Północny Punkt Widzenia

Biathlon, studia i życie w Norwegii według Człowieka Północy...

40 dni

"Proszę Pana jest słonecznie godzina parę minut, parę minut stąd. 
Ja wypuszczam dym, co unosi wiatr, unosi hen, gdzieś tam..."

W zeszłym tygodniu minąłem granicę 40 dni do wyprowadzki z Alty. Niby nic takiego, choć jednak trochę inaczej patrzy się na to miasto, które wkrótce opuszczę. Być może nawet na zawsze. Dlatego wyszedłem z założenia, że warto wyciągnąć z tych widoków i zostawić w pamięci (mojej i komputera) jak najwięcej tego, co od samego początku określałem jako coś wyjątkowego. Tak się ostatnio złożyło, że akurat w dzień rozpoczynający tę ostatnią czterdziestkę, postanowiłem poszukać w Alcie miejsc, których dotychczas nie znałem. Padło na okolice gdzieś powyżej lotniska.

Zwykle nie mogłem znaleźć powodów, by iść w stronę przeciwną niż do centrum. Bo choć w tamtej dzielnicy jest kilka sklepów i widoki nawet ciekawsze, to jakoś tak wszystko wydaje się być daleko. Coś w tym musi być, bo w jedną stronę szedłem prawie pół godziny, mijając kolejne ze szklanych domów, przedszkola wyglądające jak niskie budynki wczasowe gdzieś w lesie pod Augustowem, aż wreszcie dotarłem na wzniesienie, z którego jak na dłoni widziałem zabudowania Elvebakken i lotnisko. To stamtąd odlecę za 40 dni do Polski tym samym rejsem, który za chwilę miał odwiedzić Altę, aby po postoju udać się znów do Oslo. Tak się też stało i stojąc w idealnym miejscu o odpowiednim czasie udało mi się uchwycić lądującą maszynę SASa.

Północny Punkt Widzenia: 40 dni. Boeing 737-85P LN-RRE linii SAS na lotnisku w Alcie.
Lądowanie oglądane z boku wygląda bardzo spokojnie. Mogę się jednak założyć, że będąc na pokładzie tego samolotu, podchodzącego tego dnia od strony Komsy, nie byłbym tak zrelaksowany.

Północny Punkt Widzenia: 40 dni. Boeing 737-85P LN-RRE linii SAS na lotnisku w Alcie.
Po wykonanym nawrocie na końcu pasa, Boeing 737 kieruje się w kierunku terminala.
Takie widoki spowodowały, że naprawdę warto było wyjść wtedy z domu zupełnie bez celu, co dawno się nie zdarzyło. Doszedłem do wniosku, że tak naprawdę niewiele potrzeba mi do szczęścia. Patrzę na te skąpane w słońcu okolice i myślę "fajnie", zwłaszcza na myśl o ostatnio gorszej pogodzie w tej podobno cieplejszej części Europy. I na tę chwilę nie chcę nic więcej. No, może zimny wiatr mógłby przestać wiać i zamrażać mi twarz. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że w pewnym sensie to tego szukałem na Północy. Mało jest takich momentów, w których naprawdę nie myślę o niczym innym, tylko łapię się za głowę i uzmysławiam sobie, gdzie tak naprawdę jestem i na co patrzę. Reszta nie ma tu znaczenia. Czynsz, płaca, a nawet egzamin mogą ustąpić temu wachlarzowi rzeczy i kolorów, jakie tu widzę. Na nic zdają się wtedy jakiekolwiek porównania do tego, co dotychczas znałem, choć wystarczy czasem bardzo niewiele, by coś znajomego zauważyć. Przykładowo wszystkie te domy, ich wygląd i zupełnie nieznany mi dotąd kościół przypominają mi górskie tereny, z którymi zawsze byłem w jakimś stopniu związany.

Północny Punkt Widzenia: 40 dni. Kościół z widokiem na fiordy- Alta.
Kościół z widokiem na fiord? Czemu nie.
Dużą rolę gra światło, którego w ostatnich dniach na szczęście nie brakuje. Nie przypominam sobie, żebym w trakcie nocy polarnej emanował podobną chęcią przeglądania okolic, bo zwyczajnie było na to wszystko zbyt ciemno. To trochę niesprawiedliwe, że coś tak wyjątkowego musi na dość długi czas zniknąć w cieniu. Z drugiej strony to pewnego rodzaju zapłata za obecne długo i wysoko nad horyzontem świecące słońce. Jak mawia Jasiek Borkowski (polski komik): coś za coś. Albo odwrotnie. W każdym razie jest wtedy inaczej i stojąc na tej górze nie potrafię sobie nawet wyobrazić sytuacji sprzed kilku miesięcy, kiedy jedyne światło było sztuczne, a Alta robiła się mniejsza. Na szczęście śnieg łagodził atmosferę, bo bez niego byłoby w tym czasie bardzo źle.

Północny Punkt Widzenia: 40 dni. Kładka w Alcie
Jedyna taka kładka w Alcie. Gdy tylko ją zobaczyłem, od razu wiedziałem, że kiedyś będę musiał się nią przejść. Tego dnia udało mi się to zupełnie przypadkiem.
Przechodząc przez jedyną taką kładkę w Alcie o wybitnie górskim wyglądzie, nie sposób skojarzyć tego znów ze znanymi miejscami. W dodatku ostatnia lekcja norweskiego o sztuce i moja prezentacja obrazu Beksińskiego przypomniała mi o Bieszczadach. Już spieszę tłumaczyć ten zawiły związek pomiędzy tematami. Otóż najwyraźniej na tym etapie nauki języka wypada już znać słownictwo potrzebne choćby do szczegółowego opisania "Krzyku" Muncha, co pociągnęło za sobą również takie zadanie, jakim było zaprezentowanie dowolnie wybranego dzieła. Padło na Zdzisława Beksińskiego, a dokładniej jeden z jego obrazów, który szczególnie zapamiętałem z wizyty w muzeum w Sanoku. Te zaś odwiedziłem pewnego razu przy okazji powrotu z bardzo udanego wypadu w Bieszczady z równie świetnym towarzystwem kolegów z klasy. Pojechaliśmy wtedy we czterech. Każdy z nas, świeżo upieczonych absolwentów jednego z jeleniogórskich liceów, przeżył przygodę jedyną w swoim rodzaju, będąc przez tydzień z dala od szeroko pojętej cywilizacji. A było tego wiele, od poznania pracy smolarzy po żeglowanie, co stanowiło dla nas coś specjalnego na zakończenie szkoły średniej.

Na Północy z podobnego powodu świętują już przyszli absolwenci, którzy mają teraz tak zwany russetid, polegający na piciu ogromnych ilości alkoholu, przebieraniu się i ogólnie korzystaniu z wolnego czasu przed norweskim odpowiednikiem matury. Aż trudno sobie to wyobrazić, że przed dość ważnym egzaminem młodzież pozwala sobie na pewnego rodzaju szaleństwo, ale z tradycją, zwłaszcza w takim kraju, się nie dyskutuje. Wracając jednak do Bieszczad, to w czasie tamtego wyjazdu, czyli dwa lata temu, nawet nie myślałem, że kiedykolwiek poniesie mnie tak daleko. Gdyby jednak ktoś zapytał mnie wtedy, jak wyobrażam sobie Północ, udzieliłbym najpewniej odpowiedzi: "Tak, jak wygląda kawałek lasu gdzieś w okolicach Czarnej Górnej". Tego dnia wracając do siebie patrzę na prawie nietknięte ręką człowieka fiordy i jednocześnie widzę startującego w podróż powrotną do Oslo Boeinga. Prawie trafiłem, bo Alta na swój sposób jednak chce być cywilizowana, a szczególnie gdy ma stanowić coś więcej niż tylko atrakcję turystyczną dla emerytowanych Brytyjczyków. Zwłaszcza, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu Finnmark stanowił pewnego rodzaju margines Norwegii. Dziś jestem w małym wielkim świecie, skupiającym Polaków, Norwegów, Niemców i wielu przedstawicieli innych krajów, którzy wybrali to miejsce z różnych powodów. A ja chciałem tylko wyciągnąć z życia to, co w nim najciekawsze i czuję, że stać mnie na jeszcze więcej niż rzucenie wszystkiego i wyjechanie w Bieszczady. Później jednak patrzę w internety, czytam na portalach, jak to podobno powinno wyglądać życie na emigracji według typowego Janusza i o tym, jak to koleżanka ciotki kuzynki matki szwagra od strony przyrodniego brata koleżanki przez przypadek dodanej do znajomych na tak zwanym fejsie chwali sobie bezglutenową kawę przed dniem pracy w prestiżowej korporacji. Wtedy wiem, że może i znajduję się w miejscu, które powinienem był odwiedzić, ale nie w tym położeniu, do jakiego pasuję. Jestem jak wspomniany już Jasiek- mam dużo odpowiedzi, ale żadnych pytań. A może odwrotnie?

Ostatnie narty na Północy

"Przyszłość? Nie jestem jej mocno ciekaw,
Jeszcze się poodszczekuję prześladowcom i uciekam"

Dobra, poopowiadalim i pobawilim się w poprzednim poście, ale ostatnio to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, jak patrzy się przez okno. A jako, że zwykle preferuję to pierwsze, wyszło takie coś, jak ostatnim razem. Bo na dworze na przemian pada śnieg do tego stopnia, że świata nie widać, a zaraz potem wychodzi ciepłe wiosenne słońce, dając zupełnie inny widok. Pogoda nie wie, czy jest jeszcze zima, czy już wiosna, a może nawet lato. Dlatego i ja nie wiem, czy raczej pójść pobiegać, czy spróbować jeszcze załapać się na ostatnie chwile na nartach. Kierując się jednak narciarskim sercem i zbiegiem okoliczności, dzięki któremu mogłem pojechać znów ze znajomym pastorem na trasy Kaiskuru, skorzystałem z okazji i przedłużyłem nieco nieoczekiwanie sezon zimowy.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Śnieżny kwiecień
Widok z okna całkiem niedawno. Zaraz potem wyszło słońce, które wdarło mi się do pokoju niczym uchodźcy do Kirkenes.
Ale zanim to nastąpiło, minął cały tydzień właśnie tak zwariowanej pogody, jak zaznaczałem we wstępie. Gdyby opisać to jakoś bardziej obrazowo, to sytuacja za oknem zmieniała się częściej niż kolor włosów Michała Wiśniewskiego. Ale oprócz tego zauważyłem również lepszą stronę kwietnia. Dzień wydłużył się do tego stopnia, że jeszcze o 21 nie potrzeba zapalać światła w pokoju. No chyba, że się czyta, to wtedy co innego. I tak na przykład mając do przeczytania książkę na zajęcia z norweskiego, każdego wieczoru powinienem właśnie korzystać z dobrodziejstw lampki z Ikei, którą jak na ironię przywiozłem sobie z Polski. Gdybym mieszkał w Szwecji, to mógłbym powiedzieć, że przywiozłem drzewo do lasu. A tak to mogę tylko pochwalić się przywiezieniem tegoż drzewa na skraj leśnego parkingu, na który podróżujący samochodami przywożą coś zupełnie innego. Wracając jednak do tej lampki pomagającej przy czytaniu (bo przy pisaniu to już nie, bo przez fakt bycia leworęcznym zasłaniam sobie całe światło- odkryłem to po dwóch miesiącach), to używam ją właśnie w tym celu, by przyswajać kolejne strony książki "Ski i Norge". Zgodnie z nazwą czytam (niestety nie zgadliście- nie o wpływie polsko brzmiących nazwisk na sytuację ekonomiczną Norwegii) o historii nart w tym kraju, co swoją drogą jest ciekawe. Zwłaszcza, że dziś typowo sportowe i rekreacyjne ich przeznaczenie ustępowało kiedyś roli środka komunikacji, tak ważnego dla daleko od siebie oddalonych osad. Już około 130 r.p.n.e używano nart w okolicach Alty, a w XIX wieku zorganizowano pierwsze zawody, również na Północy. Stąd mamy wszystkie te maratony, które co roku odbywają się w przeróżnych częściach Norwegii i ogólnie pojętą tradycję, będącą od wieków pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym krainy fiordów. Kto wie, może kiedyś zostanie wydana podobna publikacja o batoniku Kvikk Lunsj, który przez wielu obywateli tego kraju jest obecnie uznawany za taki prawdziwy wyznacznik ich świadomości narodowej. Podobno jak się im powie o istnieniu KitKata, to dostają dziwnego wyrazu twarzy, a z ich głowy wydobywa się dym i zapach spalenizny.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Wieczorne słońce.
Mniej więcej tak wygląda godzina 19 w Alcie. I właśnie widoczne słońce lubi mi się wdzierać do pokoju o tej porze.
Na razie zmierzamy z tematem wszędzie, tylko nie na narty, ale spokojnie, ja też tak myślałem w poprzednim tygodniu. Patrząc na okolicę, obserwując coraz to jaśniejsze niebo późnym wieczorem i bardziej niebieskie niż czarne noce wciąż dziwiłem się, że śnieg ma jeszcze prawo leżeć za moim oknem. Mało tego, o 2 rano znów zaczyna się robić jaśniej, co jest już znaczną różnicą choćby w porównaniu z tą komedią sprzed dwóch tygodni. Wszystko to zwiastuje nadejście pory ze względną jasnością przez całą dobę, a co za tym idzie dnia polarnego. Podobną zapowiedzią jest unoszący się w okolicy każdej ze szkół zapach dwusuwu. Bierze się on oczywiście z crossowych motocykli, którymi dojeżdża na zajęcia każdy szanujący się norweski uczeń. Wraz z przyjściem lepszych warunków do jazdy wszyscy wyciągnęli na ulice swoje maszyny, które dostali jako prezent na konfirmację. Póki jednak mamy coś takiego jak zachód słońca, często wyznacza on pewnego rodzaju rutynę. Na przykład zwykle wtedy pojawia się za moim oknem biały zając, szyderczo patrzy na to, jak zrywam się po aparat niczym rażony piorunem, po czym kica do swojej kryjówki na herbatę z Alicją w krainie czarów. Z tym ostatnim to przesadziłem, bo on raczej kwietniowy niż marcowy, ale reszta rzeczywiście miała miejsce już kilka razy i za każdym razem mi uciekł. To jednak daje mi pewne odczucie o tym, która to już jest godzina i jak bardzo zmarnowałem dzień, zapominając o włączeniu swojej lampki do poczytania. Spirala porażki nie mogła kręcić się w nieskończoność i w końcu mój los się odmienił, gdy w ostatnią sobotę w pięknym przedpołudniowym słońcu wybrałem się z pastorem na Kaiskuru.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Stacja elektroenergetyczna Kaiskuru
Stacja elektroenergetyczna Kaiskuru. Trasa biegowa przebiega dokładnie obok niej.
Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Widok z Kaiskuru
Po jednej stronie energetyka, a po drugiej taki widok.
Pierwszy raz widziałem tak naprawdę te trasy za dnia, z racji na wcześniejsze ciemne wieki. A był to widok jeszcze bardziej zachwycający. Pętla 5- kilometrowa pozostała bez zmian, ale za to po jej lewej stronie z mroku wyłoniła się dzielnica Tverrelvdalen, w której mieszka Finn Hågen Krogh (trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w biegach narciarskich). Domki o wiejskim wyglądzie zdobiły okolicę, którą wieńczyły dodatkowo strzeliste góry. Pokonywaliśmy kolejne kilometry, wydające się dla mnie czymś zupełnie nowym. Również stacja elektroenergetyczna, która mijana ostatnim razem w nocy robiła wrażenie ogromnej, tego dnia wyglądała na niewielkie pole kilku słupów wysokiego napięcia, podobne do tego w Kowarach. W niektórych miejscach śniegu było bardzo niewiele, choć wciąż był on dość dobrze ubity. Podobnie bywało w Polsce w okolicach lutego, czy marca. Biegnąc po trasie i mijając gołe kamienie tuż obok niej, mogło się mieć wrażenie, że zaraz samemu się na nie wypadnie. W północnym słońcu nic jednak nie mogło popsuć tego dobrego treningu. Mimo typowo posezonowej pory, udało się jeszcze wysilić na tyle, na ile pozwolił odzwyczajony w ostatnim czasie od większych aktywności organizm.

Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Trasa Kaiskuru
Oczywiście nie wszędzie było jednakowo dużo śniegu, jak na przykład na tym odcinku prowadzącym przez drogę dojazdową do stacji elektroenergetycznej.
Północny Punkt Widzenia: Ostatnie narty na Północy. Trasa Kaiskuru
Dopiero teraz zauważyłem te ciekawe drewniane drogowskazy. Zdjęcie wykonałem o godzinie 19, więc widać, jak jasno wtedy było mimo braku słońca.
Tego było jednak za mało, bo po przerwie na obiad znów odwiedziłem Kaiskuru, tym razem z kolegą z kursu norweskiego. Niemiec nie dość, że nie grzeszy doświadczeniem na biegówkach, to jeszcze kupił sobie tu narty dla profesjonalistów (Madshus do klasyka z serii Redline), ale i profesjonalnego traktowania wymagające. Brak smarowania na trzymanie, czy jakiejkolwiek łuski grał na jego niekorzyść przy pokonywaniu każdego ze stromych podbiegów, których tym bardziej nie dało się przepchać. Bez treningu nie da się po prostu od tak zyskać siły Pettera Eliassena (zwycięzca klasyfikacji generalnej serii maratonów Visma Ski Classics), który nawiasem mówiąc też mieszka w Alcie. Na zjazdach za to narty przeznaczone do zimnych warunków śniegowych radziły sobie aż za dobrze, niosąc po zmrożonym śniegu tak szybko, że momentami bałem się o zdrowie kolegi. Z trudem, bo z trudem, ale wyszedł na szczęście z każdej opresji. W dodatku pogoda zmieniła się nie do poznania. Słońce ustąpiło gęstym chmurom i zaczął sypać symboliczny śnieg (czyli taki, którego płatki wpadają do oczu a nie na ziemię). Warunki jak na początek zimy, a nie na posezonową przebieżkę, która w rezultacie bardzo się udała. Po takiej serii nart jednego dnia nie sposób było spodziewać się innego zakończenia niż kolejnej, tym razem nieporównywalnie lepszej niż ostatnio imprezy aż do rana, zwieńczonej wizytą w saunie o 6 rano. Na jej wcześniejszym etapie byłem prawie pewien, że widziałem pod wejściem do dyskoteki TEGO Krogha, ale być może była to zasługa nadmiaru nart lub polskiej wódki. Którejś z tych dwóch rzeczy na pewno. Teraz i tak tego nie sprawdzę, bo już muszę lecieć, honyszke kojok.

Pasta z tubki, czyli wiosna 16

"Wyszedłem sobie na spacer, bo kumpel uczy się do sesji,
pożyczyłem mu linijkę, by podzielił równo kreski"

Jak już ostatnio sobie ustaliliśmy, mamy w Alcie wiosnę. A jak wiosna, to dzień dłuższy, a jak dzień dłuższy, to więcej słońca, a jak więcej słońca, to więcej afrykańskich dilerów narkotykowych w mieście. Przepraszam, oczywiście miałem na myśli to, że gdy dni przynoszą słońce, to człowiek ma też więcej energii na robienie wszystkiego poza najważniejszymi rzeczami. Mógłbym tak jeszcze brnąć w tę spiralę zdarzeń, ale na tym się zatrzymam. Otóż faktycznie starałem się korzystać ostatnio (nie z usług rzekomych dilerów wbrew Waszej wyobraźni) z dobrej pogody i rozpocząłem już nawet przygotowania do następnej zimy. Bo co będę siedział w domu, jak można wyjść na pole, zgodnie ze starym zwyczajem z Małopolski. Skoro już wszyscy Czytelnicy wiedzą, że ten tekst nie będzie łatwym w przyswojeniu, to przejdę do rzeczy.

Północny Punkt Widzenia: Pasta z tubki, czyli wiosna 16
Na początek sezonu wiosenno- letniego bieganie. Tym razem z kijami, bo lepiej wygląda.
Z nudów albo z chęci (ale stawiam na to pierwsze) postanowiłem przypomnieć sobie, jak wygląda tutejsze, bogate niczym tłumacz przysięgły języka czeczeńskiego, nocne życie studenckie. Było to ostatniej soboty, jak mając to w zwyczaju patrzyłem się w ekran komputera przenośnego i udawałem, że coś robię, tracąc tak naprawdę czas na przemierzaniu internetów w poszukiwaniu ich dna. Mógłbym tak na przykład pouczyć się norweskiego, ale tego nie mam akurat w zwyczaju, a lubię się trzymać rzeczy, do których przywykłem. Ot, taki ze mnie codzienny konserwatysta. I tak sobie siedziałem, starając się wymyślić coś ciekawego na temat posta z zaciekłością taką, z jaką wyciska się ostatnie resztki pasty z tubki (w innych zakątkach internetów używa się również formy skróconej mojego działania, mianowicie "piwniczyłem"). Nagle przeszła mi jednak przez głowę myśl, że może by gdzieś wyjść.

>Godzina 21:21 wychodzę, choć jestem przekonany, że za kilka minut wrócę. Nie mam pojęcia, po co patrzę na zegarek, ale tak mnie uczyli, żeby trzymać się czasu. Nawet nie wiem, czy ktokolwiek dzisiaj ma zamiar robić jakąś imprezę (tudzież "inbę" według niektórych części internetów). Szybko okazuje się jednak, że kolega Holender ma jakieś plany (jeżeli ktoś znów pomyślał o narkotykach, to będzie zawiedziony).

I tak oto dołączyłem do nielatającego tego dnia Holendra, z którym wybrałem się do mieszkania jednego z dość dobrze znanych w środowisku studenckim Norwega. Znany jest on głównie ze swojego zapału do picia alkoholu (pytałem o polskie geny- nie posiada) i ma specyficzne poczucie humoru. O tym drugim będzie później, a najpierw o tym pierwszym. Otóż pan atletyczny (tak go sobie nazwijmy na potrzeby historii) już w sierpniu dał mi się poznać jako posiadacz 60- procentowej norweskiej wódki, zwanej potocznie benzyną, a w ostatnie halloween uczynił ze mnie na zawsze abstynenta w dziedzinie alkoholi wysokoprocentowych po tym, jak w przebraniu Jezusa częstował mnie przyniesioną "wodą święconą". Zbyt późno zorientowałem się, że nie była to woda. A co do poczucia humoru, to za przykład posłuży raczej właśnie ta sobota, w której wraz z kolegą z kraju rowerów i nizin przyszliśmy do jego mieszkania.

>Godzina 22:32 (długo się zbieraliśmy, a przejście z Komsy do centrum też trochę zajęło, na dodatek w drodze towarzyszyła nam zorza polarna, to trzeba było pooglądać) wchodzimy do mieszkania. Apartament z tych, co raczej na bogato. Plazma na ścianie (telewizor w sensie) i takie inne rzeczy. Choć uwagę przykuwa właśnie telewizor, na którym całe towarzystwo, czyli atletyczny, jeden z moich sąsiadów z czasów Nylandu i dwie Finki z wymiany oglądają jakieś śmieszki na YouTube. Wręczam więc gospodarzowi pół litra, które przywiozłem z Polski i dołączam do imprezy. Po tym, jak zwyczajne śmieszki ustępują takim dziełom internetów jak "Charlie the unicorn", jestem już pewien, że to najlepsza norweska impreza, na jakiej kiedykolwiek byłem, a pan atletyczny reprezentuje prawdopodobnie najciekawsze poczucie humoru możliwe do uświadczenia w tym kraju.

Trochę zaskoczony takim obrotem zdarzeń siedziałem i obserwowałem. Bo to zwykle robię na imprezach na Północy. Coś mocniejszego raczej odpada z racji na poprzednie doświadczenia, a norweskie piwo, choć drogie, to nie jest dobre. Zaraz się podniosą głosy, że pewnie jestem z tych, co to tylko kraftowe browary piją a resztę uznają za chłam udając, że się znają. Proszę bardzo, ale jak ktoś chce decydować, co mam lubić pić i jeść, to niech przy okazji zajmie się moją pięścią i włoży ją sobie głęboko we własną gębę, dziękuję. Wracając do tematu, na imprezie nigdy nie udaje się wytrzymać w taki sposób zbyt długo. W końcu więc zdecydowałem się na śrubokręt, czyli wódkę (niestety nie polska, tylko ta północna) z sokiem pomarańczowym.

>Godzina 1:03 partyhard.exe po obejrzeniu wszystkich odcinków kreskówki o jednorożcu i wysączeniu soku pomarańczowego o smaku wódki przechodzi w następną fazę. Podobnie jak jakiś młody Niemiec, który przyszedł przed momentem, wypił jedno piwo i stwierdził, że już jest w odpowiednim momencie na zaaplikowanie sobie shotgun beer. Po tym, jak wszystko wokół wydaje zapach rozlanego przy tym "taniego" i niedobrego piwa norweskiego, decydujemy się z ziomeczkiem z kraju tulipanów na wyjście do sławetnej dyskoteki. Zwykle oblegany przez studentów jedyny klub tym razem jest pustawy. Tylko w barowej części jest więcej osób, w większości wystrojonych w garniaki Norwegów i tak samo elegancko zrobionych alkoholem. W takich sytuacjach można tam nawet zobaczyć niedźwiedzia, który kiedyś mieszkał na moim piętrze w akademiku i słynął ze swojej olbrzymiej nieśmiałości/obojętności wobec otoczenia, a tego dnia jest rozgadany i uśmiechnięty jak nigdy.

Byłem wciąż na tyle trzeźwy, że spokojnie mógłbym prowadzić samochód osobowy, tudzież ciągnik rolniczy. Obserwowałem to wszystko i śmiałem się pod nosem, że od sierpniowych imprez nic się tu nie zmieniło. W nocy rozgadani, w dzień milczący- takie są wilkołaki z Alty. Na kogo polują? Oczywiście na dziewczyny (tudzież "loszki" według innego nazewnictwa), ale nie to jest clou (przepraszam najmocniej, zagalopowałem się)/ sensem (no dobra)/ targetem tego tekstu. Na szczęście są też studenci zagraniczni, z którymi udaje się pogadać konkretniej. Dołączyliśmy się więc do towarzystwa Duńczyków i czas jakoś zleciał.

>Godzina 2:28 czas ruszyć się piętro niżej na dyskotekę, która zamyka się za pół godziny. Logika godna bramy automatycznej zakupionej na przecenie w sklepie Jula, ale prawda jest taka, że właśnie tak robią zwykle Norwegowie, zwlekając z przyjściem do ostatniej chwili tylko po to, by zapłacić 50 NOK za wstęp, poopierać się o ścianę, ewentualnie wydać jeszcze więcej na drinka, po czym zwinąć się do domu. Na szczęście dzisiaj wejście jest darmowe, zapewne z powodu dramatycznie niskiej frekwencji. cotusiedzieje.jpg, choć na parkiecie widać kilka osób, które wszystkie później okazują się być Polakami. I to jedyny pozytyw. Chwilę później przyłącza się duńsko- holenderska ekipa i wtedy to już taki trochę #wygryw.

Ten tekst powoli mnie już wykańcza, podobnie jak dziwne uczucie bycia jednym z niewielu na parkiecie. Akurat w takich sytuacjach znacznie lepiej być w tłumie. Bo choć miejsca mało, to unika się bycia w centrum uwagi całego otoczenia, które siedzi sobie sącząc te drogie drinki typu znany i lubiany soczek leon o smaku wódki.

>Godzina 3:05 wreszcie koniec imprezy, więc DJ popełnia zawodowe samobójstwo puszczając Katy Perry, a zaraz potem "We build this city". Dla nas to znak, że czas wyjść. Cały proces trwa pół godziny, bo ktoś jeszcze chce zapalić, ktoś inny zastanawia się nad dołączeniem do after party, które następuje niechybnie w jednej z kuchni akademików Nyland.

Obserwowanie jeszcze nie znudziło mi się na tyle, by iść do domu. Więc choć na horyzoncie widać było już oznaki wkrótce wschodzącego słońca, to poszedłem na to after party, które zresztą zaproponowali Duńczycy. Zainstalowaliśmy się w kuchni jednego z budynków, by posiedzieć jeszcze chwilę. Dołączył się nawet niedźwiedź, który nagle zaczął opowiadać każdemu historię swojego życia. Jeden z Duńczyków przyniósł jeszcze czerwone wino w finezyjnym kartonowym opakowaniu z małym kranikiem i w takiej atmosferze siedziało sobie towarzystwo sądząc, że to już raczej koniec imprezy.

>Godzina 3:55 surprise_motherfucker.avi do kuchni wbija ten młody Niemiec, który po wcześniejszym shotgunie gdzieś zagubił się w akcji, ale wrócił, by rozkręcić dogorywające after party swoim "Mambo no 5" puszczonym z głośnika w telefonie. Jakby tego było mało, chwycił po chwili za karton wina, po czym rozerwał go, wyjmując foliowy worek z zawartością, krzycząc przy tym "spokojnie, jestem z Niemiec". No tak, wszystko jasne, zapomniałem przecież o ich zamiłowaniu do krwistych kolorów. Folia była mu jednak potrzebna do innych celów, bo chwilę potem wpakował kranik do swojej twarzy i odkręcił, wyciskając wino jak tubkę z pasty. Albo na odwrót. Wszyscy w milczeniu patrzyli na tego banana (czyli takiego rozbrykanego dzieciaka bogatych rodziców), gdy po wypiciu swojej części zmusił do tego samego jednego z Duńczyków, który akurat siedział spokojnie obok. Gdy on odmówił i wyciągnął z ust wciąż otwarty kranik, wino rozlało się na jego sweter i siedzącego obok kolegę Holendra. Tym razem nawet lecący w tle szlagier Lou Begi przestał wyliczać starosłowiańskie imiona żeńskie, by razem ze wszystkimi oczekiwać jak dość duży Duńczyk (przy okazji owner tegoż kartonu wina, który obecnie był tylko folią przypominającą bank krwi) do spółki z Holendrem wstanie i sprzeda gonga Niemcowi za zniszczenie mienia. Tak się jednak nie stało.

Światowi, wykształceni, dorośli i zaangażowani. Takimi słowami opisują się studenci na wymianach zagranicznych w swoich CV lub podaniach. Tymczasem tego dnia wygląda to inaczej, gdy ktoś z jednej strony kuchni krzyknął "wyłącz to gówno" (odnośnie telefonu, nie Lou Begi, /no to racism/), a drugi częstował jednocześnie krwią w folii wszystkich przybyłych, łącznie z sąsiadem z wyższego piętra, który wpadł poskarżyć się na dochodzące stąd hałasy. Wtedy musiał przyjść czas, by zakończyć tę nierówną walkę Szpilki z Wilderem.

>Godzina 4:35 trafiam do domu. W drodze powrotnej towarzyszy mi ten sam Holender, co wcześniej i tak sobie rozmawiając idziemy ku wschodzącemu słońcu (no homo), czyli w stronę Komsy. Trzeba przyznać, że bardzo mi ta sceneria przypomniała o początkach w Alcie, kiedy każda impreza kończyła się właśnie takim widokiem nowego dnia. Przy totalnym zmęczeniu nie wiem nawet, czy mi tego brakowało, czy raczej nie.

Następnego dnia udało mi się jeszcze zrobić trening, o którym wspominałem tam wcześniej przy zdjęciu i obejrzeć pierwszy z kolarskich monumentów. Słońce zapewniło energię, by to wszystko ogarnąć. Już kilka dni później widok za oknem zmienił się diametralnie, bo znów wszystkie drzewa zrobiły się śnieżnobiałe, zupełnie jakby ktoś wycisnął na nie całą tubkę tej nieszczęsnej pasty, ale takiej z tych droższych z funkcją wybielania. Ot, taka jest ta zmienna północna wiosna.

P.S.: Wszystkie zdarzenia opisane w tym poście są prawdziwe, a podobieństwo do osób nie jest przypadkowe. Wszystkie błędy językowe i gramatyczne były zamierzone, za wszystkie inne serdecznie żałuję, a więcej takich tekstów nie popełnię.

Ostatni etap

W dzień trzecich urodzin bloga melduję się już z Alty. Po przerwie świątecznej powróciłem na Północ, by dokończyć to, co rozpocząłem w sierpniu. Przede mną dwa ostatnie miesiące kursu norweskiego, które zwieńczy najważniejszy egzamin. To również końcowy etap północnego życia, którego dni są już policzone. Gdy 31 maja wsiądę do samolotu z Alty do Oslo i dalej aż do Wrocławia, nie będę miał kupionego biletu w drugą stronę. O tym, co będzie dalej, jeszcze nie pora mówić, bo zostało jeszcze trochę czasu. Póki co, pora rozejrzeć się wokół i zobaczyć, jak przywitała mnie Północ.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Alta wiosną.

Opuszczając lotnisko późnym wieczorem nie byłem przygotowany na zobaczenie szarego asfaltu, pokrytego pewnego rodzaju pyłem ze wszystkich rzeczy, które były sypane na drogi w czasie zimy. Tak wygląda teraz każda ulica w Alcie. Zniknęły już charakterystyczne, ubite przez samochody koleiny w śniegu. Podobnie parking pod moim akademikiem stracił swoją śnieżną powłokę, odsłaniając nawierzchnię, o której istnieniu w tym miejscu nie miałem pojęcia. Gdy się tu wprowadzałem była w końcu sroga zima, a latem nie gościłem na Komsie zbyt często. Również temperatura na zewnątrz nie odbiegała znacznie od tej, którą zostawiłem kilka godzin temu we Wrocławiu. Jeszcze więcej zmian zobaczyłem za dnia, gdy wyjrzałem za okno. Najwyraźniej powstało tam małe jezioro, którego śladu nigdy nie widziałem.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Wiosna w Alcie
Widok na jeziorko z bliska. Pierwsze okno z prawej na parterze jest moje i to przez nie zauważyłem te dość pokaźne mokradło. 
Widząc taki stan pogody, który można nazwać pewnego rodzaju północną wiosną, musiałem udać się na trasy biegowe, by sprawdzić ich stan. Kiedyś byłem przyzwyczajony do kończenia sezonu biegowego w okolicach Wielkanocnego Poniedziałku. Zwykle wtedy w Jakuszycach można było po raz ostatni znaleźć warunki do biegania. Tak było i w tym roku, kiedy na dwa dni przed moim powrotem na Północ wybrałem się jeszcze na poświąteczne narty. Widok płynących obok tras strumyków wcale mnie nie dziwił, a wręcz cieszył, że przychodzi łagodna i słoneczna wiosna. Nie spodziewałem się jednak, że w oddalonej o ponad 2800 km Alcie zastanę bardzo podobne warunki do tych sprzed kilku dni.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Trasa biegowa w Alcie
Oto jeden z odcinków pętli w okolicach góry Komsa. Widać ślady torów, poza którymi nic nie wskazuje na to, że oglądamy trasę biegową.
Przy temperaturze sporo powyżej zera spodziewałem się czegoś w rodzaju śnieżnej brei na większej części pętli w okolicach Komsy. Tymczasem prawie wszędzie czekała na mnie wciąż ubita i straszliwie zmrożona pokrywa. Tory trzymają się mocno i lśnią od ślizgów niczym najazd na skoczni narciarskiej. Zaskakujące, że nawet w najbardziej nasłonecznionych miejscach próżno było szukać znanej i lubianej "kaszy", która nadaje leniwego klimatu typowej, wiosennej przejażdżce. Tutaj jednak byłaby to walka o przetrwanie na twardym lodzie, co znacznie zniechęciło mnie do założenia nart. W dodatku, jak widać na zdjęciu, trasa jest mocno naruszona przez spacerowiczów. Dziury, szyszki i gałęzie w śniegu nie są elementami, z którymi człowiek chciałby się zmagać na trudnych podbiegach i szybkich zjazdach. Jakby tego było mało, znalazłem również płynące strumyki. To w końcu stały element wiosennego biegania. Problem pojawia się, gdy taki strumyk nie płynie obok trasy, lecz w poprzek niej.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Strumyk na trasie biegowej.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Strumyk na trasie biegowej.
Tutaj nawet widać, jak za strumykiem "wyrastają" sobie tory do klasyka jak gdyby nigdy nic.
Przy takiej pięknej, słonecznej pogodzie trudno jednak na cokolwiek narzekać. Nie dziwię się, że warunki do biegania znacznie się pogorszyły, bo przed moim przyjazdem w Alcie można było uświadczyć temperaturę w okolicach 10 st. C. To musiało odbić się na jakości śniegu, który trzyma się ostatkiem sił, bo było (i wciąż jest) go całkiem sporo. By się o tym przekonać, wystarczyło zejść w bok trasy. Tam, gdzie śnieg wydawał się być twardą, ciekawie pofałdowaną skorupą, zapadłem się prawie po kolana po próbie wejścia na to coś. Nie było łatwo się wydostać, zwłaszcza że druga noga została jak gdyby nigdy nic na ubitym odcinku trasy. Ostatecznie wyszedłem z opresji i od tego czasu bardzo ostrożnie zbliżałem się do każdego wątpliwego odcinka, który mógł oznaczać rychłą utratę ponad pół metra wzrostu.

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Śnieg "lodowcowy"
Niczym niezmącona powierzchnia wygląda zachęcająco. Gdzieś kiedyś czytałem, że można na tym biegać na nartach i całkiem fajnie to wychodzi. Nie wiem tylko, czy nie musi do tego złapać jakiś niewielki mróz.
Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Widok na Haldde.
Wbrew pozorom przejście tego krótkiego odcinka pomiędzy miejscem wykonania zdjęcia a widocznym na pierwszym planie kamieniem mogłoby się nie udać.
Mówi się, że w Finnmarku nie ma wiosny. Do czerwca utrzymuje się śnieg oraz zmiany pogody, które opisywałem przed wylotem z Alty, po czym od razu jednego dnia wszystko rozkwita i zaczyna się lato. Nie istnieje podobno możliwość obserwowania powolnych zmian, podczas których ta surowa natura budzi się do i tak już skróconego przez pory roku życia. Na mojej drodze znalazłem jednak oznaki tego, że teraz mamy tak naprawdę północną odmianę wiosny. To prawda, że śniegu jest jeszcze dużo, a mróz wciąż może zahamować ambicje do ściągania czapek i kurtek, lecz dłuższy dzień, najlepiej słoneczny, robi swoje. Poza tym, te pokryte pyłem i piachem drogi to znany jeszcze z Polski element dni, w których człowiek lubił wyjść już na rower, zamiast rozpamiętywania zimy. I wreszcie najważniejsze, czyli dawno nie widziana roślinność, która nagle wyłoniła się spod zasp śnieżnych w otoczeniu drzew. W takich warunkach mogę nawet pogodzić się z myślą, że wyjście na narty muszę zawiesić "do odwołania" i trochę pobiegać na nogach. W końcu jest "wiosna, panie sierżancie".

Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Strumyk na trasie biegowej.
Jeszcze zamarznięta, ale już widoczna mała sadzawka.
Północny Punkt Widzenia: Ostatni etap. Oznaki wiosny w Alcie.
Jest i znaleziony kawałek suchej ziemi i prawdziwych porostów. Pod tym drzewem panuje lato, jak nic!

W domu: test nart Fischer Speedmax Skate

"Nie rzucam kości, nie losuję kuponu
Zwykle to za czym tęsknię to powroty do domu"

Po takich przygodach z północną pogodą dobrze było dotrzeć do domu dokładnie o czasie. To aż dziwne, że wystarczyło zaledwie kilka godzin, by z zamieci w Alcie znaleźć się w słonecznej Jeleniej Górze. Jeszcze lepsze było to, że już następnego dnia wybrałem się do Jakuszyc na narty. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że cały mój sprzęt został w Alcie. Na szczęście z pomocą przyszło Centrum Testowe Fischer, które ma swoją siedzibę na Polanie Jakuszyckiej, wypożyczając mi na ten dzień najnowsze narty Fischer RCS Speedmax w wersji Plus- idealne na te słoneczne, zwiastujące wiosnę warunki. Czas podzielić się z Wami wrażeniami, jak wspominam jazdę na tym wyjątkowym sprzęcie, którego używają tacy mistrzowie jak Martin Johnsrud Sundby, czy Johannes Thingnes Bø. Taka informacja już zapowiada, że mamy do czynienia z najwyższą klasą nart, o jakiej dotychczas mogłem tylko marzyć.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Narty Fischer Speedmax Skate Plus


Gdy tylko odebrałem z wypożyczalni narty, buty i kije wyruszyłem na trasy, których dawno nie widziałem. Z początku znanym i lubianym zjazdem na Polanę Maliszewskiego, bo tam zawsze jest najwięcej słońca, gdy zbliża się wiosna. Po drodze zacienione miejsca nadają od razu szybkości za sprawą zmrożonego śniegu. Mimo to, nie straciłem nawet na moment czucia podłoża, o co niełatwo przy nieco twardszych warunkach. Być może jest to zasługa systemu NNN, z którym od dawna nie miałem styczności. A już na pewno nigdy z wiązaniami XCELERATOR Pro, zamontowanymi na płycie NIS tych nart. To właśnie wrażenie pełnej kontroli wypełniło pierwsze minuty na trasie. Było to potrzebne, bo z szybkiego śniegu w cieniu od razu wyjechałem na pełne słońce, gdzie podłoże raczej zatrzymywało, niż zachęcało do współpracy. I choć w tych miejscach wyglądało to jak zakończenie Pucharu Świata w Canmore, ze śniegiem przypominającym piasek na plaży i podobnie grzejącym słońcem, to właśnie taka sytuacja odpowiadała mi najbardziej. Po powrocie z Północy nie marzyłbym o czymkolwiek innym niż lekkim treningu w ciepłej atmosferze. Sprzęt jednak zobowiązał mnie do mocniejszej pracy, by sprawdzić jego możliwości przy bardziej wymagającej jeździe. Gdy zagłębiłem się w leśne odcinki w kierunku Szklarskiej Poręby, postanowiłem wykorzystać szybki śnieg w cieniu drzew.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Marcowa zima w Jakuszycach
Dolna część Polany Maliszewskiego i charakterystyczny strumień, nad którym wiedzie most (niewidoczny na zdjęciu) i trasa w kierunku Szklarskiej Poręby.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Narty Fischer Speedmax Skate Plus

Wtedy przekonałem się o kolejnej zalecie flagowego modelu Fischera do łyżwy. Na łagodnych podbiegach lekkość otoczonych wypełnieniem z włókna węglowego dziobów nart, z ich charakterystycznymi otworami, sprzyja efektywnemu używaniu techniki V2 (odepchnięcie kijami przy każdym poślizgu). Przy zmianie kroków również nie ma jakichkolwiek problemów, nie mówiąc już o bólu, który czasem pojawia się u mnie na dłuższych podbiegach. Będąc jednak na urywku trasy Biegu Piastów i mając założone buty combi (zarówno do łyżwy, jak i klasyka), postanowiłem sprawdzić, jak Speedmax radzi sobie z coraz częściej stosowaną w maratonach techniką double polingu. Dotychczas nie zawsze byłem zadowolony z możliwości mojego systemu wiązań SNS i jego pracy przy pchaniu. Szczególnie na wzniesieniach brakowało mi swobodniejszego wejścia wysoko na palce, co bardzo przydaje się w zyskaniu dodatkowej siły. Dodatkowa belka mocująca w bucie nie służyła akurat tej technice, ograniczając nieco ruch. W przypadku wiązań NNN, z którymi współpracuje Fischer, jest inaczej. Wpychając się pod górę mogę bez problemu wstać na palce. Ponadto wykończenie każdego odbicia jest bardziej płynne, co jest zapewne zasługą idealnego ślizgu egzemplarza Speedmax Plus, przystosowanego do warunków powyżej -5 st. C. Jedynie nieliczne grudki śniegu przedostają się przez otwory w dziobach, dodając nieco wagi na te ultralekkie narty. To jednak normalne przy wyższej temperaturze i miękkim śniegu, roztopionym przez górskie słońce.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Narty Fischer Speedmax Skate Plus, buty Fischer RC7 Combi

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Widok z kopalni Stanisław
Widok z okolic kopalni Stanisław.
W taki sposób dotarłem do kopalni Stanisław na krótką przerwę na opalanie. Słońce, które świeciło tego dnia nad Jakuszycami, było zupełnie inne niż te na Północy. Tym razem ono nie wymaga czegokolwiek, nie zmusza do wykorzystania momentu na jakieś zdjęcia, tylko po prostu zapewnia dobrą pogodę na jeszcze lepszy trening. Z kopalni wyruszyłem już lekkim zjazdem w kierunku Rozdroża pod Cichą Równią. Na zacienionych zjazdach znów zyskiwałem prędkość, by stracić jej część na otwartych odcinkach. Wciąż opadający teren zachęcił do kontynuowania Dolnym Duktem. Niegdyś nielubiany przeze mnie monotonny i wznoszący się teren tym razem stanowił dla mnie szybki i przyjemny zjazd aż do samej Polany Jakuszyckiej. Wciąż używając tylko double polingu, mijałem kolejnych turystów, którzy zawsze cenią właśnie te trasy do swoich wędrówek. Wbrew pozorom brakowało mi sytuacji, w której nie jestem jedyny w torach przez całą drogę. Miło zobaczyć znów tych wszystkich ludzi, którzy bez wyjątku lubią biegać na nartach i korzystają z zimowej pogody w połowie marca w Jakuszycach. W takich warunkach i na takich nartach chciałbym biec jeszcze długo, lecz z pustego i Fischer nie naleje. Po przerwie od biegania i niedawnej chorobie nie mnie pokonywać długie kilometry, których tego dnia mogło być nawet 50, biorąc pod uwagę wszystkie przygotowane trasy w okolicy.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Druga strona Polany Jakuszyckiej
Widok na przystanek kolejowy Jakuszyce. Teraz jeździ tędy pociąg ze Szklarskiej Poręby aż do Liberca.
Na koniec skorzystałem jeszcze z szybkości Fischerów Speedmax i z rozpędu trafiłem po raz kolejny na Polanę Maliszewskiego. Zwykle tam kończyłem sezon na ostatnich skrawkach śniegu. Tym razem jest go całkiem sporo, a dla mnie to pierwszy raz na nartach w Jakuszycach tej zimy. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś spotkają mnie takie okoliczności. Stałem tak chwilę w pełnym słońcu na nartach światowej klasy i myślałem nad wrażeniami z jazdy. Gdy zaczynałem przygodę z moimi osobistymi Premio 9 był to dla mnie duży szok, jak lekka może być narta. Gdy wziąłem do ręki Speedmax nie mogłem uwierzyć, że lekkość może zyskać jeszcze inne, zupełnie mi obce znaczenie. Ten model waży tylko około 1000g (dokładnie 1.020g dla długości 186 cm, w moim przypadku narty były krótsze). Dla porównania, waga moich Premio 9 wynosi 1270g/186 cm, co też nie jest złym wynikiem. Lepsze jest jednak wrogiem dobrego i nie sposób nie zauważyć tej różnicy. Podobnie jest z systemami wiązań. Używany przeze mnie SNS od zawsze był solidny i pewny. Coś jednak musi być powodem, dla którego cała Norwegia oraz większość światowej czołówki biegów narciarskich i biathlonu używa wiązań NNN, co sprawdzałem już jakiś czas temu tutaj. Tego dnia przekonałem się, dlaczego popularność wyrobów Rottefelli jest tak duża. Największą zaletą tego systemu jest bowiem większa powierzchnia styku buta z nartą, co zapewnia świetne czucie podłoża, a co za tym idzie lepszą kontrolę. Tam, gdzie SNS Pilot ma swoją drugą belkę mocującą, NNN dotyka zupełnie płytkiej części wiązania. Dzięki temu czułem się bardzo pewnie podczas każdego ruchu na Fischerach. Ta zaleta bardzo przypadła mi do gustu, podobnie zresztą jak model Speedmax sam w sobie. Prawdą jest, że to oczy człowieka dokonują zakupu i w tej kwestii również należą się słowa uznania dla austriackiego producenta. W porównaniu z poprzednimi generacjami topowego modelu, ostatni zdecydowanie góruje nad resztą przyciągającym designem. Nie sposób nie polubić tych nart, których obecna cena wynosi niemal 1600 zł. W moim przypadku należałoby doliczyć jeszcze cenę wiązań oraz nowych butów, tym razem z podeszwą NNN. Oczywiście możliwe jest dostosowanie do systemu SNS nawet takich egzemplarzy, jak Speedmax, które posiadają płytę NIS. Z podobnego rozwiązania korzysta niemiecki biathlonista Arnd Peiffer. Ja jednak jestem pod ciągłym wrażeniem świetnego czucia śniegu, jakie zapewniły mi wiązania Fischera, dlatego byłbym raczej skory do zmiany systemu, niż do jego adaptowania na tego typu nartach. Cóż, pomarzyć zawsze można o ewentualnej wygranej w kości, czy na loterii, zaś kilka minut później zwróciłem Speedmaxy do Centrum Testowego po niezwykle udanym treningu i wróciłem do domu.

Północny Punkt Widzenia: W domu: test nart Fischer Speedmax Skate. Pełna ekipa testowa.

Wszystkie nastroje Północy

Północ uwielbia mnie zwodzić. Ostatniego razu, gdy wybierałem się do domu na przerwę świąteczną, moje plany próbowała pokrzyżować burza śnieżna. Zbliżał się 17 grudnia, gdy za oknem przybywało kolejnych centymetrów śniegu w zastraszającym tempie. Obawiałem się wówczas opóźnionego lotu i problemów ze zdążeniem na następny samolot do Berlina. W rezultacie skończyło się jednak tylko na obawach, bo wszystko poszło zgodnie z planem. Dziś znów z niepokojem patrzę za okno, a zaraz potem na swój bilet z wydrukowaną datą 17 marca 2016. Po raz kolejny pogoda w Alcie przed moim wylotem zdaje się zapowiadać, że wcale tak łatwo mnie stąd nie wypuści.

Północny Punkt Widzenia: Wszystkie nastroje Północy. Wycieczkowiec w porcie w Alcie.
Brytyjscy turyści ze statku MS Oriana zastali Altę w wiosennym wydaniu, po czym zobaczyli jej groźniejsze oblicze.
Zaczęło się od fatalnej odwilży. Jeżeli istnieje jedna rzecz, której każdy bez wyjątku nienawidzi w zimie, to jest to właśnie odwilż. I nie chodzi wcale o taką lekką temperaturę powyżej zera ze słońcem roztapiającym śnieg na wyeksponowanych dachach okolicznych domów. Mam na myśli raczej nieprzyjemną chlapę, która przychodzi nagle w pochmurny dzień i zamienia śnieg w błoto. Każdy zapewne zna to z Polski, kiedy po kilku dniach ładnej zimy przychodzi zwykle czas na coś podobnie irytującego i brzydkiego. Znacznie ciężej jednak wyobrazić sobie taką sytuację na Północy, gdzie ogromne hałdy śniegu są wpisane w tutejszy krajobraz na stałe od kilku miesięcy. Gdy więc mocno świecące słońce zaczęło roztapiać tę pokrywę w niektórych miejscach byłem niemal pewien, że to tylko chwilowe wybryki przypominające o tym, że mamy już przecież marzec. No właśnie, jako że mamy marzec, północna pogoda zaczęła serwować wszystkie możliwe scenariusze, będąc przy tym wybitnie kreatywna. Już kolejnego dnia powitała mnie temperatura rzędu 5 st. C i znajomy dźwięk topniejącego śniegu za oknem. Przyszło jeszcze coś, a mianowicie silny wiatr. Gdybym był w górach, to bym powiedział, że to halny. Tutaj mogę nazwać go czymś w rodzaju sztormu, przez który wszystkie statki w okolicy nie ruszały się z portów, łącznie z dużym brytyjskim wycieczkowcem MS Oriana. Również norweski Hurtigruten, opływający całe wybrzeże od Kirkenes aż po Bergen został zatrzymany w Alcie, choć zwykle się tu nie zjawia. Na lądzie również pojawiły się problemy. Mając taką ilość śniegu, jaka pokrywała ulice miasta, łatwo sobie wyobrazić, co się stanie, gdy to wszystko zacznie topnieć. W taki oto sposób brodziłem po kostki w błocie pośniegowym idąc wczoraj na uniwersytet. Reszta krajobrazu nie wyglądała lepiej. W lasach spod śniegu zaczął wychodzić zgromadzony przez całą zimę bród. Nigdy jeszcze nie widziałem tak czarnej skorupy stanowiącej pozostałość przydrożnych zasp.

Północny Punkt Widzenia: Wszystkie nastroje Północy. Odwilż w Alcie
To czarne po bokach to podobno śnieg.
Tak wyglądało to na dwa dni przed moim wylotem. Mimo silnego, momentami porywistego wiatru samoloty startowały i lądowały w Alcie według rozkładu. Dziś jednak zrobiło się inaczej. Od samego rana odwilż nie była już taka silna. Temperatura w okolicach 0 st. C spowodowała, że to, co stopniało wczoraj, dziś zamarzło, tworząc niewyobrażalną szklankę na chodnikach. Nie dotyczyło to dróg, bo samochody zdążyły wczoraj wszystko rozjeździć tak, że nic już na nich nie zostało. Wciąż silny wiatr zapowiadał, że znów nie będzie łatwo z obsługą lotniska. Po południu pojawiło się jednak coś, co zupełnie dobiło jakiekolwiek możliwości opuszczenia Alty samolotem. Jak już wspominałem, w marcu pogoda serwuje tu każdy możliwy wariant na przestrzeni doby. Tak stało się tym razem, kiedy dziś przyszły opady śniegu. Rozpętała się (znów) zamieć śnieżna, przypominająca zupełnie dni przed moim grudniowym wylotem. Lotnisko zostało całkowicie zamknięte i w chwili pisania tego tekstu nadal nie przyjmuje żadnych lotów. O 22:45 ma przylecieć samolot, którym jutro rano będę leciał do Oslo, by później zdążyć z przesiadką do Berlina. Na wszystko mam 35 minut. Nie to jest jednak największym problemem. Patrząc na to, co dzieje się za oknem i dosłownie przebijając się przez wiatr i śnieg przy wyjściu z budynku zastanawiam się, czy w ogóle uda mi się stąd uciec. Oby 17. dzień miesiąca znów okazał się łaskawy i Północ wypuściła mnie bezpiecznie do domu na zasłużoną przerwę świąteczną. A póki co, kończę pisanie, bo "jutro wstać wcześniej muszę".

Takk, Ole Einar!

Marzec. Na pulpicie mojego komputera znajduje się ta sama tapeta, jak każdego roku o tej porze. To stare jak mój biathlonowy świat zdjęcie przedstawiające trzech wielkich konkurentów dawnych czasów. W środku stoi Sven Fischer, po jego lewej Ole Einar Bjørndalen, a po prawej Raphael Poiree. Zachodzące słońce oświetla ich uśmiechnięte twarze, dając wrażenie jakby to wiosna towarzyszyła zakończeniu sezonu na wzgórzu Holmenkollen. Od zawsze ten obrazek kojarzył mi się właśnie w ten sposób, tymczasem okazało się, że były to grudniowe zawody Pucharu Świata rozpoczynające dopiero zimę na dobre. W każdym razie bohaterowie zdjęcia wyglądają dość młodo. Za kilka lat od tego momentu karierę zakończy Francuz. Kto by nie pamiętał jego ostatniego biegu? Sezon 2006/2007, Oslo i bieg ze startu wspólnego. Trójka ze wspomnianego zdjęcia dobiega razem do ostatnich metrów starego stadionu Holmenkollen. Ostatecznie wygrywa Bjørndalen o kilka milimetrów przed swoim wielkim rywalem- Raphaelem Poiree. Norweg zapisuje tym samym kolejne zwycięstwo w swojej bogatej już kolekcji, a Francuz kończy karierę czując gorzki smak przegranej o włos w swoim ostatnim biegu, w co jeszcze długo nie może uwierzyć. Nie pojedzie już do Khanty- Mansiyska by zamknąć sezon. Tak zrobi Sven Fischer, zostawiając po tym już tylko OEB na polu walki. Przyjdą nowi, aby mierzyć się z Królem, który wypełni jeszcze złotymi literami kilka pięknych kart historii biathlonu. Aż w końcu nastąpi ten dzień- 13 marca 2016 roku. Znów bieg ze startu wspólnego, znów Oslo, z tym że 9 lat od ostatniego starcia trzech mistrzów.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Wielcy mistrzowie 2004: Raphael Poiree, Sven Fischer, Ole Einar Bjoerndalen
12 grudnia 2004 roku. Sven Fischer jako zwycięzca biegu pościgowego. Raphael Poiree zajął wówczas drugie miejsce, zaś Ole Einar Bjørndalen stanął na najniższym stopniu podium. Fot.: Thea Liberg
Tego dnia dwaj pozostali mistrzowie są zupełnie inni. Jeden to zdobywca czterech złotych medali w Oslo- Martin Fourcade, zaś drugi to Johannes Thingnes Bø, który po trzech czwartych miejscach ma ogromną motywację do wejścia na podium. Znów wszystko rozstrzyga się na ostatniej rundzie biegowej, która w wykonaniu 22- letniego Norwega jest wprost niesamowita. Gdy odrobił stratę 7 sekund do Francuza, stało się jasne, że będzie atakował po złoto na najważniejszym, ostatnim podbiegu na stadionie, zwanym górką Northuga. Tuż za nimi biegnie Bjørndalen i wydawać by się mogło, że Ole Einar będzie tylko przyglądał się walce o Mistrzostwo Świata, zupełnie jak Emil Hegle Svendsen, który aż zatrzymał się na trasie, by obejrzeć końcówkę. Tymczasem dzięki świetnie przygotowanym nartom niemal złapał głównych zainteresowanych na ostatniej prostej. To jest jednak wszystko i na mecie oglądam już nowego mistrza świata- młodego Bø, pokonującego dominatora Fourcade ku uciesze kibiców. Brązowy medal, który zdobył OEB jest tak cenny jak jeden ze złotych wywalczonych za dawnych lat.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Trzej mistrzowie 2016: Martin Fourcade, Johannes Thingnes Boe, Ole Einar Bjoerndalen
Oslo, marzec 12 lat później. Ole Einar Bjørndalen znów staje na najniższym stopniu podium, które jednocześnie oznacza zdobycie 44. medalu Mistrzostw Świata przez Króla Biathlonu. Nowym mistrzem zostaje Johannes Thingnes Bø, który w momencie wykonania poprzedniego zdjęcia miał zaledwie 10 lat. Srebro przypada Martinowi Fourcade- dominatorowi wszelkich zawodów biathlonowych ostatniego czasu.
Tym biegiem Król w pięknym stylu żegna wzgórze Holmenkollen i swoje ostatnie Mistrzostwa Świata zgodnie z tym, co założył wcześniej. Nie przewidział jednak, jak wiele wydarzy się na przestrzeni tych dni, po których dziś cały biathlonowy świat zapytał, czy Bjørndalen rzeczywiście ma zamiar kończyć karierę. A jest to pytanie jak najbardziej na miejscu, bo wyniki, jakie osiągnął w Oslo, wcale na to nie wskazują. Gdy po dwóch konkurencjach indywidualnych i dwóch srebrach jego całkowity dorobek wyniósł 42 medale w wieku 42 lat, chyba każdy zaniemówił z wrażenia. Później przyszło jeszcze upragnione złoto na norweskiej ziemi wywalczone w sztafecie. Wraz z Emilem Hegle Svendsenem i braćmi Bø osiągnął to, co dzień wcześniej udało się Norweżkom. Oba te biegi przyniosły chyba najwięcej emocji w całych Mistrzostwach, głównie ze względu na dwa wspaniałe sukcesy gospodarzy. Wszystko to miałem okazję oglądać "od wewnątrz" i była to ogromna przyjemność. Norwegowie naprawdę kochają biathlon i swoją reprezentację, o czym świadczyły tłumy, które każdego dnia wypełniały Plac Uniwersytecki w stolicy, by oglądać ceremonię wręczania medali. Nic dziwnego, że celem całej norweskiej kadry było pokazanie się z jak najlepszej strony przed tymi wszystkimi ludźmi. W dodatku pod względem medialnym wszystko było zorganizowane tak, jak na najważniejszą imprezę przystało. Rozmowy z medalistami w studio, koncerty, transmisje nawet z przestrzeliwania broni przed startem i specjalny program Helt Ramm, który późnym wieczorem kończył każdy dzień Mistrzostw w nieco humorystyczny sposób. (Był tam między innymi łoś, który wybierając odpowiednią przekąskę "wskazywał" zwycięzcę nadchodzących zawodów. Jego typ ani razu się nie sprawdził.) Być tak blisko tej atmosfery choćby w sposób korespondencyjny, za pośrednictwem telewizji NRK, to niesamowite uczucie. W takich chwilach miałem wrażenie, że rzeczywiście coś łączy mnie ze świętującymi gdzieś w Oslo Norwegami. Biathlon, z osobą Bjørndalena na czele sprawił, że podczas oglądania zawodów krzyczałem: "Kom igjen, Ole!", a po wszystkim prawie przyłączałem się do śpiewania "Ja, vi elsker dette landet". Pod kątem ogólnie pojętej atmosfery były to najlepsze Mistrzostwa Świata, jakie przeżyłem. Szkoda, że najprawdopodobniej ostatnie tak dobre.

Północny Punkt Widzenia: Takk, Ole Einar! Złota sztafeta norweska: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Boe, Tarjei Boe, Ole Einar Bjoerndalen.
Złota drużyna: Emil Hegle Svendsen, Johannes Thingnes Bø, Tarjei Bø, Ole Einar Bjørndalen. Na tym obrazku wszyscy są jednakowo młodzi.
Niewątpliwie bez Bjørndalena biathlon straci pewną bardzo ważną część. Przynajmniej dla mnie i dla innych fanów, którzy wręcz wychowali się na legendzie Norwega. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale o nim opowiadałem w swoim liście motywacyjnym o przyjęcie na uczelnię. On znalazł się również w kilku moich pisemnych pracach na zaliczenie zajęć z języka norweskiego. I wreszcie to on stanowił symbol całego mojego dzieciństwa, które teraz najwyraźniej dobiega końca. Skoro nawet Król Biathlonu znajdzie sobie "normalną pracę", to i na mnie przyjdzie czas, by zmienić swój system wartości. Odejdą bezpowrotnie czasy, kiedy warto było urwać się z zajęć na oglądanie biathlonu. Czasem uświadamiałem sobie, że niektóre zawody Pucharu Świata śledziłem tylko po to, by mu kibicować. Bo jego występy oznaczają coś więcej niż tylko kolejną liczbę w imponującej karierze. Każdy bieg i sezon jest potwierdzeniem, że sport jest nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy, ale też piękną ideą z wartościami ważniejszymi niż sława. Jego motywacja do startów jest wciąż tak samo wysoka mimo upływu lat. Nic więc dziwnego, że Ole Einar stanowi dobrego ducha drużyny Norwegii, służąc za wzór dla swoich kolegów, co szczególnie było widać podczas minionych Mistrzostw Świata. To prawdziwy przywódca, który wielokrotnie wskazuje drogę do właściwego treningu. Idealnym tego potwierdzeniem jest cały ten sezon, w którym wielokrotnie Bjørndalen widniał w wynikach jako najwyżej sklasyfikowany Norweg.

A najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że gdyby nie istniał Martin Fourcade, to odchodzący na emeryturę Król Biathlonu byłby niekwestionowaną gwiazdą tych Mistrzostw. Aż trudno to sobie wyobrazić, że po tylu latach wciąż stać go na takie przygotowanie do docelowych zawodów. Widząc 42- letniego Bjørndalena na ceremonii wręczania medali dla norweskiej sztafety mam wrażenie, że nie ma żadnej różnicy wieku pomiędzy członkami tej złotej drużyny. To samo przyznał zresztą Ole Einar mówiąc, że teraz wcale nie czuje tych wszystkich lat i znów jest młody nie tylko duchem, o czym świadczy jego wysoka forma. Aż chciałoby się powiedzieć, że on nigdy nie zostawi biathlonu. Kiedy jednak może przyjść lepszy czas na postawienie kropki w tej pięknej legendzie wielkiego Norwega, jeśli nie teraz? Sam się dziwię, że to piszę, ale odchodząc po tak udanych Mistrzostwach Świata, które każdy zapamięta jeszcze na długo, OEB zakończy karierę na własnych zasadach. Nie zmuszą go do tego słabe wyniki i fakt, że już nie mieści się w kadrze. Z drugiej strony gdyby to samo powiedzieć po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi, nie przeżyłbym tak wielu emocji w minionym tygodniu. Nikt nie chce jednak widzieć Bjørndalena w roli tła. On chyba też nie widzi dla siebie takiego miejsca, choć też i nie wyobraża sobie innego życia niż to, które wiódł prze te wszystkie sezony, poświęcając dla biathlonu całe swoje życie. A dziś Król wyjeżdża na swój ostatni zaplanowany etap Pucharu Świata w Khanty- Mansiysku i, jak sam twierdzi, stara się żyć teraźniejszością, nie myśląc o czymś, co będzie później. Dobiega tym samym do mety swojej kariery, zamykając jednocześnie wspaniały rozdział w życiu swoich wielkich fanów. Z Holmenkollen odchodzi wielki, tak samo jak wtedy w 2007 roku i na tym prehistorycznym dla mnie zdjęciu, które już zawsze będzie się pojawiać na pulpicie mojego komputera w marcu, choć od teraz prawdopodobnie wszyscy jego bohaterowie będą na emeryturze. Ja, vi elsker denne idretten...