemyśleć, bo właśnie wygasł jego kontrakt z drużyną. Jak to się stało, że nie przedłużono umowy, a szef- Thomas Alsgård pożegnał go, mówiąc: "słuchaj Anders, jesteś świetnym zawodnikiem, lecz muszę Cię zwolnić"? Też mnie to zastanawia.

Świat długodystansowych biegów narciarskich wygląda nieco inaczej niż znany nam doskonale Puchar Świata. Jeszcze raz użyję swojego ulubionego porównania tego biznesu do kolarstwa, poniekąd też z racji na trwający w najlepsze sezon i sukcesy Michała Kwiatkowskiego. Tutaj występują wyłącznie prywatne zespoły, zatrudniające biegaczy na dany okres czasu. Obowiązują więc kontrakty. Nie inaczej było w przypadku Soedergrena. Team LeasePlan Go nie przedłużył najzwyczajniej w świecie umowy ze Szwedem, podobnie jak zrobiło to BBC z Clarksonem. Kogo zatem pobił Anders? Nikogo, podobnie jak nie ma znaczenia fakt, że jest Szwedem, a zespołem dowodzi Norweg, będący w dodatku wynalazcą stylu łyżwowego. Właśnie tak, mamy do czynienia z legendą, Thomasem Alsgårdem, pionierem tej wspaniałej techniki. Zostawiając jednak te wstawki, co było przyczyną bezrobocia Soedergrena? Niestety coś, czego nie da się zmienić w swoim CV. Chodzi oczywiście o wiek. Dawniej myślano, że "emeryci" z Pucharu Świata przechodzą sobie bez problemu na długie dystanse, pozostając nadal blisko ulubionej dyscypliny i, co najważniejsze, meldując się w czołówce. I rzeczywiście tak było. Najlepszym przykładem może być tu Anders Aukland. 42- letni Norweg, olimpijczyk w Salt Lake City i Turynie, obecnie właściciel Teamu Santander wygrywał klasyfikację generalną Swix Ski Classics w 2013 i 2012 roku. Na koncie ma również wiele zwycięstw w maratonach, podobnie jak jego brat Jørgen. Mógłbym wymienić jeszcze kilka innych nazwisk znanych z dawnych czasów PŚ z podobnymi osiągnięciami. Wydawać by się mogło, że i na Soedergrena przyjdzie czas w wielkich klasykach, zwłaszcza z jego imponującą historią. Dwukrotny zwycięzca pięćdziesiątki w Oslo musi jednak ustąpić miejsca w zespole na rzecz młodych, utalentowanych zawodników. Jak stwierdził Alsgård, była to trudna pod kątem emocjonalnym decyzja, lecz bardzo potrzebna dla Teamu LeasePlan Go, który zakończył sezon Ski Classics na 4. miejscu w klasyfikacji zespołowej. Jego gwiazdą niewątpliwie jest tegoroczny zwycięzca całego cyklu- Petter Eliassen.

Jednak nie wszystko jest stracone dla Andersa Soedergrena. Nadzieją może okazać się konkurencyjny Team Santander braci Aukland. W jego barwach oglądamy bardzo doświadczonych zawodników, w tym innego Szweda- Johana Olssona. Być może w przyszłym sezonie zobaczymy kolejną legendę wśród zwycięzców tegorocznej klasyfikacji zespołowej. Serdecznie mu tego życzę, tym bardziej, że do niedawna bieg długodystansowy bez ataku Soedergrena był czymś straconym. Na szczęście na znalezienie pracodawcy ma jeszcze dużo czasu, bo sezon zimowy zakończył się już w zupełności. A skoro już o tym wspomniałem, to ostatnią imprezą był bieg Skarverennet, czyli 37 km techniką dowolną na trasie z Finse do Ustaoset (Norwegia). Co ciekawe, na starcie stanęło kilka znanych nazwisk, w tym Martin Johnsrud Sundby i Marit Bjørgen. Wśród pań triumfowała Therese Johaug tuż przed Serainą Boner, zaś rywalizację mężczyzn wygrał Toni Livers również o włos przed Sundby. Warto odnotować, że dobre lokaty zajęli biathloniści- Lars Berger (28) oraz Erlend Bjøntegaard (15). A jak wyglądało takie bieganie w kwietniu? Możecie to zobaczyć w poniższym filmie.



Trzeba przyznać, że bez względu na porę, chętnych do biegania w Norwegii nie brakuje. Podobnie jest zresztą w Jakuszycach, gdzie jeszcze w niedzielę widziałem wytrwałych biegaczy i turystów, podczas gdy sam konserwowałem już narty przed letnim odpoczynkiem.

A tak było nieco ponad tydzień temu, 10 kwietnia.
Teraz mogę wreszcie z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że sezon zimowy się skończył. Nie pozostaje więc nic innego, jak odstawić narty i powoli zaczynać przygotowania do następnej zimy. Na szczęście nie zapanuje całkowita pustka, zarówno pod względem pisania, jak i zajęcia. Tymczasem jednak "zamykam laptopa, na dzisiaj koniec".

Rennet czy loppet, czyli zakończenie sezonu Swix Ski Classics

Zdaję sobie sprawę, że większość z Was zdążyła już zapomnieć o zimie. Drzwi zamknęły za sobą już wszystkie sporty zimowe, przez co nie ma czego oglądać. Podobnie jest z ich czynną stroną. Z Jakuszyc zniknęła już większość śniegu, zaś w innych miejscach typu Jamrozowa Polana też trudno jest utrzymać trasy przy ciągłych temperaturach powyżej zera. Jednym słowem nawet ja powoli przestaję myśleć o nartach. Jest jednak taki region na ziemi, w którym przez ostatnie dwa tygodnie panowały najprawdziwsze, piękne warunki zimowe. Mam na myśli oczywiście Skandynawię. I to właśnie tam odbyły się finałowe etapy biegów maratońskich Swix Ski Classics, o których Wam opowiem.

Tydzień temu akcja rozgrywała się w Norwegii. Na 54- kilometrowej trasie, wiodącej z Reny przez łańcuch górski aż do Lillehammer, odbyła się kolejna edycja Birkebeinerrennet. Ten bieg ma podobnie bogatą tradycję, jak Vasaloppet i choć jego dystans jest znacznie mniejszy, można zaryzykować stwierdzenie, że norweski klasyk przewyższa trudnością szwedzki odpowiednik. Wszystko przez pewną ciekawą zasadę. Każdy z uczestników musi biec z plecakiem ważącym przynajmniej 3,5 kg. Zastanawiacie się pewnie, po co takie coś? Ma to dwa wytłumaczenia. Jedno wiąże się z historią biegu. Według niej, waga ta symbolizuje masę dwuletniego pretendenta do tytułu króla Norwegii (Håkona Håkonssona), którego w XII wieku transportowali lojaliści stronnictwa Birkebeiner z Østerdalen do Trondheim, aby uchronić go przed trwającą wojną domową. Częścią podróży był trudny, górski odcinek między Reną a Lillehammer. Birkebeinerrennet upamiętnia pokonanie właśnie tego elementu drogi, co zaważyło na powodzeniu całego przedsięwzięcia. Po więcej odsyłam do internetów, jak się ktoś interesuje historią. Natomiast drugim z powodów posiadania plecaka jest konieczność zaopatrzenia się w podstawowe środki do przetrwania na wypadek jakichś straszliwych warunków w górach. Dlatego w środku znajdziemy zapasową odzież, jedzenie i... kamienie lub ciężarki, bo skądś się to 3,5 kg bierze. Zresztą zobaczcie sami, co pakował do swojego plecaka Morten Eide Pedersen przed tegoroczną edycją. Skoro cały czas podkreślam górski charakter Birkebeinerrennet, to warto zwrócić również uwagę na profil jego trasy. Tego dystansu już tak łatwo nie można pokonać z użyciem samej siły rąk, czyli double polingu. Mimo to, w zeszłą sobotę wielu czołowych biegaczy zdecydowało się na użycie nart bez smarowania na trzymanie. Być może przyczyniły się też do tego fantastyczne, szybkie warunki śniegowe panujące na trasie. Na starcie pojawili się również znani nam z Pucharu Świata: Martin Johnsrud Sundby, Iivo Niskanen, Therese Johaug, a nawet Eirik Bransdal. Wszyscy zgodnie użyli tradycyjnego przygotowania nart do klasyka. Tym bardziej należy więc docenić siłę Pettera Eliassena, Johna Kristiana Dahla, Tord Asle Gjerdalena i reszty, którzy dotrzymywali kroku zdobywcy PŚ na odcinkach prowadzących pod górę. Kto choć raz próbował dłuższego double polingu na wznoszącym się terenie i miał okazję jeszcze to porównać z kimś mocno biegnącym diagonal stridem (krok naprzemienny), doskonale wie, ile wymaga to pracy.

Przy pięknych warunkach atmosferycznych, na szerokiej jak autostrada trasie, bez przeszkadzającego wiatru toczyła nam się wspaniała walka przez 54 km. Trzeba wiedzieć, że takie coś należy raczej do rzadkości. Birkebeinerrennet był kilkukrotnie odwoływany (również w zeszłym roku) z powodu zbyt silnych podmuchów wiatru. Tym razem wszystko zagrało idealnie i mogliśmy cieszyć się rywalizacją aż do ostatnich kilometrów, w której liczyli się: Sundby, Eliassen i Dahl. Na około 20 km przed metą osłabł John Kristian, zaś nieco później kontakt stracił Martin. Wydawało się, że Eliassen ma zwycięstwo w kieszeni, kiedy to na 5 km do końca, siły odzyskał Sundby i dogonił swojego rodaka. Ten jednak nie powiedział ostatniego słowa i atak na ostatnim kilometrze zapewnił mu zwycięstwo- trzecie z rzędu w biegu z serii Swix Ski Classics, ustanawiając jednocześnie rekord pokonania trasy Birkebeinerrennet. Dzięki wygranej i słabszej postawie lidera klasyfikacji generalnej- Andersa Auklanda, Petter Eliassen przejął jego pozycję i żółtą koszulkę. Drugi Johnsrud Sundby oprócz nagrody pieniężnej nie zdobył nic, bo nie jest zarejestrowany w całym cyklu, zaś trzeci Dahl zanotował cenne punkty dla swojego zespołu Team United Bakeries przed ostatnim biegiem sezonu. Może warto wspomnieć, bo nie jest to takie oczywiste, że w tego typu biegach nie liczy się narodowość zawodnika, lecz zespół w jakim startuje. Trochę tak, jak w kolarstwie. Wśród pań zwyciężyła Therese Johaug, też nie zarejestrowana w rywalizacji, przed liderką klasyfikacji generalnej Kateriną Smutną i Serainą Boner. Czas Therese również był rekordowy. Cały bieg możecie zobaczyć oczywiście na YouTube na oficjalnym kanale Swix Ski Classics.

W ostatnią sobotę marca przyszedł wreszcie czas na finał sezonu Swix Ski Classics, czyli (wait for it) Årefjällsloppet. Mam wrażenie, że im bliżej wiosny, tym trudniejsze nazwy mają te biegi. Na początku były takie dźwięczne, włoskie, np. Marcialonga, La Diagonela, La Sgambeda, później swojska Jizerska Padesatka, a teraz takie coś. Birkebeinerrennet jeszcze można znieść, ale to szwedzkie Orefielszlopet jest grubą przesadą. Ostatecznie nawet i to nam nie przeszkadza, bo bieg też ciekawy. W oryginale jego trasa ma 75 km i wiedzie z Vallbo do Åre. W tym sezonie jednak organizatorzy byli zmuszeni skrócić dystans do 47 km wokół Vålådalen z powodu problemów ze śniegiem w okolicach mety. Mimo to, świetnie się oglądało. Warunki znów rozpieszczały biegaczy pięknym słońcem i temperaturą poniżej zera. Przez liczne podbiegi i niełatwy profil, double poling był jeszcze trudniejszy. Nie zaskoczę Was jednak, że znów większość elity mężczyzn nie użyła ani grama smaru na trzymanie. Wśród pań postąpiły tak tylko: Britta Johansson Norgren i Lina Korsgren. Obie rywalizacje rozstrzygnęły się na długim podbiegu, stanowiącym najtrudniejszą część trasy. To właśnie tam Seraina Boner zostawiła całą resztę w tyle i samotnie podążała aż do samej mety. U panów popis umiejętności dał ponownie Petter Eliassen, na spółkę z Tord Asle Gjerdalenem. Kroku próbował dotrzymać im ubiegłoroczny zwycięzca Daniel Richardson, któremu nie wystarczyło jednak siły na całe wzniesienie. Dopiero na ostatnich dwóch kilometrach Eliassen zdołał zostawić Gjerdalena i sięgnąć po swoje czwarte z rzędu zwycięstwo, pieczętując w ten sposób triumf w klasyfikacji generalnej. Tord Asle dowiózł drugie miejsce do mety, zaś ostatni stopień na podium zajął John Kristian Dahl.
Tradycją biegów maratońskich jest wręczanie wieńca dla zwycięzcy przez panią ubraną w ludowy strój.
Wracając jeszcze do rywalizacji kobiet, to za zwycięską Boner na mecie pojawiły się odpowiednio: Sofia Bleckur i Masako Ishida. Katerina Smutna zajęła piąte miejsce, co pozwoliło jej na zdobycie tytułu mistrzyni za cały sezon. 
W przypadku Serainy Boner, ludowa dziewczynka trochę się zagapiła i musiała biec za Szwajcarką. Jak widać, udało jej się.
Zbieramy więc wszystko w całość. Tytuły mistrzowskie zdobyli: Petter Eliassen (Team Leaseplan Go) i Katerina Smutna (Silvini Madshus Team). Klasyfikację sprinterską wygrał Øystein Pettersen (Team United Bakeries), zaś najlepsi wśród młodzieży byli: Anders Høst (Lyn Ski) i Tone Sundvor (Team Synnfjell). Rywalizację zespołową wygrał rzutem na taśmę Team Santander braci Aukland i Tord Asle Gjerdalena. Gdyby kogoś interesowała szczegółowa punktacja, znajdzie ją na moim profilu facebookowym oraz na oficjalnej stronie Swix Ski Classics
Najlepsi mężczyźni finału i całego sezonu (oraz pani w ludowym stroju). Od lewej: Anders Høst (różowa koszulka najlepszego młodzieżowca), Tord Asle Gjerdalen (drugie miejsce w Årefjällsloppet), Petter Eliassen (zwycięzca wszystkiego), pani w ludowym stroju, John Kristian Dahl (trzeci w Årefjällsloppet), Øystein Pettersen (zielona koszulka najlepszego sprintera).
Najlepsze panie. Od lewej: Katerina Smutna (tym razem wesoła posiadaczka żółtej koszulki za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej), Sofia Bleckur (drugie miejsce w Årefjällsloppet), Seraina Boner (zwycięstwo w Årefjällsloppet), Masako Ishida (trzecie miejsce w Årefjällsloppet), Tone Sundvor (różowa koszulka dla najlepszej w kategorii młodzieży). 
Tak zupełnie na koniec przyznam się Wam, że bardzo polubiłem biegi długodystansowe z serii Worldloppet, a szczególnie Swix Ski Classics. Ciekawie ogląda się rywalizację poszczególnych zespołów o każdy możliwy punkt oraz słucha dobrego komentarza ludzi, którzy naprawdę się na tym znają. Nie mówiąc już o moim autentycznym podziwie dla Eliassena i spółki, którzy byli w stanie "przepchać" aż tyle kilometrów i nie używać smarów na trzymanie. Obiecuję sobie, że w przyszłym sezonie nie przegapię już żadnego z etapów Swix Ski Classics i to samo polecam Wam. Te biegi ze swoją bogatą historią wnoszą znacznie więcej niż same wyniki i nagrody. Tak przy okazji powiem Wam tylko, ile otrzymali zwycięzcy za cały sezon- po 40 000 EUR (przeciętny piłkarz polskiej za przeproszeniem ekstraklasy pewnie zgarnia więcej, co jest jakimś nieporozumieniem). Za każdym z maratonów idą także piękne widoki, trochę wiedzy i coś jeszcze. Ale tego czegoś musicie poszukać sami w nagraniu z ostatniego etapu. A konkretniej w momentach 1:28:00 i 2:09:40...

Pakujemy torby, czyli koniec sezonu biathlonowego

Wydarzeń z ostatniego weekendu mogłoby spokojnie wystarczyć na przynajmniej tydzień. Dość powiedzieć, że przede wszystkim skończył się sezon biathlonowego Pucharu Świata oraz kilku innych sportów zimowych, to jeszcze odbył się następny etap Swix Ski Classics, czyli Birkebeinerrennet. Zima zniknęła z ekranów telewizorów w wielkim stylu. No prawie zniknęła, bo pozostanie jeszcze finałowy odcinek biegów Worldloppet oraz mistrzostwa krajowe w biathlonie, które będzie można śledzić w internetach. Tak, czy inaczej "teraz stary śnieg odchodzi gdzieś", jak zaintonował Fisz na piątkowym koncercie we Wrocławiu. Czas, aby zawodnicy powoli pakowali swoje torby i powracali do domów. I wypadałoby to jakoś wszystko podsumować, ale ja tego nie zrobię. A przynajmniej nie od razu.

Bo kogo satysfakcjonowałby długi post wypełniony wszelkiego rodzaju suchymi statystykami? Kto zajmowałby się tym akurat teraz, kiedy wszystko jeszcze świeżo pozostaje w pamięci? Paradoksalnie potrzeba statystyk jest największa przed rozpoczęciem sezonu, a nie po jego zakończeniu. Poza tym, wszystkie klasyfikacje są na oficjalnej stronie IBU, stąd ich skopiowanie tutaj byłoby tyleż niepotrzebne, co nieoryginalne. Z obowiązku napiszę tylko, że w klasyfikacji generalnej zwyciężyli: Darya Domracheva i Martin Fourcade. Te same nazwiska wygrały klasyfikację sprintu. Mała kryształowa kula za bieg pościgowy przypadła Kaisie Makarainen i Martinowi Fourcade. W biegu indywidualnym najlepsi byli: ponownie Kaisa Makarainen i Sergey Semenov. Bieg ze startu wspólnego należał do Franziski Preuss oraz Antona Shipulina. Klasyfikację sztafet mieszanych wygrała Norwegia. Wśród kobiecych sztafet najlepsze były Czeszki, zaś wśród mężczyzn Rosjanie. To tyle, jeśli chodzi o suche fakty.

A skoro wcześniej wspomniałem o pakowaniu toreb, to może ktoś z Was zastanawiał się kiedyś, co biathloniści zabierają ze sobą w długą podróż podczas sezonu Pucharu Świata? Jeżeli tak, to już nie ma takiej potrzeby. Korzystając z okazji, że wkrótce biathlonową rodzinę czeka długa rozłąka, Jerry Kokesh postanowił przejść się z kamerą po pokojach hotelowych niektórych zawodników i wypytać, co kto wozi w walizce. Efekt możecie zobaczyć poniżej.



Coś dużo wolnego miejsca ma Kaisa Makarainen w swojej torbie i wydaje mi się, że zostawiła je dla wielkiej kryształowej kuli. Niestety Finka nie powtórzyła sukcesu sprzed roku. Zamiast tego, pozostały jej dwa mniejsze kryształy. Najwyraźniej nadbagaż ma tym samym Darya Domracheva. Białorusinka jeszcze nigdy nie zdobyła Pucharu Świata za klasyfikację generalną i najpewniej nie była na to przygotowana. Myślami będąc już przy pakowaniu i planując, ile miejsca będzie potrzebować, omal nie straciła dużej kryształowej kuli podczas biegu na dochodzenie. Przy drugiej wizycie na strzelnicy pomyliły jej się postawy strzeleckie i zamiast się położyć, Darya miała zamiar wykonać strzelanie na stojąco. Na szczęście krzyki publiczności wyprowadziły ją z błędu.
Typowa Domracheva podczas strzelania w postawie leżąc.
Taka niespotykana sytuacja przydarzyła się Białorusince nie po raz pierwszy. Kilka sezonów temu w Oberhofie popełniła ten sam błąd, który od tego czasu był kilkukrotnie przywoływany przez Krzysztofa Wyrzykowskiego podczas transmisji. Specjalnie dla niego Domracheva powtórzyła wyczyn, odświeżając swój popisowy numer, podobnie jak Tworzywo zrobiło z Wiosną 86. Zupełnie inny problem ma Martin Fourcade. Oprócz tego, że brat Simon musi podróżować w plecaku kolegi z reprezentacji, to jeszcze w jego walizce pojawiła się pewna nowa rzecz. Nie mówię tu o żadnej z kryształowych kul, bo bywały sezony, kiedy to Francuz wracał z Khanty- Masiyska jeszcze bardziej obładowany. Chodzi o książkę i to nie byle jaką- "Papa debutant". Najwyraźniej Martin i jego partnerka oczekują dziecka lub poważnie je planują. Jerry Kokesh sprytnie przemycił nam tę informację pod koniec filmu. Tak więc Martinowi należą się gratulacje (chociaż kto wie, w końcu jako sportowiec rzadko bywa w domu).


I tak jak Martin Fourcade czyni plany na przyszłość, tak każdy mimo wszystko wybiega myślami do następnego sezonu. Kaisa Makarainen nie jest pewna, czy pojawi się jeszcze w ogóle na trasach, Norwegowie liczą na radykalną poprawę wyników zarówno męskiej, jak i żeńskiej kadry, zaś Ameryka Północna nie może się doczekać, aby znów gościć biathlonowy Puchar Świata. Również na naszym podwórku na wiosnę kwitną nadzieje i rozczarowania. Weronika Nowakowska- Ziemniak prezentowała ostatnio w Dusznikach- Zdroju medale Mistrzostw Świata. Natomiast Jakuszyce już wiedzą, że w najbliższym sezonie nie przyjmą zawodów PŚ w biegach narciarskich, bo od ostatniego razu niczego nie poprawiono. A ja powoli zbieram się do Alty, choć nart jeszcze nie pakuję. W pewnym sensie kolejna zima już się zbliża. Bo jak szybko minął ten sezon, tak szybko nastanie następny. Czas biegnie nieubłaganie i adekwatnym podsumowaniem będą tu słowa Roberta Górskiego, który zwykł mawiać: "Od samego początku zbliżamy się do końca". Święta racja.

Szaleństwo, czyli Bieg Wazów (Vasaloppet) 2015

Wreszcie nadszedł ten dzień, w którym ponad 15 tysięcy (!) zawodników udało się na start 91. edycji Biegu Wazów (Vasaloppet). Miejsca startowe zostały wyczerpane w 1,5 minuty od otwarcia rejestracji. Tak więc w niedzielę, w szwedzkim Sälen mieściło się centrum biegów narciarskich, mimo że w oddalonym o kilkaset kilometrów Lahti za chwilę rozpoczynały się biegi Pucharu Świata. Wśród tej ogromnej liczby chętnych na przebiegnięcie (lub też przepchanie) mitycznych 90 km znalazło się kilka bardzo znanych nazwisk, między innymi Anders Södergren, Justyna Kowalczyk, Seraina Boner, czy Øystein Pettersen. Wszyscy czekali na start, 8 marca, dokładnie o 8:00. Co było później?
Jeszcze przed startem. 15 tysięcy chętnych czeka na zmierzenie się z trasą.
Relacja na żywo w internecie rozpoczęła się już o 7:45, z komentarzem Guya McCrea i Anny-Karin Strömstedt- byłej biegaczki narciarskiej i biathlonistki. Ten duet towarzyszy każdemu z biegów serii Swix Ski Classics (wybrane biegi z Worldloppet). Wystarczy choć raz ich posłuchać, aby wiedzieć, że ma się do czynienia ze specjalistami. Nic więc dziwnego, że cieszyłem się na ponad 4 godziny w tym towarzystwie. O 8:00 wszystko zaczęło się na dobre. Ogromna masa zawodników ruszyła na równie wielkiej polanie. Z tym określeniem "ruszyła" trochę przesadziłem. Po pierwsze, taśma podnosząca się przy starcie, nie wykonała swojego zadania w kilku z 52 torów. Tak więc niektórzy, a wśród nich zeszłoroczny zwycięzca John Kristian Dahl, zaplątali się w nią niczym w siatkę. Tymczasem cała reszta, również ci z tyłu, całą siła parli do przodu. Chyba nie trzeba tłumaczyć niebezpieczeństwa związanego z tą sytuacją, nie mówiąc już o straconym czasie. Na szczęście Dahl i reszta szybko zostali wyciągnięci z opresji, ewentualne złamane kije wymienione (między innymi Justyny Kowalczyk) i można było kontynuować dystans. Nie przebiega on jednak tak szeroką trasą, jak na starcie, w związku z tym za chwilę wszyscy musieli się zwęzić, wbiegając na pierwsze wzniesienie. Wyglądało to trochę tak, jakby przepuścić 15 tysięcy ludzi przez lejek. Najbardziej jest to niekorzystne dla tych, którzy znajdują się z tyłu lub mieli jakieś problemy zaraz przy starcie. Normalnością jest bowiem sytuacja, w której zawodnicy z ostatnich rzędów (amatorzy) czekają na opuszczenie miejsca startu przez ponad pół godziny. Tak było i tym razem. Najlepsi pokonywali już dwudziesty kilometr, kiedy wciąż pokazywano ostatnich amatorów na pierwszym wzniesieniu. To najlepiej obrazuje ogrom ludzi.
Widok na taśmę dającą znak do startu. Tym razem zawiodła.
Kiedy wszyscy nie zdążyli się jeszcze otrząsnąć ze stresu po starcie, zaatakował nie kto inny jak Anders Södergren. Na pierwszym punkcie pomiaru czasu w Smågan miał nawet ponad minutę przewagi nad grupą goniącą. Niestety kilka chwil później, live streaming na oficjalnej stronie Swix Ski Classics się zawiesił i z powodu zakłóceń, relacja nie została wznowiona już do końca biegu. Zdążyłem jednak zauważyć, że Szwed biegł na nartach przygotowanych typowo do techniki klasycznej, czyli ze smarem na trzymanie, co staję się rzadkością wśród faworytów do zwycięstwa w Vasaloppet. Od 2013 roku, kiedy wyścig wygrał Jörgen Aukland stosując tylko technikę pchnięcia, duża część decyduje się na takie właśnie rozwiązanie. Wśród pań, pierwszą zwyciężczynią bez użycia smarów trzymających była rok temu Laila Kveli. Tak jest po prostu najefektywniej w drugiej części dystansu, kiedy kickwax mógłby znacznie spowalniać, a i tak jedyną używaną wtedy techniką jest double poling. Te pojęcia były najwyraźniej obce panom komentatorom z TVP Sport, które na szczęście (lub nieszczęście) też relacjonowało Vasaloppet. Jeden z nich wyraził nawet niezadowolenie, że "ten bieg tak naprawdę nie jest techniką klasyczną i to oburzające, bo jest przez to znacznie łatwiejszy". Z tego miejsca polecam temu panu, aby kiedyś stanął na starcie i przepchał te 90 km. Na pewno będzie mu bardzo łatwo. Jak już kiedyś pisałem, double poling jest naprawdę ważny i wkrótce przy odpowiednim przygotowaniu siłowym, zawodnicy będą mogli pokonywać coraz to trudniejsze trasy z użyciem samych rąk. I nikogo to nie obchodzi, czy jest to "prawdziwa" technika klasyczna, czy nie. Gdy podzieliłem się tym złotym cytatem naszego komentatora przy prowadzeniu swojej twitterowej relacji z biegu, jeden ze Szwedów zareagował krótkim stwierdzeniem: "craziness!". Fakt, wymawianie takiej opinii przy widzach, którzy mogą nie znać zbyt dobrze tej tematyki, to istne szaleństwo. Dodatkowo, zanim na antenę TVP Sport trafił Bieg Wazów, system GPS (moje jedyne źródło informacji) pokazał najgorsze co mógł: ucieczka Södergrena została doścignięta.

I właśnie tak problemy techniczne uczyniły tegoroczny Bieg Wazów bardzo pechowym. Dalszy przebieg był oczywiście jak zawsze interesujący, zwłaszcza w gronie panów, gdzie przez trudne warunki śniegowe i wysoką temperaturę, od prowadzącej grupy co chwila odpadali kolejni zawodnicy. Na ostatnich dziesięciu kilometrach pozostało już tylko trzech: Anders Aukland, Petter Eliassen i Stanislav Rezac. Czech odpadł jednak przed decydującą rozgrywką. Mniej więcej na kilometr przed metą zaatakował bardzo mocny Eliassen, zdobywając przewagę nad starszym rodakiem. Nie stracił jej już do mety i został zwycięzcą 91. Biegu Wazów. Zeszłoroczny zwycięzca John Kristian Dahl zajął 5. miejsce. Wśród pań udaną walkę z dystansem stoczyła Justyna Kowalczyk. Po problemach na początku, odrobiła ponad 3- minutową stratę do prowadzącej wówczas Britty Johansson Norgren. W połowie biegu na prowadzeniu była już Seraina Boner przed Kowalczyk. Następne kilometry były jeszcze lepsze w wykonaniu Polki, która wyprzedziła Szwajcarkę i samotnie zaczęła zyskiwać przewagę aż do 4 minut na mecie nad drugą Johansson Norgren. Szwedka odzyskała siły na około 20 km przed metą i wyprzedziła słabnącą Boner. Czwarta była obrończyni tytułu sprzed roku- Laila Kveli. Wszystkie z wymienionych pań nie używały smarów na trzymanie. Wolne warunki nie pozwoliły jednak na pobicie jakichkolwiek rekordów trasy.

Patrząc na wynik Justyny Kowalczyk w jej pierwszym Biegu Wazów w karierze, można odnieść wrażenie, że zdecydowanie nadaje się do startów w maratonach. Do tego potrzebne jest odpowiednie przygotowanie, siła i doświadczenie. Polka z pewnością opanowała każdy z tych elementów. Duża liczba zawodników po udanej karierze w Pucharze Świata, wybiera właśnie te dłuższe trasy. A i z tego nie zawsze trzeba rezygnować, co udowadnia nadal ścigająca się w kadrze Szwajcarii Seraina Boner. Poza tym miejsca w kadrze na Mistrzostwa Świata i Igrzyska Olimpijskie na pewno nie zabraknie dla Kowalczyk, nawet gdy przestanie bywać w PŚ. Ważny jest również fakt, że wszystkie biegi z serii Swix Ski Classics są rozgrywane wyłącznie techniką klasyczną, co zapewne by jej odpowiadało. Pozostaje tylko pytanie, czy będzie "odpowiadało" opinii publicznej, która wciąż chce powrotu "naszej kochanej Justynki na tron Pucharu Świata bo królowa jest tylko jedna i nie można już patrzeć jak te wredne Norweżki ciągle wygrywają". Aż mi się niedobrze zrobiło pisząc te zebrane zewsząd głosy typowego polskiego kibica, kierującego się tylko swoim wąsko patrzącym ego. I taki niech będzie morał płynący z 91. edycji Vasaloppet.