Rok 2016 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś zakończenia i nadzwyczajne zdarzenia. Ja też zawsze powtarzałem, że wszystko kiedyś musi się skończyć. Tak było z pobytem w Alcie, działalnością The Very Polish Cut Outs i Ptaków. Ten rok już teraz odznaczył się pasmem zakończeń czegoś, co warto będzie pamiętać. Dorzucę więc swoje skromne kilka groszy do tych pożegnań, bo w takim gronie aż miło odchodzić. Ten post będzie ostatnim na blogu o nazwie Północny Punkt Widzenia. Nie zmienię jednak nazwy na Południowy, czy cokolwiek podobnego. Teraz przychodzi czas na nowe wyzwania, którym nie będzie już po drodze z tym miejscem. Historie zostały napisane, przeczytane i za to dziękuję wszystkim, którzy na przestrzeni tych długich lat odwiedzili to miejsce chociaż raz. Oczywiście nadal będzie można tu wpadać, choć nic nowego się tu już nie pojawi.
Ale spokojnie, nie ma powodów do smutku. Zobaczcie, ile razem zrobiliśmy. 230 napisanych tekstów, niektóre lepsze, inne gorsze. Z czasem wszystko się zmieniało, w tym również wygląd strony. Poza tym, kto by pomyślał 1 kwietnia 2013 roku, że za trzy lata teksty będą pisane z jakiegoś końca świata na północy Norwegii? Sam tego nawet nie planowałem, a wszystko jakoś tak się ułożyło, że spełniłem swoje marzenia i mogłem Wam wszystkim o nich opowiedzieć. A co najważniejsze, czerpałem z tego pisania ogromną frajdę, od pierwszego do ostatniego tekstu. Za to wielkie dzięki raz jeszcze, że napędzaliście tę radość przez czytanie.
Pobyt w Alcie pozostawił za sobą wiele tekstów, dotykających tematów, do których nigdy bym się nie zbliżył nie będąc w tym miejscu. Tego typu życie, które wiodłem na północy, jest rzeczywiście nie do podrobienia. Wszystko tam przeżywa się silniej, czerpie się z tego więcej, ale to pewnie przez tą "inność", którą trudno ogarnąć. Tam nawet codzienność była wyzwaniem i chyba widać to w tych niektórych tekstach, szczególnie ryjących banię czytelnika. Dlatego zostawmy już metafory, drugie, a nawet trzecie dna, poukrywane gdzieś tam w każdym pojedynczym słowie i zróbmy coś prostego. Choćby specjalnie tylko na ten ostatni raz. A tak się składa, że to da się zrobić. Tak więc po raz ostatni stawiam kropkę w poście i zapraszam (po raz pierwszy i ostatni) na krótki film z północy. Do zobaczenia gdzieś na świecie!
Północny Punkt Widzenia
Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek północy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek północy. Pokaż wszystkie posty
To był lot
"Wpatrzony w mijające auta
Tempomaty, pasy, bieg
Historii zasępionych głów"
Minęło już kilkanaście dobrych dni od momentu, w którym samolot Alta - Oslo oderwał się od ziemi, po czym prawdopodobnie ostatni raz zobaczyłem górę Komsę, Nordlyskatedralen i wszystkie szklane domy. Podróż tym razem nie miała prawa pójść jakkolwiek źle. Ciepłe dni na Północy utwierdziły mnie w przekonaniu, że tym razem to miejsce wypuszcza mnie po dobroci, skoro już nie mogło mnie tam zatrzymać siłą, gdy poprzednio drżałem o swój powrót do domu z powodu fatalnych warunków. Wtedy wszystko szło jednak zaskakująco dobrze, lecz tym razem paradoksalnie przy najlepszej pogodzie i najspokojniejszej głowie, coś musiało pójść nie tak, ale o tym opowiem trochę później. Gdy siedziałem z jednym ze znajomych Norwegów przed kameralnym lotniskiem, czekając w słońcu na lot, uzmysłowiłem sobie, jak szybko minął ten niezwykły rok akademicki. Jeszcze niedawno poznawałem wszystkich wokół, a już trzeba się z nimi żegnać, mając niewielką nadzieję na ponowne spotkanie gdzieś w przyszłości. W takich momentach każdy przyrzeka, że nie zapomni, po czym po kilku tygodniach wszystko wraca "do normy", a nasze stare życie pochłania nas bez reszty, ostatecznie odkładając powoli dawną codzienność na półkę ze wspomnieniami. Wszystko dzieje się naturalnie, bo już nie znajdujemy się w tych samych realiach, wśród tych samych ludzi i w tym samym miejscu, stając się jak nieaktualizowany komputer bez dostępu do internetów. Obraz zatrzymał się na tych ostatnich chwilach, nie dopuszczając myśli, że cokolwiek mogło się od tego czasu zmienić. Często jest więc tak, że uzurpujemy sobie prawo do czegoś, co już się skończyło, a bardzo nam pasowało. Tak jak ja jeszcze długo będę nosił w portfelu nieważną już legitymację studencką UiT oraz srebrną kartę SASa, która na lądzie jest równie przydatna, co ubezpieczenie od zalania mieszkania sokiem czereśniowym. To i tak jest raczej tylko sentyment, dalece mniej szkodliwy niż powtarzanie, że "tam było inaczej", albo coś podobnego.
Bo tam rzeczywiście było inaczej, lecz doświadczenie tej inności było warte spędzonego na Północy czasu. Nie mówiąc już o nauczonym języku. Jeszcze w drodze, pomiędzy lotem do Oslo a drugim etapem do Kopenhagi, przyszły wyniki poniedziałkowego egzaminu ustnego. Najwyższa ocena była potwierdzeniem, że wszystko poszło jak należy. A dziś, czyli kilkanaście dni później, dowiedziałem się o wynikach części pisemnej, które też zaskoczeniem nie były. Zresztą to specjalne uczucie, kiedy na wielkim jak pół Alty lotnisku w Kopenhadze mogłem pomóc starszej norweskiej pasażerce w znalezieniu swojej bramki, z której odlatywał jej samolot, odpowiadając twierdząco na jej pytanie "snakker du norsk?". Szkoda tylko, że później również ja potrzebowałem pomocy po tym, jak mój lot postanowił się nie pojawić na rozkładzie, co oznaczało najwyraźniej jego anulowanie. W kłopotach dołączyłem tym samym do polskich studentów z wymiany, którzy opuścili akademik Komsa kilka godzin wcześniej i już dawno mieli być w Polsce, a w zamian czekali na samolot do późnego wieczora. Szczęśliwie nie byłem zdany na czekanie całą noc wewnątrz terminalu, który swoją drogą przewyższa Altę bogactwem życia rozrywkowego. Gdy jednak po dwóch etapach bezproblemowej podróży nagle coś idzie niezgodnie z planem, myśli się raczej tylko o odpoczynku. Na to mogłem liczyć, bo zapewniono mi hotel niedaleko lotniska. Szczerze mówiąc widok z 14 piętra tego przeszklonego wieżowca nie był taki zły, a podwójne łoże małżeńskie wystarczyło mi aż nad to, nie mówiąc już o obfitym śniadaniu w formie szwedzkiego stołu. Mimo wszystko dziwnie się czułem będąc zawieszonym gdzieś w przestrzeni pomiędzy Północą a domem, wśród tych wszystkich ludzi w garniturach i drzew za oknem posadzonych w regularnych odstępach 3,55 metra.
Po szczęśliwym wylądowaniu we Wrocławiu następnego dnia (1 czerwca) wszystko przyspieszyło i nawet nie miałem kiedy liczyć dni, nie mówiąc już o przygotowaniach do następnej ważnej rzeczy w kalendarzu, jaką był bieg WRO RUNWAY RUN. Już za 10 dni od tego momentu miałem przyjechać na wrocławskie lotnisko kolejny raz, by tym razem pobiec w ramach charytatywnej imprezy. I właśnie tak się to stało. W miniony weekend znów pojawiłem się na terminalu w oczekiwaniu na start, tym razem nie następnego samolotu, lecz biegu na 10 km wiodącego po pasie startowym lotniska. Dla lepszego efektu bieg rozegrano w nocy. Już w czasie zapisów było wiadomo, że impreza przyciągnie tłumy ludzi, bo miejsca zostały wykupione w kilka minut po rozpoczęciu rejestracji. Mogłem się więc spodziewać około 1000 osób na trasie. Frekwencja imponująca, tym bardziej, że być może podobną liczbę pasażerów odprawia się na tym lotnisku w ciągu całego dnia. Przynajmniej tak to wyglądało, gdy odebrałem swój pakiet startowy, a wokół zaczęło pojawiać się coraz więcej uczestników ubranych w specjalnie przygotowane na tę okazję niebieskie koszulki z nazwą imprezy. Lecąc poprzednio do Alty z tego samego lotniska nigdy nie widziałem aż tylu ludzi na raz. Wśród nich byłem ja wraz z moimi przyjaciółmi, którzy dzielnie wspierali mnie przez cały czas aż do chwili, gdy musiałem udać się na kontrolę bezpieczeństwa i strefę wolnocłową, skąd po godzinie oczekiwania wszyscy mogli wreszcie wyjść na płytę lotniska, by stanąć na starcie. W czasie oczekiwania czuć było pewną nerwowość, zupełnie jakbyśmy wszyscy mieli startować zaraz w jakiś długi lot samolotem, a nie w fantastycznym biegu.
Dokładnie o godzinie 0:30 wystartowali uczestnicy na dystansie 5 km. Nieprzebrane rzesze biegaczy, od zawodowców, po Januszy sportu, wyruszyły na niezwykłą trasę, zapisując tym samym w historii portu lotniczego im. Mikołaja Kopernika pierwsze tego typu wydarzenie. Wśród nich był również Zbigniew Bródka- złoty medalista IO w Pekinie. Natomiast moja grupa wyruszyła pięć minut później przy równie entuzjastycznym komentarzu spikera, który opowiadał wszystko zgromadzonym w terminalu osobom tak, by mogły one śledzić bieg przy pomocy telebimu. Wraz z wystrzeleniem racy z pistoletu wszystko się zaczęło, taśma została zerwana i prawie 600 osób ze mną w środku ruszyło na trasę dwóch okrążeń (pas startowy w tę i z powrotem oraz droga dojazdowa do stanowisk to jedno okrążenie 5 km). Na początku przebijałem się przez tłumy tych, którzy przyszli sobie potruchtać i dobrze się bawić, później kilkudziesięciu tych, którzy przyszli tu dobrze wyglądać i wpatrywać/wsłuchiwać się w swoje telefony, skąd rozlegał się głos Endomondo dzielnie podającego tempo każdego kilometra. I wreszcie uczepiłem się tych, którzy wyglądali na twardych biegaczy z pulsometrami na rękach i klatkach, po czym tak sobie z nimi biegłem, często zmieniając grupki w zależności od preferowanego tempa. W ręku ściskałem tylko mój dowód osobisty, bo z przyczyn bezpieczeństwa (?) należało taki dokument wziąć na kontrolę, a nie miałem zwyczajnie gdzie go schować. Początkowo patent z wsadzeniem go sobie do ... buta oczywiście wydawał się być dobry, ale po kilkuset metrach biegu musiałem zrezygnować z tej strategii. O telefonie tym bardziej nie było mowy, zresztą po co by mi on był, skoro i tak biegłem w ogromnej grupie, mając niezliczone opcje załapania się za plecami kogoś innego nadającego tempo. Ktoś by powiedział, że to zagrywka typowego Northuga, ale nie przesadzajmy, tu chodziło głównie o wrażenia z biegu. A były one niesamowite. Z samego początku pasa startowego widać było rząd charakterystycznych świateł lotniska, które mieniły się silnymi barwami. To właśnie taki widok jest codziennością każdego pilota. Przede mną była długa prosta, wystarczająca do rozpędzenia samolotu, a dla uczestników całkiem wymagająca. Trzeba jakoś nastawić się na ciągły bieg do przodu, widząc przed sobą tylko kolejne rzędy ludzi, których albo się mija, albo traci z zasięgu wzroku. Ciemność zrobiła przecież swoje, ukazując dodatkowo bezchmurne, rozgwieżdżone niebo. Podkreśleniem charakteru biegu był samolot ustawiony na drugim końcu pasa, który okrążałem przy zawracaniu. W takich warunkach 5 km byłoby po prostu za mało, stąd dodatkowa runda przydała się dla skupienia na tempie, zamiast napawania się sytuacją. Dlatego po wybiegnięciu na następną rundę, gdy już zrobiło się trochę luźniej bez wszystkich "piątek", przyszedł czas na złapanie kogoś z bardzo słusznym tempem. Nie przyszło to łatwo i czasem musiałem zwyczajnie powiedzieć "do widzenia". Próbowałem tak przez cały odcinek po pasie startowym. Nie zastanawiałem się nad miejscem, w okolicach którego mógłbym się wtedy znajdować. Pod koniec z drogi dojazdowej słychać już było głos spikera, gorąco zagrzewającego do walki, więc wziąłem to sobie do serca. Przyspieszyłem tak, że wyprzedziłem nagle kilku gości, których odpuściłem wcześniej na pasie, wpadając na metę zupełnie bez oddechu. Taka końcówka zdziwiła mnie samego, po czym mogłem pójść znów do terminala, by obejrzeć część oficjalną imprezy. Biegu nie wygrałem, ale ostatni też nie byłem. Miejsce 80. czyli w pierwszej setce jak najbardziej mnie ucieszyło, zwłaszcza biorąc pod uwagę sam udział, osiągnięty czas oraz fakt, że poprzedni trening miałem jeszcze w Alcie. Warto było spróbować czegoś nowego, zamykając w ten sposób rozdział wizyt na wrocławskim lotnisku w celu startów i lądowań. Biegłem w końcu po tym samym gruncie, którego dotknęły koła mojego samolotu z Kopenhagi 10 dni wcześniej. A najlepsze jest to, że pieniądze (czyli ponad 50 000 zł) z tej świetnej zabawy wpłynęły na konto fundacji „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową”. Połączyliśmy więc przyjemne z pożytecznym. Wszystkich zachęcam do zobaczenia zdjęć z biegu TUTAJ. Nie martwcie się, chyba nie ma mnie na żadnym z nich.
Tempomaty, pasy, bieg
Historii zasępionych głów"
Minęło już kilkanaście dobrych dni od momentu, w którym samolot Alta - Oslo oderwał się od ziemi, po czym prawdopodobnie ostatni raz zobaczyłem górę Komsę, Nordlyskatedralen i wszystkie szklane domy. Podróż tym razem nie miała prawa pójść jakkolwiek źle. Ciepłe dni na Północy utwierdziły mnie w przekonaniu, że tym razem to miejsce wypuszcza mnie po dobroci, skoro już nie mogło mnie tam zatrzymać siłą, gdy poprzednio drżałem o swój powrót do domu z powodu fatalnych warunków. Wtedy wszystko szło jednak zaskakująco dobrze, lecz tym razem paradoksalnie przy najlepszej pogodzie i najspokojniejszej głowie, coś musiało pójść nie tak, ale o tym opowiem trochę później. Gdy siedziałem z jednym ze znajomych Norwegów przed kameralnym lotniskiem, czekając w słońcu na lot, uzmysłowiłem sobie, jak szybko minął ten niezwykły rok akademicki. Jeszcze niedawno poznawałem wszystkich wokół, a już trzeba się z nimi żegnać, mając niewielką nadzieję na ponowne spotkanie gdzieś w przyszłości. W takich momentach każdy przyrzeka, że nie zapomni, po czym po kilku tygodniach wszystko wraca "do normy", a nasze stare życie pochłania nas bez reszty, ostatecznie odkładając powoli dawną codzienność na półkę ze wspomnieniami. Wszystko dzieje się naturalnie, bo już nie znajdujemy się w tych samych realiach, wśród tych samych ludzi i w tym samym miejscu, stając się jak nieaktualizowany komputer bez dostępu do internetów. Obraz zatrzymał się na tych ostatnich chwilach, nie dopuszczając myśli, że cokolwiek mogło się od tego czasu zmienić. Często jest więc tak, że uzurpujemy sobie prawo do czegoś, co już się skończyło, a bardzo nam pasowało. Tak jak ja jeszcze długo będę nosił w portfelu nieważną już legitymację studencką UiT oraz srebrną kartę SASa, która na lądzie jest równie przydatna, co ubezpieczenie od zalania mieszkania sokiem czereśniowym. To i tak jest raczej tylko sentyment, dalece mniej szkodliwy niż powtarzanie, że "tam było inaczej", albo coś podobnego.
![]() |
| Ostatnie podejście do Alty od strony Komsy. Taki widok odkryłem na tydzień przed wyprowadzką, a przez kilka miesięcy mieszkałem od niego kilka minut drogi. |
| Widok z okna mojego pokoju na 14. piętrze hotelu Bella Sky w Kopenhadze. Było ciekawie. I internety też były. |
![]() |
| Wejście do wrocławskiego terminalu oświetlone zachodzącym słońcem. |
![]() |
| Warunki i telefon nie pozwoliły na wiele, ale jakoś widać ten medal, jaki otrzymał każdy uczestnik biegu po dotarciu na metę. |
Mój ostatni dzień
Nie pamiętam pierwszego dnia w Alcie, bo byłem obezwładniony tym, co mnie właśnie spotkało. A przyznam, że chciałem tutaj zrobić takie porównanie tych pierwszych i ostatnich chwil oraz tego, jak ten czas na mnie wpłynął, co zmienił i czego nauczył. Przecież jest tego trochę, bo gdy jednak próbuję wyobrazić sobie siebie tuż po przyjeździe, to wyglądałem mniej więcej tak: Bałem się. Jak cholera. Siedziałem w pustym pokoju na dalekiej Północy, nie mając znikąd pomocy i nie wiedząc nic. Jedyną myślą było zapewne: "co ja właśnie zrobiłem". W dodatku akademiki Nyland wyglądały jak jakieś opuszczone blokowisko lub nawet więzienie. Nikogo nie znałem i nie byłem nawet pewien istnienia moich współlokatorów na piętrze. Jedyne ślady tego, że ktoś oprócz mnie korzysta z kuchni widziałem po zmieniającej się zawartości suszarki na naczynia. Również dźwięk otwieranych w porze nocnej drzwi wejściowych, od których nie dzieliło mnie wiele, sygnalizował, że ktoś jednak wraca skądś do pokoju. Nie myślałem nawet o wyjściu, zapytaniu się, kim ten ktoś jest. A najbardziej zastanawiał mnie mój najbliższy sąsiad, z którym miałem dzielić łazienkę. W chwili mojego przyjazdu nie było go w pobliżu. Mogłem tylko domyślać się, kim on jest i kiedy przyjedzie na studia. Wtedy za każdym razem, gdy te drzwi otwierały się wieczorem, myślałem, że to on. To było dziwne uczucie, potęgowane dodatkowo dniem polarnym, który wbrew pozorom nie dodawał pewności. Pustawe akademiki, zero ludzi na dworze i uparcie wskazujący godzinę 12 w nocy zegarek to przy zupełnie jasnym widoku na zewnątrz nie stanowiło jakiejkolwiek normalnej dla mnie sytuacji. W nocy nie mogłem spać, a rano nie chciałem wstać. Z Północą zderzyłem się nad wyraz mocno. Dopiero po dwóch dniach poznałem swoich sąsiadów, z którymi wszystko zaczęło przybierać inny wygląd. Przyszedł czas otwierania się na to, co mnie spotka w najbliższych kilku miesiącach. Również mój sąsiad, który przyjechał po tygodniu, okazał się być całkiem w porządku.
Tak jest z tym ostatnim dniem, który w przeciwieństwie do pierwszego zapamiętam jeszcze przez długi czas. Najpierw pakowanie rzeczy w jednym z najlepszych akademików na świecie. Chyba nigdzie nie można było żyć tak blisko natury jak tutaj. Wszystko było tu widać dokładniej niż w więzieniu (Nylandzie). Powroty zorzy polarnej w marcu, białe zające i rodzinę srok, które już na dobre zbudowały sobie gniazdo nieopodal mojego okna. Teraz wszystko za nim jest zielone, choć jeszcze miesiąc temu pole było w znacznej mierze pokryte starym śniegiem. Krzewy zyskały siłę i stały się czymś więcej niż tylko wyschniętymi patykami, które przeszkadzały przy wyskakiwaniu przez parapet. W ostatnich dniach były raczej ozdobą coraz częściej wpuszczanego do pokoju wiosennego słońca i ciepła, przy którym można było po prostu siedzieć nie robiąc nic. Na przykład w poniedziałek temperatura osiągnęła niewyobrażalne 25 st. C, co przywiodło nawet do Alty małą burzę i tęczę widoczną z samych drzwi wejściowych. Tym wszystkim można się napawać w nieskończoność, zwłaszcza gdy dokładnie wiadomo, że to już koniec. Na takie coś nie było jednak czasu. Ustny egzamin z norweskiego i tona rzeczy do spakowania nie mogły czekać. Przy tej letniej pogodzie nie mogło pójść inaczej niż bardzo dobrze, choć w natłoku tych wszystkich wspomnień trudno było się skupić na samym zaliczeniu. Później odwiedziłem nawet swoją pracę. Tam, gdzie zaczynałem nie wiedząc zupełnie nic i gubiąc się w norweskim, zostałem pożegnany słowami kierowanymi przez szefa: "dziękujemy. Pracowałeś bardzo dobrze. Powodzenia dalej". Nie obyło się bez zakupów typowo norweskich rzeczy, których będzie mi brakowało. Kilogram brązowego sera i słodycze wylądowały już w torbie. Później pozostało pójść jeszcze do najciekawszego sklepu w Alcie, czyli muzycznego o nazwie Puskas i zaopatrzyć się w jakąś starą płytę z prawdziwie norweską muzyką. Trafiłem akurat na porę tuż po samym zamknięciu, lecz szczęśliwie właściciel wpuścił mnie do środka i pomógł w odpowiednim wyborze. A gdy dowiedział się, że to wszystko ma mi przypominać Altę po wyprowadzce, wręczył mi wspaniały prezent. Było nim jego własne wydanie- dwie LP z norweskimi piosenkami, warte w sumie więcej niż to, co właśnie kupiłem. Długo nie mogłem otrząsnąć się z zaskoczenia, jednak pseudonim Puskas zapamiętam na jeszcze dłużej. Nie inaczej jest z ludźmi, których żegnałem. Koledzy z kursu językowego, studenci z wymiany, dawni norwescy sąsiedzi. Oni wszyscy rozjadą się teraz w swoje strony i wrócą do swoich zajęć lub rozpoczną coś zupełnie nowego. Być może dla nich Alta też była jakimś zwrotem akcji i wątkiem, który dobiega końca właśnie teraz, tak jak kończy się sezon dobrego serialu. Ze mną jest niby podobnie, choć dziś, tego ostatniego dnia wiem na pewno, że to wcale nie jest koniec, a dopiero początek. Z tą różnicą, że przez chwilę będzie ciszej.
![]() |
| Podobno w Norwegii jest taki przepis, że jeżeli posiada się dziecko, trzeba mieć również taki mały batut obok domu. |
Moja własna Śnieżka
![]() |
| Widok na Haldde z płaskowyżu przed ostatnim etapem wspinaczki. |
![]() |
| Wiejski krajobraz na norweskiej prowincji, czyli Kåfjord. |
![]() |
| A przez taki most i taki tunel (po prawej) dojeżdża się z Alty do Kåfjordu. |
![]() |
| Widok na główną drogę przebiegającą przez Kåfjord. |
Trasa początkowo wiedzie szutrową, niepozorną, aczkolwiek stromą drogą, po której spokojnie mogłyby poruszać się samochody. I chyba rzeczywiście tak jest, bo miejscami widać było ślady opon, a mijane ogromne rury wyglądały na niedawno przywiezione na miejsce jakiejś budowy. Podobno w okolicy ma być właśnie budowany pewien rezerwuar wodny, wokół czego rozgorzała dość głośna debata. W końcu ingerencja w szlak prowadzący na jedną z okolicznych atrakcji to coś naprawdę dużego. Tu jednak do głosu dochodzi fakt, że tak naprawdę żadnego "szlaku" w naszym rozumieniu tam nie ma. Tutejsze góry nie znajdują się w obrębie żadnego parku narodowego, który obejmowałby cokolwiek ochroną, jak i wyznaczał turystom jedynie słuszne zasady ich zdobywania. Za tym przemawia również allemannsretten, czyli prawo każdego człowieka do korzystania z natury w nieograniczony, aczkolwiek szanujący ją sposób. Ma to zatem swoje złe strony w postaci ewentualnego przeforsowania projektu budowy czegokolwiek, jak i dobre aspekty, takie jak choćby możliwość wchodzenia na szczyt najkrótszą wybraną drogą zgodnie z zasadą "byleby się przy tym nie zabić". Z tej okazji skorzystaliśmy zdobywając Haldde. Gdy szutrowa droga się skończyła, ustępując coraz to węższym ścieżkom, dodatkowo przecinanych nagle grubą warstwą śniegu, w którym łatwo się było zapaść, czasem trzeba było wybrać taki tor, który omijałby najgorsze momenty oznaczające wyciąganie śniegu z butów. Nie wszystko jednak udało się obejść, szczególnie przed samym szczytem, kiedy trudy niesamowitej stromizny podkreśliła jeszcze zdradliwa śnieżna pokrywa. W rezultacie ostatnie metry wejścia wyglądały jak próba zdobycia Śnieżki od frontu, w linii prostej ( ͡° ͜ʖ ͡°).
![]() |
| Stromo i w dodatku śnieżnie. O ile podejście sprawiało problemy, o tyle zejście było już przyjemnością, również dla sąsiadki z Polski. |
![]() |
| Najwyraźniej jest jeszcze więcej śniegu w górach, gdzieś na zachód od Haldde. |
![]() |
| Jeszcze jedno ujęcie ze szczytu. |
![]() |
| I widok na Altę z samej góry. |
![]() |
| Popiersie słynnego Kristiana Birkelanda. |
![]() |
| Widoczny budynek oferuje nocleg na opisanych powyżej zasadach. |
![]() |
| Zamarznięte jezioro w górach to zawsze coś pięknego, szczególnie gdy wpadają do niego dwa lodowate strumienie. |
![]() |
| W niektórych miejscach względna wiosna kontrastuje z grubą pokrywą śnieżną aż nadto. Dziwne, że w okolicy nie utrzymuje się żaden lodowiec. |
P.S.: Wszystkie zdjęcia z wyprawy na Haldde można zobaczyć tu.
Niech się święci 17. maja
Większość z nas ma już za sobą długi majowy weekend. Grille zostały rozpalone po raz pierwszy w sezonie, puszki z elitarnym piwem marki VIP otwarte, a plastikowe krzesła ogrodowe wyjęte z piwnicy. Norwegowie jednak na swoją wersję majówki musieli trochę poczekać. Bo choć tu też obchodzone jest święto pracy 1. maja, wypadło ono w niedzielę, zaś o 2. i 3. nikt tu nawet nie słyszał. Znaczy słyszał, bo były takie dni zaraz po pierwszym, ale w kalendarzu na czerwono zaznaczona jest nieco późniejsza data, na którą czekano. Nic dziwnego, bo chodzi o najważniejszy dzień dla całej Norwegii, jakim jest 17. maja. Razem z Zielonymi Świątkami przypadł w tym roku Dzień Konstytucji, czyli Grunnlovsdagen. Jego rangę podkreśla to, że nawet mój sklep jest wtedy zamknięty, więc mamy do czynienia z naprawdę ważnym czasem, porównywalnym do Bożego Narodzenia. Skoro więc pół świata zasypało portale społecznościowe hashtagami #17mai i #GratulererMedDagen, czas dowiedzieć się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.
Dla Norwegów dzień 17. maja jest jak urodziny całego narodu. Gdy z datą 17.05.1814 uchwalono norweską konstytucję, był to pierwszy krok do niezależności. Kraj wyszedł z tłamszącej unii z Danią po to, by przejść w kolejny związek, lecz tym razem luźniejszy (coś jakby taki z opisywanych w ostatnim poście towarzyskich historii), ze Szwecją. Już wtedy Norwegia miała sporą suwerenność, choć całkowicie zyskała ją nieco później, bo w 1905 roku, kiedy za sprawą referendum odłączyła się od wschodniego sąsiada i sprowadziła sobie (jak na ironię) duńskiego księcia Karla, który przyjął imię Haakon i został nowym królem. Szwedzi byli w tym czasie czymś zajęci (prawdopodobnie organizowaniem pierwszego konkursu Eurowizji razem z Australią), więc nie chcieli iść na wojnę przeciwko sąsiadom. To ostatecznie dało niezależność Norwegom, którzy na jej pamiątkę postanowili jednak obchodzić swoje święto 17. maja jako dzień niepodległości, bo zapewne taka data jest dokładniejsza oraz znacznie ważniejsza pod względem symbolicznym niż jakieś referendum i dłuższe sympatyzowanie Szwecji z Conchitą Wurst. Tyle, jeżeli chodzi o samą historię. A jak jest dziś, czyli w dzień 202. urodzin najważniejszego dokumentu spisanego w Eidsvoll?
Co roku w każdym większym mieście, w tym również w Alcie, organizowany jest pochód, w którym biorą nieprzebrane rzesze mieszkańców całej okolicy. Najwięcej dzieje się pod tym kątem w Oslo, gdzie pochód mija pałac królewski, dzięki czemu każdy ma szansę pomachać do rodziny królewskiej. Ludzie noszą wówczas specjalne stroje ludowe, zwane bunad, które różnią się od siebie wyglądem w zależności od pochodzenia. To tak, jakby u nas ktoś z Krakowa maszerował w dobrze nam znanym stroju krakowskim z okazji 3. maja. Wygląda to naprawdę wspaniale, bo w takim zestawieniu strojów wszystko musi być odpowiednio dobrane, w tym również biżuteria oraz obuwie. Patrząc na tak pięknie ubranych Norwegów, których proszę o pozowanie do zdjęcia, jestem trochę zazdrosny, że my nie mamy tradycji noszenia takich szczególnych strojów. Był przecież romantyzm, a później Młoda Polska i chłopomania, były motywy ludowe i baśnie, więc czemu musieliśmy o tym zapomnieć gdzieś po drodze? Być może gdzieś w szarych czasach komunizmu zmuszono nas do tego zapomnienia, a dziś ewentualny powrót do takich tradycji byłby już niemożliwy. "Bo po co?" Czemu Janusz z Grażyną mieliby wydawać mnóstwo pieniędzy na coś, co włożą raz do roku, a może czasem przy okazji ważniejszego święta rodzinnego? A poza tym, to takie nienowoczesne, niestylowe i w ogóle niewygodne, jak pomyślała Karyna z Sebkiem. Tutaj bunad nosi się jednak bez względu na wiek. A ja mogę niestety zapomnieć o dumnym zaprezentowaniu się przy podobnej okazji w Polsce, mając na sobie jeden ze strojów dolnośląskich, choć tak naprawdę z punktu widzenia genealogii bliżej mogłoby mi być do strojów ukraińskich. Ale zostawmy już zawirowania historii i nie róbmy z nich piosenki na Eurowizję, bo to by było zbyt naiwne, lepsze będzie coś ambitniejszego i uniwersalnego o życiu. Czekaj, co?
No dobrze, gdzieś się tutaj zagalopowałem na grząski grunt, ale to zapewne wina tego, że pisząc ten tekst późnym wieczorem, na dworze wciąż panuje całkowita jasność. Bo tak się składa, że 17. maja był dla Alty również początkiem dnia polarnego. Dla mnie to raczej zła wiadomość, bo jestem tak zwanym człowiekiem- sową, czyli prowadzę osiadły tryb życia i posiadam widzenie stereoskopowe. I tak przez to potrafię zasiedzieć się przy komputerze czekając na nocny klimat idealny do myślenia, który jednak nie nadchodzi. Słońce dodaje na szczęście siły, dzięki czemu w moich ostatnich dniach w pracy nie było wcale tak ciężko, mimo że na dzień przed Świętem Konstytucji sklep przeżywał taki szturm, że po wyjściu ostatniego klienta na półkach nie zostało praktycznie nic. Trochę żal mi było tych geniuszy przychodzących na minutę przed zamknięciem i pytających, czemu nie mamy tego, czy tamtego. Przez to mogli mieć nawet zepsute święto, w które wszystko musi być idealne. No właśnie, skoro o tym mowa, to czas opowiedzieć, jak powinno wyglądać świętowanie 17. maja według Norwegów. Oprócz ubrania bunadu lub garnituru/sukienki oraz zabrania ze sobą małej norweskiej flagi, potrzeba zjeść odpowiednie śniadanie, najlepiej z norweskimi produktami. Mogą to być charakterystyczne gofry z brązowym serem, a do tego koniecznie szampan. Tak, tego dnia picie alkoholu o poranku to nie alkoholizm, to po prostu symbol dobrego rozpoczęcia dnia toastem za Norwegię. Po wczesnym śniadaniu wychodzi się na pochód. Często w obrębie jednej parady formują się grupy, zwykle tworzone przez szkoły lub przedszkola idące pod swoim sztandarem. Pochód dociera do centrum, gdzie rozpoczynają się przemówienia, a orkiestra gra norweski hymn. We wszystkim chętnie biorą udział imigranci. Jedni robią to z ciekawości, inni z poczucia szacunku, a jeszcze inni z przypadku. Stąd nie zdziwił mnie widok siedzących lub rozmawiających pań w stroju ludowym środkowej Arabii Saudyjskiej, lub panów trzymających ręce w kieszeni podczas grania hymnu. Po części oficjalnej wszyscy rozchodzą się w swoją stronę- niektórzy do barów by dokończyć butelkę szampana, inni do restauracji na uroczysty obiad, jeszcze inni do domów. Ważne, by w drodze tam kupić i zjeść lody- kolejny element tradycji majowego święta. Ale jeszcze ważniejsze jest to, że spędza się ten czas w gronie przyjaciół lub rodziny. W podobny sposób postanowiliśmy uczcić ten dzień również w akademiku. Było ciasto z norweską flagą i wszyscy sąsiedzi z mojego piętra. Po raz pierwszy nadarzyła się okazja, by po prostu razem posiedzieć i porozmawiać.
A najlepsze jest w tym wszystkim poczucie wspólnoty, które widać wśród Norwegów tego dnia. Idąc ulicą mówi się do nieznajomych "gratulerer med dagen" (czyli wszystkiego najlepszego), zaś oni odpowiadają tym samym. Również mnie, kiedy pytałem o możliwości zrobienia zdjęcia, spotykały miłe gesty i uśmiechy, zamiast podejrzliwych pytań: "a po co?". Z ciekawością patrzyłem na obchody tego najważniejszego dnia i wciąż nie mogłem się temu wszystkiemu nadziwić. I choć moja norweska flaga znajduje się w Polsce, przez co nie mogę wywiesić jej teraz za okno jak każdy, a sam wcale nie czuję się ani trochę Norwegiem, to chętnie dołączam się w tę ostatnią minutę 17. maja do życzeń. Gratulerer med dagen, Norge!
Dla Norwegów dzień 17. maja jest jak urodziny całego narodu. Gdy z datą 17.05.1814 uchwalono norweską konstytucję, był to pierwszy krok do niezależności. Kraj wyszedł z tłamszącej unii z Danią po to, by przejść w kolejny związek, lecz tym razem luźniejszy (coś jakby taki z opisywanych w ostatnim poście towarzyskich historii), ze Szwecją. Już wtedy Norwegia miała sporą suwerenność, choć całkowicie zyskała ją nieco później, bo w 1905 roku, kiedy za sprawą referendum odłączyła się od wschodniego sąsiada i sprowadziła sobie (jak na ironię) duńskiego księcia Karla, który przyjął imię Haakon i został nowym królem. Szwedzi byli w tym czasie czymś zajęci (prawdopodobnie organizowaniem pierwszego konkursu Eurowizji razem z Australią), więc nie chcieli iść na wojnę przeciwko sąsiadom. To ostatecznie dało niezależność Norwegom, którzy na jej pamiątkę postanowili jednak obchodzić swoje święto 17. maja jako dzień niepodległości, bo zapewne taka data jest dokładniejsza oraz znacznie ważniejsza pod względem symbolicznym niż jakieś referendum i dłuższe sympatyzowanie Szwecji z Conchitą Wurst. Tyle, jeżeli chodzi o samą historię. A jak jest dziś, czyli w dzień 202. urodzin najważniejszego dokumentu spisanego w Eidsvoll?
![]() |
| Oto wzorowy zestaw na obchody 17. maja- bunad oraz flaga w dłoni. Serdeczne podziękowania dla wszystkich, którzy zechcieli pozować do zdjęć. |
![]() |
| Co prawda bez bunadu, ale również w nieprzeciętnych strojach. Tak prezentuje się młodzież obchodząca russetid, czyli szczególny czas imprez po zakończeniu szkoły średniej. |
![]() |
| Dla panów idealnym rozwiązaniem na dziś był garnitur z przypiętą szarfą w kolorach norweskiej flagi, zaś panie dumnie prezentowały się w bunadach. |
![]() |
| Na koniec bunad z widocznym motywem zorzy polarnej, charakterystyczny dla okolic Alty, oraz katedra o tej samej nazwie- Nordlyskatedralen. |
Buszujący w zbożu cz.2
"W drodze donikąd ruchomy jest świat
Nie zapomnij kształtów i barw"
W pierwszej części mówiliśmy sobie o pracy w sklepie i norweskich klientach. Wiemy już mniej więcej, jacy oni są, ale jeszcze więcej może podpowiedzieć ich liczba w poszczególne dni. Największy ruch jest zawsze w niedzielę, a szczególnie w święta. Na przykład ostatnio, gdy pewnego czwartku mieliśmy tu święto kościelne, tłumy w sklepie potrafiły przyprawić o zawrót głowy. Warto przy tym dodać, że w takie dni pracuje jedynie "mały sklep", czyli wydzielona część z kilkoma regałami, gdzie można znaleźć wystarczający moim zdaniem asortyment. Dla niektórych jest to jednak za mało, dlatego bardzo często zadawane są pytania typu: możesz przynieść mi to czy tamto z dużego sklepu? Na szczęście jakiś czas temu wprowadzono nowe zasady, które zakazują handlu pełnym sklepowym asortymentem, czyli przynoszenia czegokolwiek, co nie znajduje się w sklepie niedzielnym. Reguły regułami, ale i tak zawsze kilka pytań i głosów niezadowolenia tym faktem się pojawi. W ogóle ogromna część okolicznych mieszkańców nagle przypomina sobie w takie dni, że zabrakło im chleba, mleka i ogólnie wszystkiego, co jest potrzebne do życia. Z jednej strony to rozumiem, bo i mi się zdarzało korzystać z faktu, że mój sklep jest jedynym otwartym w niedziele i kupować kilka rzeczy (ale to było raz i to na niewyobrażalnym kacu). Z drugiej strony zastanawia mnie, komu potrzebne są akurat ogromne zakupy w niedzielę przed godziną 21, czyli akurat gdy zamykamy? Bo tacy też się zdarzają i zwykle nie kryją swojego zaskoczenia, a nawet poirytowania faktem, że o tej porze braknie nam już chleba. Skoro mowa o pieczywie, to warto przejść do chyba najokrutniejszego elementu tej pracy. Każdego dnia, po zamknięciu sklepu, w koszu na śmieci lądują wszystkie wyroby z piekarni, które nie sprzedały się do samego końca. I tak oto ja, mający ogromny kompleks drogiego norweskiego pieczywa, wyrzucam kilkanaście bochenków chleba wartych po 30 koron każdy. Nie wspomnę już, że warto by było pójść po rozum do głowy i na przykład obniżać cenę pieczywa w ostatniej godzinie działania sklepu. Na to chyba nikt nie wpadł lub, znając życie, jakiś norweski przepis tego zabrania. Tak, czy inaczej, jedzenie wyrzuca się tu często do kosza, wbrew głośnym reklamom zniechęcającym do tego czynu. Ot, taki paradoks dobrobytu, do którego idzie się przyzwyczaić.
W inne dni bywa naprawdę różnie. Zwykle te w środku tygodnia okazują się być najspokojniejsze. Czasem również sobota się do nich zaliczy, choć zawsze pojawią się wtedy te same osoby, które przyjeżdżają do Alty co tydzień z oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości, by zrobić naprawdę ogromne zakupy. Wtedy skanowanie nie ma końca, a suma do zapłaty dobija prawie do mojej dniówki (a czasem i miesięcznej wypłaty). Pulę takich gości dopełniają życiowe przegrywy oraz imprezowicze. Ci pierwsi wpadną jak co wieczór po ulubione chipsy i szalenie popularne w Norwegii napoje energetyczne, po czym zwiną się znów do piwnicy. Drudzy natomiast przychodzą przed samym zamknięciem, chcąc kupić napoje (zapewne do drinków), papierosy lub snus, czyli wyrób nikotynowy, który wkłada się pod wargę (okropność), zamiast palenia. Piwa i innych alkoholi nie wymieniłem z dwóch powodów. Po pierwsze, takie rzeczy możemy sprzedawać tylko do godziny 18 w sobotę (do 20 w dni powszednie), a po drugie alkohole wysokoprocentowe (czyli właściwie wszystko mocniejsze od przeciętnego piwa) można kupić jedynie w specjalnych miejscach o wymownej nazwie Vinmonopolet. Tutaj proces ostrej alkoholizacji wymaga więc jeszcze ostrzejszego planowania, bo impreza na spontanie z dokupowaniem wódki na cepeenie nie wchodzi w grę.
Nie zapomnij kształtów i barw"
W pierwszej części mówiliśmy sobie o pracy w sklepie i norweskich klientach. Wiemy już mniej więcej, jacy oni są, ale jeszcze więcej może podpowiedzieć ich liczba w poszczególne dni. Największy ruch jest zawsze w niedzielę, a szczególnie w święta. Na przykład ostatnio, gdy pewnego czwartku mieliśmy tu święto kościelne, tłumy w sklepie potrafiły przyprawić o zawrót głowy. Warto przy tym dodać, że w takie dni pracuje jedynie "mały sklep", czyli wydzielona część z kilkoma regałami, gdzie można znaleźć wystarczający moim zdaniem asortyment. Dla niektórych jest to jednak za mało, dlatego bardzo często zadawane są pytania typu: możesz przynieść mi to czy tamto z dużego sklepu? Na szczęście jakiś czas temu wprowadzono nowe zasady, które zakazują handlu pełnym sklepowym asortymentem, czyli przynoszenia czegokolwiek, co nie znajduje się w sklepie niedzielnym. Reguły regułami, ale i tak zawsze kilka pytań i głosów niezadowolenia tym faktem się pojawi. W ogóle ogromna część okolicznych mieszkańców nagle przypomina sobie w takie dni, że zabrakło im chleba, mleka i ogólnie wszystkiego, co jest potrzebne do życia. Z jednej strony to rozumiem, bo i mi się zdarzało korzystać z faktu, że mój sklep jest jedynym otwartym w niedziele i kupować kilka rzeczy (ale to było raz i to na niewyobrażalnym kacu). Z drugiej strony zastanawia mnie, komu potrzebne są akurat ogromne zakupy w niedzielę przed godziną 21, czyli akurat gdy zamykamy? Bo tacy też się zdarzają i zwykle nie kryją swojego zaskoczenia, a nawet poirytowania faktem, że o tej porze braknie nam już chleba. Skoro mowa o pieczywie, to warto przejść do chyba najokrutniejszego elementu tej pracy. Każdego dnia, po zamknięciu sklepu, w koszu na śmieci lądują wszystkie wyroby z piekarni, które nie sprzedały się do samego końca. I tak oto ja, mający ogromny kompleks drogiego norweskiego pieczywa, wyrzucam kilkanaście bochenków chleba wartych po 30 koron każdy. Nie wspomnę już, że warto by było pójść po rozum do głowy i na przykład obniżać cenę pieczywa w ostatniej godzinie działania sklepu. Na to chyba nikt nie wpadł lub, znając życie, jakiś norweski przepis tego zabrania. Tak, czy inaczej, jedzenie wyrzuca się tu często do kosza, wbrew głośnym reklamom zniechęcającym do tego czynu. Ot, taki paradoks dobrobytu, do którego idzie się przyzwyczaić.
![]() |
| Dobrze, obiecuję, że to ostatnie zdjęcie renifera w tym temacie. |
"paście w tubce". Reszta zdarzeń
prowadzi jednak do moralnego kaca, który wbrew pozorom wielokrotnie przerasta
tego alkoholowego. Na szczęście mnie nie przydarza się coś podobnego, z wielu
różnych powodów. Po pierwsze, nigdy nie piję zbyt dużo. Alkohol jest tu drogi i
niedobry, a nawet jeśli ktoś częstuję lub mam polskie procenty, to zawsze instynktownie trzymam fason (no, może poza wspomnianym kiedyś incydentem z Jezusem aka panem atletycznym i pieniężną imprezą zakończoną porankiem w saunie, ale takich rzeczy z odpowiednim towarzystwem się nie żałuje).
Po drugie warto choćby zapamiętać tych kilka małych szczegółów i złożyć je w
całość, aby powiedzieć, że życie nocne w Alcie to taka karykaturalna, miniaturowa wersja tego, co
można zaobserwować w filmie „Wielkie Piękno”. Oglądając go któregoś razu patrzyłem na głównego bohatera i marzyłem o życiu takim, jakie prowadził. Zapomniany artysta w wielkim mieście, gwiazda jednego przeboju, ale wciąż znany i lubiany na imprezach z mocą by stanowić ich ozdobę, ale i móc je zniszczyć. Kto nie chciałby wracać do domu nad ranem patrząc jak piękny Rzym budzi się do życia, a zwykli ludzie wychodzą do pracy? Kto pogardziłby posiadaniem własnej służącej i garniturem szytym na miarę? Bez bicia przyznaję, że takie życie ma w sobie coś przyciągającego. Gdy jednak
zajrzeć do środka, okazuje się, że jest ono puste. I choć zarówno mający swoje lata
Jepp Gambardella, jak i wchodzący
dopiero w dorosłość Holden Caulfield starają się zastanowić nad tym, do czego
prowadzi cały mechanizm, ostatecznie obaj dają się mu w pewien sposób ponieść. Ze mną nie jest
tak samo, ale to może kwestia tego, że nie jestem bohaterem powieści lub filmu.
Mimo, że czasem rzeczywiście czuję się jak ten „Buszujący w zbożu”, to wydaje
mi się jednak, że jestem jeszcze po właściwej stronie pola, a nie przy klifie, z którego łatwo byłoby spaść w odmęty tej wielkiej pustki.
A na koniec polecam wcisnąć play i chwilę posłuchać:
A na koniec polecam wcisnąć play i chwilę posłuchać:
Buszujący w zbożu cz.1
"Pracuję w taki upał po godzinach w nocy
Palę sobie plecy, wdycham papierosy"
"Buszujący w zbożu"- choć nie było go na tegorocznej maturze i cała Polska nie przytacza teraz treści, to ja ostatnio przypomniałem sobie o tej książce. Czytałem ją jako lekturę w gimnazjum, kiedy jeszcze mimo wpajanej nam dojrzałości nie rozumiałem dziwnego życia głównego bohatera. Wtedy po głowie chodziły mi raczej występy kabaretowe w naszej szkole, parodiowanie nauczycieli i robienie czegoś naprawdę kreatywnego, co do dziś uważam za najlepsze z tego czasu. Grupa uczniów bez skrupułów przygotowała występ, zupełnie tak jakby to była przerwa, a nie wielki apel, na który przybyli nawet sami zainteresowani, zgodnie z zasadą: nic o nas bez nas. Czasem wracam do tych czasów i zauważyłem, że robię to szczególnie wtedy, gdy coś mnie stresuje. Zwykle jest to coś, co w porównaniu z tamtym wydarzeniem okazuje się być naprawdę nieistotne. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek w swoim "dorosłym" życiu podejdę do czegokolwiek z takim dystansem jak wtedy. Być może z wiekiem to mija, człowiek poważnieje i zamiast "głupot" przychodzi czas na liczenie pieniędzy, a zamiast szukania czegoś wyjątkowego wybiera się coś drogiego. I w ten właśnie sposób przechodzimy do tematu pracy w Alcie, której w ostatnim czasie mam całkiem sporo.
Od samego początku w jednym z norweskich marketów nie było łatwo, choć samo zajęcie nie wymaga szczególnych zdolności. Raz czegoś nie zrozumiałem, innym razem sklepowa kasa odmówiła posłuszeństwa z jakiegoś powodu. Podobnych rzeczy było mnóstwo i nawet, gdy wydawało mi się, że już sobie radzę, znajdywało się coś nowego, co przysparzało trudności, z którymi sam nie potrafiłem sobie poradzić. Znalazłem się w świecie pracy, której wielu elementów nie rozumiałem z prostych, językowych powodów. Czułem się przez to niejednokrotnie jak ktoś gorszy, nie mogąc ogarnąć najprostszych czynności przy wymagających, acz w większości miłych norweskich klientach. Brutalność północnego życia wymaga jednak ode mnie tego, abym nie rezygnował z niczego nawet w najtrudniejszych chwilach, bo w końcu z tego brały się pieniądze potrzebne do życia w Alcie. Dostałem tym samym to, czego potrzebowałem na jesieni, kiedy największym problemem było odrzucanie moich propozycji w każdym z odwiedzanych miejsc. I pomimo wszystkich tych przypadków, po każdym dniu w sklepie dostaję coś wyjątkowego, co jeszcze mogę dostrzec. Przykładowo ostatnio wracając z popołudniowej zmiany przed północą spotkałem białego zająca, który jak gdyby nigdy nic przebiegł sobie przez główną drogę w mieście. Zbliżający się dzień polarny i już panujące na dworze wieczne jasności powodują, że wszystko staje się inne, a energii do życia nie brakuje także zwierzakom. Innym razem przed wyjściem na poranną zmianę mogłem zobaczyć, jak pan i pani sroka budują gniazdo na drzewie rosnącym przy oknie kuchni w akademiku, pieczołowicie zbierając każdą gałązkę z podłoża, na którym jest już coraz mniej śniegu. To efekt ostatnich wysokich temperatur, dzięki którym człowiek może poczuć, że jest już rzeczywiście maj. Przy czym warto dodać, że mieszkańcom Alty wystarczy 14 stopni na plusie, by chodzić w T-shircie.
Najlepsze jest to, że wychodzenie do pracy jeszcze nie stało się rutyną, która zamknęłaby oczy na wszystkie te rzeczy. Z drugiej strony po tym czasie czuję się trochę bardziej obeznany w tym osobliwym świecie pieniądza i tak zwanych dorosłych oraz poznaję mechanizmy nim rządzące. Zaglądam do koszyków Norwegów i patrzę na ich czasem wręcz zabawne nawyki. Pierwszy z brzegu to stres przy płaceniu. Spora część klientów chce tak szybko mieć tę czynność za sobą, że wpisują pin na terminalu zanim skończę skanować wszystkie kody. To naprawdę wielki fenomen, którego przyczyny nie mogę znaleźć. Czy to te wysokie ceny tak palą w ręce, czy tu wszystko musi być szybkie, zdrowe i ładne, włącznie z terminalem do płacenia kartą? Trudno powiedzieć, choć ci płacący gotówką też nie są lepsi. W sklepie mamy specjalną maszynę, która „wciąga” odpowiednie banknoty, rejestrując automatycznie ich pobranie, tak by samemu wyliczyć resztę. Niby wygodne, ale wymaga dokładnego podania banknotu. Z tym już jest trudniej. Często zdarza się tak, że kolejka jest całkiem spora, kolejni klienci czekają, a ktoś wręcza mi prawdziwe origami z banknotu 500 NOK. Nic, tylko wstać i klaskać razem z kierowcą tego autobusu. Chyba nie trzeba tłumaczyć, jak pasjonująco wygląda rozpakowywanie takiego wymownego prezentu w towarzystwie zniecierpliwionych spojrzeń z kolejki. Rozrywka lepsza niż oglądanie obrad sejmu, polecam. A skoro już o kolejkach mowa, to nie mają one prawa liczyć więcej niż 3 osoby! Oznacza to, że znane widoki z Lidla czy Biedronki są tutaj nie do przyjęcia. W takiej sytuacji trzeba jak najprędzej wezwać drugą osobę do otwarcia następnej kasy. „Inaczej klienci będą niezadowoleni”, jak argumentował kiedyś mój szef. Wspomniane już dyskonty mogłyby się tej zasady nauczyć, choć to tworzy też pewne problemy. Gdy wszystko dzieje się szybko, klienci często nie myślą, czy mają wszystkie zakupy, które mieli zrobić. Średnio raz na każdą zmianę zdarza się ktoś, kto w trakcie skanowania towarów przypomni sobie, że brakuje mu jakiegoś towaru z drugiego końca sklepu. I nagle taki ktoś znika sprzed kasy, udając się biegiem w kierunku regałów, wzbudzając przy tym zaskoczenie innych czekających na swoją kolej. Wiele mi takie coś narobiło stresu, zanim poznałem opcję „Mellomkunde” (obsługa klientów przy niedokończonym skanowaniu zakupów jednej osoby). To widocznie są efekty wygód dla ludzi żyjących w państwie opiekuńczym, bezstresowym. Ja do tego nie przywykłem po prostu, stąd czasem kilka osób poczeka w kolejce, co wcale nie jest komentowane głosami niezadowolenia. Wręcz przeciwnie, większość i tak się uśmiecha. Najgorsi są jak wiadomo ci, którzy chcą najzwyczajniej zepsuć człowiekowi dzień robiąc coś głupiego. Dla mnie problematyczna jest oszczędność w słowach. Gdy głośno i wyraźnie pytam, czy podać reklamówkę, słyszę zwykle szybkie „smnjda”, co do którego znaczenia mogę się jedynie domyślać. Inną sprawą są dialekty i sposób mówienia niektórych Norwegów, którzy swoim mamrotaniem zawstydziliby nawet Andrzeja Poniedzielskiego po relanium popitym wódką. Ale w sumie to ja jestem tym głupim z innego kraju, który nie rozumie i ma się uczyć. Choć będąc prawie na końcu mojego kursu nadal nie jestem pewien, czy tego da się kiedykolwiek nauczyć.
Na szczęście czasem spotka się wśród klientów Polaków, którzy stanowią tu całkiem sporą grupę. Z początku trudno było trafić, który z ludzi przy kasie okaże się być jednym z nich, ale teraz już niektórych rozpoznaję z poprzednich zdarzeń. Jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci. Do kasy podszedł któregoś wieczoru facet z słuchawkami luźno zwisającymi przy szyi. Gdy po przeskanowaniu jego zakupów podałem kwotę i czekałem na wpisanie PINu, udało mi się usłyszeć, co wydobywało się z tych słuchawek. A był to Lady Pank i ich "Kryzysowa narzeczona". W taki sposób trudno było nie zapytać: pan z Polski? Innym ojczystym akcentem, tym razem na sklepowej półce, okazało się być jedno z czasopism, które akurat układałem na miejsce. Zaraz pod wielkim tytułem "Reiselyst" (czyli "Chęć podróżowania") znalazł się opis jednego z głównych tematów wydania, którym była Polska od północy do południa, jak opisali to redaktorzy. Od razu stało się jasne, że w spokojniejszej chwili musiałem wrócić jeszcze do tej gazety i zobaczyć, co piszą o nas za granicą. A trzeba przyznać, że piszą ładnie, polecając Bialowiezaskogen (jak zgrabnie określili Puszczę Białowieską), Trójmiasto, Wrocław i Tatry. Można zatem zapraszać Norwegów do nas, a ja mogę ich nawet po tym wszystkim oprowadzić, opowiadając po norwesku różne historie. (To tak, jakby ktoś potrzebował przewodnika turystycznego z językiem norweskim- polecam siebie)
Palę sobie plecy, wdycham papierosy"
"Buszujący w zbożu"- choć nie było go na tegorocznej maturze i cała Polska nie przytacza teraz treści, to ja ostatnio przypomniałem sobie o tej książce. Czytałem ją jako lekturę w gimnazjum, kiedy jeszcze mimo wpajanej nam dojrzałości nie rozumiałem dziwnego życia głównego bohatera. Wtedy po głowie chodziły mi raczej występy kabaretowe w naszej szkole, parodiowanie nauczycieli i robienie czegoś naprawdę kreatywnego, co do dziś uważam za najlepsze z tego czasu. Grupa uczniów bez skrupułów przygotowała występ, zupełnie tak jakby to była przerwa, a nie wielki apel, na który przybyli nawet sami zainteresowani, zgodnie z zasadą: nic o nas bez nas. Czasem wracam do tych czasów i zauważyłem, że robię to szczególnie wtedy, gdy coś mnie stresuje. Zwykle jest to coś, co w porównaniu z tamtym wydarzeniem okazuje się być naprawdę nieistotne. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek w swoim "dorosłym" życiu podejdę do czegokolwiek z takim dystansem jak wtedy. Być może z wiekiem to mija, człowiek poważnieje i zamiast "głupot" przychodzi czas na liczenie pieniędzy, a zamiast szukania czegoś wyjątkowego wybiera się coś drogiego. I w ten właśnie sposób przechodzimy do tematu pracy w Alcie, której w ostatnim czasie mam całkiem sporo.
![]() |
| "- Mateusz, otwórz klasę po przerwie. - Ale którym kluczem? -Srebrnym!" |
![]() |
| Nie, to nie typowy mieszkaniec Alty w T-shircie. To renifer spotkany na drodze do Finlandii podczas niedawnego wyjazdu. |
![]() |
| I jeszcze jeden renifer przy drodze. |
![]() |
| Skoro mowa o turystyce i ciepłej pogodzie, to oto zdjęcie tak związane z tematem, jak Roman z Na Wspólnej z twórczością Fisza. |
Można pewnie zgadywać, że choć czasem bywa ciężko, a praca do relaksujących i wymarzonych nie należy, to wszystko wynagradzają pieniądze, które wystarczą później na jakieś mniejsze lub większe zachcianki. Ale to nie o nich myślę, gdy do końca zmiany mam jeszcze 6 godzin, a minuty biegną wolniej od 90- letniego maratończyka. Zwykle uciekam do momentu, w którym będę cieszył się czasem, którego w Alcie pozostało mi już niewiele i który jest najcenniejszy. A klientom pomagam z uśmiecham jak tylko się da, bo w końcu oni przychodzą tu jedynie po swoje ulubione lub potrzebne rzeczy, a nie chwalić się tym, jak ułożyli łabędzia z banknotu o nominale 500 NOK. Inna sprawa, że nie zawsze ich intencje są rzeczywiście takie. Ale o tym porozmawiamy sobie w następnej części tej historii, która już niebawem się tu pojawi.
40 dni
"Proszę Pana jest słonecznie godzina parę minut, parę minut stąd.
Ja wypuszczam dym, co unosi wiatr, unosi hen, gdzieś tam..."
W zeszłym tygodniu minąłem granicę 40 dni do wyprowadzki z Alty. Niby nic takiego, choć jednak trochę inaczej patrzy się na to miasto, które wkrótce opuszczę. Być może nawet na zawsze. Dlatego wyszedłem z założenia, że warto wyciągnąć z tych widoków i zostawić w pamięci (mojej i komputera) jak najwięcej tego, co od samego początku określałem jako coś wyjątkowego. Tak się ostatnio złożyło, że akurat w dzień rozpoczynający tę ostatnią czterdziestkę, postanowiłem poszukać w Alcie miejsc, których dotychczas nie znałem. Padło na okolice gdzieś powyżej lotniska.
Zwykle nie mogłem znaleźć powodów, by iść w stronę przeciwną niż do centrum. Bo choć w tamtej dzielnicy jest kilka sklepów i widoki nawet ciekawsze, to jakoś tak wszystko wydaje się być daleko. Coś w tym musi być, bo w jedną stronę szedłem prawie pół godziny, mijając kolejne ze szklanych domów, przedszkola wyglądające jak niskie budynki wczasowe gdzieś w lesie pod Augustowem, aż wreszcie dotarłem na wzniesienie, z którego jak na dłoni widziałem zabudowania Elvebakken i lotnisko. To stamtąd odlecę za 40 dni do Polski tym samym rejsem, który za chwilę miał odwiedzić Altę, aby po postoju udać się znów do Oslo. Tak się też stało i stojąc w idealnym miejscu o odpowiednim czasie udało mi się uchwycić lądującą maszynę SASa.
Takie widoki spowodowały, że naprawdę warto było wyjść wtedy z domu zupełnie bez celu, co dawno się nie zdarzyło. Doszedłem do wniosku, że tak naprawdę niewiele potrzeba mi do szczęścia. Patrzę na te skąpane w słońcu okolice i myślę "fajnie", zwłaszcza na myśl o ostatnio gorszej pogodzie w tej podobno cieplejszej części Europy. I na tę chwilę nie chcę nic więcej. No, może zimny wiatr mógłby przestać wiać i zamrażać mi twarz. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że w pewnym sensie to tego szukałem na Północy. Mało jest takich momentów, w których naprawdę nie myślę o niczym innym, tylko łapię się za głowę i uzmysławiam sobie, gdzie tak naprawdę jestem i na co patrzę. Reszta nie ma tu znaczenia. Czynsz, płaca, a nawet egzamin mogą ustąpić temu wachlarzowi rzeczy i kolorów, jakie tu widzę. Na nic zdają się wtedy jakiekolwiek porównania do tego, co dotychczas znałem, choć wystarczy czasem bardzo niewiele, by coś znajomego zauważyć. Przykładowo wszystkie te domy, ich wygląd i zupełnie nieznany mi dotąd kościół przypominają mi górskie tereny, z którymi zawsze byłem w jakimś stopniu związany.
Dużą rolę gra światło, którego w ostatnich dniach na szczęście nie brakuje. Nie przypominam sobie, żebym w trakcie nocy polarnej emanował podobną chęcią przeglądania okolic, bo zwyczajnie było na to wszystko zbyt ciemno. To trochę niesprawiedliwe, że coś tak wyjątkowego musi na dość długi czas zniknąć w cieniu. Z drugiej strony to pewnego rodzaju zapłata za obecne długo i wysoko nad horyzontem świecące słońce. Jak mawia Jasiek Borkowski (polski komik): coś za coś. Albo odwrotnie. W każdym razie jest wtedy inaczej i stojąc na tej górze nie potrafię sobie nawet wyobrazić sytuacji sprzed kilku miesięcy, kiedy jedyne światło było sztuczne, a Alta robiła się mniejsza. Na szczęście śnieg łagodził atmosferę, bo bez niego byłoby w tym czasie bardzo źle.
Przechodząc przez jedyną taką kładkę w Alcie o wybitnie górskim wyglądzie, nie sposób skojarzyć tego znów ze znanymi miejscami. W dodatku ostatnia lekcja norweskiego o sztuce i moja prezentacja obrazu Beksińskiego przypomniała mi o Bieszczadach. Już spieszę tłumaczyć ten zawiły związek pomiędzy tematami. Otóż najwyraźniej na tym etapie nauki języka wypada już znać słownictwo potrzebne choćby do szczegółowego opisania "Krzyku" Muncha, co pociągnęło za sobą również takie zadanie, jakim było zaprezentowanie dowolnie wybranego dzieła. Padło na Zdzisława Beksińskiego, a dokładniej jeden z jego obrazów, który szczególnie zapamiętałem z wizyty w muzeum w Sanoku. Te zaś odwiedziłem pewnego razu przy okazji powrotu z bardzo udanego wypadu w Bieszczady z równie świetnym towarzystwem kolegów z klasy. Pojechaliśmy wtedy we czterech. Każdy z nas, świeżo upieczonych absolwentów jednego z jeleniogórskich liceów, przeżył przygodę jedyną w swoim rodzaju, będąc przez tydzień z dala od szeroko pojętej cywilizacji. A było tego wiele, od poznania pracy smolarzy po żeglowanie, co stanowiło dla nas coś specjalnego na zakończenie szkoły średniej.
Na Północy z podobnego powodu świętują już przyszli absolwenci, którzy mają teraz tak zwany russetid, polegający na piciu ogromnych ilości alkoholu, przebieraniu się i ogólnie korzystaniu z wolnego czasu przed norweskim odpowiednikiem matury. Aż trudno sobie to wyobrazić, że przed dość ważnym egzaminem młodzież pozwala sobie na pewnego rodzaju szaleństwo, ale z tradycją, zwłaszcza w takim kraju, się nie dyskutuje. Wracając jednak do Bieszczad, to w czasie tamtego wyjazdu, czyli dwa lata temu, nawet nie myślałem, że kiedykolwiek poniesie mnie tak daleko. Gdyby jednak ktoś zapytał mnie wtedy, jak wyobrażam sobie Północ, udzieliłbym najpewniej odpowiedzi: "Tak, jak wygląda kawałek lasu gdzieś w okolicach Czarnej Górnej". Tego dnia wracając do siebie patrzę na prawie nietknięte ręką człowieka fiordy i jednocześnie widzę startującego w podróż powrotną do Oslo Boeinga. Prawie trafiłem, bo Alta na swój sposób jednak chce być cywilizowana, a szczególnie gdy ma stanowić coś więcej niż tylko atrakcję turystyczną dla emerytowanych Brytyjczyków. Zwłaszcza, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu Finnmark stanowił pewnego rodzaju margines Norwegii. Dziś jestem w małym wielkim świecie, skupiającym Polaków, Norwegów, Niemców i wielu przedstawicieli innych krajów, którzy wybrali to miejsce z różnych powodów. A ja chciałem tylko wyciągnąć z życia to, co w nim najciekawsze i czuję, że stać mnie na jeszcze więcej niż rzucenie wszystkiego i wyjechanie w Bieszczady. Później jednak patrzę w internety, czytam na portalach, jak to podobno powinno wyglądać życie na emigracji według typowego Janusza i o tym, jak to koleżanka ciotki kuzynki matki szwagra od strony przyrodniego brata koleżanki przez przypadek dodanej do znajomych na tak zwanym fejsie chwali sobie bezglutenową kawę przed dniem pracy w prestiżowej korporacji. Wtedy wiem, że może i znajduję się w miejscu, które powinienem był odwiedzić, ale nie w tym położeniu, do jakiego pasuję. Jestem jak wspomniany już Jasiek- mam dużo odpowiedzi, ale żadnych pytań. A może odwrotnie?
Ja wypuszczam dym, co unosi wiatr, unosi hen, gdzieś tam..."
W zeszłym tygodniu minąłem granicę 40 dni do wyprowadzki z Alty. Niby nic takiego, choć jednak trochę inaczej patrzy się na to miasto, które wkrótce opuszczę. Być może nawet na zawsze. Dlatego wyszedłem z założenia, że warto wyciągnąć z tych widoków i zostawić w pamięci (mojej i komputera) jak najwięcej tego, co od samego początku określałem jako coś wyjątkowego. Tak się ostatnio złożyło, że akurat w dzień rozpoczynający tę ostatnią czterdziestkę, postanowiłem poszukać w Alcie miejsc, których dotychczas nie znałem. Padło na okolice gdzieś powyżej lotniska.
Zwykle nie mogłem znaleźć powodów, by iść w stronę przeciwną niż do centrum. Bo choć w tamtej dzielnicy jest kilka sklepów i widoki nawet ciekawsze, to jakoś tak wszystko wydaje się być daleko. Coś w tym musi być, bo w jedną stronę szedłem prawie pół godziny, mijając kolejne ze szklanych domów, przedszkola wyglądające jak niskie budynki wczasowe gdzieś w lesie pod Augustowem, aż wreszcie dotarłem na wzniesienie, z którego jak na dłoni widziałem zabudowania Elvebakken i lotnisko. To stamtąd odlecę za 40 dni do Polski tym samym rejsem, który za chwilę miał odwiedzić Altę, aby po postoju udać się znów do Oslo. Tak się też stało i stojąc w idealnym miejscu o odpowiednim czasie udało mi się uchwycić lądującą maszynę SASa.
![]() |
| Lądowanie oglądane z boku wygląda bardzo spokojnie. Mogę się jednak założyć, że będąc na pokładzie tego samolotu, podchodzącego tego dnia od strony Komsy, nie byłbym tak zrelaksowany. |
![]() |
| Po wykonanym nawrocie na końcu pasa, Boeing 737 kieruje się w kierunku terminala. |
![]() |
| Kościół z widokiem na fiord? Czemu nie. |
![]() |
| Jedyna taka kładka w Alcie. Gdy tylko ją zobaczyłem, od razu wiedziałem, że kiedyś będę musiał się nią przejść. Tego dnia udało mi się to zupełnie przypadkiem. |
Ostatnie narty na Północy
"Przyszłość? Nie jestem jej mocno ciekaw,
Jeszcze się poodszczekuję prześladowcom i uciekam"
Dobra, poopowiadalim i pobawilim się w poprzednim poście, ale ostatnio to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, jak patrzy się przez okno. A jako, że zwykle preferuję to pierwsze, wyszło takie coś, jak ostatnim razem. Bo na dworze na przemian pada śnieg do tego stopnia, że świata nie widać, a zaraz potem wychodzi ciepłe wiosenne słońce, dając zupełnie inny widok. Pogoda nie wie, czy jest jeszcze zima, czy już wiosna, a może nawet lato. Dlatego i ja nie wiem, czy raczej pójść pobiegać, czy spróbować jeszcze załapać się na ostatnie chwile na nartach. Kierując się jednak narciarskim sercem i zbiegiem okoliczności, dzięki któremu mogłem pojechać znów ze znajomym pastorem na trasy Kaiskuru, skorzystałem z okazji i przedłużyłem nieco nieoczekiwanie sezon zimowy.
Ale zanim to nastąpiło, minął cały tydzień właśnie tak zwariowanej pogody, jak zaznaczałem we wstępie. Gdyby opisać to jakoś bardziej obrazowo, to sytuacja za oknem zmieniała się częściej niż kolor włosów Michała Wiśniewskiego. Ale oprócz tego zauważyłem również lepszą stronę kwietnia. Dzień wydłużył się do tego stopnia, że jeszcze o 21 nie potrzeba zapalać światła w pokoju. No chyba, że się czyta, to wtedy co innego. I tak na przykład mając do przeczytania książkę na zajęcia z norweskiego, każdego wieczoru powinienem właśnie korzystać z dobrodziejstw lampki z Ikei, którą jak na ironię przywiozłem sobie z Polski. Gdybym mieszkał w Szwecji, to mógłbym powiedzieć, że przywiozłem drzewo do lasu. A tak to mogę tylko pochwalić się przywiezieniem tegoż drzewa na skraj leśnego parkingu, na który podróżujący samochodami przywożą coś zupełnie innego. Wracając jednak do tej lampki pomagającej przy czytaniu (bo przy pisaniu to już nie, bo przez fakt bycia leworęcznym zasłaniam sobie całe światło- odkryłem to po dwóch miesiącach), to używam ją właśnie w tym celu, by przyswajać kolejne strony książki "Ski i Norge". Zgodnie z nazwą czytam (niestety nie zgadliście- nie o wpływie polsko brzmiących nazwisk na sytuację ekonomiczną Norwegii) o historii nart w tym kraju, co swoją drogą jest ciekawe. Zwłaszcza, że dziś typowo sportowe i rekreacyjne ich przeznaczenie ustępowało kiedyś roli środka komunikacji, tak ważnego dla daleko od siebie oddalonych osad. Już około 130 r.p.n.e używano nart w okolicach Alty, a w XIX wieku zorganizowano pierwsze zawody, również na Północy. Stąd mamy wszystkie te maratony, które co roku odbywają się w przeróżnych częściach Norwegii i ogólnie pojętą tradycję, będącą od wieków pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym krainy fiordów. Kto wie, może kiedyś zostanie wydana podobna publikacja o batoniku Kvikk Lunsj, który przez wielu obywateli tego kraju jest obecnie uznawany za taki prawdziwy wyznacznik ich świadomości narodowej. Podobno jak się im powie o istnieniu KitKata, to dostają dziwnego wyrazu twarzy, a z ich głowy wydobywa się dym i zapach spalenizny.
Na razie zmierzamy z tematem wszędzie, tylko nie na narty, ale spokojnie, ja też tak myślałem w poprzednim tygodniu. Patrząc na okolicę, obserwując coraz to jaśniejsze niebo późnym wieczorem i bardziej niebieskie niż czarne noce wciąż dziwiłem się, że śnieg ma jeszcze prawo leżeć za moim oknem. Mało tego, o 2 rano znów zaczyna się robić jaśniej, co jest już znaczną różnicą choćby w porównaniu z tą komedią sprzed dwóch tygodni. Wszystko to zwiastuje nadejście pory ze względną jasnością przez całą dobę, a co za tym idzie dnia polarnego. Podobną zapowiedzią jest unoszący się w okolicy każdej ze szkół zapach dwusuwu. Bierze się on oczywiście z crossowych motocykli, którymi dojeżdża na zajęcia każdy szanujący się norweski uczeń. Wraz z przyjściem lepszych warunków do jazdy wszyscy wyciągnęli na ulice swoje maszyny, które dostali jako prezent na konfirmację. Póki jednak mamy coś takiego jak zachód słońca, często wyznacza on pewnego rodzaju rutynę. Na przykład zwykle wtedy pojawia się za moim oknem biały zając, szyderczo patrzy na to, jak zrywam się po aparat niczym rażony piorunem, po czym kica do swojej kryjówki na herbatę z Alicją w krainie czarów. Z tym ostatnim to przesadziłem, bo on raczej kwietniowy niż marcowy, ale reszta rzeczywiście miała miejsce już kilka razy i za każdym razem mi uciekł. To jednak daje mi pewne odczucie o tym, która to już jest godzina i jak bardzo zmarnowałem dzień, zapominając o włączeniu swojej lampki do poczytania. Spirala porażki nie mogła kręcić się w nieskończoność i w końcu mój los się odmienił, gdy w ostatnią sobotę w pięknym przedpołudniowym słońcu wybrałem się z pastorem na Kaiskuru.
Pierwszy raz widziałem tak naprawdę te trasy za dnia, z racji na wcześniejsze ciemne wieki. A był to widok jeszcze bardziej zachwycający. Pętla 5- kilometrowa pozostała bez zmian, ale za to po jej lewej stronie z mroku wyłoniła się dzielnica Tverrelvdalen, w której mieszka Finn Hågen Krogh (trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w biegach narciarskich). Domki o wiejskim wyglądzie zdobiły okolicę, którą wieńczyły dodatkowo strzeliste góry. Pokonywaliśmy kolejne kilometry, wydające się dla mnie czymś zupełnie nowym. Również stacja elektroenergetyczna, która mijana ostatnim razem w nocy robiła wrażenie ogromnej, tego dnia wyglądała na niewielkie pole kilku słupów wysokiego napięcia, podobne do tego w Kowarach. W niektórych miejscach śniegu było bardzo niewiele, choć wciąż był on dość dobrze ubity. Podobnie bywało w Polsce w okolicach lutego, czy marca. Biegnąc po trasie i mijając gołe kamienie tuż obok niej, mogło się mieć wrażenie, że zaraz samemu się na nie wypadnie. W północnym słońcu nic jednak nie mogło popsuć tego dobrego treningu. Mimo typowo posezonowej pory, udało się jeszcze wysilić na tyle, na ile pozwolił odzwyczajony w ostatnim czasie od większych aktywności organizm.
Tego było jednak za mało, bo po przerwie na obiad znów odwiedziłem Kaiskuru, tym razem z kolegą z kursu norweskiego. Niemiec nie dość, że nie grzeszy doświadczeniem na biegówkach, to jeszcze kupił sobie tu narty dla profesjonalistów (Madshus do klasyka z serii Redline), ale i profesjonalnego traktowania wymagające. Brak smarowania na trzymanie, czy jakiejkolwiek łuski grał na jego niekorzyść przy pokonywaniu każdego ze stromych podbiegów, których tym bardziej nie dało się przepchać. Bez treningu nie da się po prostu od tak zyskać siły Pettera Eliassena (zwycięzca klasyfikacji generalnej serii maratonów Visma Ski Classics), który nawiasem mówiąc też mieszka w Alcie. Na zjazdach za to narty przeznaczone do zimnych warunków śniegowych radziły sobie aż za dobrze, niosąc po zmrożonym śniegu tak szybko, że momentami bałem się o zdrowie kolegi. Z trudem, bo z trudem, ale wyszedł na szczęście z każdej opresji. W dodatku pogoda zmieniła się nie do poznania. Słońce ustąpiło gęstym chmurom i zaczął sypać symboliczny śnieg (czyli taki, którego płatki wpadają do oczu a nie na ziemię). Warunki jak na początek zimy, a nie na posezonową przebieżkę, która w rezultacie bardzo się udała. Po takiej serii nart jednego dnia nie sposób było spodziewać się innego zakończenia niż kolejnej, tym razem nieporównywalnie lepszej niż ostatnio imprezy aż do rana, zwieńczonej wizytą w saunie o 6 rano. Na jej wcześniejszym etapie byłem prawie pewien, że widziałem pod wejściem do dyskoteki TEGO Krogha, ale być może była to zasługa nadmiaru nart lub polskiej wódki. Którejś z tych dwóch rzeczy na pewno. Teraz i tak tego nie sprawdzę, bo już muszę lecieć, honyszke kojok.
Jeszcze się poodszczekuję prześladowcom i uciekam"
Dobra, poopowiadalim i pobawilim się w poprzednim poście, ale ostatnio to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, jak patrzy się przez okno. A jako, że zwykle preferuję to pierwsze, wyszło takie coś, jak ostatnim razem. Bo na dworze na przemian pada śnieg do tego stopnia, że świata nie widać, a zaraz potem wychodzi ciepłe wiosenne słońce, dając zupełnie inny widok. Pogoda nie wie, czy jest jeszcze zima, czy już wiosna, a może nawet lato. Dlatego i ja nie wiem, czy raczej pójść pobiegać, czy spróbować jeszcze załapać się na ostatnie chwile na nartach. Kierując się jednak narciarskim sercem i zbiegiem okoliczności, dzięki któremu mogłem pojechać znów ze znajomym pastorem na trasy Kaiskuru, skorzystałem z okazji i przedłużyłem nieco nieoczekiwanie sezon zimowy.
![]() |
| Widok z okna całkiem niedawno. Zaraz potem wyszło słońce, które wdarło mi się do pokoju niczym uchodźcy do Kirkenes. |
![]() |
| Mniej więcej tak wygląda godzina 19 w Alcie. I właśnie widoczne słońce lubi mi się wdzierać do pokoju o tej porze. |
![]() |
| Stacja elektroenergetyczna Kaiskuru. Trasa biegowa przebiega dokładnie obok niej. |
![]() |
| Po jednej stronie energetyka, a po drugiej taki widok. |
![]() |
| Oczywiście nie wszędzie było jednakowo dużo śniegu, jak na przykład na tym odcinku prowadzącym przez drogę dojazdową do stacji elektroenergetycznej. |
![]() |
| Dopiero teraz zauważyłem te ciekawe drewniane drogowskazy. Zdjęcie wykonałem o godzinie 19, więc widać, jak jasno wtedy było mimo braku słońca. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































